Czego się nauczyłam dzieląc codzienność na miasto i wieś

Czego się nauczyłam dzieląc codzienność na miasto i wieś

Kiedy byłam dzieckiem, nie bardzo lubiłam jeździć na wieś. Choć rodzice potrafili znaleźć sobie zajęcie, odnajdywali radość w pieleniu i sadzeniu, w chodzeniu na długie spacery i w siedzeniu nad wodą wypatrując bobrów, ja nudziłam się tam przeokropnie. Snułam się po naszej działce i tylko odliczałam czas do powrotu.

Lecz kiedy zaczęłam pracę na etacie… – wszystko się zmieniło.

Czego się nauczyłam dzieląc codzienność na miasto i wieś

Wszystko się zmieniło, kiedy zaczęłam pracę w zawodzie tuż po studiach. To wtedy zderzyłam się z rzeczywistością, z wielką przepaścią między teorią a praktyką. W teorii – tworzyłam procedury. W praktyce – musiałam je egzekwować. Musiałam pracować szybko i jeszcze szybciej podejmować decyzje. Pęd i nerwy, które miałam w pracy sprawiły, że zaczęłam coraz częściej uciekać na wieś. Uciekać do miejsca, w którym było cicho i spokojnie. W którym nie liczyło się ani czasu, ani strat.
W pewnym momencie mojej pracy etatowej byłam tak zmęczona codziennością, że potrafiłam codziennie dojeżdżać na wieś 60 km, jechać przez godzinę, byle znaleźć się w tym magicznym miejscu, w którym koją się nerwy.
Dźwięk ptaków, widok natury, możliwość siedzenia na skarpie nad rzeką wynagradzało mi wszystko.

W późniejszym czasie, kiedy zmieniłam pracę, a za razem wpadłam w sidła świata internetu, zaczęłam uciekać na wieś dla spokoju. Dla mniejszej ilości bodźców. Dla braku bodźców.
Zaczęłam uciekać do miejsca, w którym nie miała znaczenia marka telefonu, cena torebki czy wystrój domu. Nie miało znaczenia czy wnętrze nadaje się na instagram, bo bez względu na porę roku – czas i tak spędza się na dworzu.
W mieście to się nie zdarza, ale na wsi – zakładamy grube skarpety, dwa swetry i kamizelkę pod kurtkę, i uciekamy do lasu na spacer, w którym znikamy na kilka godzin.

Dzieląc internetowy, miejski świat z tym dyktowanym przez słońce zrozumiałam, że przedmioty nie mają znaczenia. Ilość posiadanych przedmiotów nie ma znaczenia. Na wsi całe dnie spędzamy poza domem. Nie pokazujemy tam mebli, ani dodatków. Tam nie jest istotne to jak mieszkamy. Tam jesteśmy ważni my.
W mieście – coraz częściej ważne jest to co masz, czym możesz się pochwalić. Ale cóż ci po tych wszystkich przedmiotach, którymi nie będziesz mógł się cieszyć gdy padnie prąd? Cóż ci po tych wszystkich przedmiotach, jeśli nie będzie wokół ciebie nikogo, kto mógłby ci pozazdrościć? Co ci po tym wszystkim, jeśli nie potrafisz być szczęśliwy będąc tylko sam ze sobą?

Dzielenie życia na miasto i wieś nauczyło mnie jednego – nie ważne co masz i ile masz. Ważne jest to jaki jesteś, kiedy dookoła Ciebie nie ma nic.

Jaki jesteś, kiedy dookoła Ciebie nie ma nic, czym mógłbyś się pochwalić?
Jakie jesteś, kiedy to co masz nie ma znaczenia?
Czy można z Tobą siedzieć nad skarpą i rozmawiać aż nie przyjdzie noc?
Mieć pewność, ba, nawet przez chwilę nie pomyśleć o tym, że to o czym teraz rozmawiacie, co teraz robicie – nie zostanie obrócone przeciwko tobie?

Dzielenie życia na miasto i wieś sprawiło, że zaczęłam uważniej przyglądać się ludziom. A w moim życiu – postanowiłam otaczać się tylko takimi ludźmi, przy których nie trzeba walczyć, pilnować się, uważać. Zastanawiać się, czy mówią prawdę, czy nie zawiodą.
Przy których można być sobą i być szczęśliwym całym sercem!

Żyjąc w mieście zauważyłam, że najwięcej problemów, zmartwień i przykrych sytuacji doświadczamy przez nieodpowiednich ludzi wokół nas. To ludzie, a nie przedmioty, powodują, że czujemy się gorzej, czujemy się nie dość dobrzy – pod każdym względem.
To jest nasza główna, miejska przyczyna bycia znerwicowanym, przygnębionym, nieszczęśliwym – nieodpowiedni ludzie wokół nas…

Więc jaki jesteś…?

Kubeczek menstruacyjny – wygoda odbierająca kobiecość?

Kubeczek menstruacyjny – wygoda odbierająca kobiecość?

Dwa lata – tyle czasu potrzebowałam, aby dojrzeć do kubeczka menstruacyjnego. Jeszcze pisząc w zeszłym roku ebook Oszczędzaj dzięki uważności i życiu wolniej, z dość dużą dozą niepewności wspominałam o kubeczku, zastanawiając się, czy ten temat nie jest zbyt intymny, obrzydliwy, agresywny.

Dziś opowiem Wam jak to było ze mną i z kubeczkiem. Co mnie przed nim wzbraniało, co czułam, kiedy pierwszy raz chciałam go użyć oraz jaka była moja pierwsza myśl, kiedy niespodziewanie dostałam okresu…

Do kubeczka trzeba dojrzeć!

Do kubeczka trzeba dojrzeć, tak samo jak dojrzeć trzeba do mówienia o okresie. I choć nie jest to temat na ten post, mówienie o miesiączce, to trudno jest być kobietą i udawać, że ona nie istnieje. Bo istnieje. Jest obecna w życiu każdej z nas! I tym bardziej wśród kobiecego grona – nie powinnyśmy wstydzić się o niej mówić. Tak samo, jak nie wstydzimy się mówić o grypie żołądkowej, oczyszczaniu twarzy przez kosmetyczkę, zaskórnikach i wągrach – które też pluszowe nie są.

Stare wyjadaczki

Pierwsze tak bezpośrednie spotkanie z tematem kubeczka menstruacyjnego miałam na jednej z grup zero wasteowych.
Na grupie, w której kobiety zafiksowane są na punkcie niemarnowania, ograniczania odpadu – temat kubeczka był bardzo dobrze znany, a przez wiele z nich sam przedmiot używany był od lat. Mało tego, uważany był za najlepszy wynalazek świata!
Problem jednak był taki, że coś, co dla mnie (jak i wielu innych kobiet) było nowe, nieznane, budziło zakłopotanie – dla starych wyjadaczek było powodem do drwin.

„okres normalna rzecz, czego się brzydzisz, krwi?”
„jezu, przecież każda kobieta ma okres, czego się brzydzisz? że się ubrudzisz?”
„a co ty, nie dotykasz się tam?”

Takie komentarze, te toksyny wylewane na „nowicjuszki” sprawiały, że o kubeczku chciałam zapomnieć! Wymazać go z pamięci i nie wracać do tematu.
Bałam się powiedzieć jakie mam obawy przed używaniem kubeczka, bo najzwyczajniej w świecie nie chciałam być wyśmiana, wykpiona, obrażana. I bynajmniej – nie chodziło tu o widok krwi…
Jednak coś, co było dla mnie intymne, dotyczyło mojej kobiecości, czułam, że przez inne kobiety spychane jest do pokroju… mięsa armatniego. Rzeczy. Przedmiotu. Czegoś w stylu „przecież nic się nie stało”…

I jedna normalna!

Aż pewnego razu, kiedy już prawie całkowicie zapomniałam o kubeczku, natknęłam się na dziewczynę, która o kubeczku menstruacyjnym mówiła wprost! Bez większej ekscytacji, bez prześmiewczych komentarzy, bez krępacji ale z szacunkiem. Mówiła o rozmiarach kubeczków, kształtach i sposobie jego wkładania oraz wyciągania. Mówiła o nim tak prosto, zwyczajnie, jak zwyczajnie mówi się o doborze rozmiaru kołdry do łóżka. I widząc Natalki osobowość, wiedząc, że jest osobą ciepłą, nieagresywną, szanującą innych – postanowiłam do niej napisać. Postanowiłam powiedzieć jej o moich obawach i zapytać o kilka rad.

Po tej rozmowie jeszcze długo dojrzewałam do tematu, ale w moim sercu było już zdecydowanie więcej spokoju i pewności siebie, niż obaw i przykrości…

Pierwszy raz

Nie na darmo mówi się, że pierwszy raz jest najgorszy. Zdecydowanie, w temacie kubeczka menstruacyjnego, mogłabym powiedzieć – nie tak to sobie wyobrażałam!
Pierwszy raz był koszmarny. Choć znałam techniki wkładania go, to jednak teoria z praktyką średnio szły w parze. Strasznie się męczyłam zakładając go pierwszy raz.
W pewnej chwili chciałam rzucić kubeczek w kąt łazienki, ale powiedziałam sobie: przemogę się! Chociaż ten jeden miesiąc spróbuję, aby móc wyrobić sobie zdanie.
Zagryzłam zęby, ale czułam się strasznie. Czułam się, jakby ktoś odzierał mnie z kobiecości.
To było ohydne. I na pewien sposób… – czułam, że to było w jakiś sposób upadlajace.

Ale później – szalenie wygodne!

I następne

Kolejny miesiąc. Zakładanie kubeczka szło mi zdecydowanie lepiej. Faktycznie, jak mówiła Natalia – komfort poruszania się na co dzień i w nocy jest nieporównywalny!
Mogę chodzić do toalety kiedy chcę – i nie muszę zabierać ze sobą podpaski. Nie muszę się martwić, że śpiąc, leżąc, wiercąc się na krześle – coś przecieknie. I mogę pójść na plażę, położyć się na piasku, wskoczyć do wody – i nie martwić się, że ktoś zobaczy, że mam okres.

Teraz

Teraz faktycznie, uważam kubeczek za coś wspaniałego! Używanie go jest po prostu wygodne. Więc kiedy dostałam okres będąc poza domem, nie mając przy sobie kubeczka… – nie czułam się już tak komfortowo. Znów szukałam podpasek, a nosząc je czułam, że coś cieknie. I w przeciwieństwie do kubeczka – znów czułam, że muszę pilnować czasu, aby iść się przebrać – dla własnej higieny. Znów pilnowałam aby nie siadać tak okrakiem, nie wiercić się na kanapie i co jakiś czas sprawdzałam, czy spodnie są nadal czyste.

A co z podpaskami?

Podpasek nadal używam. Zawsze mam je w torebce, bez względu na to, czy zbliża mi się miesiączka, czy nie. Noszę je na wszelki wypadek, bo nigdy nie wiem gdzie będę, kiedy dostanę okres, tak jak teraz – będąc poza domem.
Nie zawsze też mam pewność, czy dobrze założyłam kubeczek. Zdarza się tak, kiedy zakładam go bardzo szybko i jeszcze szybciej wybiegam z domu. Dlatego w takich chwilach – zakładam dodatkowo podpaskę – dla własnego poczucia spokoju.

I jako ciekawostkę Wam powiem:
Podpaski, które kupuję (choć robię to już zdecydowanie dużo rzadziej niż kiedyś) są z bawełny organicznej, niczym nie są bielone, nie są chlorowane.
W tym całym oszczędnościowym szaleństwie doszłam do wniosku, że są takie produkty, na które teraz wolę wydać zdecydowanie więcej. Ale o tym – opowiem Wam innym razem…

A tymczasem mam dla Was kod rabatowy na subskrypcję podpasek oraz tamponów polskiej marki Your Kaya. Na hasło wolnowolniej dostaniecie 20% rabatu na pierwszą subskrypcję!

A jeśli chodzi o kubeczek… – nie będę namawiać Was do jego używania.
Tak, jak ja potrzebowałam dojrzeć do niego, tak wiem, że i dla wielu z Was to może być obrzydliwy temat.
To co chciałam osiągnąć pisząc ten post, to pokazać Wam, że nie jesteście dziwne mając takie obawy, czy czując zgorszenie słysząc o nim. I nie jesteście z tego powodu złe!! Każda z nas ma inną wrażliwość i to jest w nas cudowne.
Wspierajmy się!
Bo z kim mamy rozmawiać na temat okresu jak nie ze sobą? Jak nie z innymi kobietami?

Czyjeś cudowne życie kontra… – Twoje

Czyjeś cudowne życie kontra… – Twoje

Zazwyczaj pisząc post, staram się pokazać Wam ten konkretny temat, problem, zagadnienie, na konkretnym przykładzie. Dane zdarzenie tak bardzo mnie dotknęło, na tyle wywołało we mnie refleksję, że ten konkretny przypadek w swoich postach chcę omówić.
Ale dziś będzie inaczej…

Co się kryje za sukcesami ludzi, którym zazdrościmy

Jest wieczór, niedziela. Następnego dnia nie idę do pracy, więc wykorzystuję ten czas na oglądanie nowych odcinków serialu i scrolluję facebooka. Moim oczom ukazuje się post obcej mi dziewczyny, która wrzuciła zdjęcie swojego bajecznego, szalenie klimatycznego tarasu.
W pierwszej chwili myślę sobie: ale zazdrość! Jak ja chciałabym mieć taki dom, z takim tarasem.
Rozglądam się po swoim mieszkaniu. Po pięćdziesięciu metrach swojego mieszkania.
I wtedy przypominam sobie historie moich znajomych:
1. Dziewczynę, która zamieszkała w domu z przepięknym ogrodem – zamieszkała w jego domu po ślubie, który zaczęła ozdabiać, wprowadzać do niego pierwiastek kobiecości, kobiecego ciepła.
2. Małżeństwo, które wybudowało swój przepiękny dom – na jednej działce z rodzicami, na jej drugim końcu.
3. Małżeństwo, które kupiło działkę i wybudowało dom w górach, z dala od innych – małżeństwo, które ma pracę z domu i nie potrzebuje dojeżdżać do pracy.

Inna historia:
Chodziłam do pracy, kiedy moje przyjaciółki pracowały z domu. Miały swoje firmy. Swoje blogi.
Nie zdawałam sobie wtedy sprawy z tego, że:
1. Moje przyjaciółki oraz znajome – prowadzą swoje firmy, które polegają na świadczeniu różnych usług innym firmom.
2. Że ich „etat” nie trwa stu sześćdziesięciu godzin w miesiącu, lecz (czasem) nawet trzysta trzydzieści godzin!
3. Że kiedy ja śpię do dziesiątej w niedzielę, one o dziesiątej są w ferworze pracy.

Inna historia:
Właściwie, tych innych historii mogłabym wymienić wiele, bo wszystkie opierają się na uczuciu zazdrości. Kiedy sięgnę pamięcią nie tak całkiem daleko, przypomnę sobie chwile, w których pozazdrościłam komuś:
1. Nowych gadżetów elektronicznych
2. Domu i ogrodu
3. Ubrań i stylu
4. Codzienności, chwil

Łatwo jest zazdrościć ludziom ich życia. Zazdrościć im tego co mają, jak się ubierają, kto je obejmuje, jaką miłością są obdarzane. Łatwo jest zazdrościć ludziom ich życia, którego widzimy tylko część, urywek, skrawek, ułamek.

Ale za każdym razem, przy każdym uczuciu zazdrości, musimy zdać sobie sprawę z tego, że sukces, który widzimy, nie koniecznie jest ich. Nie koniecznie jest zasługą ich (pracy). Narzeczony z domem, rodzice z działką, podróże zawdzięczone wiecznym brakiem męża w domu lub jego nerwami, firma otrzymana dzięki starszemu bratu, który utarł nam szlaki…

Są sukcesy, za którymi nie stoi nasza ciężka praca. Za którymi nie stoi nasza determinacja, wiedza, pracowitość. Są sukcesy, które osiągnęliśmy dzięki wcześniejszej, cudzej pracy. Sukcesy, którymi chętnie się dzielimy, ale milczymy o drodze, która nas do niej doprowadziła.

Czasem zdarza się, że przeglądając zdjęcia obcych ludzi pomyślę sobie „ależ ja jej zazdroszczę! Jak ja bym chciała tak żyć!”
I wtedy patrzę na swoje mieszkanie. Swoje pięćdziesiąt metrów kwadratowych i swoją lichą pensję z etatu, i myślę sobie: to mieszkanie jest urządzone w zgodzie ze mną. Są tu rośliny, które kocham. Jest drewno, len, naturalne tworzywa. Są plakaty od polskich marek. To mieszkanie jest moje. Tak bardzo moje i pode mnie.

Nie mamy domu bo nas na dom nie stać. Nie weszliśmy w związek małżeński z kimś, kto już dom posiadał. Nie weszliśmy w związek małżeński z kimś, kto posiadał na tyle dużą działkę w Warszawie, aby móc wybudować na niej i swój dom. Nie weszliśmy w związek małżeński z kimś, kto mógłby zapewnić nam godne życie z jednej pensji.

Nasze życie wygląda właśnie tak. Wygląda dokładnie tak, jak nasze mieszkanie, jak nasz plan na jutro i na następne dni. To jest nasze życie. Tak wygląda nasze życie.

Od paru miesięcy zaczęłam bardzo dokładnie przyglądać się działaniom ludzi, którym zazdroszczę. Zaczęłam zastanawiać się czego tak naprawdę im zazdroszczę i co mogę zrobić, aby osiągnąć to, na czym mi zależy.
I w końcu, po raz kolejny, lecz w innej dziedzinie, zdałam sobie sprawę, że… – aby być szczęśliwym i przestać zazdrościć obcym ludziom ich życia, trzeba pamiętać kim się jest, co jest dla nas w życiu ważne i co nam daje szczęście – tak ogólnie, po naszemu, nie przez pryzmat opinii innych. Bo dopiero działając w zgodzie ze sobą – możemy być naprawdę szczęśliwi.
Jeśli tylko będziemy wiedzieć, ba, będziemy pewni swych wartości – przestaniemy zazdrościć ludziom ich tarasu, domu, butów… które nawet w najmniejszym calu do nas nie pasują.

Więc zanim zaczniesz zazdrościć innym życia… – pamiętaj, że każdy kij ma dwa końce. I że każdy z nas ma inne wartości.

Bój się i działaj! | Sum #6

Bój się i działaj! | Sum #6

Kiedy zapytamy człowieka, co jest dla niego najważniejsze w życiu, ten bez większego zastanowienia się rzuci powszechnie znaną wartością, nie koniecznie tą prawdziwą, zgodną z nim. Bowiem to co jest dla nas najważniejsze – jest najważniejsze na ten moment. A kiedy wszystko się posypie… – na wierzch wyjdą nasze największe potrzeby i życiowe priorytety.
I tak też było ze mną…

„To co najczęściej robię, to zaczynam od nowa”

W czerwcu przekonałam się, że dla mnie najważniejszy jest spokój. Wszystkie decyzje, które podejmuję, mają zapewnić mi stabilizację, pewność i brak niespodzianek.

Nim wydam większą kwotę pieniędzy – zastanawiam się, czy mimo wszystko moja sytuacja finansowa będzie na tyle stabilna, że będę odczuwała spokój i nie będę się martwić, co dalej.
Nim gdzieś wyjadę lub na coś wejdę – zastanowię się, czy jest tam na tyle bezpiecznie, abym czuła spokój i miała pewność, że nic mi nie grozi.

W czerwcu przekonałam się, że wewnętrzny spokój, brak nerwów, brak toksycznych emocji – są dla mnie dużo cenniejsze od pieniędzy i pozornego luksusu.

W czerwcu podjęłam decyzję o całkowitej zmianie mojego życia.
Zawsze powtarzałam, że moje życie zaczyna się po etacie. Tak, chodzę do pracy, wypełniam zadania, przebywam z ludźmi, dbam o to, aby czas w pracy minął mi przyjemnie – ale moje życie, zaczyna się w momencie, w którym wracam do domu. Moje życie zaczyna się w momencie, w którym mogę być sobą i mogę być szczęśliwa. W którym mogę otaczać się ludźmi o podobnych wartościach do mnie, którzy dają mi radość i czynią moje życie szczęśliwszym i spokojniejszym.

Kiedy zapytamy człowieka, co jest dla niego najważniejsze w życiu, ten bez większego zastanowienia się rzuci powszechnie znaną wartością, nie koniecznie tą prawdziwą, zgodną z nim. Powie, że dla niego najważniejsza jest rodzina. Ale czy naprawdę wszystkie jego działania prowadzą do tego najważniejszego celu, którym jest rodzina? Czy spędza 8 godzin dziennie na etacie, bo najważniejsza jest rodzina? Czy da rodziny robi nadgodziny?

Napis na metalowej tabliczce: Ines you are the reason of my life

Choć czerwiec był dla mnie miesiącem bardzo burzliwym, pełnym decyzji podjętych pod wpływem emocji – zakończył się w cudowny, a za razem bardzo symboliczny sposób.
Na ostatnie dni czerwca wyjechaliśmy nad morze, do Gdyni. Po tym sztormie, który trwał nieprzerwanie przez kilka tygodni – zobaczyłam równą, spokojną taflę morza. Zobaczyłam przestrzeń – na nowe myśli, działania, osoby, przygody.

Już się nie boję. 
Działam!

Odwaga czy kres sił? | Sum #5

Odwaga czy kres sił? | Sum #5

Ach, maju, jaki Ty byłeś!!
Dawno nie czułam się tak bardzo szczęśliwa i pełna życia jak w maju! I choć już od stycznia czekałam na ten maj, tak bardzo jak dzieci czekają na pierwszą gwiazdkę, aby móc wreszcie, nareszcie rozpakować prezenty, które pod przepięknie pachnącą, własnoręcznie przystrojoną choinką zostawił Święty Mikołaj, ach, nie sądziłam, że ten maj okaże się zmienić… – wszystko.

Przegapione momenty

Jakiś czas temu, może to było w okolicach lutego, mieliśmy z Dawidem (moim mężem) rozmowę na temat przegapionych momentów. Rozmawialiśmy o tym, jak łatwo jest oddalić się od siebie, przegapić ten moment, w którym każde zaczyna żyć swoim życiem, choć żyje się razem. Rozmawialiśmy o tym jak łatwo jest coś zniszczyć, kiedy jedna osoba przed oczami ma tylko cel, do którego dąży.

O małżeństwie, związkach, mówi się, że trzeba iść w tym samym kierunku. Ale kiedy przegapi się ten moment, okazuje się, że wciąż możemy iść w tym samym kierunku, ale pod dwóch różnych drogach. I już nie ma wspólnej codzienności, nie ma wspólnych problemów. Jest tylko wymiana informacji i niezrozumienie dla złości. Bo jak złościć się o coś, w czym nie uczestniczymy, co na naszej drodze nie występuje?

 

Na maj czekałam z utęsknieniem już od stycznia. I nie tylko dlatego, że w maju są moje urodziny, konwalie i bez. Czułam, gdzieś tam w styczniu już czułam, że maj będzie przełomowym miesiącem! Czułam, że w maju wszystko się zmieni. Choć, jak to chyba zawsze bywa – nie sądziłam – jak bardzo się zmieni.

I sama już nie wiem, czy zmiany, które nadejdą w naszym życiu, spowodowane są odwagą czy może osiągnęłam już taki dół, w którym człowiekowi zaczyna być wszystko jedno.
Jedno jednak wiem – zaczynamy życie od nowa!

 

W maju:
1. Spełniłam swoje marzenie i kupiłam od Moniki z bloga Tekstualna plakat „bój się i działaj„. Od bardzo dawna ta wersja plakatu nie była już dostępna u Moniki w sklepie, ale chcąc uzbierać pieniądze na zbiórkę na pomoc Ani – udostępniły go! I ja go kupiłam, z czego się szalenie cieszę!

2. Podjęłam dodatkową pracę u Weroniki, która prowadzi własną firmę Moyemu – kreatywne studio Twojej marki. Weronika tworzy piękne strony internetowe, dobiera kolory marki pod jej profil i emocje, które ma wyrażać.
U Weroniki odpowiadam za wszystkie techniczne aspekty działalności i obsługę Klienta.
I to też jest zabawne, jak życie zatoczyło koło, bo Weronikę poznałam gdy… – potrzebowałam kogoś, kto stworzy paletę barw do MyNaSwoim.pl.

3. Ale największa zmiana, która pojawiła się w maju to… – obraliśmy z Dawidem cel. Mamy plan, który chcielibyśmy zrealizować we wrześniu. Tyle dajemy sobie czasu. Zakochani w naturze, postanowiliśmy zrobić coś, aby być bliżej niej. Jak to wszystko się rozwinie? Zobaczymy. Ale na chwilę obecną – ta myśl dodaje mi szalonych skrzydeł!

 

Wpisy, które pojawiły się w maju:

Życzenia, czy naprawdę muszą powodować w nas złość?
Jak zadbać o równowagę w dobie social mediów?
Czy każdy może dziś żyć wolniej?
Jak mieć mniej przedmiotów w łazience?
Minimalife – wywiad z marką

Szczęśliwie mi. Nareszcie jest mi szczęśliwie.
Po pół roku snucia się, poszukiwania swojej drogi, próby odnalezienia się w tym wszystkich emocjach – czuję, że znów wskoczyłam na swoją drogę.
Bogatsza o nowe doświadczenia, nowe siniaki, wylane łzy i poszarpane nerwy – trzymam za siebie kciuki, abym już więcej ani razu nie zapomniała o tym, jak łatwo jest przegapić moment.

Maj zdecydowanie był dla mnie bolesną lekcją. Wciąż biję się z myślami i zastanawiam się, czy te wszystkie dobre zdarzenia, które miały w maju miejsce dodały mi odwagi, do podjęcia takich decyzji, czy może te bolesne chwile tak bardzo dały mi w kość, że postanowiłam zmienić życie aby więcej nie tracić zdrowia.
Nie mam pojęcia.

Ale w maju dowiedziałam się jednego: żeby żyć człowiek potrzebuje czuć wiatr.

 

Kiedy siedzę w domu, otoczona ścianami, pięknymi przedmiotami, roślinami – wciąż się zadręczam. Wciąż potrafię myśleć o zmartwieniach, truć samą siebie przeplatającymi się w mojej głowie wydarzeniami i osobami. Ale wystarczy, że wyjdę na dwór, wystarczy, że stanę na drodze przeciągu między oknem a drzwiami balkonowymi – i od razu czuję się lepiej. Czuję, jak ogarnia mnie spokój, myśli uspokajają się.

Nie da się żyć w zamknięciu.
Nie da się żyć będąc otoczoną tym, co wyszło z fabryki.
Nie da się żyć bez przestrzeni, natury, wiatru.

Dom czy mieszkanie?
Co za różnica, kiedy i tak siedzimy w środku.

SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS?

SKOMENTUJ GO I UDOSTĘPNIJ
pokaż innym co jest dla Ciebie ważne

Życzenia – czy naprawdę muszą powodować w nas złość?

Życzenia – czy naprawdę muszą powodować w nas złość?

Hah, życzenia. Z założenia miłe, przez innych uważane za kontrowersyjne. Przez niektórych potrafią być nawet powodem do frustracji i podniesionego ciśnienia. Tylko czy warto przez życzenia nerwy szarpać?
Pewnie zastanawiacie się, jak życzenia, na przykład te urodzinowe, mogą budzić tyle negatywnych emocji?! 

Życzenia – problem egocentryków

Moja odpowiedź Was pewnie zaskoczy, choć przykłady tych życzeń już nie. 

Wiecie co jest dla mnie trudne? Patrzenie jak idolami ludzi są ci, którzy pod płaszczykiem mądrości i “zdrowego egoizmu” nakręcają spiralę nienawiści. Powtarzają wciąż te same, od lat powtarzane slogany, przyklaskują schematom, zamiast naprawdę zrobić coś dobrego. I nie mam tu na myśli wielkiej zmiany świata, zrobienia rewolucji od czubka Helsinek po pięty Wietnamu.

W tym miesiącu minęły mi 29 urodziny. Jak każdego roku dostałam kilka życzeń urodzinowych.
Część życzeń była bardzo intymna.
Te życzenia składali ludzie, którzy bardzo dobrze mnie znają, którzy wiedzą jaka jestem, kiedy nikt nie patrzy. Składali je ludzie, którzy doskonale wiedzieli jakie mam teraz bolączki, co mnie trapi, co mnie uszczęśliwia.
W tym miesiącu dostałam też inne życzenia.
To były życzenia od osób, które bardzo dobrze mi życzą, które są mi serdeczne, ale z którymi mój kontakt jest bardziej powierzchowny, mniej osobisty. Bo są w naszym życiu ludzie, z którymi możemy świetnie spędzać czas, cudownie się bawić, ale po prostu nie zwierzamy się sobie ze skrytych myśli. Ot, po prostu. 

I wtedy przypomniałam sobie pewne zdarzenie, w którym pewna dziewczyna oburzyła się na życzenia – bo życzenia nie były szyte na jej miarę. Bo życzono jej czegoś, czego wcale nie chciała… 

Są takie życzenia, jak na przykład, życzenie posiadania dziecka.
Ach, ciężki temat. Ale czy naprawdę powinien wywoływać w nas aż tak negatywne emocje? 

Jeśli para długo stara się o dziecko – czy takie życzenia będą niewłaściwe?
Według mnie – nie. Skoro para stara się o dziecko, skoro tak bardzo go pragnie, czy życzenie dziecka, choćby nawiązywało do przykrych doświadczeń, było naprawdę czymś złym? 

Jeśli para jest ze sobą już długo i nie ma dzieci, z własnego wyboru – czy takie życzenia będą niewłaściwe?
Według mnie – nie. Wiele osób mówi, że dziecko zmieniło ich życie o 180 stopni. Mówią, że dziecko to, owszem, niewyspanie, kolki i zmartwienia, to mówią też, że to największa radość i szczęście. Że to miłość, jaką trudno jest sobie wyobrazić.
Czy takie życzenia to coś złego? Czy jest coś złego w tym, że ktoś pod słowami “żebyście mieli dziecko” chce Wam życzyć przeogromnej miłości i radości? Chce życzyć to szczęście, którego on doznał, poznał, doświadczył, a które jeszcze jest przed Wami…?

Ktoś powie, że “aaaa babcia tak mi życzy, bo ona chce wnuczka, to są życzenia dla niej, a nie dla mnie”.
I wiecie, wtedy tak sobie myślę, bez względu już na to, czy możemy mieć dzieci, czy po prostu ich mieć nie chcemy, że taka osoba, po prostu chce nam życzyć tego, co według niej powinno się zdarzyć. Co według niej jest następstwem rzeczy. Co według niej powinno nam (wszystkim) dać radość.
Czy jest sens się o to złościć?

Są życzenia, które mogą być dla nas nieprzyjemne, jak te o zrzuceniu paru kilogramów czy znalezieniu sobie faceta. Ale czy osoba nam bliska, chce dla nas źle?
Czasem tak już jest, że w naszym otoczeniu są ludzie, którzy nie do końca potrafią wyrażać uczucia. I nie do końca potrafią – wyrazić swoją troskę. 

Bo czy “czepianie” się czyjegoś wyglądu to coś złego?
A czy nadwaga lub niedowaga to coś złego? 

A czy ryzyko zachorowania na zawał lub cukrzycę to coś złego…?

Wiecie, są ludzie, którzy burzą się na życzenia typu:
– życzę ci abyś schudła
– życzę ci abyś sobie kogoś znalazła
– życzę ci abyś zaszła w ciążę
– życzę ci dobrej pracy

A ja uważam, że ludzie, którzy się na to burzą, mają klapki na oczach podklejone lusterkiem. Nie widzą nic – nic wokół siebie, nikogo przed sobą, tylko siebie.
Nie musimy brać wszystkiego bardzo do siebie, wszystkich życzeń odbierać jak atak na naszą wolność i naszą godność. Nie musimy złościć się na życzenia od kogoś, kto jest nam życzliwy, ale nie koniecznie bliski. 

To są życzenia. Życzenia składane z serdeczności, troski, miłości.
Naprawdę, nie ma co się złościć i podnosić sobie ciśnienia.
Oczekujemy, że ludzie będą szanować nas, nasze decyzje, wybory, ścieżki, którymi decydujemy się podążać.
Uszanujmy więc też czyjąś chęć, potrzebę życzenia nam tego, co według niej daje szczęście i ściąga z barków zmartwienia. 

Więc kiedy następnym razem dostaniesz życzenia, które niekoniecznie do Ciebie pasują, które niekoniecznie są tym, co chciałabyś usłyszeć, pamiętaj, że ta osoba nie chce dla Ciebie źle. Ona ma po prostu inną definicję szczęścia.  

SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS?

SKOMENTUJ GO I UDOSTĘPNIJ
pokaż innym co jest dla Ciebie ważne

Jak zadbać o równowagę w dobie social mediów?

Jak zadbać o równowagę w dobie social mediów?

Kiedy zaczynałam prowadzić blog, postanowiłam, że będę rozwiązywać ludzkie problemy. Pisząc te słowa zastanawiam się, czy to zdanie wywołało w Was taki sam uśmieszek jak u mnie. Ale wtedy tak było – zapisałam się do wielu różnych grup, czytałam posty obcych ludzi myśląc, że to będzie dla mnie inspiracja. 

Nie wiedziałam wtedy, jak bardzo bokiem wyjdą mi te wszystkie social media…

Czego się nauczyłam o social mediach

Tak, kiedyś chciałam być na każdej grupie, aby móc robić to, czego mnie uczono – budować opinię eksperta. Chciałam też pomagać, pokazywać, że jest inne, lepsze rozwiązanie. Bo ono naprawdę było, tylko trzeba było, no właśnie, trzeba było chcieć. I chcieć musiały obie strony. 

Przebywanie w social mediach pokazało mi jedną rzecz – każdy z nas jest ekspertem, ale nie każdy z nas ma sto procent racji. I to “nie sto” nie oznacza wcale, że ten ktoś się myli. Oznacza, że po prostu ma inny punkt widzenia – inny – swój. I już. 

Jednak to nie inny punkt widzenia powodował we mnie uczucie goryczy. Przebywając w social mediach czułam się źle, bo świat for internetowych jest zupełnie inny od tego mojego, rzeczywistego, realnego świata. Ten internetowy – jest pełen pychy, chamstwa, arogancji i drwin. Chęć dowiedzenia się czegokolwiek sprawiała, że człowiek zostawał zmieszany z błotem.

Więc jak zadbać o równowagę w social mediach, które są przepełnione agresją? Jak znaleźć odpowiedź, skoro zadanie pytania wiąże się z poniżeniem? 

Przebywanie w social mediach nauczyło mnie dwóch rzeczy:
1. Nikogo nie obchodzi twoje zdanie
2. Nie szukaj odpowiedzi wśród nienawiści

Social media ograniczyłam do minimum. Nie przebywam już na grupach, które powodują we mnie negatywne emocje, w których panuje przyzwolenie na drwienie z innych. Nie jestem już w grupach, w których ciągle trzeba odpierać atak.
Zrozumiałam, że bez względu na intencje – nie warto kopać się z koniem. Nie ma sensu dyskutować z ludźmi, których nie interesuje twoje zdanie, oni są przekonani o swojej racji i już. Przyszli tu tylko po to, aby zabić trochę czasu, może trochę podbudować ego, wyrzucić z siebie całą złość i przykryć ból nienawiścią…

Social media traktuję jak wyszukiwarkę pełną śmieci.
Coś sprawdzę, coś wyszukam, przescrolluję i zahaczę oko, ale po opinię – zasięgnę google, koleżankę lub książkę. Znajdę artykuły, które bez emocji powiedzą mi o wadach i zaletach produktu i pozostanę sama ze swoimi myślami, zastanawiając się, będąc bogatsza o nową opinię i nową wiedzę.

A kiedy przyjdzie odpowiedni czas, kiedy nadarzy się okazja, porozmawiam o tym z kimś, dla kogo ważne będzie poznanie mojego punktu widzenia, a nie tylko mówienie.

Social media – pełne są słów, które nikogo nie obchodzą. Dlatego nie warto tracić czasu na rozmowy, które odzierają nas z dobrych emocji. 

 

Równowaga – brak potrzeby udowadniania…

SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS?

SKOMENTUJ GO I UDOSTĘPNIJ
pokaż innym co jest dla Ciebie ważne

Czy każdy dziś może żyć wolniej?

Czy każdy dziś może żyć wolniej?

Czy jesteście w stanie powiedzieć, który dzień z Waszego życia był tym przełomowym?
Muszę przyznać, że pisząc ten post czuję dreszczyk niepokoju, radości i zaciekawienia. Z jednej strony żołądek kurczy mi się na myśl o tym, jakie tematy chciałabym poruszyć w tym poście, a z drugiej strony wiem, że wiele z Was może czuć podobnie, może czuć się równie źle jak ja.
Nie jest fajnie pisać o swoich porażkach.
Nie jest fajnie pisać o tym, co wprawiło nam w życiu ogromny ból, a już na pewno nie jest łatwo pisać o sytuacjach, w których zachowaliśmy się (bardzo) źle.

Ale gdyby nie przeszłość, gdyby nie te złe doświadczenia – może nigdy nie nauczyłabym się jak żyć wolniej…

Co sprawiło, że zaczęłam żyć wolniej

Pamiętam dzień, w którym jechałam z Tatą samochodem. Ach, pamiętam nawet gdzie wtedy staliśmy, na których światłach, której ulicy. Tata zaczął wtedy śmiać się z mojego kolegi. Nie pamiętam już czy śmiał się żeby mnie zdenerwować, czy tylko się ze mną drażnił, a może po prostu komentował jego (głupie) zachowanie.
Bez względu na co jaka przyświecała mojemu Tacie intencja – nasza rozmowa zakończyła się moim krzykiem i płaczem.
Nigdy nie tolerowałam niesprawiedliwości i krzywdzenia drugiej osoby. Zawsze stawałam w obronie słabszych – nawet wtedy, jeśli ta osoba miała się nigdy o tym nie dowiedzieć.

Pamiętam też inną scenę z mojego dzieciństwa.
Chodziliśmy wtedy z moim niepełnosprawnym, sparaliżowanym od pasa w dół, bratem do przedszkola, a może to była szkoła podstawowa? Brat leżał wtedy na podłodze w sali zabaw. Nagle, jakiś pełnosprawny dzieciak podbiegł do niego i zdjął mu spodnie, żeby wszyscy widzieli jego pampersa.
Myślicie, że to było straszne?
Nie.
Straszne było to, że nauczyciele nie zareagowali.
Straszne było to, że mój brat, który nic nie mógł zrobić, który był bezbronny, płakał. Nie rozumiał. Cierpiał. Ośmieszono go…
A ja stawałam w jego obronie.


Kiedy myślę o czasach dziecięcych, nie wspominam tych lat dobrze. Te beztroskie lata dały mi na tyle w kość, tak bardzo wymęczyły mnie psychicznie i tak ogromną ilość energii mnie kosztowały, że dziś – stronię od wysokich dźwięków.
Uciekam od awantur i kłóci – a raczej – od osób je wywołujących.

Staram się omijać szerokim łukiem osoby toksyczne. Stawiam grubą, wielgachną, wyraźną krechę, jakbym długopisem chciała zamazać słowo, aby nikt go nie odczytał, między wspólną przeszłością, wspomnieniami, między tym co nas łączyło i odcinam się od ludzi, którzy podnoszą mi ciśnienie, sprawiają, że w klatce piersiowej pojawia się niemiłe mrowienie na sam ich widok – choćby tym widokiem była tylko wyskakująca ikonka komunikatora.
Bez emocji, bez krzty wyrzutów sumienia, najbardziej jałowo jak tylko się da – beznamiętnie odcinam się od ludzi, którzy czerpią radość z utrudniania życia innym, którzy kierują się zupełnie innymi wartościami niż ja.

Kiedy myślę o osobach mi bliskich, o ludziach, których uwielbiam, z którymi jestem w stanie przegadać całą noc, zdaję sobie sprawę, że niewiele wiem o tych osobach. Nie wiem czy mają prawo jazdy ani jakim samochodem jeżdżą, bo zazwyczaj spotykamy się gdzieś na mieście. Nie zawsze wiem też jak i gdzie mieszkają. Jaki jest ich status społeczny, czy są bogaci czy przeciętni… – nie wiem. Niewiele z takich rzeczy wiem o osobach, z którymi otwieramy się na siebie odkrywając nasze tajemnice, rozmawiamy o problemach, z którymi nie do końca potrafimy się zmierzyć.
Niewiele z tych rzeczy o nich wiem, bo te – nie są dla mnie (dla nas) istotne.
Tym mi nie zaimponujesz.

Cisza.
Spokój.
Myśli wolne od negatywnych emocji.

Szczęście.

Żyć wolniej oznacza, że żyjemy w zgodzie ze swoimi potrzebami. Nasze dobro i poczucie szczęścia przekładamy nad opinię innych.
Żyć wolniej oznacza, że nie mamy potrzeby rywalizowania z innymi na szczęście, na to kto ma lepiej.

Więc jeśli chcesz mi zaimponować – bądź szczęśliwy sam dla siebie.
Nie próbuj tłumaczyć mi, że jesteś ode mnie lepszy, kiedy tak bardzo nasze wartości różnią się od siebie.

Jeśli chcesz mi coś udowodnić, ja bez żalu odwrócę się od ciebie i pójdę w swoją stronę. Bo ja nie jestem plasterkiem na brak czyjegoś szczęścia, poczucie niskiej wartości czy rozgrzanych ze złości myśli.

Czy każdy w dzisiejszych czasach każdy może żyć wolniej?
Tak, pewnie, jak najbardziej tak – o ile przestanie walczyć o uznanie w oczach innych.

Czy to nie jest najwyższa forma szczęścia?
Być szczęśliwym bez względu na opinię innych?

SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS?

SKOMENTUJ GO I UDOSTĘPNIJ
pokaż innym co jest dla Ciebie ważne

Jak mieć mniej przedmiotów w łazience

Jak mieć mniej przedmiotów w łazience

To niesamowite, jak ludzie potrafią się zmienić na przestrzeni czasu, i jak wiele czasu potrzebują, aby móc wprowadzić zmiany do swojego życia.
Pamiętam dzień, w którym oglądałam pewien filmik na youtube o kosmetykach.
To były moje początki, takie zajawki życia bliżej natury, zaczynałam poznawać świat kosmetycznych składów. W ferowerze fascynacji moją nową pasją kupiłam więc największe opakowanie żelu i toniku do mycia twarzy, szczęśliwa, że wybrałam coś, co będzie służyć mojej skórze.
Ech… ileż ja czasu potrzebowałam, aby to wszystko zużyć! A te wszystkie płyny do mycia ciała, które tak przyjemnie, tak licznie się kupowało… – do dziś je mam i znieść tej świadomości nie mogę.

Radość z pustego opakowania – droga do osiągnięcia spokoju w łazience

Bo tak to właśnie jest – kiedy zafiksujemy się na jednym temacie, zapominając o konsekwencjach podejmowanych przez nas decyzji.
Zafascynowani nową wiedzą, nowym stylem życia, staramy się wprowadzić jak najwięcej zmian do naszej codzienności, jak najwięcej zmian w jak najkrótszym czasie, z nadzieją, że od teraz nasze życie będzie lepsze, będzie cudowniejsze! W końcu – celem każdej idei jest poprawa naszego życia i naszego samopoczucia.
I w końcu zapominamy – zapominamy, że my cały czas się zmieniamy. Więc kiedy zdobędziemy nową wiedzę, kiedy wejdziemy w temat głębiej, kiedy zmieni się nasze podejście do życia i wybieranych przez nas przedmiotów – okaże się, że zostaniemy z przeszłością w formie rzeczy.

Pamiętam jak kiedyś zakochałam się w pewnej marce. O mój Boże, ileż ja pieniędzy zostawiłam w tej firmie! Na potęgę kupowałam coraz to nowsze płyny do mycia ciała, balsamy po kąpieli i wszystko co tylko było możliwe. Kupowałam nowe, choć starego… – jeszcze nie otworzyłam. Ale kupowałam – bo rabat, bo promocja, bo wyszło nowe.
Bo ze mnie to taki konsument jest, że jak zakocham się w jednej marce, to tracę dla niej głowę i chcę wspierać ją całą sobą.

I dziś, choć mój styl życia już dawno się zmienił, choć dziś do tej marki mam żal za komunikację w mediach mijającą się z rzeczywistością, za oszukanie mnie w wiadomościach na rzecz spójnego marketingu i kreacji wizerunku marki – ich produkty dalej mam w swoim mieszkaniu. Dalej mam te płyny do mycia ciała, choć dziś do mycia ciała zdecydowanie chętniej sięgam po mydło w kostce.

I dziś, choć mój styl życia już dawno się zmienił, wciąż używam produktów tej marki, choć flakoniki tych produktów wywożę już raczej na wieś. Nie trzymam ich w swoim domu. Używam tych produktów, bo to są moje pieniądze, choć z perspektywy czasu widzę, jak bardzo źle ulokowane. Ale, mimo wszystko, z używania tych produktów staram się czerpać szaloną radość i przypominać sobie lekcję jaką dostałam od losu.

Staram się czerpać przyjemność z ich używania – bo wiem, że z każdym opróżnionym opakowaniem, jestem coraz bliższa życia w zgodzie ze swoim systemem wartości i swoimi przekonaniami. Jestem bliższa życia bez plastiku, sztuczności, syntetycznych dodatków, które tak okrutnie wyparły naturę.
I staram się przypominać sobie lekcję, która mówi o tym, że nie warto w jeden dzień zmieniać całego swojego życia.

 

oszczędzaj dzięki uważności i życiu wolniej

Zmiany w naszym życiu są naturalne. Każdego dnia dzieje się coś takiego, co odciska na nas swoje piętno. Jeden dzień może zmienić nasz sposób postrzegania świata o 180 stopni, choć w sercu czujemy, że ta zmiana była na stopni milion!

Dziś nie robię już zapasów produktów do łazienki, bez względu czy są to mydła, płyny do kąpieli, patyczki do uszu czy kremy do twarzy. Mój największy zapas, jaki pozwalam sobie mieć, to jedna rzecz otwarta i jedna rzecz zamknięta. Nie więcej.
Staram się kupować produkty, które będą jak najbardziej wydajne, wielorazowe i do szerokiego użytku.
Dążę do tego, aby w mojej łazience było jak najmniej przedmiotów. I nie dlatego, że chcę być minimalistką, bo zdecydowanie minimalizm to nie jest nurt, którym chciałabym się kierować. Zdecydowanie bliżej mi do rozsądku i posiadania tylko tych produktów, które są mi naprawdę niezbędne, a których używanie daje mi ogromną radość.

Chcąc zmienić coś w swoim życiu, chcąc zacząć żyć bardziej świadomie, bliżej natury – nie wyrzucaj tego, czego akurat używasz, co masz schowane „na zaś”. Głupotą jest wyrzucać pieniądze, na które tak ciężko pracowałaś.
Zużyj to, co już masz. A zmiany zacznij dopiero wtedy, kiedy przyjdzie na nie czas…
Pozwól sobie dojrzeć do każdej zmiany.

Wiem, że jeszcze upłynie bardzo dużo wody w Wiśle, nim w mojej łazience będą tylko te produkty, które są zgodne z moimi wartościami. Ale mając świadomość ciągłych zmian, staram się wykorzystać ten czas na zdobywanie informacji o mnie – o tym co jest teraz dla mnie najważniejsze, co mi się podoba, co lubię i co powinnam wybrać, aby produkty, których będę używać, były jak najbliższe mojemu stylowi życia. A kiedy już przyjdzie czas na nowe – będę wiedziała, że wybrałam najlepszy z możliwych produktów.

Więc kiedy przychodzi taki dzień, w którym kończy mi się jakiś płyn do mycia ciała, z uśmiechem biorę w ręce pustą buteleczkę, i dumna z siebie idę ją wyrzucić do kosza. Bo ta jedna pusta buteleczka – to jest jeden krok ku porządkowi w szafce i w głowie. I to jest też jeden krok bliżej ku życiu w zgodzie z naturą i ze mną.
Krok do życia po swojemu podejmując świadome decyzje.

SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS?

SKOMENTUJ GO I UDOSTĘPNIJ
pokaż innym co jest dla Ciebie ważne