Czego Jaś się nie nauczy… | Sum #4

Czego Jaś się nie nauczy… | Sum #4

Kwiecień.
Dziwny był ten kwiecień. Choć w sumie te kwietnie takie dziwne są, prawda? Trochę zimy, trochę lata. I ze mną było dokładnie tak samo. Trochę byłam sobą i trochę nie. Trochę pamiętałam kim jestem i trochę się zagubiłam. Taki właśnie był ten miesiąc – na dworze jak i w głowie było trochę zimny i trochę lata.
Bo czego Jaś się nie nauczy – Jan nie będzie umiał…

Find beautiful place and get lost.

Bardzo lubię ten cytat: znajdź piękne miejsce i zgub się w nim. Taka przewrotna gra słów, w której czerpiemy radość ze znalezienia ale i gubimy się.
I ze mną w tym miesiącu tak właśnie było – znów zagubiłam się w swoim świecie, znów dopadło mnie zwątpienie, znów mój świat był trochę taki jakby nie mój i… na szczęście odnalazłam się. Na szczęście przypomniałam sobie czasy, w których nie było GPSów a człowiek musiał polegać tylko na znakach i słowach obcych ludzi. I w tym miesiącu tak właśnie zrobiłam: kiedy się zgubiłam, zamiast ufać ślepo losowi – zapytałam Was o zdanie. I to właśnie był wiatr, którego tak bardzo potrzebowałam, aby mój statek popłyną.

I tak mnie to właśnie ciekawi, jak to jest, jak odbieracie moje działania? Jak ogólnie odbieracie działania różnych ludzi?

Bo widzicie, ja poprosiłam Was o wzięcie udziału w ankiecie. Tak głupiej rzeczy jaką jest ankieta – kilka pytań, kilka minut, kilka odpowiedzi tak, nie i kilka zdań. Dla osoby, która wypełnia taką ankietę to jest często nic. Ktoś odpowie, ktoś zignoruje, ale każdy o niej zapomni. A dla osoby, która ankietę stworzyła – ona zawsze jest bardzo, bardzo ważna. I nie ważne, czy dotyczy ona konsumpcji czekolady, nawyków zakupowych czy bloga. Dla autora – ona zawsze jest bardzo, bardzo ważna. A dla odbiorcy… – to tylko ankieta.

 

Odbierz prezent :)

#miniporadnik
Jak żyć wolniej na co dzień?

Właśnie zapisałaś się do naszego newslettera. Szalenie się cieszę! Zaraz dostaniesz od nas pierwszego maila :)

W kwietniu zaczęliśmy już regularnie wyjeżdżać na wieś. Mój mąż wpadł na cudowny pomysł „wolnych piątków”, więc w kwietniu nasz tydzień pracy trwał cztery a nie pięć dni. I muszę przyznać – to był cudowny pomysł!
Bez dwóch zdań, gdybym była prezydentem – zmieniłabym czas pracy z pięciu na cztery dni!
Zupełnie inaczej czułam się w pracy chodząc do niej przez cztery dni i mając trzy dni dla siebie i męża, rodziny. Możliwość spędzenia większej ilości czasu po swojemu była dla mnie bardzo zbawienna, odprężająca, pozwalająca zachować równowagę między stresem związanym z pracą a zdrowiem psychicznym.
Naprawdę, jeśli tylko czujecie się w pracy źle, czujecie się przemęczeni, że stres Was wykańcza, że nie dajecie już psychicznie rady, a może czujecie, że powoli nie dajecie rady, jest jeszcze całkiem ok, ale już powoli zaczyna się zbierać – weźcie ten jeden, dodatkowy dzień wolnego. Ten jeden dzień to jest tak niewiele, a za razem tak wiele!

 

W kwietniu zbliżyliśmy się też z Dawidem do siebie. I nie jest to wynik koronawirusa, bo ten nie ma na nas żadnego wpływu. Oboje codziennie biegamy do pracy na osiem godzin lub więcej, codziennie musimy wyjść z psem na spacer, zrobić zakupy… – nasze życie niby się nic nie zmieniło, ale dla siebie byliśmy jakoś lepsi. Może to wynik wiosny i słońca?
Nie mam pojęcia.
Ale po tym względem – kwiecień był wspaniały :)

 

W kwietniu kupiłam też nowe roślinki do mieszkania, które mogliście zobaczyć we wpisie: Dlaczego perfekcjonizm jest zabójcą piękna i życia. Nigdy wcześniej nie przyglądałam się Calatheom, ale jak tylko zobaczyłam je w Biedronce, o mój Boże, musiałam po nie iść! I tak bardzo żałuję, że rozsądek wygrał i nie wzięłam czterech gatunków… Ale to był rozsądek, więc dobrze zrobiłam – tak sobie to próbuję tłumaczyć, w to próbuję wierzyć :).

 

I najważniejsze w kwietniu – w kwietniu zdecydowaliśmy się wprowadzić nowy produkt do sklepu! To jest totalne szaleństwo, coś, czego wcześniej w ogóle nie robiłam, o czym nie myślałam, a w przypływie euforii zaczęło się dziać – niedługo dla newsletterowiczów ruszy przedsprzedaż naszego pierwszego kosmetyku, czyli mydła rozmarynowego (!) które swoją oficjalną premierę będzie miało w dzień dziecka ? Radość przeogromna!

Czuję, że właśnie dzięki takim sytuacjom moje życie zaczyna być bardziej moje, bardziej po mojemu – kiedy zaczynamy otaczać się przedmiotami, które wypływają z naszej głowy, naszego pomysłu, naszej potrzeby – a nie kierujemy się tym co nam się akurat spodoba w sklepie, będzie decyzją pod wpływem impulsu a nie potrzeby.

 

I wreszcie ludzie!
W kwietniu nowy człowiek pojawił się w moim życiu. Pojawiła się dziewczyna, która jest tak bardzo podobna do mnie (!) że aż brak mi słów. Dziewczyna, która dodała mi sił, pewności siebie i pokazała mi, że tak jest najlepiej. Pokazała mi, że nie ma nic cenniejszego od wiary w siebie! I bez względu co by się nie działo – nie można w siebie wątpić. Nie można porównywać się do innych i być niezadowolonym z tego co się ma.

Wszyscy ciągle mówią o świecie, o wpływie na świat, o tym co dzieje się na świecie – a przecież nasz cały świat zamyka się w naszych czterech ścianach. To jest dla nas najważniejsze. My w naszych czterech ścianach – tych umysłowych i tych fizycznych.

Ta moja nowa koleżanka powiedziała jedno zdanie, które czuję, że w maju stanie się moim hasłem przewodnim. Powiedziała, że chce zbudować w swoich dzieciach takie poczucie własnej wartości, którego nikt nie zburzy!

Myślę, że to jest coś, nad czym i ja muszę popracować – nad poczuciem własnej wartości, którego nikt nie zburzy.

Wiara w siebie – czego Jaś się nie nauczy, Jan nie będzie umiał.

SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS?

SKOMENTUJ GO I UDOSTĘPNIJ
pokaż innym co jest dla Ciebie ważne

Dlaczego perfekcjonizm jest zabójcą piękna i życia

Dlaczego perfekcjonizm jest zabójcą piękna i życia

Kiedyś miałam koleżankę, choć może znajoma byłoby lepszym określeniem, wszak nigdy nie byłyśmy jakoś blisko. Ot, byłyśmy w jednej paczce; i to by było wszystko co by nas łączyło. Koleżanka była estetką. Była perfekcyjna we wszystkim co robiła – jej stylizacje zawsze były nienaganne, idealnie dopasowane kolorystycznie jak i do jej figury. Fryzura mojej znajomej- również zawsze była idealna. Nigdy nie było widać śladów odrostów, żaden włosek nie odstawał od innych w czasie dnia, a przy tym jej włosy wydawały się być takie lekkie. Nigdy nie poznałam drugiej osoby, z tak wspaniale wypielęgnowanymi, ułożonymi włosami! Z racji bycia w tej samej paczce, wraz z innymi znajomymi, zdarzało nam się razem wyskoczyć na piwo do pubu. Jakie było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam, że nawet każdy jej ruch był idealny! Kiedy się śmiała – odchylała się do tyłu – ale nie za bardzo, tak w sam raz, idealnie. A kiedy przyszło jej wygłosić prezentację – i w tym nie miała sobie równych. Była idealna.
Perfekcyjna w każdym calu. 

Poza jednym… 

Perfekcjonizm – złota klatka dla wolności

Perfekcyjność jest cudowna, i mówię to bez cienia ironii. Cudownie jest zawiesić na niej oko, zamyślić się, zachwycić. To właśnie dlatego tak bardzo lubimy instagram, nie uważasz? Za te wszystkie perfekcyjne kadry, zachwycającą grę światła i cienia, i za te emocje niczym nie wzburzone, które zatrzymują nasz wzrok.
Lubimy oglądać idealnie urządzone domy, w których nie chciałybyśmy nic zmieniać. Ale mieszkać – tam też byśmy tam nie chciały… 

Bo z perfekcjonizmem jest taki problem, że każda “normalność”, każde, malutkie, białe, pierzaste piórko nie wiadomo skąd przybyłe a poruszające się delikatnie na wietrze wpadającym przez uchylone okno salonu – urośnie swą nieznośną rangą do okropnej, głębokiej rysy na ściance świeżo wypolerowanego kieliszka. Każdy okruch, każdy sweter, każdy przedmiot będący synonimem życia i symbolem ruchu – będzie burzył ład i harmonię perfekcjonizmu.
W perfekcyjnym wnętrzu nie ma miejsca na przypadki.
Na przypadkowe gesty i spontaniczny śmiech.
Nie ma miejsca na wolność.

Tak, moja znajoma była perfekcjonistką. 
Była idealna, perfekcyjna w każdym calu. 

Poza jednym – nie potrafiła być sobą. Nie wiedziała kim jest. Każdy jej gest był wyważony, przemyślany, adekwatny do sytuacji.
Moja znajoma nie pozwalała sobie na pokazanie swoich emocji. W końcu – emocje musiały pasować do sytuacji, chwili, towarzystwa…

Social media, instagram, grupy na facebooku – uderz w stół, a zobaczysz idealne rozwiązanie dla swojego problemu. Zobaczysz perfekcyjne wnętrza, najlepszy sposób na szafę kapsułową, najlepszy przepis na spaghetti i zupę fasolową. A może na zupę fasolową nie, bo ona nie komponuje się tak dobrze we wnętrzach… – może lepszy byłby przepis na zupę krem? 

Perfekcjonizm zabija życie. Zabija naszą chęć życia i zabija nas. Za każdy entuzjazm, każde bycie sobą – karci nas gdzieś w środku świadomości, bije po łapach naszych myśli, jak babcia, ze starego filmy, dająca dziecku po łapach za podbieranie pierogów na obiad.
Perfekcjonizm jest jak strach przed tym co się wydarzy. Strach, który paraliżuje i nie pozwala nam już więcej wejść do tej kuchni. 
A przecież każdy z nas wie, że najlepsze imprezy… – są właśnie tam. 

Trudno jest przełamać się i być sobą. Ciężko jest być sobą w perfekcyjnym internetowym świecie. Trudno jest pokazać, że mamy coś krzywo, czegoś tu i ówdzie za dużo, że koc nie pasuje do łóżka a ten brak dywanu w salonie kuje w oczy aż boli.
Przywykliśmy do perfekcyjnych zdjęć.

Teraz czas przywyknąć do myśli, że nie ma idealnych miejsc. Nie ma idealnych ludzi. I nim sięgniemy po drewnianą łyżkę by dać komuś po łapach, komuś, kto był (próbował być) sobą i może zrobił przy tym coś źle, coś nie tak, nieidealnie, może nietaktownie… – kucnijmy przed nim i cichutko powiedzmy, że tak nie można, że jednak nie wypada… Zróbmy to delikatnie, a nie z dokładnością do siedemnastego miejsca po przecinku upokarzając go na oczach innych, z upartością maniaka pokazując jego winę, angażując innych do rzucania kamieniami w imię taktu i dobrego wychowania.

Prawda jest taka, że każdy z nas stara się coś ukryć. Na pięknym kadrze sypialni pełnej roślin – nie zobaczysz deski do prasowania z rzuconymi od niechcenia ubraniami – tak to już jest, kiedy po pracy zrzucasz długie spodnie na rzecz wygodniejszych krótkich spodenek. I nie zobaczysz u perfekcyjnej dziewczyny tego bałaganu myśli, z którym próbuje zmierzyć się już od tylu lat, porządkując informacje o sobie, dowiadując się kim jest.

Uśmiechnijmy się widząc zwyczajne wnętrze i zwyczajnego człowieka. Pozwólmy aby w pokojach czasem panował bałagan, a człowiek mógł popełnić błąd, potknąć się w tym tańcu swojego życia.
Mamy już zbyt wiele osób, które są nieszczęśliwe, bo są zwyczajne.
Mamy już zbyt wiele osób, które boją się krytyki, bo nie są idealne. 

Zdecydowanie mamy zbyt wiele osób nieszczęśliwych, w których krytyka zabiła chęć życia. 

Perfekcjonizm – w nim nie ma miejsca na wolność, głęboki wydech i wdech i bycie sobą.

Pozwólmy sobie być sobą…
I nauczmy się przepraszać, kiedy jednak przesadzimy.

SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS?

SKOMENTUJ GO I UDOSTĘPNIJ
pokaż innym co jest dla Ciebie ważne

Dlaczego tak ważna jest umiejętność zrywania relacji

Dlaczego tak ważna jest umiejętność zrywania relacji

Zdarzyło Wam się kiedyś zakończyć z kimś relację i uciąć kontakt? Nie mówię, że tak definitywnie, w gniewie, po wielu wojażach. Mam na myśli… ucinanie relacji tak, jak ucina się wystającą nitkę w ulubionej koszuli – bez wdawania się w szczegóły, bez rozmyślania. Po prostu wiesz, że musisz to zrobić i… już. I tyle. Bo w przeciwnym razie, jeśli tego nie zrobisz – cały dzień będzie frustrować cię myśl o wystającej nitce. A niech, nie daj Bóg, przyjdzie ci do głowy tak po prostu zerwać ją rękami… Och, nie ma nic gorszego niż zniszczenie sobie ulubionej koszulki przez lenistwo. 

A wystarczyło podnieść się i sięgnąć po te nożyczki…

Dlaczego toksyczne relacje są jak wystająca nitka w ulubionej koszuli

To niesamowite, jak przez wiele lat swojego życia, człowiek nie potrafi podjąć decyzji dotyczącej obecności niektórych osób w swoim najbliższym otoczeniu.
Kiedy chodzimy do szkoły – czy chciał, czy nie – mały człowiek musi przebywać z całą swoją klasą. I nie ma znaczenia czy dziecko lubi się z innymi uczniami, czy nie. Zostało przypisane do tej klasy, i tak ma być.
I niby można zmienić klasę, niby można zmienić szkołę…  ale czyż nie tak sobie powtarzamy, że wszędzie jest syf, a ten przynajmniej już znamy? Czyż nie tak mówimy, że wszędzie dobrze gdzie nas nie ma? Czy nie tego się obawiamy, że idąc w inne miejsce, będzie mogło być gorzej? 

Więc siedzimy w tej szkole, w tej klasie z uczniami, z którymi trudno nam stworzyć dobrą relację. I tak siedzimy w tej szkole podstawowej, średniej, wyższej… Zaciskamy zęby i robimy swoje.

A później idziemy do pracy. Poznajemy ludzi, z którymi dogadujemy się tak pół na pół. Z częścią osób mamy dobry kontakt, z innymi taki sobie. Ale chodzimy do tej pracy, bo przecież – musimy zarabiać pieniądze. Musimy za coś żyć, musimy za coś kupić jedzenie, opłacić czynsz. Zaciskamy więc zęby i chodzimy tam, w to miejsce na osiem godzin dziennie codziennie. 

Aż w końcu, po tych wszystkich latach naszego życia, zdajemy sobie sprawę, że trudno jest nam poznać nową osobę. Nasze życie zawsze ograniczało się do szkoły lub pracy, a relacje oscylowały wokół miejsca naszych obowiązków. Nie wiemy jak poznać nowe osoby, nie wiemy gdzie ich szukać. Trochę przerażeni brakiem wizji na poznanie nowych osób, zaczynamy kurczowo trzymać się tych ludzi, których już znamy. Myślimy sobie: w końcu wszystko jest lepsze od samotności, prawda?
W chwilach gorszych, w chwilach naszej słabości zaczynamy zastanawiać się: jak to jest, że wszyscy mają przyjaciół, ale takich prawdziwych, oddanych przyjaciół, a ja nie mam nikogo takiego? Nie mam żadnej przyjaciółki, przyjaciela, o grupie przyjaciół, takiej zgranej paczki, nie wspominając… 

Zaczynamy się zastanawiać, czy z nami jest coś nie tak? 

I wpadamy w sidła toksycznej relacji.
Trzymamy się kurczowo tych ludzi, których już znamy, ach, których znamy już tyle lat, i spragnieni bliskości, stęsknieni za uczuciem, którego nie nie mieliśmy okazji doświadczyć (bardziej lub mniej świadomie) czynimy tych ludzi naszym przyjacielem. Wpuszczamy ich do naszego życia, poświęcamy swój czas, swoją miłość, emocje – w imię upragnionej, wielkiej przyjaźni. Takiej przyjaźni, że jak tylko o niej pomyślimy, to przed naszymi oczami ukazuje się wielka przestrzeń, łąka, błękitne niebo, zapach wiosny, siana i szelest traw. Głośny śmiech, błysk w oczach i szeroki uśmiech. Wolność! Takiej przyjaźni, która czyni nas wolnymi. Szczęśliwymi. Prawdziwie szczęśliwymi…
Więc czynimy z obcego człowieka najważniejszą osobę naszego życia zapominając o rodzinie. Zapominając o rodzeństwie, o mężu, dzieciach. 

Całą swoją energię, wszystkie myśli skupiamy na człowieku, który zatruł nasz organizm. Który z każdą rozmową wbijał nam maleńką szpilkę, niby w żarcie, niby nie ma się co przejmować, niby za każdym razem nic. Za każdym razem. Przy każdej okazji. Przy każdej rozmowie. 

I słabniemy wtedy.
W naszej głowie pojawia się problem, którego nie jesteśmy w stanie rozwiązać. Pojawia się więź, toksyczna relacja z kimś, komu tak wiele poświęciliśmy. Z kimś, dzięki komu mogliśmy spełnić nasze marzenie. 

Nie jest łatwo przekreślić rok życia, a co dopiero kilka lat.
Nie jest łatwo przekreślić relację, kiedy ma się świadomość, że przecież były też te fajne momenty.
I nie jest łatwo przekreślić człowieka, kiedy ma się świadomość, że samemu też wiele razy było się nie w porządku… 

Aż do pewnego momentu!
Aż do chwili, w której zdamy sobie sprawę, że bez tej osoby jest nam lepiej. Lżej.
Aż do chwili, w której zdamy sobie sprawę, że bez niej mamy mniej przykrości. Jesteśmy szczęśliwsi, pogodniejsi. 

Aż do chwili, w której zdamy sobie sprawę, że nie ma nic złego w ucinaniu kontaktu, zrywaniu znajomości. Po prostu – nasz czas się skończył. I tyle.
I tyle. I już… 

W swoim życiu kontakt zerwałam z trzema osobami. Nie pokłóciliśmy się, nie było między nami żadnej wojny. Po prostu – stwierdziłam, że przez te osoby, czuję się źle. I choć te osoby były mi bardzo bliskie, choć cudownie mi się z nimi spędzało czas, rozmawiało na każdy możliwy temat – to były sytuacje, które sprawiały mi ogromną przykrość. To były liczne docinki niby w żarcie. To była drwina, kiedy miałam inne zdanie i udawanie, że nic się nie stało, kiedy okazywało się, że miałam rację. 

I tylko jedną znajomość zerwałam po tym jak się okazało, że pomimo tylu lat znajomości, tylu lat przyjaźni, ta osoba zaufała opinii o mnie komuś, kto kompletnie mnie nie znał, może raz, przelotem zobaczył mnie na mieście. Wtedy zrozumiałam też, że nie ma sensu udowadniać komuś, że się myli. W końcu – nikt do znajomości nas nie zmusza. 

Prawda jest taka, że wielu ludzi przewija się przez nasze życie.
Ci ukochani – zostaną z nami na zawsze.
Obojętni – po prostu przemkną niezauważenie.
Ci dobrzy – nauczą nas wspaniałych rzeczy.
A ci źli – dadzą nam gorzką lekcję życia. 

Ale zawsze, zawsze bez względu na wszystko należy pamiętać, że tylko od nas zależy, kto na jak długo zagości w naszym życiu. A im szybciej zerwiemy relacje z tymi, którzy sprawiają nam przykrość, tym szybciej przypomnimy sobie jak to jest być szczęśliwym człowiekiem i żyć bez zmartwień… 

I w ostatnim zdaniu przytoczę Wam cytat, który powtarzam sobie za każdym razem, kiedy na mojej drodze stanie ktoś, kto próbuje odebrać mi szczęście:  Na świecie żyje 7 miliardów ludzi, a Ty pozwolisz jednej osobie zepsuć Ci humor?

SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS?

SKOMENTUJ GO I UDOSTĘPNIJ
pokaż innym co jest dla Ciebie ważne

Jak godzę życie wolniej z obowiązkami

Jak godzę życie wolniej z obowiązkami

Któregoś razu, już nie pamiętam w jakich okolicznościach, przeczytałam wypowiedź pewnej dziewczyny, która napisała, że nie ma czasu na życie wolniej.
W pierwszej chwili zdziwiła mnie jej odpowiedź. Zastanawiałam się jak to możliwe, skoro ja też pracuję na etacie i (tak mi się wydaje) mam mnóstwo czasu na spokojne życie.
A później pomyślałam o tych wszystkich frazesach, jakie są powtarzane przy każdej nadarzającej się okazji: dobra ma tylko 24 godziny, dom świadczy o tobie, jako kobieta powinnaś…
I wtedy zrozumiałam – nas kobiet nie uczy się, że możemy żyć wolniej. Nam się od dziecka tłucze do głowy jedną myśl: cały dom, wszystkie obowiązki – są na twoich barkach. Ale nikt nie bierze pod uwagę, że te czasy minęły już bardzo dawno temu…

Moje dni to przeplatanka pędu, relaksu i obowiązków

Poranek

Są dwie rzeczy, których bardzo nie lubię na co dzień: działać w pośpiechu i spóźniać się.
W tygodniu, każdego dnia budzę się dwie godziny przed wyjściem do pracy. Po ciemku, żeby nie obudzić jeszcze śpiącego mojego męża, wyciągam z szafy pierwsze lepsze ubranie i udaję się do łazienki. Bez pośpiechu myję zęby, ale dla odmiany – prysznic biorę bardzo szybki. Pozwalam sobie na ciszę, na spokojne wybudzenie się ze snu, głęboki wdech i… budzę się do działania. To w tych chwilach występuje u mnie największy przełom między wolno szybko.

Ubieram się i wychodzę na krótki spacer z psem. Lupo (nasza suczka) jak tylko się obudzi – musi się załatwić. Dopiero po spacerze – idę myć głowę. 
Mam poczucie obowiązku nad psem, wiem, że ona potrzebuje szybko wyjść na dwór, dlatego poranną higienę rozbiłam sobie na dwa etapy. Mimo wszystko mycie głowy, suszenie i układanie włosów – wole wykonywać bez pośpiechu. Wszak i tak na prędkość suszenia nie mam wpływu… 

To jest też bardzo często ten czas, w którym nastawiam, na przykład, ziemniaki na obiad do pracy i smażę kotlety, które przygotował wieczorem Dawid. Nim wysuszę głowę – wszystko już jest gotowe :)

Kiedy mąż jeszcze śpi, opróżniam zmywarkę i chowam do niej brudne naczynia. To mój rytuał. Staram się choć troszkę rano ogarnąć kuchnię po kolacji i zebrać ciuchy, które zostały w salonie – bluza, która wieczorem została byle jak, byle gdzie rzucona – rano będzie ładnie wisieć na oparciu krzesła. Ot, trochę estetyki, oszukanie oka, żeby w przytulnym mieszkanku miło nam się piło poranną kawę.

Godzinę przed moim wyjściem do pracy dzwoni budzik męża. Wtedy parzę dla nas kawę i szykuję sobie śniadanie.
Nie lubię się spieszyć, więc śniadanie jem bardzo powolutku, najczęściej oglądając przy tym Jeden z dziesięciu, Nasz nowy dom albo Kuchenne rewolucje – bez znaczenia.

Zazwyczaj, tuż przed wyjście do pracy wychodzę jeszcze raz z Lupo na spacer. Czasem spotkamy jakiegoś psa i wtedy spuszczam Lupo ze smyczy, żeby mogła sobie pobiegać. A jeśli nikogo nie ma – biorę ją na ogrodzony plac przed blokiem i przez kilka minut rzucam jej patyk. Tak, żeby się choć trochę rano poruszała. I ja zresztą też.

I wyjeżdżam do pracy…

Praca

Każdy dzień zaczynam od… czegoś słodkiego. To moje uzależnienie. Kawałek ciasta, muffinki albo wafelka (zazwyczaj dwa) i do tego czarna kawa. To jest mój dzień!
Do pracy przychodzę przed wszystkimi, więc mam czas na spokojne przejrzenie maili. To właśnie wtedy, nim wszyscy przyjdą do biura, staram się zrobić najbardziej męczące tego dnia obowiązki, najważniejsze rzeczy. W ciszy najlepiej jest mi się skupić.

Po pracy

Pierwszą czynnością jaką robię po przyjściu do domu – nie zaskoczę Was, jest wyjście z psem i… posprzątanie tego co nabroiła. Lupo jeszcze jest szczeniakiem i jeszcze zdarza jej się załatwić w domu. Więc sprzątam to.
Po przyjściu do domu, staram się też szybko ogarnąć mieszkanie: przetrzeć kurz z jednego, dwóch mebli czy posprzątać w kuchni po śniadaniu.
To jest średnio pół godziny/godzina w miarę intensywnego sprzątania, lecz bez przemęczania się. Staram się wykorzystać stan „bycia w obowiązku”, w którym byłam przez ostatnie 8 godzin. Jest wtedy we mnie dość energii, aby działać (sprzątać) a równocześnie, sprzątanie pozwala mi się wyciszyć. Sprawia, że właściwie o niczym nie myślę.

A później zaparzam sobie kawę…
A później wraca z pracy mój mąż…

odbierz prezent
#miniporadnik
Jak żyć wolniej na co dzień?

Właśnie zapisałaś się do naszego newslettera. Szalenie się cieszę! Zaraz dostaniesz od nas pierwszego maila :)







Reszta dnia

Reszta dnia jest moim odpoczynkiem. To czas, w którym nie narzucam sobie żadnego obowiązku! Wszystko co robię, robię z nudów, z potrzeby, z chęci – ale nie z obowiązku.
Są takie tygodnie, w których przez kilka dni potrafię nie włączać komputera. Będąc w pracy, przez większość czasu siedzę przy komputerze, więc w domu staram się ograniczać go do minimum.

Przez resztę dnia oddaję się przyjemnościom. Oglądam filmy z Dawidem, czytam książkę, wyjdę jeszcze dwa lub trzy razy z Lupo na spacer. Odpiszę też na maile, czasem napiszę jeden, a czasem kilka postów na blog, w zależności od tego, czy akurat będę odpowiednio wyciszona aby móc zebrać myśli.
Czasem po pracy zadzwonię też do przyjaciółki i sprawdzę ziemię w doniczkach roślin (mam ich 20) i jeśli uznam, że to potrzebne – to je podlewam.
Innym razem złapię fazę na przesadzanie roślin, co zajmuje mi dość sporo czasu.
W okresie jesiennym, wczesno-wiosennym – raz w tygodniu staram się też pamiętać o wypastowaniu butów.

I tylko piątek jest takim dniem, w którym staram się puścić całe pranie z tygodnia. Mieszkamy we dwoje, więc tego prania nie ma aż tyle, żeby puszczać je częściej.

I tym sposobem nastała już pora, aby pójść spać…

Nie wiem czy to wyłapałyście, ale nigdzie nie napisałam, że robię zakupy i gotuję (poza wrzuceniem zamarynowanego kotleta na patelnię i wstawienie garnka z już obranymi ziemniakami).
W naszym domu jest jasny podział obowiązków, co nie znaczy, że sobie nie pomagamy. Jeśli tylko któreś z nas prosi o pomoc, nie ma problemu – pomagamy sobie. Ale raczej nie wchodzimy sobie w paradę.

* * *

Kiedy byłam studentką, każdy piątek po zajęciach, poświęcałam na robienie notatek na wszystkie wejściówki, jakie miałam mieć w następnym tygodniu. Dzięki temu, w tygodniu nie musiałam już poświęcać czasu na szykowanie materiałów do nauki, mogłam skupić się już tylko na tym.
Miałam taki system, że w piątek robiłam obszerne notatki, a później (w weekend) robiłam notatki z notatek. Zawsze lepiej uczyło mi się, kiedy widziałam, że mam do nauki 2 strony A4, a nie 5 stron. W swoich notatkach używałam dużo skrótów i haseł. Na uczelni mówiono, że żeby zrozumieć moje notatki, trzeba było już znać temat.

I teraz, kiedy tak się zastanawiam, wydaje mi się, że chyba ten tryb uczenia się najbardziej wpłynął na moje obecne zachowania. Staram się poświęcić jeden dzień na coś dużego (teraz to jest sprzątanie w czwartek lub piątek), żeby później móc już robić naprawdę niewiele, ale jednocześnie żeby wynik był osiągnięty.

* * *

Kiedy już napisałam ten post, wiecie, przez chwilę zastanawiałam się czy go nie usunąć, nie skasować.
Moje dni mogą się wydawać tak nudne, tak nijakie. Ale przecież one dają mi ogrom szczęścia i radości.

Ale właśnie na tym polega życie wolniej – na znalezieniu swojego rytmu

SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS?

SKOMENTUJ GO I UDOSTĘPNIJ
pokaż innym co jest dla Ciebie ważne

Problem z rzeczami – o ilości i wartości przedmiotów, które posiadamy

Problem z rzeczami – o ilości i wartości przedmiotów, które posiadamy

W naszym mieszkaniu mamy jeden taki najmniej używany mebel. Ten mebel stoi w salonie i zajmuje jedną czwartą ściany. Ten mebel jest tak bardzo nieużyteczny, że aż pisząc te słowa czuję jak topornie przychodzi mi mowa o nim. Słowa stają się coraz cięższe, ułożenie jakiegokolwiek zdania o nim coraz trudniejsze.
Kiedy patrzę na wszystkie meble w naszym salonie, spokojnie mogę stwierdzić, że jest to najsmutniejszy mebel w całym domu. Jedyna piękna rzecz jak w nim jest, to pudełko obklejone pożółkłym od starości papierem ozdobnym, w którym trzymam skarby z dzieciństwa. Nawet biało-różowa porcelana wygląda w tej gablotce jakoś tak smutno…

Dlaczego piękne przedmioty tracą swój urok?

Problem z moją gablotką jest taki, że zostały w niej umieszczone same piękne przedmioty. Przedmioty, do których mam sentyment, przedmioty pamiątkowe, przedmioty zbyt drogie i zbyt wartościowe, aby używać ich na co dzień. Za szkłem zamknęłam przedmioty, które nie pełnią żadnej pożytecznej funkcji. Przedmioty, po które sięgam raz w roku, lub nie sięgam po nie w ogóle. To przedmioty, które zabrałam z rodzinnego domu z nadzieją na ich wykorzystanie.
Przedmioty niewykorzystywane…

Z czasem, kiedy zapragnęłam mieć mniej zmartwień a więcej spokoju – zaczęłam wyprzedawać przedmioty, które zalegały mi w domu. Sprzedałam lub oddałam kilka torebek. Pozbyłam się prostownicy do włosów, której nie używałam już kilka lat. Nawet aparat fotograficzny kupiony w tamtym roku znalazł już nowego właściciela.
Krok po kroku odgracałam swoją przestrzeń z rzeczy niepotrzebnych.

Ale co zrobić z zastawą z porcelany, którą dostaliśmy w prezencie? 

I choć słowa te mogą zabrzmieć zabawnie, ktoś mógłby przewrócić oczami i rzucić pod nosem „chciałbym mieć takie problemy”, to problem porcelany nie dawał mi spokoju przez wiele miesięcy.
Dzień w dzień siedząc na kanapie na przeciwko gablotki, popijając kawę ze szklanej filiżanki, którą dostaliśmy od znajomych z okazji parapetówki, zastanawiałam się, dlaczego nie korzystam z tej zastawy…? Dlaczego sięgam po  filiżankę z sieciówki, zamiast korzystać z porcelany? Dlaczego zastawę mam wyciągać tylko wtedy, kiedy przychodzą do nas goście…?

Pamiętam wszystkie spotkania, wszystkie święta rodzinne, w których moja mama otwierała drzwiczki komody i wyciągała z niej elegancki komplet talerzy, filiżanek i sztućców. Gdzieś tam zawsze z tyły głowy bawiło mnie to, gdzieś tam rozumiałam ten zwyczaj, ale gdzieś tam też kłócił się ze mną.
Po co tak? Dlaczego? I w końcu zrozumiałam…

Moja porcelana, choć była droga, była bezwartościowa.
Cóż mi było po porcelanie, skoro z niej nie korzystałam? Czy moja codzienność inaczej by wyglądała, gdybym tak po prostu nie miała filiżanek z gablotki?

Bo o wartości przedmiotu decyduje to, jak często z niego korzystamy. Jak bardzo jest nam potrzebny. Jak wiele daje nam radości obcowanie z nim.

I tak od zwykłej filiżanki zaczęła się moja rewolucja na posiadanie!
Sukcesywnie zaczęłam przyglądać się przedmiotom, które mam, i powolutku redukować ich ilość.
Zaczęłam zwracać uwagę na koszulki, w których chodzę. Na skarpetki, które noszę. Na torebki, których używam i na koce, które najczęściej wyciągam z kosza wersalki. Wszystko z czego nie korzystałam, wszystko, czego miałam za dużo, miałam nadmiar – wywiozłam na wieś lub sprzedałam.

Zobacz mój ebook
Jak oszczędzać pieniądze dzięki uważności i życiu wolnej


KUPUJĘ!

Skoro pranie ciemnych rzeczy robię raz w tygodniu, nie potrzebuję dwudziestu par czarnych skarpetek (skoro i tak nie potrafię odmówić sobie przyjemności chodzenia w tych w myszkę miki, a to już dwie pary). Skoro pranie białych rzeczy robię raz w tygodniu – nie potrzebuję dziesięciu białych bluzek – tym bardziej, że kilka ulubionych ciemnych koszulek też mam.
Nie potrzebuję też trzech płaszczy na tę samą porę roku i nie potrzebuję więcej niż jednej pary zimowych butów.

Przestrzeń do życia – to jest coś, czego najbardziej potrzebuję. Wolność, przestrzeń, miejsce na przewiew wiatru.

Wśród treści dotyczących sprzątania, można znaleźć zasadę trzech „p”. Zasada mówi o tym by zachować tylko te przedmioty, które są piękne, pożyteczne i pamiątkowe.
Nie do końca się z tym dziś zgadzam. Dziś uważam, że powinniśmy otaczać się przedmiotami, które są i piękne, i pożyteczne. Przedmiotami, które są pamiątką, ale wartościową. Taką, która przywołuje miłe wspomnienia, która przywołuje wspomnienie cudownych osób.
Jeśli chcemy coś kupić – niech to będzie zgodne z nami w stu procentach! Niech nie będzie przedmiotem, który potrzebujemy na już, na szybko, byle był, byle kupić. Poświęćmy czas na znalezienie takiego przedmiotu, z którego korzystania będziemy czerpać radość. Który miło będzie nam się używało. Który nie będzie nas denerwował za trzy dni, dwa tygodnie…

Otaczajmy się takimi przedmiotami, które odzwierciedlają nas. Wtedy będziemy korzystać z nich w stu procentach! Wtedy to będą naprawdę wartościowe przedmioty. Bo jeśli coś tylko się kurzy, jeśli coś nas tylko denerwuje – to jest po prostu grat, choćby nie wiem ile kosztował.

 

SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS?

SKOMENTUJ GO I UDOSTĘPNIJ
pokaż innym co jest dla Ciebie ważne

W slow life nie chodzi o wyjątkowość

W slow life nie chodzi o wyjątkowość

Moda – mam z nią ogromny problem, o czym już nie raz Wam pisałam. Z jednej strony lubię pojawiające się nowe trendy, to dzięki nim jesteśmy w stanie odkryć coś nowego, zwrócić uwagę na coś, o czym wcześniej nawet nie pomyśleliśmy. Ale z drugiej strony – tam gdzie pojawia się moda, pojawia się też rywalizacja. I w życiu slow – tę rywalizację też można zauważyć. A przecież idea slow lifu była zupełnia inna… 

Czym jest slow life w codzienności

Idea slow life była prosta – żyj wolniej. Żyj wolniej, a więc zwracaj uwagę na to co zwyczajne, zatrzymaj się przy tym co ulotne i przede wszystkim – poświęć czas, a nie pieniądze. W idei slow life chodziło właśnie o to, aby zacząć przeżywać, doświadczać i jak najdłużej utrzymać w sobie ten stan spokoju i radości, równowagi między poczuciem bezpieczeństwa a zamkniętymi oczami.Kocham, miłością najpiękniejszą kocham ten stan, w którym nic prócz chwili nie ma znaczenia! Jak wtedy, kiedy będąc na wsi, mój mąż znalazł stare wigry 3 mojego dziadka i postanowił je doprowadzić do użytku. Aż nie jestem w stanie opisać tego uczucia, które towarzyszyło mi w chwili, w której wyszliśmy z naszymi psami na piaszczysto-kamienistą drogę, aby wypróbować rower! Czułam się jakbym była w filmie. Dookoła nas przepiękny wiejski krajobraz, my ubrani w dziady, ubrania, które a to się przedarły i zostały wywiezione na wieś, a to których nie szkoda będzie ubrudzić. Byliśmy ubrani tak, jak nigdy w życiu nie wyszlibyśmy na warszawskie ulice. Byliśmy szczęśliwi tak bardzo doświadczając tych chwil, prześcigając się z naszymi kundlami, jak nigdy nie będziemy szczęśliwi przechadzając się ulicami miasta. 

odbierz prezent i zacznij żyć wolniej

Właśnie zapisałaś się do naszego newslettera. Szalenie się cieszę! Zaraz dostaniesz od nas pierwszego maila :)
Idea slow life była prosta – żyj wolniej. Doświadczaj, przeżywaj, zatrzymaj czas. Czuj! Ale w świecie internetu, świecie instagrama i pięknych kadrów, w świecie, w którym zamiast żyć realnie, prawdziwie, wybieramy to co sztuczne, wykadrowane i wykreowane – idea żyj wolniej zmieniła się na żyj pięknie i ponadprzeciętnie. W świecie kadrów, slow life to naturalne tworzywo, drewno, bardzo dużo drewna i jeszcze więcej roślin, jak najwięcej tych egzotycznych. To połączenie stylu BOHO i minimalizmu. Połączenie zerowaste i perfekcjonizmu. W świecie kadrów, slow life to stres i nerwy. To dbanie o każdy szczegół i realistyczny wygląd, a także przebieranie nóżkami w nadziei, że kadr zainspiruje czytelnika, zatrzyma go i wzbudzi w nim zazdrość. W świecie pięknych kadrów – w slow life nie ma miejsca na slow. Bo nie da się żyć wolno, beztrosko, szczęśliwie – nie żyjąc po swojemu. Nie da się żyć slow – ciągle walcząc. Moda na slow life pobudziła w ludziach rywalizację. I nawet w tej dziedzinie chcemy żyć jeszcze wolniej, jeszcze piękniej, jeszcze zdrowiej, jeszcze bardziej. Coś, co miało sprawić, że zwolnimy, sprawiło, że żyjemy jeszcze mocniej próbując inspirować innych do czegoś, w czym sami jeszcze nie do końca potrafimy się odnaleźć. Bo jak odnaleźć się w zwyczajności, kiedy “sprzedaje się” to co wyjątkowe?W slow life nie chodzi o wyjątkowość. Nie chodzi o piękne kadry. Nie chodzi o to, aby wszystko do siebie pasowało i wzbudzało podziw. W slow life chodzi o zwyczajność. O zwykłą zwyczajność. O życie wolne od presji… Wiecie, choć od weekendu na wsi z wigry 3 minęło już trochę czasu, ja wciąż nie mogę wyzbyć się tego dziwnego uczucia, tego rozdarcia, jak to jest, że nawet jak spotkam kogoś na tej naszej wsi – dziurawe spodnie nie zrobią na nikim wrażenia, a w Warszawie, ach, a w mieście jednak musisz trochę bardziej się dostosować i jednak zmienić choćby te buty czy spodnie wychodząc z psem… I tak pisząc teraz te słowa zastanawiam się, ilu z nas ma ten przywilej doświadczania zwyczajności? Kiedy ostatni raz pozwoliliście sobie na zwyczajność? 

SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS?

SKOMENTUJ GO I UDOSTĘPNIJ pokaż innym co jest dla Ciebie ważne
Czy myśląc o swoim zdrowiu na pewno kierujesz się jakością i bezpieczeństwem?

Czy myśląc o swoim zdrowiu na pewno kierujesz się jakością i bezpieczeństwem?

Studiując technologię żywności byłam w przeogromnym szoku za każdym razem, kiedy poznawaliśmy coraz to nowsze substancje dodawane do żywności. Dowiadywałam się o szkodliwym działaniu konserwantów, a także o tym, że niektóre barwniki, które można dodać do żywności – mogą powodować wysypkę i nadpobudliwość, a ich obecność w produkcie musi być wyraźnie zaznaczona na opakowaniu.
Z perspektywy czasu muszę przyznać, że studiowałam w najlepszym możliwym momencie. Na przestrzeni tych kilku lat mogłam obserwować jak zmienia się świadomość ludzi względem bezpieczeństwa i jakości żywności, jak powstają coraz to nowsze aplikacje umożliwiające nam sprawdzenie, czy dana żywność jest “dobra” pod względem składu. I choć czasem łapię się za głowę czytając na forach niektóre wypowiedzi, koniec końców cieszę się, że ludzie z coraz większą świadomością wybierają produkty, które jedzą, a tym samym produkty – które wpływają na ich zdrowie.

A jak jest ze środkami higieny osobistej?

Czy środki higieny osobistej są toksyczne?

O ile składy żywności nie stanowią dla mnie większego problemu, choć nie powiem, nie pamiętam już wszystkich substancji dodawanych do żywności i ich właściwości, tak składy kosmetyków i środków higieny osobistej stanowią dla mnie wyzwanie. 

Mniej więcej rok temu zaczęłam interesować się składami kosmetyków: co się kryje pod tymi dziwnymi nazwami i jakie mają działanie na nasz organizm. Do dziś uśmiecham się do siebie na wspomnienie mojego zaskoczenia, kiedy dowiedziałam się, że “olej mineralny” w kosmetykach nie jest niczym dobrym, a zwykłą pochodną ropy naftowej! To był dla mnie tym większy szok, że przecież tak bardzo poleca się pudry mineralne, mamy wodę mineralną… W moim odczuciu słowo “mineralny” zawsze było pozytywnie nacechowane. 


Moja świadomość dotycząca kosmetyków rosła.
Powoli wiedziałam już jakich składników unikać, zaczęłam też coraz częściej sięgać po kosmetyki nietestowane na zwierzętach oraz te, które (podobnie jak w przypadku żywności) miały krótki skład. Z czasem zrozumiałam też, że zapach kosmetyku, wbrew temu co mówią reklamy i producenci, jest kompletnie nieistotny. Ten “zapach” to dodatkowa substancja, która może podrażnić moją cerę i uczulić ją. 

A co z podpaskami i tamponami? 

Zastanawialiście się kiedyś nad ich składem? Muszę przyznać, że większość mojego życia nie kierowałam się ani marką, a już tym bardziej nie składem podpaski. Patrzyłam tylko i wyłącznie na cenę. Wybierałam te, które były tanie, miały skrzydełka i nie były zbyt grube. Zresztą, na opakowaniu podpasek i tak nie jest napisane z czego są wykonane, więc porównywanie tutaj czegokolwiek (ze składu) nie miało dla mnie sensu. Jedynie zdrowy rozsądek podpowiadał mi, że co jak co, ale te perfumowane podpaski na pewno nie mogą być dobre dla mojego ciała. I choć nie znałam składu podpasek, gdzieś tam podświadomie czułam, że ich noszenie nie jest tak całkiem dobre. W końcu jest tam dużo plastiku… 


Postanowiłam więc zagłębić i ten temat. Najpierw poczytałam trochę w google, z czego wykonane są podpaski. I wiecie co? Oczom nie wierzyłam! Znalazłam takie informacje jak:

bawełna – nieekologiczna, traktowana pestycydami i herbicydami
chlor – w celu wybielenia materiału dla otrzymania śnieżnobiałego koloru
mieszanka celulozy drzewnej – zwana syntetycznym jedwabiem, którą nasącza się ropą (olejem mineralnym) co w połączeniu daje związki o działaniu rakotwórczym (?!)
substancje zapachowe
barwniki
silikon
folia – tworząc warunki beztlenowe w bezpośrednim kontakcie z ciałem może powodować odparzenia oraz tworzyć warunki do rozmnażania się bakterii (m.in odpowiedzialnymi za nieprzyjemny zapach)

 

Co czułyście czytając taki skład podpasek i tamponów? 

Kiedy pierwszy raz przeczytałam te informacje, byłam bardzo zmieszana. Zastanawiałam się jak coś, co ma bezpośredni kontakt z naszym ciałem, z naszymi drogami rozrodczymi, może mieć taki skład?!
Nic dziwnego, że producenci nie piszą składu podpasek – pomyślałam. 

Ale z drugiej strony – jakie mamy inne wyjście? Nie kupować podpasek w ogóle? Nie kupować tamponów? To czego używać?! Ktoś by powiedział “są jeszcze kubeczki menstruacyjne”. To prawda, ale nie każdy jest psychicznie gotowy by ich używać. Kubeczki menstruacyjne mogą budzić obrzydzenie. Mimo wszystko o wielorazowych podpaskach nie chciałam nawet słyszeć.


Skoro na rynku nie ma innego rozwiązania – to co my, konsumenci, możemy zrobić? Jak możemy wpłynąć na marki, aby nie szkodziły naszemu zdrowiu?! 

 

Miesiące mijały, tak, dokładnie tak, miesiące mijały, a ja za każdym razem, kiedy sięgałam po kolejną podpaskę, czułam się źle. Sięgałam po nią i wiedziałam, czułam, że sama sobie szkodzę! Sięgałam po coś, co było z plastiku, co było chlorowane, co ma w sobie jakieś substancje chłonące wilgoć i nawet nie wiem co to za substancje.
Ale czy miałam jakieś wyjście? 

Tak! 

W końcu znalazłam w Internecie, o szaleństwo, polską markę tworzącą podpaski i tampony, które dbają o moje zdrowie – Your Kaya, higiena intymna dla świadomych kobiet.  

Ich podpaski, jak piszą, składają się z organicznej bawełny. Swoich podpasek nie bielą chlorem (dlatego mają lekko kremowy kolor), są dość porowate, w porównaniu do klasycznych podpasek, a to, co ma chronić przed przeciekaniem nie jest wykonane z plastiku, tylko z biopolimeru naturalnego pochodzenia. 

Tylko czy 17 zł za paczkę podpasek to nie jest za dużo? 

W sklepie jedna sztuka, jedna podpaska kosztuje 0,35 zł. Jedna podpaska Your Kaya – 1,70 zł…

Czy 1,70 zł to dużo za podpaskę? 

Walczyłam ze sobą.
W końcu to tylko podpaska. To tylko kawałek bawełny (ale niebielonej, ale organicznej, ale oddychającej, ale nieszkodzącej mojemu zdrowiu).

Każdego miesiąca w czasie okresu zużywam jedno opakowanie podpasek. Zastanawiałm się, czy okres jest wart tych 17 zł każdego miesiąca? Przecież teraz wydaję 4-5 zł. Ponad 10 zł różnicy na opakowaniu to dość sporo. 

Aż któregoś razu, kiedy znów dostałam okres, kiedy znów sięgnęłam po podpaskę ze sklepu, powiedziałam dość! Ooo nie, pomyślałam. Bardziej psychicznie boli mnie myśl, że sięgam po coś taniego co szkodzi mojemu zdrowiu. 

Dzisiaj, kiedy używam podpasek od Your Kaya – czuję się lepiej. Te 13 zł różnicy to jest cena jaką płacę za moje zdrowie, komfort psychiczny i fizyczny.

Trudno jest płacić za środki higieny osobistej więcej. Trudno jest przełamać się i płacić więcej za coś, o czego składzie nic nie wiemy. Media, producenci popularnych, tanich podpasek nie mówią nam z czego one są wykonane. Na jakiej podstawie więc mamy zdecydować, że ten droższy produkt będzie wart swojej ceny? Nawet koncerny kosmetyczne nie raz pokazały nam, że krem za 300 zł wcale nie musi być lepszy od tego za 30 zł. 

Ale skład kremu jesteśmy w stanie porównać.
Skład wędliny w sklepie też jesteśmy w stanie porównać i wybierzemy nie tą, która ma najniższą cenę, a tę, która ma najwięcej mięsa. 

Bycie świadomym konsumentem nie jest łatwe. Trudno wiedzieć co jest dla nas dobre, skoro nie mamy odpowiedniej wiedzy. Ale mamy intuicję. I to właśnie naszymi przeczuciami powinniśmy się kierować chcąc dbać o siebie i swoje zdrowie.

A dla Was wszystkich, które chcą zacząć swoją nową drogę z podpaskami i tamponami z organicznej bawełny – mam kod rabatowy na subskrypcję produktów (podpasek, tamponów i wkładek) od naszej polskiej marki Your Kaya

Wpiszcie kod wolnowolniej i otrzymacie 20% rabatu!  

  Korzystając z subskrypcji wysyłka jest bezpłatna.  

Ps. Kupując produkty Your Kaya wspieracie walkę z koronawirusem. Kaja (założycielka marki) przekazuje 10% wartości zamówienia na pomoc szpitalom

Zatrzymaj się i tańcz | Sum #3

Zatrzymaj się i tańcz | Sum #3

Trzydzieści dni to dużo czy mało? Za każdym razem, kiedy przychodzi koniec miesiąca, kiedy piszę podsumowanie śmieję się z absurdu miesiąca.
Trzydzieści dni – przecież to tak niewiele, tak mało. Jeden miesiąc. Jeden miesiąc, kiedy Ty żyjesz już tych miesięcy kilka. Litości, przecież nie będziemy mówić ile!
Trzydzieści dni… – niby tak dużo, niby tyle się wtedy dzieje, a tak naprawdę i tak najważniejszy jest ten jeden dzień z trzydziestu dni.

Podsumowanie marca

Marzec był dziwnym miesiącem pod każdym względem. Gdybym miała rozłożyć go na czynniki pierwsze, na dom, pracę i codzienność, w każdej z tych kategorii znalazłabym coś dziwnego. Coś nowego, nietypowego, zbyt szybkiego, zbyt chaotycznego, aby móc się nad tym zastanowić i zareagować tak jak trzeba, powoli, z rozwagą.

Śmieję się, kiedy piszę to podsumowanie miesiąca, bo czasem nieprawdopodobne jest dla mnie jak wiele potrafi wydarzyć się w jedne miesiąc, i jak wszystko potrafi wydarzyć się raptem w jeden dzień.

Marzec, mogłabym streścić właśnie w jednym dniu. W jednym weekendzie – tym ostatnim…

Czasem słyszę teksty, rady, ba, sama takich udzielałam chociażby sobie – że powinno dać się czas. Powinno się dać tydzień, dwa tygodnie na przemyślenie spraw. Tydzień lub dwa – szmat czasu!
Człowiek myśli sobie wtedy, że te dwa tygodnie to tak niewiele, a wtedy człowiek w jeden dzień podejmuje decyzję, że to koniec, czas na rozstanie.

Bawi mnie ten absurd czasu. Dajemy dwa tygodnie, a całe nasze życie potrafi zmienić się raptem w jedne dzień.

Mój marzec natomiast, nabrał sensu w ostatni weekend miesiąca, kiedy wyjechaliśmy na wieś.

Ach, to właśnie wtedy świeciło słońce, i choć dopadło mnie przeziębienie – nie mogłam odmówić sobie przyjemności z wylegiwania się na fotelu, na samym środku ogródka. Nie mogłam odmówić sobie wystawienia twarzy ku słońcu, i ku mojemu zdziwieniu okazało się, że brzozy puszczają już sok!

W ostatni weekend marca, pierwszy raz od dawien dawna, usiedliśmy na huśtawce i rozmawialiśmy. Tak na luzie, beztrosko, poświęcając sobie czas i jedną nogą odpychając się od ziemi.

I wiecie co? Dawid naprawił stare WIGRY 3 mojego dziadka! Jazda na tym rowerze, i cała ta otoczka, która towarzyszyła mi w czasie jazdy na nim, biegania za Dawidem i ścigania się z naszymi psami – to wszystko sprawiło, że czułam się jakbym grała w filmie z dawnych lat! Czułam się tak bardzo beztrosko, tak bardzo wolna, szczęśliwa…!
To był najlepszy w tym miesiącu czas!

W marcu zdałam sobie sprawę, że trudno jest zachować równowagę, jeśli nie zmienia się otoczenia. Można mieszkać najpiękniej na świecie, można chodzić do pracy i wracać do domu każdego dnia, można mieć swoje sprawy i wspólne pasje – ale jeśli raz na jakiś czas nie zmieni się otoczenia – trudno jest zachować równowagę. Bo w innym miejscu do głowy przychodzą inne myśli. Inne sprawy stają się ważne, i inne przedmioty przestają mieć znaczenie. A ciężko jest o zmianę, kiedy nic się nie zmienia.

I żeby nie przeciągać tego postu w nieskończoność, nie wodzić Was za słowo i nos, powiem Wam wprost – nawet najlepsze małżeństwo posypie się, jeśli nie dopuści się do niego tlenu.

Dom jest tym miejscem, do którego codziennie wracamy, lub, w gorszym przypadku, w którym non stop jesteśmy razem. Dom jest tym miejscem, w którym kumulują się dobre i złe emocje, i nie mają tu znaczenia nasze intencje, co byśmy chcieli. To miejsce, w którym przeplatają się radości ze zmartwieniami i głośne śmiechy z wrzaskami.
Dlatego tak ważne jest, żeby raz na jakiś czas zostawić dom samemu sobie i pozwolić mu na oczyszczenie ścian, tak samo jak ważne jest oczyszczenie naszych myśli z żalów i pozwolenie sobie na uwolnienie uczucia, emocji, które w nas drzemią.

W marcu zrozumiałam jedno – każdy z nas potrzebuje wolności. A nawet najpiękniejszy dom ma ściany, którego go ograniczają.

A Wam co przyniósł marzec? Zmienił coś w Waszym życiu?

SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS?

SKOMENTUJ GO I UDOSTĘPNIJ
pokaż innym co jest dla Ciebie ważne

Balkonowe ogródki – sadzimy w doniczkach na balkonie

Balkonowe ogródki – sadzimy w doniczkach na balkonie

Dwa lata temu, moja mama pierwszy raz dała mi kilka doniczek z pomidorkami koktajlowymi. Powiedziała mi wtedy: jak się przyjmą, to będziesz miała pomidorki, a jak się nie przyjmą – to wyrzucisz, co ci szkodzi wziąć? 
Uśmiałam się, ale moja mama ma właśnie takie podejście do wielu spraw – warto spróbować, a nuż się uda.

Więc spróbowałam. 
I wiecie co?

Wyszło!

Zakładamy ogródek warzywny na balkonie!

Dwa lata temu pierwszy raz podjęliśmy się eksperymentu, który polegał na stworzeniu mini warzywnika na naszym warszawskim balkonie. Ku naszemu zdziwieniu, te cztery doniczki z pomidorkami, zapewniły nam świeże pomidorki przez cały okres kwitnienia! Mieliśmy tak dużo pomidorków koktajlowych, że już sami nie wiedzieliśmy co z nimi robić.

Rok później – postanowiliśmy ekstremalnie podnieść poprzeczkę i posadziliśmy ostre papryczki! W sumie mieliśmy około 16 doniczek ostrych papryczek, dzięki którym otrzymaliśmy później ponad 100 (!) słoiczków ostrych sosów.

nasza plantacja ostrych papryczek :)

W tym roku nie mogliśmy doczekać się już wiosny, aby z naszego balkonu zrobić… – warzywnik! Zafascynowani własnymi uprawami, postanowiliśmy wysiać najczęściej kupowane przez nas warzywa oraz zioła, czyli: cebulę, czosnek, rzodkiew, pomidorki, miętę oraz bazylię.

Balkonowy ogródek to nie tylko pewność jakości warzyw*, ale także ogromna oszczędność pieniędzy i szalenie ogromny wzrost pozytywnych emocji!

* w hipermarketach pomidorki koktajlowe w 90% są spleśniałe, ze względu na pakowanie ich w folię i eksponowanie tuż pod świetlówkami. Ciepło, wilgoć i bogate podłoże (owoc/warzywo) są idealnym środowiskiem do rozwoju pleśni

Jeśli chcecie z nami tworzyć swój balkonowy ogródek, zapraszam Was do grupy na facebooku: Balkonowe ogródki – sadzimy w doniczkach na balkonie, w której wspólnie będziemy się inspirować i udzielać rad co jeszcze można posiać, jak wykorzystać, skomponować :).

Ps. czy wiedzieliście, że dobrze jest sadzić rzodkiewkę razem, w jednej doniczce z natką pietruszki? Taka ciekawostka!

Ze względu na zbliżający się kwiecień, stworzyłam krótką ściągawkę jakie warzywa można wysiać w kwietniu na balkonie.

jakie warzywa wysiać na balkonie w kwietniu

Jeśli nie jesteście pewni, czy balkonowy ogródek jest dla Was, jeśli boicie się, że nie zakwitnie Wam żaden pomidorek koktajlowy – zróbcie to, co robi moja mama – spróbujcie! Jak się uda – to się uda. A jak się nie uda – to się nie uda :) Ale jeśli się uda – to będzie wspaniale! 

Powiem Wam, że nic tak nie cieszy i nie daje takiej radości, jak możliwość wyjścia na swój balkon po własne warzywa, aby móc przyrządzić pyszne śniadanie! 
To jest taka namiastka powolnego życia, które postanowiłam przenieść ze wsi do miasta. 

Wolność.
Niezależność. 
Tego w mieście najbardziej brak.

SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS?

SKOMENTUJ GO I UDOSTĘPNIJ
pokaż innym co jest dla Ciebie ważne