Jak moda wartości zmieniła we frazesy

Jak moda wartości zmieniła we frazesy

Lubię prawniczą odpowiedź na każde z możliwych pytań: to zależy. Choć mówi się, że przepisy są zero-jedynkowe, z przepisami nie ma co dyskutować, to wszystko zależy od sytuacji, okoliczności, sposobu. Kiedy myślę o modzie, o tym, czy to zjawisko jest dobre czy złe, uśmiecham się do siebie, bo odpowiedź brzmi: to zależy.

Moda pozwala nam poznać nowe. Daje szansę spróbowania i wyrobienia własnej opinii. Czasem – moda wymusza na nas pewne zachowania, styl, wybory. A czasem – wartości zmienia we frazesy.

Wartości, które kiedyś były szlachetne a dziś wywołują mdłości

Moda wywołuje we mnie uśmiech z jeszcze jednego powodu. Za każdym razem, kiedy chcę powiedzieć jaki jest mój stosunek do mody, przypomina mi się Miranda Priestly (grana przez Meryl Streep) w filmie Diabeł ubiera się u Prady, która słysząc jak Andrea „Andy” Sachs (Anne Hathaway) mówi, że moda jej nie interesuje, Miranda odpowiada, że to, co ta właśnie na sobie nosi – zostało wybrane przez to oto grono ludzi i miało wpływ na wybór, którego Andrea dokonała.

Moda właśnie taka jest. Niektórzy mogą poświęcić modzie, modnemu zjawisku całe swoje życie, a inni – po prostu dokonują wyboru z tego, co zostało narzucone wyrabiając sobie własne zdanie.

 

Zero waste

Kiedy pojawiła się moda na zero waste – byłam zaskoczona. Czytałam o innowacyjnych odkryciach ludzi, które w naszym domu od lat były praktykowane. Ktoś po prostu tym czynnościom nadał nazwę i stworzył wokół tego ideę.
W pierwszej chwili nawet byłam zadowolona z jej popularności. Mogłam dzielić się wiedzą, wymieniać spostrzeżeniami z ludźmi, którzy mieli podobny styl życia i wartości. Jednak z czasem – idea ta przybrała bardzo toksyczny kierunek. Zaczęli pojawiać się fanatycy niemarnowania i zagorzali obrońcy wegetarianizmu.

Cieszę się, że ta moda się pojawiła, dzięki niej wprowadziłam do swojej codzienności kilka bardzo fajnych rozwiązań – praktycznych, przyjaznych środowisku. Ale… sama idea kojarzy mi się dziś bardzo źle. Z czymś, z czym nie chcę być w żaden sposób utożsamiana.

 

Minimalizm

Moda na minimalizm była dla mnie ogromną nowością. Dorastając w domu, w którym było mnóstwo bibelotów – czułam potrzebę posiadania mniej, choć nie wiedziałam, że istnieje taka idea. Z początku, podobnie jak do zero waste, do minimalizmu podeszłam bardzo entuzjastycznie. Z czasem jednak zaczęłam zagłębiać ten temat. Słuchać o tym, skąd się wziął.

W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że minimalizm to moda dla bogatych. Na różnych forach ludzie zaczęli rywalizować ze sobą o to, kto ma mniej, ile rzeczy wyrzucił, na jakim metrażu mieszka (!).

Do dziś ta idea budzi we mnie negatywne emocje. Minimalizm to własny wybór w posiadaniu mniejszej ilości rzeczy, mimo, że nas na te wszystkie „nie mam” stać. Wszak żaden bezdomny nie nazwie się minimalistą. A jestem przekonana, że posiada mniej niż te słynne 1000 rzeczy…

 

Wdzięczność

Jeszcze kilka lat temu, słowo wdzięczność wcale nie było tak popularne. Zazwyczaj o wdzięczności mówiło się w kontekście (nie)doceniania przysługi bądź intencji. Dziś słowo wdzięczność traktuje się jak nadgorliwe cieszenie się z małych rzeczy.

Niedawno czytałam książkę, w której autorka prawiła o wdzięczności. Główną myślą książki było – być wdzięcznym za wszystko, co mamy. Wszystko, co możemy objąć wzrokiem, z czego korzystamy, na co możemy sobie pozwolić. Wdzięczność za każdą chwilę, każdy oddech, każdy dzień – za życie. Bądźmy wdzięczni. Praktykujmy wdzięczność.

W pewnym momencie treść książki zaczęła coraz częściej wywoływać we mnie frustrację i irytację. Bowiem to, czym dane jest mi się otaczać, na co mogę sobie pozwolić, co osiągnęłam – jest wynikiem mojej (lub naszej jako małżeństwa) pracy. To wynik poświęconego czasu, włożonego wysiłku, niezliczonych prób i determinacji.

Możemy być wdzięczni za daną szansę. Za ludzi, których los postawił na naszej drodze. Lecz nie odejmujmy sobie własnych sukcesów i osiągnięć. Odczuwajmy radość z konsekwencji naszych decyzji i wysiłku. Bądźmy wdzięczni za to, na co nie mieliśmy wpływu, a dało nam szansę.

 

Pieniądze szczęścia nie dają & doceniajmy małe rzeczy

W dniu, w którym piszę ten post, usłyszałam wypowiedź jakiejś kobiety o pewnym eseju. Kobieta była głęboko poruszona jego treścią, wartościami, które przekazywał. Jedną z nich było, aby cieszyć się z małych rzeczy, bo tylko one są istotne. Kiedy skończyła to mówić, zaraz dodała: autor, chłopak, był podróżnikiem, nie miał nawet 30 lat.

Uśmiechnęłam się kąśliwie pod nosem.
Trudno jest cieszyć się z małych rzeczy. Jest to bardzo skrajna emocja. Wymaga od nas siły, aby nie porównywać się z innymi i doceniać to, co mamy, na co możemy sobie pozwolić, choć… – stać nas na tak niewiele. Kiedy czytam o chłopaku, który zwiedział „pół świata” nie mając nawet 30 lat, zastanawiam się nad jego emocjami i wartościami. Jaki smak ma kawa ze Starbucks’a dla kogoś, kto ma możliwość zwiedzać świat? Czym smakuje mu herbata zimą?

To fajny frazes, aby cieszyć się z małych rzeczy. Tak samo fajny jak ten, że pieniądze szczęścia nie dają – wypowiedziany przez osoby, które nie martwią się o pieniądze.

Tak, są rzeczy ważniejsze od pieniędzy. Są rzeczy, których kupić nie można. Ale pieniądze dają spokój, ciepło i bezpieczeństwo – a to już całkiem sporo szczęścia.

 

 

Z modą tak właśnie jest. Pojawia się nagle, budzi emocje, intryguje i fascynuje. Ale we wszystkim potrzebny jest umiar. W innym przypadku – obraca się w farsę.

 

„Wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną. Tylko dawka czyni, że dana substancja nie jest trucizną”.
Paracelsus

 

 

Czemu Wam to wszystko piszę? Bo żyjemy w czasach, w których nowe trendy pojawiają się w zawrotnym tempie! Jeszcze kurz nie opadł po pierwszym, ba, wciąż ma swój złoty czas, a już nowy trend zaczyna piąć się na szczyt popularności. I choć może wydawać się, że są ze sobą powiązane, mają wspólny cel – w praktyce potrafią być skrajne; powodując w nas zakłopotanie, chaos, dezorientację.

Nim zachłyśniecie się pięknie brzmiącym słowem, zastanówcie się – ile z tej idei pasuje do Was. Z czym się zgadzacie, a z czym nie. Co jest wartością, a co sztuką dla sztuki.

Rutyna czy rytuał? Jak patrzysz na swój dzień

Rutyna czy rytuał? Jak patrzysz na swój dzień

Nie pamiętam czy rzecz działa się w książce „Zdążyć przed Panem Bogiem” autorstwa Hanny Krall, czy może było to w innej, która również poruszała temat codzienności w obozach koncentracyjnych. Swego czasu bardzo interesowała mnie ta tematyka i właściwie do dziś jest to mój ulubiony, choć strasznie smutny fragment historii.

Dlaczego tak bardzo go lubię?
Może dzięki opowieściom babci, jak to udało się dziadkowi uciec z takiego obozu?
A może dzięki tym wszystkim opowieściom pełnym otuchy i wiary w drugiego człowieka?

Ach, ale to temat na zupełnie inną historię! Wróćmy zatem do historii, która wydarzyła się we wspomnianej przeze mnie książce…

 

Wydobyć esencję z każdej codzienności

W książce przedstawiono historię pewnej kobiety. Kobieta była przepiękna. Ponoć (a może tak ja ją zapamiętałam?) miała czarne włosy. Jak każdy w obozie, robiła co tylko mogła, aby przetrwać. Kobieta miała swoją żelazną zasadę – swój rytuał, który odprawiała każdego dnia. Codziennie, każdego wieczoru starannie układała swoje ubranie na krześle. Kiedy przemieszczała się między budynkami, zawsze robiła to w miejscu, w które było najbardziej oświetlone. Bała się, że ktoś ją zaatakuje i zrobi jej krzywdę.
Kobieta była przez innych podziwiana. Była silna. Elegancka.

Aż pewnego dnia ktoś ją dopadł.
Zrobił najgorszą rzecz, jaką można zrobić kobiecie.
I od tego czasu… – kobieta przestała już być silna. Straciła sens życia.
Przestała o siebie dbać i straciła swój rytuał starannego układania odzieży przed snem.

Mimo strasznego zakończenia, bardzo lubię tę historię.
Pokazuje, że sensem czynności nie jest sama czynność, a to, jakie emocje w nas budzi, co nam daje.

Jeszcze niedawno i ja miałam swoje rytuały.
Mój rytm dnia i spokojne emocje sprawiały, że gdy tylko kładłam się do łóżka spać – zasypiałam w sekundę. Wsłuchiwałam się w swój oddech i zasypiałam. Wdech, wydech, wdech, wydech – śpisz…
Ostatnio gdzieś zagubiłam moje rytuały. Straciłam porządek dnia, który dawał mi wewnętrzne poczucie spokoju. Moja codzienność stała się chaotyczna i nieuporządkowana. Niby robiłam to samo, ale straciłam równowagę. Coraz częściej zaczęłam miewać złe sny, koszmary i coraz trudniej mi się zasypia.

Popadłam w rutynę.
Straciłam chwile, które dawały mi odprężenia w ciągu dnia i pozwoliły skupić się na sobie.
Przestałam zwracać uwagę na drobne rzeczy, na spływającą do filiżanki strugę czarnej kawy, na wygląd mojej skóry w czasie wieczornej toalety i uczucie ukojenia w czasie wieczornego nakładania kremu.

Dziś zaczynam od nowa.
Dziś przywracam stary porządek mojej codzienności a rutynę zamieniam w rytuały.

I taka myśl mnie naszła… że ze wszystkich prezentów, które możemy otrzymać, żaden nie da nam tyle radości, co możliwość zadbania o siebie samego. Czułość dla siebie, troska dla samego siebie – najpiękniejszy prezent.
Świadomość, że zasługujemy na to, aby być dla siebie dobrą.

Troszczycie się same o siebie?

Czego się nauczyłam dzieląc codzienność na miasto i wieś

Czego się nauczyłam dzieląc codzienność na miasto i wieś

Kiedy byłam dzieckiem, nie bardzo lubiłam jeździć na wieś. Choć rodzice potrafili znaleźć sobie zajęcie, odnajdywali radość w pieleniu i sadzeniu, w chodzeniu na długie spacery i w siedzeniu nad wodą wypatrując bobrów, ja nudziłam się tam przeokropnie. Snułam się po naszej działce i tylko odliczałam czas do powrotu.

Lecz kiedy zaczęłam pracę na etacie… – wszystko się zmieniło.

Czego się nauczyłam dzieląc codzienność na miasto i wieś

Wszystko się zmieniło, kiedy zaczęłam pracę w zawodzie tuż po studiach. To wtedy zderzyłam się z rzeczywistością, z wielką przepaścią między teorią a praktyką. W teorii – tworzyłam procedury. W praktyce – musiałam je egzekwować. Musiałam pracować szybko i jeszcze szybciej podejmować decyzje. Pęd i nerwy, które miałam w pracy sprawiły, że zaczęłam coraz częściej uciekać na wieś. Uciekać do miejsca, w którym było cicho i spokojnie. W którym nie liczyło się ani czasu, ani strat.
W pewnym momencie mojej pracy etatowej byłam tak zmęczona codziennością, że potrafiłam codziennie dojeżdżać na wieś 60 km, jechać przez godzinę, byle znaleźć się w tym magicznym miejscu, w którym koją się nerwy.
Dźwięk ptaków, widok natury, możliwość siedzenia na skarpie nad rzeką wynagradzało mi wszystko.

W późniejszym czasie, kiedy zmieniłam pracę, a za razem wpadłam w sidła świata internetu, zaczęłam uciekać na wieś dla spokoju. Dla mniejszej ilości bodźców. Dla braku bodźców.
Zaczęłam uciekać do miejsca, w którym nie miała znaczenia marka telefonu, cena torebki czy wystrój domu. Nie miało znaczenia czy wnętrze nadaje się na instagram, bo bez względu na porę roku – czas i tak spędza się na dworzu.
W mieście to się nie zdarza, ale na wsi – zakładamy grube skarpety, dwa swetry i kamizelkę pod kurtkę, i uciekamy do lasu na spacer, w którym znikamy na kilka godzin.

Dzieląc internetowy, miejski świat z tym dyktowanym przez słońce zrozumiałam, że przedmioty nie mają znaczenia. Ilość posiadanych przedmiotów nie ma znaczenia. Na wsi całe dnie spędzamy poza domem. Nie pokazujemy tam mebli, ani dodatków. Tam nie jest istotne to jak mieszkamy. Tam jesteśmy ważni my.
W mieście – coraz częściej ważne jest to co masz, czym możesz się pochwalić. Ale cóż ci po tych wszystkich przedmiotach, którymi nie będziesz mógł się cieszyć gdy padnie prąd? Cóż ci po tych wszystkich przedmiotach, jeśli nie będzie wokół ciebie nikogo, kto mógłby ci pozazdrościć? Co ci po tym wszystkim, jeśli nie potrafisz być szczęśliwy będąc tylko sam ze sobą?

Dzielenie życia na miasto i wieś nauczyło mnie jednego – nie ważne co masz i ile masz. Ważne jest to jaki jesteś, kiedy dookoła Ciebie nie ma nic.

Jaki jesteś, kiedy dookoła Ciebie nie ma nic, czym mógłbyś się pochwalić?
Jakie jesteś, kiedy to co masz nie ma znaczenia?
Czy można z Tobą siedzieć nad skarpą i rozmawiać aż nie przyjdzie noc?
Mieć pewność, ba, nawet przez chwilę nie pomyśleć o tym, że to o czym teraz rozmawiacie, co teraz robicie – nie zostanie obrócone przeciwko tobie?

Dzielenie życia na miasto i wieś sprawiło, że zaczęłam uważniej przyglądać się ludziom. A w moim życiu – postanowiłam otaczać się tylko takimi ludźmi, przy których nie trzeba walczyć, pilnować się, uważać. Zastanawiać się, czy mówią prawdę, czy nie zawiodą.
Przy których można być sobą i być szczęśliwym całym sercem!

Żyjąc w mieście zauważyłam, że najwięcej problemów, zmartwień i przykrych sytuacji doświadczamy przez nieodpowiednich ludzi wokół nas. To ludzie, a nie przedmioty, powodują, że czujemy się gorzej, czujemy się nie dość dobrzy – pod każdym względem.
To jest nasza główna, miejska przyczyna bycia znerwicowanym, przygnębionym, nieszczęśliwym – nieodpowiedni ludzie wokół nas…

Więc jaki jesteś…?

Kubeczek menstruacyjny – wygoda odbierająca kobiecość?

Kubeczek menstruacyjny – wygoda odbierająca kobiecość?

Dwa lata – tyle czasu potrzebowałam, aby dojrzeć do kubeczka menstruacyjnego. Jeszcze pisząc w zeszłym roku ebook Oszczędzaj dzięki uważności i życiu wolniej, z dość dużą dozą niepewności wspominałam o kubeczku, zastanawiając się, czy ten temat nie jest zbyt intymny, obrzydliwy, agresywny.

Dziś opowiem Wam jak to było ze mną i z kubeczkiem. Co mnie przed nim wzbraniało, co czułam, kiedy pierwszy raz chciałam go użyć oraz jaka była moja pierwsza myśl, kiedy niespodziewanie dostałam okresu…

Do kubeczka trzeba dojrzeć!

Do kubeczka trzeba dojrzeć, tak samo jak dojrzeć trzeba do mówienia o okresie. I choć nie jest to temat na ten post, mówienie o miesiączce, to trudno jest być kobietą i udawać, że ona nie istnieje. Bo istnieje. Jest obecna w życiu każdej z nas! I tym bardziej wśród kobiecego grona – nie powinnyśmy wstydzić się o niej mówić. Tak samo, jak nie wstydzimy się mówić o grypie żołądkowej, oczyszczaniu twarzy przez kosmetyczkę, zaskórnikach i wągrach – które też pluszowe nie są.

Stare wyjadaczki

Pierwsze tak bezpośrednie spotkanie z tematem kubeczka menstruacyjnego miałam na jednej z grup zero wasteowych.
Na grupie, w której kobiety zafiksowane są na punkcie niemarnowania, ograniczania odpadu – temat kubeczka był bardzo dobrze znany, a przez wiele z nich sam przedmiot używany był od lat. Mało tego, uważany był za najlepszy wynalazek świata!
Problem jednak był taki, że coś, co dla mnie (jak i wielu innych kobiet) było nowe, nieznane, budziło zakłopotanie – dla starych wyjadaczek było powodem do drwin.

„okres normalna rzecz, czego się brzydzisz, krwi?”
„jezu, przecież każda kobieta ma okres, czego się brzydzisz? że się ubrudzisz?”
„a co ty, nie dotykasz się tam?”

Takie komentarze, te toksyny wylewane na „nowicjuszki” sprawiały, że o kubeczku chciałam zapomnieć! Wymazać go z pamięci i nie wracać do tematu.
Bałam się powiedzieć jakie mam obawy przed używaniem kubeczka, bo najzwyczajniej w świecie nie chciałam być wyśmiana, wykpiona, obrażana. I bynajmniej – nie chodziło tu o widok krwi…
Jednak coś, co było dla mnie intymne, dotyczyło mojej kobiecości, czułam, że przez inne kobiety spychane jest do pokroju… mięsa armatniego. Rzeczy. Przedmiotu. Czegoś w stylu „przecież nic się nie stało”…

I jedna normalna!

Aż pewnego razu, kiedy już prawie całkowicie zapomniałam o kubeczku, natknęłam się na dziewczynę, która o kubeczku menstruacyjnym mówiła wprost! Bez większej ekscytacji, bez prześmiewczych komentarzy, bez krępacji ale z szacunkiem. Mówiła o rozmiarach kubeczków, kształtach i sposobie jego wkładania oraz wyciągania. Mówiła o nim tak prosto, zwyczajnie, jak zwyczajnie mówi się o doborze rozmiaru kołdry do łóżka. I widząc Natalki osobowość, wiedząc, że jest osobą ciepłą, nieagresywną, szanującą innych – postanowiłam do niej napisać. Postanowiłam powiedzieć jej o moich obawach i zapytać o kilka rad.

Po tej rozmowie jeszcze długo dojrzewałam do tematu, ale w moim sercu było już zdecydowanie więcej spokoju i pewności siebie, niż obaw i przykrości…

Pierwszy raz

Nie na darmo mówi się, że pierwszy raz jest najgorszy. Zdecydowanie, w temacie kubeczka menstruacyjnego, mogłabym powiedzieć – nie tak to sobie wyobrażałam!
Pierwszy raz był koszmarny. Choć znałam techniki wkładania go, to jednak teoria z praktyką średnio szły w parze. Strasznie się męczyłam zakładając go pierwszy raz.
W pewnej chwili chciałam rzucić kubeczek w kąt łazienki, ale powiedziałam sobie: przemogę się! Chociaż ten jeden miesiąc spróbuję, aby móc wyrobić sobie zdanie.
Zagryzłam zęby, ale czułam się strasznie. Czułam się, jakby ktoś odzierał mnie z kobiecości.
To było ohydne. I na pewien sposób… – czułam, że to było w jakiś sposób upadlajace.

Ale później – szalenie wygodne!

I następne

Kolejny miesiąc. Zakładanie kubeczka szło mi zdecydowanie lepiej. Faktycznie, jak mówiła Natalia – komfort poruszania się na co dzień i w nocy jest nieporównywalny!
Mogę chodzić do toalety kiedy chcę – i nie muszę zabierać ze sobą podpaski. Nie muszę się martwić, że śpiąc, leżąc, wiercąc się na krześle – coś przecieknie. I mogę pójść na plażę, położyć się na piasku, wskoczyć do wody – i nie martwić się, że ktoś zobaczy, że mam okres.

Teraz

Teraz faktycznie, uważam kubeczek za coś wspaniałego! Używanie go jest po prostu wygodne. Więc kiedy dostałam okres będąc poza domem, nie mając przy sobie kubeczka… – nie czułam się już tak komfortowo. Znów szukałam podpasek, a nosząc je czułam, że coś cieknie. I w przeciwieństwie do kubeczka – znów czułam, że muszę pilnować czasu, aby iść się przebrać – dla własnej higieny. Znów pilnowałam aby nie siadać tak okrakiem, nie wiercić się na kanapie i co jakiś czas sprawdzałam, czy spodnie są nadal czyste.

A co z podpaskami?

Podpasek nadal używam. Zawsze mam je w torebce, bez względu na to, czy zbliża mi się miesiączka, czy nie. Noszę je na wszelki wypadek, bo nigdy nie wiem gdzie będę, kiedy dostanę okres, tak jak teraz – będąc poza domem.
Nie zawsze też mam pewność, czy dobrze założyłam kubeczek. Zdarza się tak, kiedy zakładam go bardzo szybko i jeszcze szybciej wybiegam z domu. Dlatego w takich chwilach – zakładam dodatkowo podpaskę – dla własnego poczucia spokoju.

I jako ciekawostkę Wam powiem:
Podpaski, które kupuję (choć robię to już zdecydowanie dużo rzadziej niż kiedyś) są z bawełny organicznej, niczym nie są bielone, nie są chlorowane.
W tym całym oszczędnościowym szaleństwie doszłam do wniosku, że są takie produkty, na które teraz wolę wydać zdecydowanie więcej. Ale o tym – opowiem Wam innym razem…

A tymczasem mam dla Was kod rabatowy na subskrypcję podpasek oraz tamponów polskiej marki Your Kaya. Na hasło wolnowolniej dostaniecie 20% rabatu na pierwszą subskrypcję!

A jeśli chodzi o kubeczek… – nie będę namawiać Was do jego używania.
Tak, jak ja potrzebowałam dojrzeć do niego, tak wiem, że i dla wielu z Was to może być obrzydliwy temat.
To co chciałam osiągnąć pisząc ten post, to pokazać Wam, że nie jesteście dziwne mając takie obawy, czy czując zgorszenie słysząc o nim. I nie jesteście z tego powodu złe!! Każda z nas ma inną wrażliwość i to jest w nas cudowne.
Wspierajmy się!
Bo z kim mamy rozmawiać na temat okresu jak nie ze sobą? Jak nie z innymi kobietami?

Czyjeś cudowne życie kontra… – Twoje

Czyjeś cudowne życie kontra… – Twoje

Zazwyczaj pisząc post, staram się pokazać Wam ten konkretny temat, problem, zagadnienie, na konkretnym przykładzie. Dane zdarzenie tak bardzo mnie dotknęło, na tyle wywołało we mnie refleksję, że ten konkretny przypadek w swoich postach chcę omówić.
Ale dziś będzie inaczej…

Co się kryje za sukcesami ludzi, którym zazdrościmy

Jest wieczór, niedziela. Następnego dnia nie idę do pracy, więc wykorzystuję ten czas na oglądanie nowych odcinków serialu i scrolluję facebooka. Moim oczom ukazuje się post obcej mi dziewczyny, która wrzuciła zdjęcie swojego bajecznego, szalenie klimatycznego tarasu.
W pierwszej chwili myślę sobie: ale zazdrość! Jak ja chciałabym mieć taki dom, z takim tarasem.
Rozglądam się po swoim mieszkaniu. Po pięćdziesięciu metrach swojego mieszkania.
I wtedy przypominam sobie historie moich znajomych:
1. Dziewczynę, która zamieszkała w domu z przepięknym ogrodem – zamieszkała w jego domu po ślubie, który zaczęła ozdabiać, wprowadzać do niego pierwiastek kobiecości, kobiecego ciepła.
2. Małżeństwo, które wybudowało swój przepiękny dom – na jednej działce z rodzicami, na jej drugim końcu.
3. Małżeństwo, które kupiło działkę i wybudowało dom w górach, z dala od innych – małżeństwo, które ma pracę z domu i nie potrzebuje dojeżdżać do pracy.

Inna historia:
Chodziłam do pracy, kiedy moje przyjaciółki pracowały z domu. Miały swoje firmy. Swoje blogi.
Nie zdawałam sobie wtedy sprawy z tego, że:
1. Moje przyjaciółki oraz znajome – prowadzą swoje firmy, które polegają na świadczeniu różnych usług innym firmom.
2. Że ich „etat” nie trwa stu sześćdziesięciu godzin w miesiącu, lecz (czasem) nawet trzysta trzydzieści godzin!
3. Że kiedy ja śpię do dziesiątej w niedzielę, one o dziesiątej są w ferworze pracy.

Inna historia:
Właściwie, tych innych historii mogłabym wymienić wiele, bo wszystkie opierają się na uczuciu zazdrości. Kiedy sięgnę pamięcią nie tak całkiem daleko, przypomnę sobie chwile, w których pozazdrościłam komuś:
1. Nowych gadżetów elektronicznych
2. Domu i ogrodu
3. Ubrań i stylu
4. Codzienności, chwil

Łatwo jest zazdrościć ludziom ich życia. Zazdrościć im tego co mają, jak się ubierają, kto je obejmuje, jaką miłością są obdarzane. Łatwo jest zazdrościć ludziom ich życia, którego widzimy tylko część, urywek, skrawek, ułamek.

Ale za każdym razem, przy każdym uczuciu zazdrości, musimy zdać sobie sprawę z tego, że sukces, który widzimy, nie koniecznie jest ich. Nie koniecznie jest zasługą ich (pracy). Narzeczony z domem, rodzice z działką, podróże zawdzięczone wiecznym brakiem męża w domu lub jego nerwami, firma otrzymana dzięki starszemu bratu, który utarł nam szlaki…

Są sukcesy, za którymi nie stoi nasza ciężka praca. Za którymi nie stoi nasza determinacja, wiedza, pracowitość. Są sukcesy, które osiągnęliśmy dzięki wcześniejszej, cudzej pracy. Sukcesy, którymi chętnie się dzielimy, ale milczymy o drodze, która nas do niej doprowadziła.

Czasem zdarza się, że przeglądając zdjęcia obcych ludzi pomyślę sobie „ależ ja jej zazdroszczę! Jak ja bym chciała tak żyć!”
I wtedy patrzę na swoje mieszkanie. Swoje pięćdziesiąt metrów kwadratowych i swoją lichą pensję z etatu, i myślę sobie: to mieszkanie jest urządzone w zgodzie ze mną. Są tu rośliny, które kocham. Jest drewno, len, naturalne tworzywa. Są plakaty od polskich marek. To mieszkanie jest moje. Tak bardzo moje i pode mnie.

Nie mamy domu bo nas na dom nie stać. Nie weszliśmy w związek małżeński z kimś, kto już dom posiadał. Nie weszliśmy w związek małżeński z kimś, kto posiadał na tyle dużą działkę w Warszawie, aby móc wybudować na niej i swój dom. Nie weszliśmy w związek małżeński z kimś, kto mógłby zapewnić nam godne życie z jednej pensji.

Nasze życie wygląda właśnie tak. Wygląda dokładnie tak, jak nasze mieszkanie, jak nasz plan na jutro i na następne dni. To jest nasze życie. Tak wygląda nasze życie.

Od paru miesięcy zaczęłam bardzo dokładnie przyglądać się działaniom ludzi, którym zazdroszczę. Zaczęłam zastanawiać się czego tak naprawdę im zazdroszczę i co mogę zrobić, aby osiągnąć to, na czym mi zależy.
I w końcu, po raz kolejny, lecz w innej dziedzinie, zdałam sobie sprawę, że… – aby być szczęśliwym i przestać zazdrościć obcym ludziom ich życia, trzeba pamiętać kim się jest, co jest dla nas w życiu ważne i co nam daje szczęście – tak ogólnie, po naszemu, nie przez pryzmat opinii innych. Bo dopiero działając w zgodzie ze sobą – możemy być naprawdę szczęśliwi.
Jeśli tylko będziemy wiedzieć, ba, będziemy pewni swych wartości – przestaniemy zazdrościć ludziom ich tarasu, domu, butów… które nawet w najmniejszym calu do nas nie pasują.

Więc zanim zaczniesz zazdrościć innym życia… – pamiętaj, że każdy kij ma dwa końce. I że każdy z nas ma inne wartości.

Bój się i działaj! | Sum #6

Bój się i działaj! | Sum #6

Kiedy zapytamy człowieka, co jest dla niego najważniejsze w życiu, ten bez większego zastanowienia się rzuci powszechnie znaną wartością, nie koniecznie tą prawdziwą, zgodną z nim. Bowiem to co jest dla nas najważniejsze – jest najważniejsze na ten moment. A kiedy wszystko się posypie… – na wierzch wyjdą nasze największe potrzeby i życiowe priorytety.
I tak też było ze mną…

„To co najczęściej robię, to zaczynam od nowa”

W czerwcu przekonałam się, że dla mnie najważniejszy jest spokój. Wszystkie decyzje, które podejmuję, mają zapewnić mi stabilizację, pewność i brak niespodzianek.

Nim wydam większą kwotę pieniędzy – zastanawiam się, czy mimo wszystko moja sytuacja finansowa będzie na tyle stabilna, że będę odczuwała spokój i nie będę się martwić, co dalej.
Nim gdzieś wyjadę lub na coś wejdę – zastanowię się, czy jest tam na tyle bezpiecznie, abym czuła spokój i miała pewność, że nic mi nie grozi.

W czerwcu przekonałam się, że wewnętrzny spokój, brak nerwów, brak toksycznych emocji – są dla mnie dużo cenniejsze od pieniędzy i pozornego luksusu.

W czerwcu podjęłam decyzję o całkowitej zmianie mojego życia.
Zawsze powtarzałam, że moje życie zaczyna się po etacie. Tak, chodzę do pracy, wypełniam zadania, przebywam z ludźmi, dbam o to, aby czas w pracy minął mi przyjemnie – ale moje życie, zaczyna się w momencie, w którym wracam do domu. Moje życie zaczyna się w momencie, w którym mogę być sobą i mogę być szczęśliwa. W którym mogę otaczać się ludźmi o podobnych wartościach do mnie, którzy dają mi radość i czynią moje życie szczęśliwszym i spokojniejszym.

Kiedy zapytamy człowieka, co jest dla niego najważniejsze w życiu, ten bez większego zastanowienia się rzuci powszechnie znaną wartością, nie koniecznie tą prawdziwą, zgodną z nim. Powie, że dla niego najważniejsza jest rodzina. Ale czy naprawdę wszystkie jego działania prowadzą do tego najważniejszego celu, którym jest rodzina? Czy spędza 8 godzin dziennie na etacie, bo najważniejsza jest rodzina? Czy da rodziny robi nadgodziny?

Napis na metalowej tabliczce: Ines you are the reason of my life

Choć czerwiec był dla mnie miesiącem bardzo burzliwym, pełnym decyzji podjętych pod wpływem emocji – zakończył się w cudowny, a za razem bardzo symboliczny sposób.
Na ostatnie dni czerwca wyjechaliśmy nad morze, do Gdyni. Po tym sztormie, który trwał nieprzerwanie przez kilka tygodni – zobaczyłam równą, spokojną taflę morza. Zobaczyłam przestrzeń – na nowe myśli, działania, osoby, przygody.

Już się nie boję. 
Działam!

Odwaga czy kres sił? | Sum #5

Odwaga czy kres sił? | Sum #5

Ach, maju, jaki Ty byłeś!!
Dawno nie czułam się tak bardzo szczęśliwa i pełna życia jak w maju! I choć już od stycznia czekałam na ten maj, tak bardzo jak dzieci czekają na pierwszą gwiazdkę, aby móc wreszcie, nareszcie rozpakować prezenty, które pod przepięknie pachnącą, własnoręcznie przystrojoną choinką zostawił Święty Mikołaj, ach, nie sądziłam, że ten maj okaże się zmienić… – wszystko.

Przegapione momenty

Jakiś czas temu, może to było w okolicach lutego, mieliśmy z Dawidem (moim mężem) rozmowę na temat przegapionych momentów. Rozmawialiśmy o tym, jak łatwo jest oddalić się od siebie, przegapić ten moment, w którym każde zaczyna żyć swoim życiem, choć żyje się razem. Rozmawialiśmy o tym jak łatwo jest coś zniszczyć, kiedy jedna osoba przed oczami ma tylko cel, do którego dąży.

O małżeństwie, związkach, mówi się, że trzeba iść w tym samym kierunku. Ale kiedy przegapi się ten moment, okazuje się, że wciąż możemy iść w tym samym kierunku, ale pod dwóch różnych drogach. I już nie ma wspólnej codzienności, nie ma wspólnych problemów. Jest tylko wymiana informacji i niezrozumienie dla złości. Bo jak złościć się o coś, w czym nie uczestniczymy, co na naszej drodze nie występuje?

 

Na maj czekałam z utęsknieniem już od stycznia. I nie tylko dlatego, że w maju są moje urodziny, konwalie i bez. Czułam, gdzieś tam w styczniu już czułam, że maj będzie przełomowym miesiącem! Czułam, że w maju wszystko się zmieni. Choć, jak to chyba zawsze bywa – nie sądziłam – jak bardzo się zmieni.

I sama już nie wiem, czy zmiany, które nadejdą w naszym życiu, spowodowane są odwagą czy może osiągnęłam już taki dół, w którym człowiekowi zaczyna być wszystko jedno.
Jedno jednak wiem – zaczynamy życie od nowa!

 

W maju:
1. Spełniłam swoje marzenie i kupiłam od Moniki z bloga Tekstualna plakat „bój się i działaj„. Od bardzo dawna ta wersja plakatu nie była już dostępna u Moniki w sklepie, ale chcąc uzbierać pieniądze na zbiórkę na pomoc Ani – udostępniły go! I ja go kupiłam, z czego się szalenie cieszę!

2. Podjęłam dodatkową pracę u Weroniki, która prowadzi własną firmę Moyemu – kreatywne studio Twojej marki. Weronika tworzy piękne strony internetowe, dobiera kolory marki pod jej profil i emocje, które ma wyrażać.
U Weroniki odpowiadam za wszystkie techniczne aspekty działalności i obsługę Klienta.
I to też jest zabawne, jak życie zatoczyło koło, bo Weronikę poznałam gdy… – potrzebowałam kogoś, kto stworzy paletę barw do MyNaSwoim.pl.

3. Ale największa zmiana, która pojawiła się w maju to… – obraliśmy z Dawidem cel. Mamy plan, który chcielibyśmy zrealizować we wrześniu. Tyle dajemy sobie czasu. Zakochani w naturze, postanowiliśmy zrobić coś, aby być bliżej niej. Jak to wszystko się rozwinie? Zobaczymy. Ale na chwilę obecną – ta myśl dodaje mi szalonych skrzydeł!

 

Wpisy, które pojawiły się w maju:

Życzenia, czy naprawdę muszą powodować w nas złość?
Jak zadbać o równowagę w dobie social mediów?
Czy każdy może dziś żyć wolniej?
Jak mieć mniej przedmiotów w łazience?
Minimalife – wywiad z marką

Szczęśliwie mi. Nareszcie jest mi szczęśliwie.
Po pół roku snucia się, poszukiwania swojej drogi, próby odnalezienia się w tym wszystkich emocjach – czuję, że znów wskoczyłam na swoją drogę.
Bogatsza o nowe doświadczenia, nowe siniaki, wylane łzy i poszarpane nerwy – trzymam za siebie kciuki, abym już więcej ani razu nie zapomniała o tym, jak łatwo jest przegapić moment.

Maj zdecydowanie był dla mnie bolesną lekcją. Wciąż biję się z myślami i zastanawiam się, czy te wszystkie dobre zdarzenia, które miały w maju miejsce dodały mi odwagi, do podjęcia takich decyzji, czy może te bolesne chwile tak bardzo dały mi w kość, że postanowiłam zmienić życie aby więcej nie tracić zdrowia.
Nie mam pojęcia.

Ale w maju dowiedziałam się jednego: żeby żyć człowiek potrzebuje czuć wiatr.

 

Kiedy siedzę w domu, otoczona ścianami, pięknymi przedmiotami, roślinami – wciąż się zadręczam. Wciąż potrafię myśleć o zmartwieniach, truć samą siebie przeplatającymi się w mojej głowie wydarzeniami i osobami. Ale wystarczy, że wyjdę na dwór, wystarczy, że stanę na drodze przeciągu między oknem a drzwiami balkonowymi – i od razu czuję się lepiej. Czuję, jak ogarnia mnie spokój, myśli uspokajają się.

Nie da się żyć w zamknięciu.
Nie da się żyć będąc otoczoną tym, co wyszło z fabryki.
Nie da się żyć bez przestrzeni, natury, wiatru.

Dom czy mieszkanie?
Co za różnica, kiedy i tak siedzimy w środku.

SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS?

SKOMENTUJ GO I UDOSTĘPNIJ
pokaż innym co jest dla Ciebie ważne

Życzenia – czy naprawdę muszą powodować w nas złość?

Życzenia – czy naprawdę muszą powodować w nas złość?

Hah, życzenia. Z założenia miłe, przez innych uważane za kontrowersyjne. Przez niektórych potrafią być nawet powodem do frustracji i podniesionego ciśnienia. Tylko czy warto przez życzenia nerwy szarpać?
Pewnie zastanawiacie się, jak życzenia, na przykład te urodzinowe, mogą budzić tyle negatywnych emocji?! 

Życzenia – problem egocentryków

Moja odpowiedź Was pewnie zaskoczy, choć przykłady tych życzeń już nie. 

Wiecie co jest dla mnie trudne? Patrzenie jak idolami ludzi są ci, którzy pod płaszczykiem mądrości i “zdrowego egoizmu” nakręcają spiralę nienawiści. Powtarzają wciąż te same, od lat powtarzane slogany, przyklaskują schematom, zamiast naprawdę zrobić coś dobrego. I nie mam tu na myśli wielkiej zmiany świata, zrobienia rewolucji od czubka Helsinek po pięty Wietnamu.

W tym miesiącu minęły mi 29 urodziny. Jak każdego roku dostałam kilka życzeń urodzinowych.
Część życzeń była bardzo intymna.
Te życzenia składali ludzie, którzy bardzo dobrze mnie znają, którzy wiedzą jaka jestem, kiedy nikt nie patrzy. Składali je ludzie, którzy doskonale wiedzieli jakie mam teraz bolączki, co mnie trapi, co mnie uszczęśliwia.
W tym miesiącu dostałam też inne życzenia.
To były życzenia od osób, które bardzo dobrze mi życzą, które są mi serdeczne, ale z którymi mój kontakt jest bardziej powierzchowny, mniej osobisty. Bo są w naszym życiu ludzie, z którymi możemy świetnie spędzać czas, cudownie się bawić, ale po prostu nie zwierzamy się sobie ze skrytych myśli. Ot, po prostu. 

I wtedy przypomniałam sobie pewne zdarzenie, w którym pewna dziewczyna oburzyła się na życzenia – bo życzenia nie były szyte na jej miarę. Bo życzono jej czegoś, czego wcale nie chciała… 

Są takie życzenia, jak na przykład, życzenie posiadania dziecka.
Ach, ciężki temat. Ale czy naprawdę powinien wywoływać w nas aż tak negatywne emocje? 

Jeśli para długo stara się o dziecko – czy takie życzenia będą niewłaściwe?
Według mnie – nie. Skoro para stara się o dziecko, skoro tak bardzo go pragnie, czy życzenie dziecka, choćby nawiązywało do przykrych doświadczeń, było naprawdę czymś złym? 

Jeśli para jest ze sobą już długo i nie ma dzieci, z własnego wyboru – czy takie życzenia będą niewłaściwe?
Według mnie – nie. Wiele osób mówi, że dziecko zmieniło ich życie o 180 stopni. Mówią, że dziecko to, owszem, niewyspanie, kolki i zmartwienia, to mówią też, że to największa radość i szczęście. Że to miłość, jaką trudno jest sobie wyobrazić.
Czy takie życzenia to coś złego? Czy jest coś złego w tym, że ktoś pod słowami “żebyście mieli dziecko” chce Wam życzyć przeogromnej miłości i radości? Chce życzyć to szczęście, którego on doznał, poznał, doświadczył, a które jeszcze jest przed Wami…?

Ktoś powie, że “aaaa babcia tak mi życzy, bo ona chce wnuczka, to są życzenia dla niej, a nie dla mnie”.
I wiecie, wtedy tak sobie myślę, bez względu już na to, czy możemy mieć dzieci, czy po prostu ich mieć nie chcemy, że taka osoba, po prostu chce nam życzyć tego, co według niej powinno się zdarzyć. Co według niej jest następstwem rzeczy. Co według niej powinno nam (wszystkim) dać radość.
Czy jest sens się o to złościć?

Są życzenia, które mogą być dla nas nieprzyjemne, jak te o zrzuceniu paru kilogramów czy znalezieniu sobie faceta. Ale czy osoba nam bliska, chce dla nas źle?
Czasem tak już jest, że w naszym otoczeniu są ludzie, którzy nie do końca potrafią wyrażać uczucia. I nie do końca potrafią – wyrazić swoją troskę. 

Bo czy “czepianie” się czyjegoś wyglądu to coś złego?
A czy nadwaga lub niedowaga to coś złego? 

A czy ryzyko zachorowania na zawał lub cukrzycę to coś złego…?

Wiecie, są ludzie, którzy burzą się na życzenia typu:
– życzę ci abyś schudła
– życzę ci abyś sobie kogoś znalazła
– życzę ci abyś zaszła w ciążę
– życzę ci dobrej pracy

A ja uważam, że ludzie, którzy się na to burzą, mają klapki na oczach podklejone lusterkiem. Nie widzą nic – nic wokół siebie, nikogo przed sobą, tylko siebie.
Nie musimy brać wszystkiego bardzo do siebie, wszystkich życzeń odbierać jak atak na naszą wolność i naszą godność. Nie musimy złościć się na życzenia od kogoś, kto jest nam życzliwy, ale nie koniecznie bliski. 

To są życzenia. Życzenia składane z serdeczności, troski, miłości.
Naprawdę, nie ma co się złościć i podnosić sobie ciśnienia.
Oczekujemy, że ludzie będą szanować nas, nasze decyzje, wybory, ścieżki, którymi decydujemy się podążać.
Uszanujmy więc też czyjąś chęć, potrzebę życzenia nam tego, co według niej daje szczęście i ściąga z barków zmartwienia. 

Więc kiedy następnym razem dostaniesz życzenia, które niekoniecznie do Ciebie pasują, które niekoniecznie są tym, co chciałabyś usłyszeć, pamiętaj, że ta osoba nie chce dla Ciebie źle. Ona ma po prostu inną definicję szczęścia.  

SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS?

SKOMENTUJ GO I UDOSTĘPNIJ
pokaż innym co jest dla Ciebie ważne

Jak zadbać o równowagę w dobie social mediów?

Jak zadbać o równowagę w dobie social mediów?

Kiedy zaczynałam prowadzić blog, postanowiłam, że będę rozwiązywać ludzkie problemy. Pisząc te słowa zastanawiam się, czy to zdanie wywołało w Was taki sam uśmieszek jak u mnie. Ale wtedy tak było – zapisałam się do wielu różnych grup, czytałam posty obcych ludzi myśląc, że to będzie dla mnie inspiracja. 

Nie wiedziałam wtedy, jak bardzo bokiem wyjdą mi te wszystkie social media…

Czego się nauczyłam o social mediach

Tak, kiedyś chciałam być na każdej grupie, aby móc robić to, czego mnie uczono – budować opinię eksperta. Chciałam też pomagać, pokazywać, że jest inne, lepsze rozwiązanie. Bo ono naprawdę było, tylko trzeba było, no właśnie, trzeba było chcieć. I chcieć musiały obie strony. 

Przebywanie w social mediach pokazało mi jedną rzecz – każdy z nas jest ekspertem, ale nie każdy z nas ma sto procent racji. I to “nie sto” nie oznacza wcale, że ten ktoś się myli. Oznacza, że po prostu ma inny punkt widzenia – inny – swój. I już. 

Jednak to nie inny punkt widzenia powodował we mnie uczucie goryczy. Przebywając w social mediach czułam się źle, bo świat for internetowych jest zupełnie inny od tego mojego, rzeczywistego, realnego świata. Ten internetowy – jest pełen pychy, chamstwa, arogancji i drwin. Chęć dowiedzenia się czegokolwiek sprawiała, że człowiek zostawał zmieszany z błotem.

Więc jak zadbać o równowagę w social mediach, które są przepełnione agresją? Jak znaleźć odpowiedź, skoro zadanie pytania wiąże się z poniżeniem? 

Przebywanie w social mediach nauczyło mnie dwóch rzeczy:
1. Nikogo nie obchodzi twoje zdanie
2. Nie szukaj odpowiedzi wśród nienawiści

Social media ograniczyłam do minimum. Nie przebywam już na grupach, które powodują we mnie negatywne emocje, w których panuje przyzwolenie na drwienie z innych. Nie jestem już w grupach, w których ciągle trzeba odpierać atak.
Zrozumiałam, że bez względu na intencje – nie warto kopać się z koniem. Nie ma sensu dyskutować z ludźmi, których nie interesuje twoje zdanie, oni są przekonani o swojej racji i już. Przyszli tu tylko po to, aby zabić trochę czasu, może trochę podbudować ego, wyrzucić z siebie całą złość i przykryć ból nienawiścią…

Social media traktuję jak wyszukiwarkę pełną śmieci.
Coś sprawdzę, coś wyszukam, przescrolluję i zahaczę oko, ale po opinię – zasięgnę google, koleżankę lub książkę. Znajdę artykuły, które bez emocji powiedzą mi o wadach i zaletach produktu i pozostanę sama ze swoimi myślami, zastanawiając się, będąc bogatsza o nową opinię i nową wiedzę.

A kiedy przyjdzie odpowiedni czas, kiedy nadarzy się okazja, porozmawiam o tym z kimś, dla kogo ważne będzie poznanie mojego punktu widzenia, a nie tylko mówienie.

Social media – pełne są słów, które nikogo nie obchodzą. Dlatego nie warto tracić czasu na rozmowy, które odzierają nas z dobrych emocji. 

 

Równowaga – brak potrzeby udowadniania…

SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS?

SKOMENTUJ GO I UDOSTĘPNIJ
pokaż innym co jest dla Ciebie ważne