Kiedy byłam dzieckiem, nie bardzo lubiłam jeździć na wieś. Choć rodzice potrafili znaleźć sobie zajęcie, odnajdywali radość w pieleniu i sadzeniu, w chodzeniu na długie spacery i w siedzeniu nad wodą wypatrując bobrów, ja nudziłam się tam przeokropnie. Snułam się po naszej działce i tylko odliczałam czas do powrotu.

Lecz kiedy zaczęłam pracę na etacie… – wszystko się zmieniło.

Czego się nauczyłam dzieląc codzienność na miasto i wieś

Wszystko się zmieniło, kiedy zaczęłam pracę w zawodzie tuż po studiach. To wtedy zderzyłam się z rzeczywistością, z wielką przepaścią między teorią a praktyką. W teorii – tworzyłam procedury. W praktyce – musiałam je egzekwować. Musiałam pracować szybko i jeszcze szybciej podejmować decyzje. Pęd i nerwy, które miałam w pracy sprawiły, że zaczęłam coraz częściej uciekać na wieś. Uciekać do miejsca, w którym było cicho i spokojnie. W którym nie liczyło się ani czasu, ani strat.
W pewnym momencie mojej pracy etatowej byłam tak zmęczona codziennością, że potrafiłam codziennie dojeżdżać na wieś 60 km, jechać przez godzinę, byle znaleźć się w tym magicznym miejscu, w którym koją się nerwy.
Dźwięk ptaków, widok natury, możliwość siedzenia na skarpie nad rzeką wynagradzało mi wszystko.

W późniejszym czasie, kiedy zmieniłam pracę, a za razem wpadłam w sidła świata internetu, zaczęłam uciekać na wieś dla spokoju. Dla mniejszej ilości bodźców. Dla braku bodźców.
Zaczęłam uciekać do miejsca, w którym nie miała znaczenia marka telefonu, cena torebki czy wystrój domu. Nie miało znaczenia czy wnętrze nadaje się na instagram, bo bez względu na porę roku – czas i tak spędza się na dworzu.
W mieście to się nie zdarza, ale na wsi – zakładamy grube skarpety, dwa swetry i kamizelkę pod kurtkę, i uciekamy do lasu na spacer, w którym znikamy na kilka godzin.

Dzieląc internetowy, miejski świat z tym dyktowanym przez słońce zrozumiałam, że przedmioty nie mają znaczenia. Ilość posiadanych przedmiotów nie ma znaczenia. Na wsi całe dnie spędzamy poza domem. Nie pokazujemy tam mebli, ani dodatków. Tam nie jest istotne to jak mieszkamy. Tam jesteśmy ważni my.
W mieście – coraz częściej ważne jest to co masz, czym możesz się pochwalić. Ale cóż ci po tych wszystkich przedmiotach, którymi nie będziesz mógł się cieszyć gdy padnie prąd? Cóż ci po tych wszystkich przedmiotach, jeśli nie będzie wokół ciebie nikogo, kto mógłby ci pozazdrościć? Co ci po tym wszystkim, jeśli nie potrafisz być szczęśliwy będąc tylko sam ze sobą?

Dzielenie życia na miasto i wieś nauczyło mnie jednego – nie ważne co masz i ile masz. Ważne jest to jaki jesteś, kiedy dookoła Ciebie nie ma nic.

Jaki jesteś, kiedy dookoła Ciebie nie ma nic, czym mógłbyś się pochwalić?
Jakie jesteś, kiedy to co masz nie ma znaczenia?
Czy można z Tobą siedzieć nad skarpą i rozmawiać aż nie przyjdzie noc?
Mieć pewność, ba, nawet przez chwilę nie pomyśleć o tym, że to o czym teraz rozmawiacie, co teraz robicie – nie zostanie obrócone przeciwko tobie?

Dzielenie życia na miasto i wieś sprawiło, że zaczęłam uważniej przyglądać się ludziom. A w moim życiu – postanowiłam otaczać się tylko takimi ludźmi, przy których nie trzeba walczyć, pilnować się, uważać. Zastanawiać się, czy mówią prawdę, czy nie zawiodą.
Przy których można być sobą i być szczęśliwym całym sercem!

Żyjąc w mieście zauważyłam, że najwięcej problemów, zmartwień i przykrych sytuacji doświadczamy przez nieodpowiednich ludzi wokół nas. To ludzie, a nie przedmioty, powodują, że czujemy się gorzej, czujemy się nie dość dobrzy – pod każdym względem.
To jest nasza główna, miejska przyczyna bycia znerwicowanym, przygnębionym, nieszczęśliwym – nieodpowiedni ludzie wokół nas…

Więc jaki jesteś…?