Jak to możliwe, że 2020 rok był tym najlepszym!

Jak to możliwe, że 2020 rok był tym najlepszym!

Uwierzycie jak Wam powiem, że styczeń był dla nas najbardziej kryzysowym miesiącem, jaki do tej pory przeżyliśmy? I choć nikt nie przypuszczał wtedy, że wybuchnie pandemia, psychicznie – dla nas początek roku był dużo gorszy, od wszystkich miesięcy pandemii razem wziętych.
Jak więc to możliwe, że dwanaście miesięcy później – z przeogromną euforią mówię – to był najlepszy rok naszego życia!?

Podsumowanie roku 2020

Gdybym miała powiedzieć, kim byłam w 2020 roku, powiedziałabym, że byłam obserwatorem. Ten rok poświęciłam na obserwowaniu siebie i swojego otoczenia. Postawiłam przed sobą pytanie: kim jestem? Jaka jestem? Co lubię? Czy to jak żyje teraz – odpowiadam mi?
Och, nie myślcie sobie, że obudziłam się pierwszego stycznia, zapisałam te pytania na kartce i codziennie przez 365 spisywałam odpowiedzi. Dziś, z końcem roku mogę śmiało stwierdzić, że tak postępowałam; wszystko co się wydarzyło, ułożyło się w jedną całość – we mnie.

Moja przyjaciółka, Dagmara, co roku wyznacza jedno, przewodnie słowo roku, które ma zdefiniować ten przyszły rok. Nazywa to: słowem roku. Kiedyś na blogu pisałam Wam, że dla mnie to dziwne; brzmi jak podporządkowywanie życia jednemu słowu. Dziś widzę, że w 2020 roku zrobiłam dokładnie to samo, choć nie byłam tego świadoma.

Gdybym miała określić rok 2020 jednym słowem, gdybym miała wyznaczyć jedno słowo, które opisze ten rok, powiedziałabym: samoświadomość.

W tym roku zdecydowanie dowiedziałam się kim jestem i jak chcę przeżyć moje życie. W pokraki sposób otrzymałam od losu to, o czym kiedyś marzyłam – 365 dni finansowej niezależności.
Od lipca, odkąd rzuciłam pracę na etacie, zaczęłam działać zgodnie z tym co czuję. Nareszcie znalazłam w sobie odwagę i czas, aby zaangażować się  w coś, co od dawna chodziło mi po głowie – w pomoc schronisku dla psów.

Wolontariat

Dziś ze śmiechem wspominam dzień, w którym będąc kolejny raz w schronisku, wykładając z samochodu stos karmy w workach i puszkach, Pan ze schroniska zapytał mnie kim jestem? Co ma powiedzieć dziewczynom, od kogo to są rzeczy?
A ja mu wtedy odpowiedziałam: od Asi, ale to im nic nie powie, nie znają mnie.
Dziś – czuję się jakbym była częścią ekipy Przytuliska. Poznałam Dorotę, założycielkę Przytuliska, jej córkę Hanię i część ekipy tej ludzkiej, jak i zwierzęcej.
Wpadłam na szalony pomysł stworzenia Przytulisku strony Internetowej i zaangażowania w pomoc Przytulisku influencerów i firmy. I wiecie co? Naprawdę, nie sądziłam, że tyle obcych osób powie mi “wchodzę w to!” i zrezygnuje z pieniędzy, z zarobku aby pomóc zwierzakom.
To jest mój największy sukces tego roku! Coś, z czego jestem szalenie dumna!

 

Praca

Ale wróćmy do pracy. W samym środku pandemii zrezygnowałam z etatu. Zrezygnowałam ze stałej pensji na rzecz… niepewności. Z pełnomocnika ds systemów bezpieczeństwa żywności stałam się wirtualną asystentką. Kontrolę produkcji, dokumentacji i audyty zamieniłam na “pracę biurową” dla moich Girlboss: obsługę klienta, research, social media i współtworzenie strategii biznesowych.

Kiedyś za punkt honoru postawiłam sobie, że co by się nie działo – będę pracowała w zawodzie! Mówiłam sobie, że nie po to studiowałam 5 lat, nie po to zaliczałam te wszystkie kolokwia i laborki, aby to wszystko poszło w pieruny! 

Dziś już wiem, że od “pracy w zawodzie” ważniejsi są ludzie, z którymi się pracuje, atmosfera. I przede wszystkim – relacje. 

Pracując “na swoim” nie jestem “złem koniecznym”. Jestem partnerką biznesową. I szalenie doceniam fakt, że mój sprzeciw wobec pomysłu mojej Girlboss nie jest odbierany jak “stwarza problem” a raczej jako “coś, co później zaowocuje”.

 

Małżeństwo

2020 rok był rokiem naszej małżeńskiej rewolucji. Choć zawsze dawaliśmy sobie dużo przestrzeni, w tym roku – naprawdę pozwoliliśmy sobie na bycie sobą. Na postępowanie w zgodzie ze sobą, z naszymi obecnymi potrzebami.
I choć ten rok zaczął się dla nas naprawdę źle – czuję, że kończy się najlepiej jak tylko mógł!

Niedawno przeczytałam cudowne słowa: dziękuję, że nie musiałam wybierać między byciem sobą, a byciem z tobą. W tym roku dokładnie tego doświadczyliśmy. Byliśmy milion procent sobą. Postępowaliśmy zgodnie z naszymi potrzebami bez cienia zmartwienia – jak zostaniemy ocenieni.
Sprawdzian, z bycia sobą w związku zdaliśmy na 5+.

Finanse

Ten rok pokazał mi dwie rzeczy: znajomość budżetu domowego jest szalenie ważna, a pieniądze są kompletnie nieważne.
Nie da się ukryć, że fundamentem tego roku było rzucenie etatu. 

Ale nie byłoby to możliwe, bez znajomości naszego budżetu domowego – naszych zarobków, potrzeb i wydatków. Kilka miesięcy szalenie dokładnych notatek sprawiło, że na tyle dobrze poznaliśmy nasze nawyki finansowe, że byliśmy w stanie stać się niezależni i nieuzależnieni od pracy.

Kiedyś przeczytałam, że powinniśmy mieć różne źródła dochodu – na wszelki wypadek. I ja się tego trzymam!

Bo nie ważne ile masz pieniędzy, jakie masz zarobki każdego miesiąca – ważne jest to, abyś czuła się bezpiecznie. Aby utrata jednego źródła nie sprawiła, że zawali się Twój świat.

Promocja!

Powiększenie rodziny

I w tym roku nasza rodzina powiększyła się. Po śmierci naszego psa, Czarka, w grudniu 2019 – pojawiła się Lupo w styczniu 2020. Lupo, która szalenie odmieniła nasze życie i która, mam nadzieję, zostanie z nami na najbliższe 20 lat… Nasza mała łobuzica, którą kocham szalenie!

Ja

Ten rok kończę lżejsza o kilogramy toksycznych emocji.  Odsunięcie się od toksycznych relacji sprawiło, że w mojej głowie pojawiła się przestrzeń na skupienie się na sobie – przypomnienie sobie kim jestem i jaka jestem; co jest dla mnie ważne i jak chcę aby wyglądała moja codzienność. Kiedy przestałam otaczać się toksycznymi ludźmi, nabrałam energii do wprowadzenia w życie zmian, które dałyby mi jeszcze większy komfort.
Bez toksycznych osób obok, nagle okazało się, że porażki nie istnieją. Że nie ma czegoś takiego jak “nie udało ci się osiągnąć”. Przyjaciele widzą w naszych działaniach próby w dążeniu do celu, motywację i siłę. Wrogowie zaś – nieudacznictwo, porażkę i głupotę.

 

Ten rok zdecydowanie był inny od poprzednich. Był przełomowy! W mojej głowie było to 365 dni rozgrzewki przed życiem po swojemu. Były ciężkie dni, tygodnie i całe miesiące. Były dni, w których byłam skrajnie wyczerpana i miałam dość. Dni, w których byłam zagubiona i nie wiedziałam kim jestem i po co mi to.
Ten dziwny 2020 rok był dla mnie rokiem, w którym nauczyłam się na nowo wstawać i robić pierwsze roki.
Nie wiem jaki będzie rok 2021. Ale mając za sobą solidną rozgrzewkę wiem, że teraz wszystko zależy ode mnie. Teraz już tylko ode mnie zależy, jakie wyznaczę granice. Jedno wiem na pewno – nie chcę być lepsza od siebie. Chcę wreszcie być sobą – bez udowadniania czegokolwiek komukolwiek.

Co podarować komuś, kto ma wszystko

Co podarować komuś, kto ma wszystko

Znacie te rodzinne rozmowy, w których próbujecie “wymusić” na kimś podpowiedź, chociaż najmniejsza wskazówkę, co kupić na prezent? U nas takie rozmowy były przy każdej możliwej okazji. Czy to urodziny, czy Święta Bożego Narodzenia, zawsze słychać było tę samą odpowiedź: nic. Nic nie chcę! Naprawdę mam wszystko.

– No ale chociaż coś małego, symbolicznie…  – za każdym razem mówiła moja mama, próbując przekonać nas do prezentu.

Aż pewnego dnia wpadłam na pomysł, co chciałabym dostać!  Co nie kosztuje wcale dużo, jest symbolicznym drobiazgiem, a sprawi mi ogromną radość! Wpadłam na pomysł, który przerodził się w naszym domu w tradycję.

 

Prezent dla kogoś, kto ma wszystko

 

Trudno jest przekonać kogoś, że nie chce się żadnego prezentu. Trudno tym bardziej, kiedy dorastało się w takiej tradycji i kulturze. I choć mogłabym napisać “odkąd pamiętam, w naszym domu dawało się prezenty…” to jestem przekonana, że tak powiedziałaby każda z Was.

W czasach, w których mamy dostęp do wszystkiego, kupowanie prezentów stało się czymś naturalnym. A może nawet stało się obowiązkowe? W końcu, kto z nas nie zna zwrotu, że nie wypada przyjść do kogoś z pustymi rękami…
Butelka wina, ciasto, kwiaty – tak symbolicznie, na wejście, z najlepszymi życzeniami.

Ale o ile przychodząc do kogoś w gości, dajemy coś, co zaraz szybko zniknie, tak z prezentami Świątecznymi jest inaczej. Zazwyczaj dajemy wtedy coś, co zostanie z nami na lata, do następnych urodzin, do następnych Świąt. I tak co roku. Jeden prezent od męża, jeden prezent od rodziców, jeden prezent od teściów, babci i cioci. Jeden prezent sześć razy kilka razy w roku, przez kilka lat.

W pewnym momencie już nie miałam sił tłumaczyć mamie, że naprawdę nie chcę żadnego prezentu. Że ja nie zmieniam biżuterii, jeden wisiorek mi w zupełności wystarczy, a kubków i miseczek mam wystarczającą ilość. 

W końcu powiedziałam mamie wprost: mamo, wydasz pieniądze, stracisz nerwy i czas, i kupisz mi coś, co schowam do łóżka, z czego nie będę korzystać i tylko będzie się kurzyć i zajmować miejsce. To naprawdę nie ma sensu.

I choć te słowa były dla mojej mamy bardzo przykre, bo moja mama to ten typ człowieka, który ostatnią koszulę by oddał, byle sprawić drugiej osobie radość, to udało nam się znaleźć inne rozwiązanie. Rozwiązanie, które uszczęśliwia nas wszystkich.

Już drugi rok z rzędu, w ramach Świątecznego prezentu, każdy z nas daje kwotę, którą przeznaczyłby na prezent i przelewa te pieniądze na schronisko.
W tamtym roku pieniądze przelaliśmy Ośrodkowi rehabilitacji zwierząt chronionych w Przemyślu. W tym roku – wesprzemy Przytulisko w Jadowie, kupując wirtualną paczkę karmy lub wizytę u weterynarza.

 

 

Bo prawda jest taka, że wszelkie prezenty to tylko symbole. Chwilowe radości, przedmioty, których przybywa, ale które nie zmieniają naszego życia. Nie wpływają na nasz status ani komfort życia. To tylko przedmioty na tu i teraz.

A dla schroniska – to możliwość wykarmienia zwierzaka. To możliwość zakupienia kropel przeciw kleszczom i możliwość ocieplenia budy. A przede wszystkim – to możliwość uratowania kolejnego życia.

Nic co może być wszystkim.

W te Święta Bożego Narodzenia miłość odczujemy bardziej

W te Święta Bożego Narodzenia miłość odczujemy bardziej

Czy jesteście w stanie przypomnieć sobie, które z minionych Świąt Bożego Narodzenia były tymi najlepszymi? Który świąteczny obiad lub świąteczna kolacja, były tak bardzo wyjątkowe, że poczuliście, jakby cały świat nagle przestał istnieć? Liczy się tylko ta chwila, to miejsce, te cztery ściany i wy – wszyscy razem…
Znacie to uczucie?

To taki dziwny, aczkolwiek szalenie przyjemny stan, w którym mamy wrażenie jakbyśmy stali obok siebie samych. Jakbyśmy nagle byli obserwatorami obecnej chwili, na chwilę wyłączeni ze świata rzeczywistego, namacalnego i całym sobą czuli chwilę, emocje, przeogromną radość i jeszcze większy spokój.
Może tym uczuciem właśnie nazywa się błogostan?

Ja przeżyłam takie Święta. Nie pamiętam kiedy, ale pamiętam gdzie i z kim wtedy byłam. Pamiętam każde uczucie, jakie towarzyszyło mi tamtego wieczora.
Dziś ta ilość osób na kolacji wigilijnej będzie niemożliwa. Ale… czy to znaczy, że te Święta będą gorsze? Że zabraknie Magii Świąt?

 

Dlaczego te Święta Bożego Narodzenia będą tak bardzo wyjątkowe

 

W tym roku, z powodu pandemii, nie spotkamy się z rodziną w większym, niż pięcioosobowym gronie. W tym roku nie pojedziemy na Wolę, nie przybijemy sobie z kuzynem i jego żoną piąteczki, nie uściskamy się z ciocią i od progu nie przywita nas śmiech wujka. Babcia nie zasiądzie na swoim fotelu, a kuzyn mojego kuzyna wraz ze swoją narzeczoną nie przygotują performensa aby dostać prezent od Świętego Mikołaja, czyli mnie.

Bo w naszej rodzinie jest taka tradycja, ach, w której to ja przebieram się za Świętego Mikołaja – zakładam czerwone, wielkie porcięta, wielką czerwoną bluzę, białą brodę na gumkę i oczywiście czerwoną czapkę z białym pomponem, i z wielgaśnego wora losuję po jednym prezencie. Każdy ze zgromadzonych przy Świątecznym stole musi powiedzieć wierszyk lub coś przedstawić, aby dostać ode mnie prezent.

A kiedy wszyscy już otrzymają swoje prezenty – wymieniamy się nimi.

I to jest najbardziej wyjątkowy moment w czasie tej kolacji!
Jest szalenie głośno, gwarno i każdy jeden po prostu pęka ze śmiechu.

Ale w tym roku tak nie będzie.

 

Gdzie zatem ta cała magia świąt?

Nie wiem czy w tym roku pojedziemy na Święta na Śląsk, choć bardzo bym chciała. Przez pandemię nie widzieliśmy się z teściami już prawie rok i zwyczajnie nam za nimi tęskno. Jeśli uda nam się pojechać w tym roku do Zabrza – to będzie wyjątkowe spotkanie!

Święta w Zabrzu są dla mnie podwójnie szczególne, ponieważ odkąd spotykam się z Dawidem, a będzie to już dobre 14 lat, wszystkie Święta Bożego Narodzenia spędzałam właśnie u niego.  Najpierw jeździłam do niego sama pociągiem, o szóstej rano mając pociąg z Dworca Wschodniego, a później, odkąd wzięliśmy ślub w 2016 roku – jeździliśmy na Śląsk już razem samochodem – jako małżeństwo, jak rodzina.

W tym roku nie będzie Świąt na Warszawskiej Woli, ale za to, mam nadzieję, uda nam się spotkać choć na chwilę na działce cioci i uda nam się złożyć sobie Świąteczne życzenia. A tak bardziej po ludzku – chciałabym ich po prostu zobaczyć w ten wieczór.

Szalenie kocham moją ciocię, wujka i kuzynostwo; są przefantastyczni, a każde spotkanie z nimi jest po prostu przepełnione dobrymi emocjami, serdecznością i zawsze, ale to zawsze jest po prostu prześmiesznie. Chcę spędzić z nimi choćby tych kilka chwil. I jeśli to się uda… – to będzie wyjątkowy czas.

Ale tak naprawdę, te Święta będą wyjątkowe z zupełnie innego powodu . W te Święta, jeśli uda nam się spotkać – to spotkamy się wszyscy. W te Święta, jak w żadne inne, doceniamy siebie. Popatrzymy na siebie i w duchu, sami do siebie w myślach powiemy, jak bardzo kochamy te osoby. Jak bardzo cieszymy się, że są. W te Święta, jak w żadne inne przedtem – będziemy blisko.

I tak sobie po cichutku życzę, aby w te Święta wielu ludzi na nowo odkryło czym jest miłość i czym jest rodzina.

By zdjęli maski, zdjęli zbroję, odłożyli swoje miecze, kopie i topory, otworzyli drzwi, przez które tyle razy tak bardzo niechętnie przechodzili i od progu krzyknęli: Wesołych Świąt! Żeby choć raz w tym roku było normalnie…

Te Święta będą wzruszające.

Masz swój Notatnik najlepszych chwil?

Masz swój Notatnik najlepszych chwil?

Ile razy brałyście się za pisanie pamiętnika? Albo – ile razy kupowałyście planner w nadziei, że teraz będziecie zapisywać każdy jeden drobny szczegół, może ten szczęśliwy, z własnego życia?

Za pisanie pamiętnika brałam się wiele razy. I każdy z tych razów, podszyty był inną motywacją.
Ostatnim razem, kiedy sięgnęłam po pamiętnik, zrobiłam to, aby poznać swoje życie. Chciałam przekonać się, zobaczyć, czy moje życie faktycznie jest tak bardzo nudne, tak bardzo nie dzieje się w nim nic wyjątkowego? Nie ma w nim żadnych większych emocji?
Pamiętnik ten pisałam codziennie przez trzy miesiące.
Ale przerwałam pisanie.

Notatnik najlepszych chwil. Bo najlepsze nie muszą być tymi, co dają najwięcej szczęścia.

 

Nie każdego dnia działo się w moim życiu coś, co wyróżniłoby go od innych. Niektóre dni były tak bardzo zwyczajne, że pisanie codziennie tej samej, choć miłej rzeczy, czułam, że mija się już z celem. Spłycało poczucie szczęścia i wdzięczności do rzeczy, a nie do osoby, dzięki której mogłam doświadczyć tych emocji.

A jednak czułam już narzuconą przez siebie presję codziennego pisania. Wszak do tej pory nie pominęłam ani jednego dnia! Od trzech miesięcy każdy dzień został przeze mnie starannie opisany w moim starannym pamiętniku.

I niby nikt nie powiedział, że pamiętniki bezwzględnie należy prowadzić każdego dnia. Ale, no właśnie, tak się jakoś przyjęło. A może, tak właśnie ja chciałam przyjąć? Udowodnić sobie, że mogę być w tym konsekwentna, choć gdzieś tam w głębi czułam, że pisanie pamiętników to nie moja bajka…

Aż pewnego razu, całkiem niedawno, bo cztery miesiące temu, moja przyjaciółka Karolina powiedziała mi, że wydaje Notatnik najlepszych chwil. Taki notatnik. Nie dziennik, nie planner, nie pamiętnik. Notatnik. Notes, tylko dużo ładniejszy! Taki, który będzie minimalistyczny, przyjemny, ciepły. Który będzie przy nas. I który to co najważniejsze – będzie miał w środku – zapisane przez nas.

I choć tego jej wtedy nie powiedziałam, zaczęłam zastanawiać się – dlaczego notatnik? Dlaczego nie planner? Dlaczego nie dziennik czy ten, ach, niech mu już będzie, pamiętnik?

Dziwiło mnie to, bo przecież Karolina na swoim instagramie zachęca do dzielenia się swoimi szczęśliwymi chwilami i opisywania ich hashtagiem szczęście jest proste. Skoro jest proste – to dlaczego chwil?
I skoro szczęście – to dlaczego najlepszych chwil, a nie tych szczęśliwych?

I kiedy wzięłam Notatnik do ręki, kiedy dotknęłam jego okładki, kiedy przewertowałam grube kartki w kropki – zrozumiałam. Wszystko zrozumiałam. 

Kiedy pracowałam na etacie, moja droga do pracy przebiegała albo przez las, albo przez pola. PEwnego razu zauważyłam, że  około 4:20 nad ranem, tą samą drogą przemierzał jeleń. Nasze spotkania były regularne. I muszę Wam powiedzieć, że po pewnym czasie z ogromną ekscytacją jechałam do tego miejsce, na nasze spotkanie.
To była najlepsza część tej pracy i tej zmiany. Najlepsza chwila po ośmiu godzinach ciężkiej pracy i 35 km przejechanych w jedną stronę. Chwila – tyle co trwa uśmiechnięcie się i spojrzenie komuś w oczy. Najlepsza – bo najbardziej wyjątkowa z całego dnia. To był najlepszy moment mojego etatu – zobaczenie samotnego łosia, który codziennie przemierza tę samą drogę.

I kiedy trzymałam swój Notatnik w ręce zrozumiałam, dlaczego ma on taką, a nie inną formę. Dlaczego Notatnik, a nie dziennik, czy pamiętnik. Bo czasem – wystarczy jedna chwila z dnia. Jedna chwila z jednego odcinka naszego życia.

 

Zauważony jeleń i spotkania z nim.
Podpisany urlop! Po ciężkim okresie w pracy.
Wyjątkowy ślub, który nas zachwycił, wzruszył.
Pierwsza myśl, kiedy zdaliśmy sobie sprawę ze słuszności naszego wyboru.
Zbieg okoliczności, który sprawił nam ogromną radość, a może i stał się początkiem czegoś nowego? 
Złożenie wypowiedzenia – nowy początek lepszego życia.

Jedna chwila, które nadaje wyjątkowości. Która zatrzymuje czas i pozwala nam czuć.

W Notatniku nie musimy się rozpisywać. Nie musimy same przed sobą streszczać dnia i przekonywać siebie, że ten dzień był wyjątkowy. I nie musimy narzucać na siebie presji pisania codziennie. W końcu – to tylko Notatnik. A w notatnikach – zapisuje się tylko to, co jest naprawdę ważne.

I wiecie, tak sobie myślę: wielu pragnie szczęścia. Dąży do celu, który da mu spełnienie, radość, uczucie, podobne do wygranej na loterii. Dążymy do szczęścia zapominając, że zwyczajność też jet cudowna! A prawdziwe szczęście daje odnalezienie w tej codzienności tych najlepszych chwil.

A notatnik najlepszych chwil, możecie kupić w sklepie mojej przyjaciółki Karoliny Wilk.

5 jesiennych faktów o mnie

5 jesiennych faktów o mnie

,=Jesień jest dla mnie najbardziej niesamowitą porą roku. To mieszanka emocji każdej innej pory. Jest w niej romantyzm, melancholia, wyciszenie i szaleństwo! Za dnia wystarczy, że nałożymy na siebie czapkę i już możemy wyskoczyć na dwór, zaś wieczorem i nad ranem – konieczna jest ciepła (najlepiej zimowa) kurtka i obowiązkowo szalik.

Kiedy pada deszcz – biorę głęboki wdech i całym ciałem staram się poczuć jesnne zapachy. Zachwycam się najpiękniejszą paletą świata – brązy, pomarańcze i zielenie! Ach, to są moje kolory.

Moja osobowość to jesień.  I dlatego dziś kilka jesiennych faktów o mnie.

Czego o mnie nie wiesz

1. Kocham się w kardiganach i botkach

Miłość szalona! Kocham długie swetry! Czuję się w nich najlepiej i… najcieplej!
Kompletnie nie mam wyczucia stylu i nie znam się na modzie. Będąc w długim swetrze mam poczucie, że moja sylwetka wygląda najkorzystniej. Do tego czarne, klasyczne botki i mogę podbijać świat! Jesień to jedyna pora roku, w której nie tylko czuję, że mam styl, ale też, że to co nosze jak najbardziej oddaje moją osobowość.
Bardzo przywiązuję się do ubrań, dlatego zazwyczaj w okresie jesieni i zimy spotkacie mnie – zawsze tak samo ubraną. Mam dwa kardigany, w których chodzę na okrągło, na zmianę z długim, miętowym swetrem z liceum i ciepłą, zieloną bluzą.
W czarnych botkach chodzę od kilku lat. Kiedy zniszczą mi się jedne – szukam jak najbardziej podobnych.
Zdecydowanie, jeśli chodzi o modę, nie lubię zmian ani eksperymentów.

 

2. Uwielbiam, kiedy w domu pachnie

Jesień to dla mnie czas intensywnego palenia świeczek i wosków zapachowych. Uwielbiam, kiedy w domu pachnie, odbierać świat wszystkimi zmysłami. Dla mnie dom, w którym nie ma zapachów, jakby nie żył, był jałowy. W zapachach ukryta jest osobowość domowników. Już przekraczając próg domu, można wyczuć jakie obecnie panują w nim emocje.
Szczególnie uwielbiam te zapachy, które oddziaływują na zmysły. Które nie tylko “ładnie pachną”, ale dają też ukojenie, pobudzenie, dotykają naszych myśli. Pobudzają wspomnienia…

Zobacz moje świeczki o zapachu natury

3. Mam problem z uszami

Kiedy tylko zawieje wiatr, choćby najmniejszy, od razu mam przewiane uszy. Dlatego już od września chodzę po dworzu w czapce. W okresie jesienny, awaryjnie, zawsze mam też jedną czapkę w samochodzie.

 

4. Jestem introwertyczką i osobą wysoko wrażliwą

Mówiłam Wam, że jesień to pora roku mojej osobowości :). Bardzo dobrze odnajduję się siedząc w domu, zakładając na siebie grube, wełniane skarpety i nie musząc z niego wychodzić.
Jesień jest też dla mnie porą, w której najłatwiej mi przeanalizować dotychczasowe decyzje, skupić się nad planowaniem przyszłości i skoncentrować się nad bieżącymi sprawami. Tak jak drzewa zrzucają liście i żegnają się z tym co było, tak samo ja zamykam pewne rozdziały życia, aby w przyszłym roku móc zacząć na nowo.
Jesienią odkrywam też w sobie nowe pasje.

 

5. Lubię gotować ale tylko jesienią

W ciągu roku, na próżno szukać mnie w kuchni. Choć skończyłam technologię żywności i żywienie, to nie lubię gotować. Nie miewam na coś “smaka” i nie czerpię większej przyjemności z jedzenia. Dlatego trudno jest zaimponować mi kulinarnymi wyczynami. Ale jesienią to się zmienia! Uwielbiam wtedy piec, robić nalewki i obiady składające się z typowo polskich, sezonowych warzyw i owoców. To są moje smaki.
I co tu dużo mówić, w czasie pieczenia – nasze mieszkanie pachnie przepięknie!

Oj tak, jesień to zdecydowanie pora roku, w której najłatwiej jest mi tworzyć, ale też otworzyć się na innych. To pora roku, która pomaga mi być sobą, i pomaga mi wyrazić się.

A teraz kolej na Was! :) Opowiedzcie mi o sobie. Czujecie, jakby w Was też jesienią zachodziły pewne zmiany? Może są jakieś czynności, ktore o tej porze roku szczególnie lubicie robić?
Czekam na Wasze historie!

Każdy chce szczeniaczka. Ale czy to dobra decyzja?

Każdy chce szczeniaczka. Ale czy to dobra decyzja?

Kiedy poczujemy chęć posiadania psa – każdy z nas, w pierwszej chwili, myśli o szczeniaczku. I ja się kompletnie temu nie dziwię! Wszak sami przygarnęliśmy kilkumiesięczną Lupo do naszej rodziny i dokładnie z tych samych powodów, co inni. Szczeniaczki są po prostu przesłodkie.

Czy jest coś lepszego niż możliwość wychowania psa od maleńkości? Od przeżycia z nim całego jego życia?

Tak…

Czego nie chciałam wiedzieć adoptując szczeniaka

Lupo była nam pisana i nie ulega to żaden dyskusji! W dniu, w którym pożegnaliśmy Czarka, jej poprzednika, ona została przywieziona z interwencji do Warszawy. W jakiej miejscowości się urodziła? Nie wiem. Ale wiem, że wraz z rodzeństwem urodziła się w starej szopie. I wiem, że przez kilka godzin próbowała złapać ją straż miejska. I złapali – ją jako pierwszą. W krzykach, wyciągając do niej ręce, szarpią ją.
Kiedy Lupo trafiła do domu tymczasowego – przez dobę nie chciała wyjść z klatki, tak bardzo się bała.
A konsekwencje tej krótkiej przeszłości – my widzimy do dziś.

Lupo jest cudownym psem!
Jest w niej mnóstwo radości, ale też i bardzo dużo strachu. Uwielbia biegać wolno po dworzu, ale boi się dźwięków – boi się samochodów, wybuchów, obcych ludzi. I choć uwielbia być głaskaną i czuć bliskość drugiego człowieka – boi się wyciąganych do niej rąk, także naszych, choć naszych już coraz mniej.

Kiedy przygarnęliśmy szczeniaka myśleliśmy, że bierzemy psa bez przeszłości. Psa, którego będziemy mogli obdarzyć przeogromną miłością, który będzie z nami szczęśliwy. Psa, który tak jak Czarek będzie naszym wiernym kompanem.
Ależ my się pomyliliśmy!

Lupo, choć jest szczeniakiem, dźwiga ogromny ciężar lęku ze sobą. Choć była maluszkiem, cały czas pamięta moment, w którym próbowano ją złapać. Pamięta ręce, obcych ludzi, zakamarki, w których się próbowała schować. I choć jest z nami już rok, choć widzimy, że jej strach jest coraz słabszy, widzimy, że on wciąż jest. I jest częścią niej.

Adoptując Lupo nie zdawaliśmy sobie też sprawy, że pies może być aż tak żywiołowy, pełen energii. Czarek był spokojny, psy rodziców także są spokojne, choć bardzo absorbujące. Ale nie ma w nich tyle energii, co w małej Lupo.
Szczeniak w bloku? Na 54m2?
To nie był dobry pomysł.

Uczenie szczeniaka sikania na dworze mieszkając na 4 piętrze?
To też nie był dobry pomysł.
I nie wiedziałam, że nauka sikania Lupo na dworze będzie wiązała się z wychodzeniem z nią na spacer co kilka godzin – także – w środku nocy, zimą…

Lupo jest przesłodka!
Jest chodzącą słodyczą. Uwielbiam na nią patrzeć i szalenie rozbraja mnie jej mimika. Na jej pyszczku widać wszystkie emocje jak na dłoni. Widać, kiedy się boi, kiedy jest szczęśliwa, kiedy chce się bawić. Można z niej czytać jak z otwartej książki. Ale mimo wszystko… – drugi raz na szczeniaka bym się nie zdecydowała. Tym razem – przygarnęłabym starszego psa.
Psa, który już potrafi załatwiać się na dworze.
Psa, w którym nie ma już tyle energii.
Psa, który potrafi zrozumieć w jakimś stopniu swoje emocje.

Lupo wprowadziła do naszego domu mnóstwo radości. Jestem do niej szalenie mocno przywiązana, i ona do mnie również. Odkąd pracuję z domu, wszędzie gdzie idę lub jadę – biorę ją ze sobą, żeby nie musiała dostawać sama. Na wzajem zapewniamy sobie towarzystwo.

Ale adoptując psa – nie możemy kierować się tylko słodyczą. Słodycz w końcu przemija. Każdy szczeniak dorasta. A to co pozostanie z nami na lata, to ogromna miłość. Bez względu czy weźmiemy starego psa, czy szczeniaka – on nam odda całe swoje serduszko. A naszą rolą jest się tym serduszkiem dobrze zaopiekować.
Pies nigdy nie jest winien błędów człowieka.

Jak to się stało, że nie będziemy mieć dzieci

Jak to się stało, że nie będziemy mieć dzieci

Z mężem jesteśmy parą od 2006 roku. Nie pamiętam kiedy pierwszy raz zadano mi pytanie “kiedy będziecie mieć dzieci”, ale to pytanie ciągnie się za mną po dziś dzień. Czasem zapyta ktoś z rodziny, czasem zapyta o to któraś z czytelniczek bloga. Ot, zwykłe pytanie, w końcu już tyle lat razem.
Zawsze zbywałam te pytania, odpowiadałam żartem, wymijająco, a czasami – warcząc.

Bo przecież kto by się spodziewał usłyszeć: nie będziemy ich mieć. W ogóle. 
To nie jest odpowiedź, którą spodziewasz się usłyszeć w czasie rodzinnego obiadu, między jedną a drugą łyżką niedzielnego rosołu, i nie jest to temat, który chcesz omawiać z całym światem.
Zwłaszcza, że to nie świat o tym zadecydował.
My też o tym nie zadecydowaliśmy.
A może jednak tak?

Odebrano nam szansę na dziecko. Kilka razy.

Nie powiem, że jak każda para, tak i my baliśmy się na początku zajść w ciążę. Przecież są pary, które świadomie decydują się na dziecko, mimo swojego młodego wieku. My jednak świadomie, przez bardzo długi czas, nie chcieliśmy mieć dzieci. I nie dlatego, że hulaj dusza, że nie poradzimy sobie finansowo czy dlatego, że nie czuliśmy się dość dojrzali. Te powody mogłyby być jedynie wymówkami, tekstami, którymi chce się uciąć dyskusję.
Nas ograniczało coś innego.

Strach

Pierwszy był strach. Strach, że dziecko mogłoby urodzić się niepełnosprawne, mogłoby urodzić się z rozszczepem kręgosłupa – tak jak urodził się mój brat.
Choć było to w latach dziewięćdziesiątych, pamiętam jak wyglądało jego i moich rodziców życie. Pamiętam te upokorzenia, które spotykały mojego brata ze strony nauczycieli szkoły integracyjnej. Pamiętam te upokorzenia, które spadały na moich rodziców. I pamiętam też, z jakimi finansami wiązało się życie z dzieckiem niepełnosprawnym. To nie były tylko pieluchy do końca życia. To było też kupno odpowiedniego biurka do szkoły integracyjnej, bo szkoła nie chciała zapewnić biurka dostosowanego do dziecka na wózku. Ale za to mówiąc o szlachetności i wsparciu – zapytali moich rodziców, czy nie mieliby nic przeciwko, jakby i inni uczniowie na wózkach mogli z tego biurka korzystać.
Pamiętam też jak brat był wykluczany z różnych gier na szkolnej świetlicy i oglądania telewizji – to wszystko znajdowało się na piętrze. A on na wózku – nie miał się jak tam dostać po stromych i krętych schodach. Pamietam to, bo mając osiem lat to ja siedziałam z nim na parterze świetlicy i uspokajałam go, kiedy ten płakał. Płakał przez niesprawiedliwość, przez wykluczenie, przez to, że dzieci mu dokuczały a opiekunki nie reagowały. A z bezradności – rwał sobie włosy z głowy. Garściami.
Pamiętam jak rodzice musieli chodzić i błagać opiekunki o pomoc, o wsparcie, o zrozumienie.

Długo nie chciałam mieć dzieci, bo nie chciałam przeżywać tego co moi rodzice.
I nie chciałam jeszcze raz doświadczać tych samych emocji. Jak na jedno życie – ten raz to już było dużo.

 

A może jednak odważyć się?

Byliśmy rozdarci. Z jednej strony myśleliśmy o tym, że kiedyś w naszym życiu pojawi się dziecko i chcieliśmy tego, ale z drugiej strony ciągle zastanawialiśmy się, a co jeśli miałoby urodzić się niepełnosprawne? Postanowiliśmy, że zanim zdecydujemy się na dziecko, jakie nie miałoby się urodzić, to najpierw zaoszczędzimy pieniądze. To miało być nasze zabezpieczenie na wypadek, gdyby urodziło się niepełnosprawne. Te pieniądze miały dać nam czas na nową organizację życia, na szukanie rozwiązań.
Dziś, z perspektywy czasu myślę, że to był po prostu pretekst do odłożenia decyzji o dziecku w czasie.

 

Musimy porozmawiać.

Lata mijały. Coraz więcej osób coraz częściej pytało kiedy? I my też musieliśmy w końcu zadać sobie to pytanie: co robimy? Co zrobimy?
Wielokrotnie o tym problemie rozmawiałam z moją mamą i z moim mężem. Zastanawiacie się pewnie, dlaczego z mamą. Bo ona to przeżyła. Chciałam wiedzieć z czym ona z tatą musiała się zmierzyć od początku, od narodzin brata – aż do jego śmieci. Chciałam zwyczajnie wiedzieć co mnie będzie czekać i zastanowić się. Spróbować odnaleźć się w tym, co może nas czekać.
Mój mąż wiedział jak wiele nerwów straciłam i łez wylałam przez niepełnosprawność brata. Choć nie ma go z nami już 10 lat, jak widzicie, życie z niepełnosprawnym bratem, nie moim dzieckiem, a bratem, wywarło na mnie strasznie duży wpływ.
Wiedząc, że mogę urodzić dziecko niepełnosprawne, chciałam, aby Dawid był tego świadom i razem ze mną podjął decyzję – co robimy? Decydujemy się na dziecko czy nie?
I mamę, i męża spytałam jak by zareagowali, gdybym chciała usunąć ciążę.

 

Operacja

A później okazało się, że mam nowotwór. Niby nie był złośliwy, ale konieczna była operacja na jajniku.
Dostałam namiar na najlepszego ginekologa onkologa, umówiłam się do niego na wizytę i dostałam wytyczne co mam robić. Właściwie, już na pierwszej wizycie mieliśmy wszystko zaplanowane, łącznie z datą operacji.
Dostałam skierowanie na USG, które miałam zrobić tuż przed operacją. Poszłam więc do Medicovera i usłyszałam: wie pani o nowotworze i dopiero teraz robi usg? Gratuluję, nie będzie pani mogła mieć teraz dzieci.

Popłakałam się.
Przecież stosowałam się do wytycznych lekarza!

 

Czarny protest

Kiedy pierwszy raz pojawiły się informacje o tym, że aborcja nie będzie możliwa, wyraziłam swój pogląd. Powiedziałam co myślę. W odpowiedzi usłyszałam, że takie jak ja w ogóle nie powinny mieć dzieci! Bo jaką trzeba być kretynką i egoistką, aby decydować się na dziecko wiedząc, że może urodzić się niepełnosprawne? Takie jak ja – nie powinny się w ogóle wypowiadać.

Co robimy?

Od pierwszych naszych rozmów o dziecku, aż do tej chwili, minęły cztery lata. Postanowiliśmy, że… – spróbujemy! Będziemy starać się o dziecko i zrobimy wszystko, co tylko w naszej mocy, aby urodziło się zdrowe! Będziemy się regularnie badać, sprawdzimy wszystkie mikro i makroelementy, niedobory uzupełnimy, a nadmiary – ustabilizujemy.
Może to przez stres?

Zakaz aborcji

A później był korona wirus i zakaz zgromadzeń. Ponad dwanaście tysięcy zachorowań dziennie. Z każdej strony płynące informacje, że ktoś zmarł: kolega, przyjaciel, wujek, aktor. Paraliż państwowy i posiedzenie trybunału konstytucyjnego. I informacja o tym, że aborcji nie będzie można dokonać nawet wtedy, gdy płód będzie uszkodzony. Bo każdy ma prawo do życia – nawet, jeśli to życie miałoby się skończyć w dniu narodzin.

 

 

Mój brat był pierwszym dzieckiem rodziców. Kiedy mama zaszła w drugą ciążę, lekarze radzili jej usunąć płód. Mówili, że mogę rodzić się zdeformowana: bez rąk i bez nóg. Mówili, że mogę być warzywem.
Mama mimo wszystko zdecydowała się mnie urodzić.
Dlaczego? Nie wiem. Nie wiem czy powiedziała mi prawdę, czy nie. Są tematy tak trudne, że ciężko jest powiedzieć prawdę.

Czy ja bym się zdecydowała usunąć płód gdyby okazało się, że będzie takie jak mój brat? A gdyby było upośledzone nie tylko ruchowo, ale i umysłowo?

I potem przypominam sobie jak rodzice dzieci upośledzonych, niepełnosprawnych walczyli w sejmie o lepsze życie dla siebie i swoich dzieci. Jak opowiadali, że ich dzieci wymagają stałej opieki, a one same są do nich przykute. Co i raz widzę reklamy w telewizji różnych fundacji, w których zbiera się pieniądze na “podopiecznych”. I każdego dnia widzę jak na facebooku ktoś udostępnia zbiórkę na leczenie dziecka.
I znów na języku gorycz upokarzanie.

Co dziś czuję?
Dziś czuję, że odebrano mi szansę.
Odebrano mi prawo do zmierzenia się z problemem.
Od kilku lat rozważaliśmy temat ciąży, dziecka, od kilku lat przygotowywaliśmy się do rozpoczęcia starań o dziecko. Od kilku lat mierzyliśmy się z decyzją co zrobimy, trawiliśmy każdą opcję – i na każdą opcję też się przygotowywaliśmy. Nie wiem jak by było, gdybyśmy faktycznie byli w ciąży. Ale dziś już się nie dowiemy. Bo państwo, które zmusza do działania, a za razem odwraca się od pomocy – nie jest państwem opiekuńczym. Nie mam poczucia, że kiedy okaże się, że płód jest uszkodzony – otrzymam wsparcie – jakiekolwiek: psychologiczne, socjalne, medyczne. Za to dziś już wiem na pewno, że kiedy okaże się, że płód jest uszkodzony – nie otrzymam nawet szansy. Szansy na oswojenie się z informacją, stawienia czoła rzeczywistości i podjęcia decyzji. Dziś podjęto decyzję za mnie.

Kiedy był czarny protest ktoś z komentujących facebooka powiedział: takie jak ty nie powinny w ogóle zachodzić w ciąże.
Dziś dokładnie te same słowa wypowiedział trybunał konstytucyjny – choć nie tak dosadnie.

Lagom – książka, która odmieniła moje życie!

Lagom – książka, która odmieniła moje życie!

Kilka lat temu zapanowała w Polsce moda na inne. Wnętrza zaczęły być bardziej skandynawskie, białe, przestronne, naturalne. Ludzie zaczęli rozkochiwać się w nowym stylu wnętrz, który był tak bardzo odmienny, rześki, w porównaniu do kolorowych ścian, które jeszcze do niedawna były wręcz obowiązkowym elementem wystroju każdego mieszkania.
Później, surowy, skandynawski styl zaczął być przez niektórych zastępowany stylem hygge, choć może nie każdy zdawał sobie z tego sprawę. Duński styl, hygge, polegał na przytulności – otaczaniu się prostotą, ale i ciepłem. Bowiem ideą hygge jest właśnie osiągnięcie spokoju i szczęścia poprzez rytuały, tu i teraz, poprzez szczegóły.

I choć każdy z tych stylów gdzieś tam łapał mnie za serce, mówił mi, że to jest coś mi bliskie, w czym się odnajdę, to dopiero poznanie filozofii Lagom sprawiło, że odnalazłam siebie i zrozumiałam co jest dla mnie ważne.
Poznanie nowych stylów wnętrz to była dla mnie inspiracja. Ale poznanie nowej filozofii życia – to było coś, co odmieniło moją warszawską codzienność.

Lagom – szwedzka sztuka życia

Książka niepozorna, dziwna, na pewno wyróżniająca się na tle innych pozycji. Książka wielkości dwóch smartfonów, obłożona grubym szorstkim papierem. Ilustracje – starodawne – wypłowiałe, proste, takie bez wdawania się w szczegóły. Pośród innych książek w księgarni, ta wygląda jakby ktoś ją zniósł ze strychu i dla żartu włożył między lśniące okładki najnowszych publikacji.

Lagom – prosta książka. Nie za duża, ale i nie za mała. Kolorowa, ale nie męczy wzroku. Idealnie oddająca ideę szwedzkiej sztuki życia, czyli: nie za dużo, nie za mało, w sam raz…

WYSTARCZAJĄCO
“Skoro wiadomo, ile to jest ‘wystarczająco’, to po co przesadzać?”

Po przeczytaniu książki zaczęłam zastanawiać się, kiedy dla mnie jest “wystarczająco”? Co muszę takiego mieć, aby to było wystarczające? Ile muszę kupić różnych podkładek pod talerze, aby była ich wystarczająca ilość? Czy 5 różnych podkładek wystarczy? Różowe, złote, słomiane, niebieskie i czerwone obowiązkowo na święta…
Przyglądając się swojej codzienności zauważyłam, że dla mnie, wystarczająca ilość to jeden rodzaj podkładek. Każde inne, schowane gdzieś w szafie – to wyrzucone pieniądze i zabrana przestrzeń. Plastik, który może doda ładny kolor na zdjęciach, ale kompletnie nie pasuje do mnie, mojego stylu życia, moich wartości.

Zaczynając poznawać ile dla mnie to “wystarczająco” zaczęłam zauważać, że wydaję też coraz mniej pieniędzy. Skoro mam przedmioty w wystarczającej dla mnie ilości i wystarczającej dla mnie funkcji – to kolejna nowa rzecz jest mi zbędna. A skoro nie kupuje nowej – nie wyrzucam starej.

Filozofia lagom sprawiła, że przestałam oszukiwać siebie i udawać kogoś kim nie jestem. Przestałam szukać inspiracji w innych ludziach, kupować produkty, które ktoś poleca tylko dlatego, że obiecuje jakieś uczucie – przynależności, luksusu, statusu.
Dzięki poznaniu lagom i skupieniu się na własnych potrzebach i wartościach zrozumiałam, że moje wybory powinny odzwierciedlać mnie i być wystarczająco dobre dla mnie – a nie dla innych.

A skoro przedmioty przestały być już dla mnie ważne, przestałam zastanawiać się co przedmioty o mnie mówią osobie, która mnie nie zna – mogłam zacząć skupiać się na osobach, które były dla mnie naprawdę ważne.

Tylko żeby skupić się na ludziach – potrzebny był czas i spokój.

 

  
#miniporadnik
Jak żyć wolniej na co dzień?

Właśnie zapisałaś się do naszego newslettera. Szalenie się cieszę! Zaraz dostaniesz od nas pierwszego maila :)

RÓWNOWAGA MIĘDZY ŻYCIEM PRYWATNYM I ZAWODOWYM

Kiedy poznałam lagom, przestałam pracować za darmo. Kiedy pracowałam na etacie, czasami zdarzało się, że musiałam zostać troszkę dłużej w pracy: kilka minut, czasem czterdzieści. 
Czy praca była dla mnie ważniejsza od męża? 
Kiedyś tak. 
Kiedyś uważałam, że pieniądze są nam potrzebne i muszę dawać z siebie wszystko, być coraz lepsza, aby mieć tych pieniędzy jak najwięcej. Założyłam sobie pewną kwotę, jaką chciałabym zarabiać i dążyłam do niej. Jednak z czasem, kiedy zauważyłam, że mam wystarczającą ilość rzeczy, że moje wystarczająco zaczyna zawierać coraz mniej i oznaczać coraz więcej – pieniądze przestały mieć takie znaczenie. 
Coraz większą uwagę natomiast, zaczęłam przykładać do ludzi.

“Nie możesz zmienić ludzi wokół siebie, ale możesz zmienić ludzi wokół siebie”

Powolutku zaczęłam wprowadzać zmiany w swoim otoczeniu. Zaczęłam ucinać kontakty z ludźmi, którzy sprawiali mi przykrość, którzy powodowali we mnie negatywne emocje. Przestałam tolerować pewne zachowania.
Czy się stawiałam? Nie. 
Od toksycznych, wyniszczających emocji zdecydowanie bardziej ceniłam sobie poczucie szczęścia, bezpieczeństwa i spokoju. Zamiast wojować i walczyć – postanowiłam odejść i nie rozpamiętywać przeszłości.

Ktoś mi powiedział “z takim podejściem będzie ci trudno, bo nie masz wpływu na to z kim pracujesz”. 
Długo myślałam nad tymi słowami i doszłam do wniosku, że to nieprawda. 
Bo skoro w prywatnym życiu mam przyjaciół, otaczam się wspaniałymi ludźmi o podobnej do mnie wrażliwości, o podobnych wartościach, podobnej energii – to dlaczego w pracy miałabym takich ludzi nie mieć? 
Więc zamiast próbować zmienić otoczenie – postanowiłam zmienić otoczenie. Postanowiłam odejść z pracy. 
Nie chciałam aby negatywne emocje z etatu w jakikolwiek sposób przekładały się na mój dom. Chciałam, aby w moim życiu była zachowana równowaga – ale to dom, maż i relacje z nim miały wyznaczać kierunek moich działań – a nie praca, nie pieniądze.

 

SZCZĘŚCIE W CODZIENNOŚCI

Kiedy czytałam o szwedzkim stylu życia, o spokojnym życiu, życiu w poczuciu radości i bezpieczeństwa, wydawało mi się to wszystko nieprawdopodobne. Z początku myślałam, że jest to objaw obojętności – mieć nie za dużo, mieć nie za mało, mieć wystarczająco dobre. Dziś wiem, że nie jest to obojętność, a najprawdziwsza wolność!
Pamiętam pewien fragment z książki, w której autorka napisała, że dla Szweda idealny samochód to ani stary grat, ani nowy z salonu. Najlepiej kilkuletni używany, tak, aby nie rzucać się w oczy, nie próbować imponować innym rzeczami materialnymi.

 

Filozofia lagom mówi o tym, że trzeba mieć w życiu cel, trzeba być ambitnym, pewnie, że tak! Ale radość powinna nam dać droga do celu, a nie jak najszybsze jego osiągnięcie. Bo jeśli wbiegniemy zdyszani na sam szczyt góry – zabraknie nam tchu aby cieszyć się widokiem…

SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS?

SKOMENTUJ GO I UDOSTĘPNIJ
pokaż innym co jest dla Ciebie ważne

Weekend we Wrocławiu – co zobaczyć, co zwiedzić, co wiedzieć

Weekend we Wrocławiu – co zobaczyć, co zwiedzić, co wiedzieć

Spędzenie weekendu we Wrocławiu to było nasze marzenie od trzech lat. Trzy lata zabieraliśmy się za wyjazd do Wrocławia, i za każdym razem coś krzyżowało nam plany – a to brzydka pogoda, gdzie cały weekend lało jak z cebra, a to świeżo przygarnęliśmy psa, więc wyjazdy nie były nam już w głowie, a to wzięliśmy ślub – więc zmieniły się priorytety.
Za każdym razem było coś!

Aż w końcu powiedzieliśmy BASTA! Czas odpocząć!

Weekend we Wrocławiu – co zobaczyć, co zwiedzić, co wiedzieć

W tym roku skrupulatnie zaplanowaliśmy wakacje. Po dwóch dniach spędzonych w Zabrzu – przyszedł czas na wymarzony Wrocław i legendarne krasnale. To było jak oczekiwanie na pierwszą gwiazdkę w Wigilijną noc. Przebieraliśmy z nogi na nogę aby móc wreszcie wyruszyć w miasto!
Ale nim to nastąpiło… – zacznijmy od początku.

Zakwaterowanie

Zatrzymaliśmy się w świeżo powstałym hotelu – Art Novis. Choć hotel swoim wystrojem nawiązuje do paryskiego szyku, nie brak w nim pozłacanych wykończeń mebli, marmurowych detali, dywanów od piwnic po strych, swoją historią zadziwi nie jedną osobę.
Jeszcze kilka lat temu ten, budynek powstały w roku 1907, należał do Wyższej Wrocławskiej Szkoły dla dziewcząt. Mieszkała w nim dyrekcja szkoły, nauczyciele, a nawet szkolne pielęgniarki. W późniejszych latach budynek przekształcono na szkolną bibliotekę. A dziś, pod okiem konserwatora zabytków, obiekt został przekształcony na hotel.

Jednak przechodząc z recepcji do pokoju – można poczuć szkolną atmosferę, klimat szkolnego budownictwa. Piętra, które dzielą poszczególne pomieszczenia, półpiętra, schody, które choć są obite tkaniną to skrzypią pod stopami… . W tym jest magia.
Co ciekawe – budynek nie ma windy. Wnętrze budynku choć zostało odnowione – zachowało pierwotną konstrukcję. Nie wprowadzono żadnych zmian w rozkładzie pomieszczeń.

Z odrobiną wyobraźni – można poczuć się jak w przedwojennej szkole… .

 

hotel Art Novis

hotel Art Novis

 

Jeśli chcielibyście wynająć jeden z siedemnastu apartamentów w hotelu Art Novis – to na hasło

my na swoim dostaniecie 10% zniżki od aktualnej ceny!

 

Odra i mosty

Będąc we Wrocławiu nie mogliśmy odmówić sobie podróży Odrą. W upalny dzień odrzańska bryza była dla nas zbawieniem! To właśnie płynąć stateczkiem zaznaczaliśmy na mapie telefonu miejsca, które bezwzględnie musimy odwiedzić.
To właśnie płynąc Odrą przekonaliśmy się, że Wrocław nie na darmo nazywany jest miastem mostów. I miastem zakochanych… .

Zwiedzanie ZOO

Wizyta we Wrocławiu znaczyła dla nas jedno – musimy odwiedzić Wrocławskie ZOO! To było dla nas tak oczywiste, jak to, że dwa plus dwa równa się cztery. Tyle dobrego słyszeliśmy o Wrocławskim ZOO, że po prostu musieliśmy tam być.
Za radą recepcjonistki bilety do ZOO kupiliśmy przez Internet. I to była najlepsza rada jaką mogliśmy dostać! Kolejki do kasy sięgały przynajmniej dwóch godzin stania, a my, dzięki Internetowemu biletowi – weszliśmy na teren ZOO bez jakiegokolwiek czekania.

To co nas zachwyciło w ZOO najbardziej, to czas karmienia uchatek. Trenerka opowiedziała o tym jak karmią uchatki (takie foki z uszami), jak przy tym sprawdzają ich stan zdrowia, uzębienie, czy nie są w ciąży. Trenerka zapewniała, że każda czynność, którą wykonują uchatki jest zgodna z ich naturalnym zakresem ruchów i to nie jest coś, co jest ponad ich naturalne możliwości. A za każdą poprawnie wykonaną komendę – uchatki dostawały rybkę.

Najdziwniejszym stworzeniem jakie widzieliśmy, było zwierzątko, którego nazwy nie pamiętamy, a które żyje w ziemi, w totalnej ciemności. To było dla nas coś niesamowitego – zobaczyć zwierzę, którego w normalnych warunkach nie bylibyśmy w stanie zobaczyć. To zwierzę było malutkie, wielkości dwóch chomików domowych, pozbawione jakiegokolwiek futerka/włosów/sierści. Nie miało oczu, ani, jak nam się wydaje, uszu. Miało wykształcony pyszczek, skórę, tułów, łapki i nic poza tym. Żyło w kompletnych ciemnościach. Coś niesamowitego! I do takich warunków można się przystosować.

 

To co jednak nas bardzo zniesmaczyło – była ilość plastiku w wybiegu dla zwierząt. Mimo krat, mimo siatek – w wybiegach mogliśmy dostrzec plastikowe łyżeczki/łopatki do lodów, słomki, smoczki i zakrętki od butelek. Dla nas to było zadziwiające – jakim cudem te rzeczy dostają się na wybieg. Co trzeba zrobić aby być wychylonym i zrzucić łyżeczkę do lodów lub słomkę? Jak rodzice dbają o dzieci, skoro w wybiegach dla zwierząt znajdują się smoczki?!

To czego nam natomiast zabrakło to pracowników ZOO. Zabrakło nam ludzi, którzy opowiadaliby o tych zwierzętach i pilnowaliby porządku.
Kiedy byliśmy w oceanarium – przynajmniej trzem osobom zwróciliśmy uwagę, że tutaj nie można robić zdjęć z fleszem – jak głosiła naklejka na każdej szybie.
Zabrakło nam kogoś z obsługi ZOO, kto by powiedział “hej, to zwierzątko (tak jak jest napisane na karcie informacyjnej) ma bardzo wyczulony słuch – nie stukaj w szybę!”. Rodzice z zachowania dzieci nic sobie nie robili… .
A szkoda – bo takie zachowania szkodzą zwierzętom.

Dom bez okna

Będąc we Wrocławiu odkryliśmy dwa budynki z oknem bez okna. Okazało się, że w czasie odnawiania budynków brak okna w jednym miejscu na tyle doskwierał restauratorom, że postanowili namalować brakujące okno.
Kiedy się o tym dowiedzieliśmy – nie mogliśmy uwierzyć! Uparcie szukaliśmy, który to budynek puszcza do nas oko.

Estetyka – kto by się spodziewał, że aż tak będzie ważna w historii miasta?

Hulajnogi

We Wrocławiu przełamałam swój strach przed hulajnogami elektrycznymi! To właśnie tam pierwszy raz na nich jeździliśmy. W porównaniu do Gdyni, w którą odwiedziliśmy po Wrocławiu, Wrocław posiada zdecydowanie bardziej przystosowaną infrastrukturę do hulajnóg niż Gdynia.
Dopiero kiedy człowiek porusza się na takim sprzęcie – docenia gładki asfalt i brak kocich łbów.

Skrycie Wam powiem, że powoli sami przymierzamy się do kupna takiej hulajnogi… .

 

Restauracje

Czy wiecie, że Wrocławiu zjedliśmy największe lody?
Kiedy staliśmy przed wyborem idealnego smaku, powiedziałam do Dawida, że wezmę trzy kulki. W głowie miałam kulki takie Warszawskie, klasyczne, typowe. Ale to co dostaliśmy – przerosło nasze najśmielsze oczekiwania! Dostaliśmy ogromne łopatko-kulki lodów! Jedna Wrocławska gałka to przynajmniej dwie Warszawskie lub Gdyńskie.
Zdecydowanie były warte swojej ceny!

Na mapie Wrocławia znaleźliśmy też genialną knajpę!
W tygodniu do każdej kawy jest śniadanie za 1 grosz. Nasze śniadanie wyniosło więc… – 16 zł dla dwóch osób!
Minus knajpy natomiast był taki, że… – kierowniczka sali opieprzyła nowo zatrudnionego kelnera za to, że z ogródka weszliśmy do środka lokalu.

Niby rozumiemy, że w knajpie, do której klienci jeszcze przed otwarciem ustawiają się kolejkami, jest podział kelnerów na sektory, ale mimo wszystko to dziwne, że jak usiądziesz na dworzu to nie możesz wejść do środka. A jednak dla nas – wdychanie papierosów do śniadanie nie należy do najprzyjemniejszych kulinarnych doznań.

We Wrocławiu odkryliśmy bardzo klimatyczne restauracje.
To co nas zaskoczyło, to wiele restauracji i knajp ma bardzo przemyślany wystrój. Lokale nie są podobne do siebie, nie są nijakie. Nawet na rynku wrocławskim, gdzie ruch jest cały czas i wystrój lokalu nie musi być istotny, nie musi przykuwać uwagi turystów aby tam weszli – wnętrza lokali zaskakiwały dobrym smakiem, oryginalnością.

Wrażenia

Co jakiś czas widzę w Internecie pytanie: gdzie lepiej zamieszkać – we Wrocławiu czy w Krakowie? W Krakowie byłam zakochana przez wiele lat, to tam podjęliśmy decyzję o ślubie, wspólnym zamieszkaniu i wspólnym życiu. Rozkochaliśmy się w tym spokoju i przestrzeni.
Kilka dni spędzonych w Krakowie sprawiło, że zaczęliśmy nawet szukać tam mieszkania!

Ale po tych trzech dniach spędzonych we Wrocławiu – ach, trudno powiedzieć, które miasto jest lepsze do zamieszkania.
Wrocław zrobił na nas niesamowite wrażenie. W porównaniu do Krakowa jest zdecydowanie bardziej romantycznym miastem.
Chodząc po uliczkach Wrocławia mieliśmy wrażenie jakbyśmy… – byli w mieście zakochanych. Jakby uliczkami tego miasta chodziły same szczęśliwe pary. Ilość parków, zieleni, alejek… – to robiło wrażenie. Nie wspominając już o ogrodzie japońskim!

napis na ławce: czy warto było? Tacy młodzi

Wrażenie na nas zrobiły też te słynne Wrocławskie krasnale. Nie spodziewaliśmy się, że… – jest ich ponad pięćset!
Czy wiecie, że są dostępne aplikacje, w których można z innymi ludźmi ścigać się o to, kto pierwszy znajdzie wszystkie krasnale?
Mistrzostwo!

Dawid swojego pierwszego krasnala już znalazł :).

 

 

Wrocławiu – myślę, że spotkamy się prędzej niż myślisz… .

Wpis powstał w ramach współpracy z hotelem Art Novis