utworzone przez WolnoWolniej.pl | lip 11, 2017 | żyć lepiej
Kiedyś, za każdym razem jak oglądałam komedie romantyczne, w których była wedding plannerka czy konsultantka ślubna – śmiałam się. Po co to komu? Na co? Czy te panny młode nie potrafią zorganizować zorganizować swojego ślubu? – dziwiłam się. I wiecie co? W życiu bym się nie spodziewała, że to właśnie MY będziemy korzystać z usług wedding plannerki. Ku mojemu zaskoczeniu współpraca z konsultantką ślubną wcale nie wyglądała tak jak na filmach. Nasza konsultantka nie biegała jak szalona ze słuchawką bluetooth i wielkim notesem. Właściwie to widziałyśmy się 4 razy w ciągu całego roku!
Jak wygląda organizacja wesela z wedding plannerką
Wybór sali
Naszą konsultantką ślubną była Kasia z Say Yes Wedding Company, specjalizująca się w organizacji wesel na terenie Mazowsza oraz Warmii i Mazur. Powiedzieliśmy Kasi jaki mamy budżet, ile chcemy przeznaczyć na “talerzyk” i całe wesele, oraz w jakim stylu chcielibyśmy to wesele mieć.
W odpowiedzi od wedding plannerki dostaliśmy listę sal, w której nasza konsultantka zawarła wszystko: cenę za osobę, czy jest korkowe i ile wynosi, czy tort jest w cennie, przykładowe menu, czy jest możliwość noclegu, ile taki nocleg kosztuje, wysłała nam przykładowe zdjęcia wesel na danej sali, itd. Jednym słowem – totalnie wyczerpała temat, dzięki czemu wybór tej ostatecznej sali był dość szybki.
Spotkania i umowy
Zanim zdecydowaliśmy się na naszą salę, wszystko konsultowaliśmy z Kasią mailowo bądź telefonicznie. Każdą umowę jaką podpisaliśmy – najpierw dawaliśmy jej. Jeśli umowa została przez nią zaakceptowana, Kasia stwierdziła, że jest ok, nie pakujemy się na żadną minę, nie ma żadnych niezgodnych zapisów – my dopiero taką umowę podpisywaliśmy.
Motyw wesela
Dawid dał mi totalnie wolną rękę jeśli chodzi o motyw przewodni wesela. Wiedziałam mniej więcej czego chcę, ale nie umiałam sobie wyobrazić czy wszystkie moje pomysły będą ze sobą współgrać. Kasia trzymała moje pomysły na wodzy, mówiła mi co jest przesadą, co będzie wyglądało dobrze, a co kiczowato. Nauczona doświadczeniem umiała podpowiedzieć mi co na weselu się sprawdza, a z czego lepiej zrezygnować.
Kosztorys wesela i negocjacje
Z usług wedding plannerki najbardziej skorzystaliśmy przy tworzeniu kosztorysu wesela. Nigdy nie organizowaliśmy wesela, przez co nie wiedzieliśmy czy zwyczajnie w świecie usługodawcy nie zdzierają z nas kasy. Kiedy usłyszałam ile będzie nas kosztowała dekoracja kwiatowa sali – trochę mnie zamurowało. Dopiero konsultantka uświadomiła nas co dodatkowego kryje się za tymi kosztami. Otwarcie mówiła też, że dana oferta jest bardzo dobra i lepszej na rynku nie znajdziemy.
Takie słowa bardzo nas uspokajały. Nie chcieliśmy ładować w to wesele astronomicznej sumy, czy przepłacać za niewarte tego rzeczy.
Bardzo stresował nas też moment usadzania gości. To było chyba najbardziej stresujące tego dnia. Pomylić się jest rzeczą ludzką, więc nie chcieliśmy na barki sali zostawiać układania winietek na stołach. Poprosiliśmy o to wedding plannerkę. Wiedzieliśmy, że jeśli to ma być zrobione dobrze na milion procent, to ma to zrobić właśnie ona!
Pilnowanie terminów
Kiedy my zajmowaliśmy się remontem mieszkania (ślub i przeprowadzka trafiły nam się jednego roku) konsultantka ślubna była tą osobą, która pilnowała naszych terminów. To od niej dostawałam smsy przypominające o zaliczkach, konieczności kupienia garnituru, wydrukowaniu winietek, zaproszeń i zamówienia tortu.
Plan dnia ślubu
Wedding plannerka przygotowała nam cały harmonogram dnia ślubu. Nie musiałam się ani martwić, ani zastanawiać, na którą godzinę wziąć wizażystkę, na którą stylistkę fryzur i o której coś przekąsić by nie paść z głodu w kościele. Kasia nam wszystko rozplanowała.
Śledząc forma ślubne, czytając te wszystkie pytania panien młodych “ślub na godzinę X, do kościoła mam Y km, na którą godzinę powinnam umówić Z?” – byłam w tym momencie przeszczęśliwa, że ja o to wszystko nie muszę się martwić.
Dzięki wedding plannerce cały okres przygotowań do ślubu minął nam bardzo gładko. Nie musieliśmy zachodzić w głowę, czy to co ktoś nam proponuje jest dobre czy złe, czy przepłacamy, czy nie – wystarczyło, że zapytaliśmy o to osobę, która się na tym zna. Cieszę się z tego, ogromnie się cieszę, że skorzystaliśmy z usług konsultantki ślubnej. Przez cały okres przygotowań do ślubu i w czasie tego największego ślubnego maratonu tuż przed weselem – czułam się spokojna. Niczym się nie stresowałam, nic nie zaprzątało mi głowy. Jedyne o czym mogłam myśleć to o samych przyjemnościach. O tym jak będziemy wyglądać w dniu ślubu, jak sala będzie wyglądała – czy tak pięknie jak to sobie wyobrażamy.

utworzone przez WolnoWolniej.pl | lip 2, 2017 | żyć lepiej
Odkąd tylko zaczęliśmy planować ślub kościelny i wesele, mówiłam, że ja nie chcę żadnych wieczorów panieńskich. Jesteśmy już po ślubie cywilnym i wieczór panieński wydawał mi się dość dziwnym pomysłem – końcu żadna ze mnie panienka. Całe wydarzenie byłoby też dziwne chociażby dlatego, że za świadków wybraliśmy swoich kuzynów. Facet organizujący panieński? No nie.
Jednak wszystko zmieniło się, kiedy poszliśmy do kościoła spisywać protokół. Powiedzieliśmy księdzu, że naszymi świadkami będą mężczyźni. Ksiądz bardzo uprzejmie poprosił nas o zmianę decyzji. Wytłumaczył, że przez kościół dwóch facetów (świadków) byłoby postrzeganych jako para homoseksualna, a kościół takich związków nie popiera.
Byliśmy w szoku! Do ślubu zostało półtora tygodnia a my nie mieliśmy świadkowej. Zadzwoniłam szybko do mojej koleżanki i wiecie, rozmowa jak to rozmowa:
– No hej
– No siemka, co tam słychać?
– A no spoko, słuchaj jest taka sprawa…
– No dawaj.
– Nie zostałabyś moją świadkową?
Nowa świadkowa poczuła się w dużym obowiązku wyprawienia mi wieczoru panieńskiego. Miała 3 dni na zorganizowanie wieczoru. 3 dni!

Dziewczyny przygotowały dla mnie test ze znajomości Dawida. Musiałam odpowiedzieć na 30 pytań związanych z Dawidem, a jeśli na jakieś pytanie nie znałam odpowiedzi, musiałam wypić kieliszek czegoś gorzko-mocno-bananowego. Myślałam, że pytania będą dla mnie jak bułka z masłem, dopóki nie usłyszałam pytań typu:
– jakie są jego ulubione lody? – nie wiedziałam
– jaki jest jego ulubiony film? – nie wiedziałam
– jaką książkę ostatnio przeczytał – nie wiedziałam
– co w tobie najbardziej ceni – jednak nie wiedziałam
Zaskoczeniem dla dziewczyn było to, że znałam odpowiedzi na takie pytania jak:
– jaki chciałby mieć samochód
– jakie ma imię z bierzmowania
– jakie jest jego ulubione piwo
– jaki jest jego ulubiony drink
– do jakiego aktora jego zdaniem on jest podobny
Szalenie mi się podobała ta atrakcja i jeśli wybieracie się na czyjś panieński – polecam przeprowadzenie takiej ankiety z przyszłym panem młodym. Ja o Dawidzie dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy.
Kolejnymi przyjemnościami zorganizowanymi od dziewczyn był Escape Room, bon na spełnienie marzeń oraz pudełko kosmetyków ręcznie robionych! Coś co szalenie kocham, o czym mówiłam Wam na instastory – mydełka!
W zestawie była też sól do kąpieli, olejek różany, dzięki któremu pachnę jak różane nadzienie z wielkiego, pysznego pączka w Tłusty Czwartek oraz peeling o zapachu śliwki w czekoladzie.



Mimo, że wzbraniałam się przed tym wieczorem, mimo, że wiedziałam, że ja go nie chcę, że to zbędne bo ja nie jestem typem klubowiczki – totalnie nie żałuję! To, że dziewczyny przyszły, zebrały się w sobie, tak szybko przygotowały mi te wszystkie niespodzianki i jeszcze zaangażowały Dawida w to – było wspaniałe! I to wszystko w trzy dni. Bajka.

Jeśli kiedykolwiek, jakakolwiek panna młoda powie Wam, że ona nie chce wieczoru panieńskiego – nie wierzcie jej. Ona go chce, tylko jeszcze o tym nie wie :).

utworzone przez WolnoWolniej.pl | cze 27, 2017 | żyć lepiej
Z Dawidem stosunkowo późno ze sobą zamieszkaliśmy. Od zawsze wiedzieliśmy, że chcemy być razem, wiedzieliśmy już, że ten związek do czegoś zmierza dlatego też “nigdy” nie było u nas czegoś takiego jak “dziś ja płacę, jutro ty” albo “dobra, to każdy płaci za siebie”. U nas od zawsze te finanse były płynne. Kto akurat miał kartę czy gotówkę pod ręką – ten płacił. I już.
Kiedy Dawid mieszkał sam, kiedy wynajmował mieszkanie w Zabrzu, zdarzało się, że jeździłam do niego na 2 tygodnie, na miesiąc. Nie dorzucałam mu się do czynszu ani żadnych opłat. Dawid nie wymagał też ode mnie bym robiła dla nas zakupy. Wiecie, to było w dobrym tonie bym je robiła, ale nie oczekiwał tego. Nawet kiedy mieszkaliśmy już razem, kiedy Dawid przeprowadził się do Warszawy – wciąż każde z nas miało swoje pensje, swoje karty i swoje wydatki. Natomiast wszystko zmieniło się po ślubie, po przeprowadzce na swoje.
Wspólne kontro
Wspólne konto bankowe jest dobre dla tych, którzy mają do siebie totalnie pełne zaufanie i dystans. Kiedy wiemy, że nasz facet nie przyjdzie pewnego dnia do domu oznajmiając, że wypłacił wszystkie nasze wspólne oszczędności by kupić kateda, nowy komputer czy inną zabawkę. Wspólny rachunek jest też dobry dla tych, których wydatki jak i zarobki są na podobnym poziomie.
Wiecie jak to jest: niby jesteśmy małżeństwem, niby wszystko jest wspólne, niby razem tworzymy to gospodarstwo domowe i wrzucamy do niego pieniądze – ale kiedy zobaczymy, że zbyt długo jedna ze stron wydaje (znacznie) większą kwotę – wtedy mogą pojawić się pretensje, frustracje. Dlaczego ja mam się ograniczać, odmawiać sobie tego czy owego, a on/a totalnie nie liczy się z wydatkami i kupuje sobie jakieś pierdółki?
Dwa konta, jedna “koperta”
U mojej znajomej ze studiów spotkałam się z takim rozwiązaniem: każde miało swoje zarobki, swoją kartę a do koperty co miesiąc wrzucali po jakiejś kwocie, którą mieli przeznaczyć na czynsz, opłaty, jedzenie – wydatki wspólne.
Ogólnie pomysł był dobry! Każde z nich miało swoją niezależność finansową, w razie rozstania nie byłoby problemu z tym ile czyich pieniędzy jest na wspólnym koncie.
To jest też bardzo dobra opcja dla tych par, w których jedno z nich zarabia znacznie więcej. Do przysłowiowej kopert nie trzeba wrzucać takiej samej kwoty pieniędzy; ona może być różna. To może być, chociażby, x procent od wypłaty. Takie rozwiązanie eliminuje problem bycia zależnym finansowo od drugiej osoby. Mając swoje niezależne konto, swoje pieniądze – jesteśmy poniekąd zabezpieczeni. W razie burzliwej kłótni, rozstania – zawsze możemy wyjść z domu i poradzimy sobie. Nie zostaniemy bez grosza przy duszy, rzuceni na pastwę losu. Będziemy mieli za co kupić bilet, wynająć hotel, pokój, kupić jedzenie.
Jednak to rozwiązanie nie jest dobre dla tych par, w których jedno jest cwaniakiem.
Kiedy byłam u tej znajomej ze studiów, ona zrobiła coś dla mnie dziwnego: wzięła x kwotę z koperty i powiedziała, że musi zatankować. Zatankuje ze wspólnych pieniędzy bo to jego auto i on częściej nim jeździ niż ona, więc ze swoich płacić nie będzie.
Totalnie mi się to nie spodobało. Ani wtedy, ani teraz nie wyobrażam sobie, jak można mieszkać z kimś i mimo wszystko tak rozgraniczać wydatki? Skoro oboje jeździmy jednym samochodem to nie powinno być tak, że “twój samochód to ty płać a ja tylko będę dupę wozić”.
To takie wiecie – mieszkamy razem, ale będę kombinować co tu zrobić by zaoszczędzić.
No słabo.
Jednakże, co w przypadku, kiedy jedno pracuje, a drugie nie? A drugie zajmuje się domem?
Bardzo często jest tak, że kobiety decydują się na zajmowaniem domem, wychowywaniem dziecka, zamiast pójść do pracy. A jak to mówi moja mama – dobrze, gdy jest dobrze. Gorzej jak jest źle.
Jedna pensja w związku
Kiedy jesteśmy z kimś w związku, mamy wspólne gospodarstwo domowe – nie powinno być tak, że osoba zarabiająca wydziela pieniądze; że osoba niezatrudniona nie ma swoich pieniędzy.
Świat pełen jest (niestety najczęściej) kobiet, które były paniami domu, dbały o swoich mężów, o to by zawsze na czekał na nich po pracy ciepły obiad – a później… – były zastępowane młodszymi. Małżeństwo dobiegało końca, a kobieta nie miała nic swojego. Ani domu, ani pracy, ani pieniędzy. Zostawała totalnie sama sobie, na lodzie.
W takich przypadkach, kiedy tylko jedno w związku zarabia podział pieniędzy powinien wyglądać tak: osoba pracująca powinna przelewać: część pieniędzy na kontro wspólne, z którego można by płacić za zakupy, rachunki, i część pieniędzy na konto partnera/partnerki niezatrudnionej ale zajmującej się domem.
Wyobrażacie sobie sytuację, w której nie pracujecie i musicie prosić męża o pieniądze na podpaski?
Ja sobie tego nie wyobrażam. A jednak często tak się dzieje! Kobiety bardzo często poświęcają się opiece nad domem, totalnie nie dbając o swoje ani zabezpieczenie finansowe, ani psychiczne.
Kiedy w związku się chrzani, ale chrzani tak porządnie – wtedy często ludzie tracą skrupuły.
To jest bardzo uwłaczające, upokarzające i destrukcyjne musieć prosić się o tak podstawowe produkty.
My z Dawidem naturalnie przeszliśmy na tę formę, aby mieć wspólne konto. Nigdy nie przykładaliśmy wagi do tego, kto na co ile wydaje. Jeśli coś nam się nie podoba, jeśli widzimy, że jedno szaleje za bardzo – zwyczajnie o tym się informujemy. Zazwyczaj pytamy: ej a nie przesadzasz z tym trochę? – i jest ok. Totalnie bez pretensji, bez krytyki, bez odbierania tych słów jako atak. Zwykłe pytanie lekko “podkręcone” śląskim zaciągnięciem.
Powiem Wam, że szalenie podoba mi się też to, że wiemy ile kto zarabia i nie robimy z tego tajemnicy. To daje nam obojgu poczucie finansowego bezpieczeństwa. Każde z nas ma pełny wgląd do konta, do pliku z płatnościami, i każde z nas może sobie cokolwiek zaplanować. A przy tym – nie szwankuje u nas zaufanie. Nie martwimy się o to czy drugie nie kitra gdzieś po kątach pieniędzy.
Dajcie nam znać jak jest u Was. Może macie opracowaną przez siebie inną metodę, która pomoże innym w finansowym dogadaniu się z partnerem.
utworzone przez WolnoWolniej.pl | cze 25, 2017 | żyć lepiej
Czy wiedziałyście, że w latach pięćdziesiątych umieralność na raka szyjki macicy w Polsce i w Finlandii była na tym samym poziomie? A czy wiecie, że dziś umieralność na raka szyjki macicy w Polsce jest największa w Europie, zaś w Finlandii najmniejsza?
Ciekawe, co?
Z poprzedniego wpisu (klik) wiecie już, że raka szyjki macicy można leczyć. Mało tego – wcześnie wykryty jest całkowicie uleczalny. Ale czy wiecie skąd on się bierze?
Czynniki wpływające na rozwój raka szyjki macicy:
- Współżycie z wieloma partnerami lub z partnerem, który miał wiele kobiet
- Doustna antykoncepcja
- Obniżona odporność organizmu
- Niski poziom higieny osobistej
- Niedobór witaminy A
Wirus raka szyjki macicy (HPV) najczęściej przenoszony jest drogą płciową. Im więcej miałyśmy partnerów seksualnych (lub nasz partner miał kobiet) tym większe prawdopodobieństwo, że zostaniemy zarażone wirusem. Szacuje się, że zakażonych wirusem HPV jest 60-75% kobiet! Choć w większości przypadków nie dochodzi do uaktywnienia się wirusa, to rocznie wykrywa się go u 4.000 kobiet, z czego ponad 50% kobiet umiera. Rocznie, na świecie z powodu raka szyjki macicy umiera 250.000 kobiet.
Rak szyjki macicy rozwija się od 5 do 10 lat
W Finlandii aby powstrzymać rosnącą umieralność kobiet z powodu raka szyjki macicy wprowadzono regularne badania. Kobieta, która rozpoczęła współżycie seksualne ma świadomość obowiązku regularnego, corocznego badania się u ginekologa (wykonania USG). Jeśli w ciągu pierwszych trzech lat od rozpoczęcia współżycia lekarz nie stwierdził u niej żadnych zmian komórkowych, następnie kobieta bada się regularnie co 5 lat.
Jeśli w jakimś Pipidówku zabitym dechami żyje schorowana, 90-cio letnia babcia – przyjedzie do niej bus, w którym będzie mogła przebadać się ginekologicznie.
Dzięki temu, że kobiety badają się regularnie – fińscy ginekolodzy “nie wiedzą” jak wygląda rozwinięty rak szyjki macicy. Dla naszego wstydu – przyjeżdżają do Polski aby móc go zobaczyć.
Jednakże, są nowotwory, które rozwijają się znacznie szybciej i nie potrzebują czekać 5 lat. To, na przykład, rak jajników. Aby móc go pokonać konieczne jest jego wczesne wykrycie.
Dlatego nie wstydź się być kobietą. Nie wstydź się wizyty u ginekologa i mówienia o badaniach. To normalna sprawa! Wszystkie wiemy z czym wiąże się taka wizyta. Wiele z nas krępuje się koniecznością rozebrania się przed obcym facetem czy kobietą. Ale to jest normalne.
Wiecie, rozmawiałam nawet na ten temat z ginekologiem. Zapytałam go, jak on postrzega te wszystkie pacjentki, które do niego chodzą, że w jakimś stopniu rozbierają się przed nim. I wiecie co? Parsknął śmiechem! Powiedział, że totalnie nie robi to na nim żadnego wrażenia. Nie czuje nic! Dla niego to praca. On ma do wykonania zadanie, badanie, na którym musi się skupić. Dlatego my – kobiety – totalnie nie mamy czego się wstydzić. Jasne, dla nas to jest dyskomfort. Ale to jest lekarz. Lekarz, który może uratować nam życie.
Czy wiedziałaś, że nie powinnaś uprawiać seksu przez 3 dni przed wizytą u ginekologa, gdyż może to wpłynąć negatywnie na wynik badania?
utworzone przez WolnoWolniej.pl | cze 24, 2017 | żyć lepiej
Obejrzenie tego filmu poleciła mi koleżanka. Gdybym nudząc się przeglądała okładki filmów i zastanawiała się co wybrać na dziś wieczór, zdecydowanie tego filmu bym nie wybrała. I zrobiłabym ogromny błąd!!
Tak ogromny, że to zdanie wymagało aż dwóch wykrzykników.
Film party jest na faktach. I wiecie co? Nic nie jest tak dobrym scenariuszem jak życie.

Fabuła
Lion, droga do domu to film opowiadający historię chłopca, który się zgubił. Chłopiec chcąc spędzić czas z bratem nocą udaje się z nim do Kalkuty. Mieli zarobić trochę pieniędzy. Udali się na stację pociągów w poszukiwaniu zgubionych przez ludzi drobnych.
Jednak mały chłopiec był bardzo senny. Położył się na ławce i ani myślał wstać! Starszy brat powiedział mu “zostań tu, ja idę, ale wrócę po ciebie; nie ruszaj się stąd”. Gdy mały chłopiec przebudził się dookoła niego nikogo nie było. Znudzony spaniem na ławce postanowił wsiąść do pociągu. Nie wiedział jednak, że pociąg ruszy.
I tak mały chłopiec przejechał kilka dni w pociągu. Trafił do innego miasta, gdzie ludzie porozumiewali się w totalnie innym języku. W reszcie – wylądował w sierocińcu skąd adoptowała go rodzina z Australii.
Kiedy mały chłopiec dorósł, postanowił odszukać dom. Postanowił znaleźć tą wioskę, o której nikt nigdy nie słyszał.


Film tak naprawdę jest o tym jak mały chłopiec szuka domu. Tego prawdziwego, pierwszego domu.
Kiedy mniej więcej moja koleżanka opowiedziała mi pokrótce o czym jest film – myślałam, że nie będę już chciała go oglądać. Przecież – już wiem o czym on jest.
Ale nie – nie wiedziałam. Nie wiedziałam ile ten film ma w sobie emocji. Z jakimi myślami biją się takie osoby. Nie wiedziałam, jak łatwo jest kogoś ocenić, bo przecież każdy tak robi. Przecież nikt nie adoptuje dzieci – nie chcąc choć mogąc mieć “swoje własne”.
Wiecie, oglądając ten film wspaniale patrzyło się na miłość rodzeństwa do siebie. Trochę wydawało mi się, że to wszystko jest na potrzeby filmu – by wywołać emocje. Ale czytając napisy końcowe… – poległam. Tyle ile myśli krążyło mi po głowie nie da się opisać. To jest ten moment, kiedy po prostu masz ochotę podejść do męża, do rodziców i zwyczajnie się do nich przytulić, wyściskać, uświadomić sobie, że oni tu naprawdę są.

utworzone przez WolnoWolniej.pl | cze 21, 2017 | żyć lepiej
Kiedy żyliśmy na odległość, dzieliło nas te 300 kilometrów, spotykaliśmy się raz w miesiącu, raz na dwa miesiące – co i raz słuchałam zdziwionych: jak wy tak możecie?! Normalne pary spotykają się, randkują, chodzą do kina, do parku, spędzają razem czas! A wy co? W ogóle się nie spotykacie! Co to za związek? Człowiek potrzebuje ciepła, bliskości drugiej osoby!
Niedawno byliśmy na zjeździe rodzinnym. Ciotka, chcąc wychwalić swego męża, powiedziała: mój mąż to nigdzie nie chce jeździć beze mnie! On po prostu nie lubi jeździć beze mnie. Zawsze wszędzie mnie ze sobą ciągnie.
Nie. Po prostu nie. Mój mózg rozpoczął proces wyparcia. Nie wiedziałam już czy rzygać tęczą od nadmiaru cukru, czy z tego wyniesionego na piedestał idiotyzmu.
Facet nie powietrze – da się bez niego żyć
Wiecie za co (między innymi!) kocham nasz związek? Za to, że kiedy przychodzi wieczór to albo oglądamy razem film, albo każde z nas zamyka się w swoim pokoju i nie ma go dla świata. To jest czas, w którym możemy totalnie zająć się sobą. Kiedy nikt nic od nas nie chce, nie przeszkadza, nie wytrąca z myśli.
Powiem Wam, że związek na odległość to wcale nie jest taka zła sprawa. Taki związek uczy kochać siebie. Człowiek nabywa umiejętność poświęcania czasu sobie, zajmowania się sobą i samorealizacji. Żyjąc niby razem, a jednak osobno, uczysz się zaradności. Musisz skręcić meble? – skręcasz. Masz zmartwienie? – sama musisz sobie z nim poradzić. Będąc samej, sama musisz rozkminić; znaleźć rozwiązanie. Stajesz się niezależna. Ale przede wszystkim – żyjesz – po – swojemu.
Nie ma nic lepszego, niż życie po swojemu! Niż robienie tego na co ma się ochotę -> w warunkach – dla Ciebie idealnych.
Czy wiesz, kiedy najlepiej pisze mi się posty na blog? Kiedy Dawid idzie do drugiego pokoju i zamyka za sobą drzwi. Wtedy ja mogę włączyć program, który chcę, muzykę, którą chcę i nie słyszę nic poza tym. Nie słyszę dźwięków z Dawida gry komputerowej, żadnych zbędnych szumów. Jestem tylko ja. Mogę być egoistycznie skupiona na sobie i swoich przemyśleniach.
Kiedy na forach Internetowych czytam posty kobiet, które piszą “mój mąż to świnia! Wyjechał z kolegami a mnie zostawił samą w domu. Dupek jeden! Co ja mam teraz robić?!” oczom nie wierzę. Kobieto! Twój facet dał Ci jeden z lepszych prezentów!
Ile razy w roku mamy możliwość pobyć totalnie same? Ile razy mamy możliwość siedzieć w wannie dłużej niż godzinę, bez słuchania: żyjesz? długo jeszcze? Pospiesz się!
Ile razy w roku masz możliwość bycia samej ze sobą? Poczytania książki bez przerywania? Rozwalenia się na łóżku bez słuchania: posuń się!
Choć przez te wszystkie lata związku na odległość nie mogłam doczeka się dnia, w którym wreszcie zamieszkamy razem, dziś, doceniam każdą chwilę, w której mogę pobyć sama. Kiedy mogę pobyć sama ze swoimi myślami. Kiedy mogę robić nic i nikt mi w tym nie przeszkadza.
Nie zrozumcie mnie tu źle; można kochać swojego faceta na zabój, można skoczyć za nim w ogień i dać sobie rękę uciąć. Ale przy tej całej miłości nie można zapomnieć o sobie i swoich przyjemnościach. Mimo zdecydowania się na życie we dwoje, bycie w związku – nie można zapomnieć o swoich potrzebach.
Każdy potrzebuje czasem wolnego od życia.

utworzone przez WolnoWolniej.pl | cze 19, 2017 | żyć lepiej
W ten weekend byliśmy na ślubie. Ksiądz opowiadając o parze młodej powiedział: od dziś choć jest was dwoje to stanowicie jedność. Jedno serce, jedno ciało (…) – Bzdura! Im szybciej pojmiecie, że nie stanowicie ze swoim facetem jedności, lecz jesteście totalnie różni i kompletnie oddzielnymi jednostkami – tym lepiej!

Chyba najtrudniejszą dla nas rzeczą w związku było nauczenie się i zaakceptowanie tego, że jesteśmy różni. Niby to oczywiste, przecież ja jestem dziewczynką, Dawid jest chłopcem, różnice widać na pierwszy rzut oka – ale nie do końca. Wszyscy wmawiali nam, że w związku jest się swoją drugą połówką, a w dodatku – drugą połówką tej samej pomarańczy. “Kiedyś Bóg upuścił kosz pomarańczy, te pękły na pół i rozsiały się po całym świecie. Teraz każdy człowiek, każda połówka pomarańczy szuka swojej drugiej połówki – tak, by razem mogły stworzyć jedność”.
Ale tak nie jest. Nie jesteśmy identyczni i nie jesteśmy częścią całości. Jesteśmy różni i mamy ukształtowane różne reakcje na tę samą sytuację. To czego my musieliśmy się nauczyć to – nie mierzyć drugiego swoją miarą. Nie mogliśmy denerwować się na siebie za to, że zareagowaliśmy inaczej, w naszej ocenie niewłaściwie, bo nie tak jak my to sobie wyobraziliśmy, jak my (ja) byśmy się zachowali.
Mówiono nam też, że w związku trzeba mieć wspólne pasje, zainteresowania, bo tak się tworzy więź i relacja.
Nieprawda. Nie jesteśmy ani identyczni, ani z tej samej pomarańczy. Jesteśmy totalnie różni! Możemy mieć całkowicie odmienne charaktery, usposobienie i zainteresowania.
Kiedy zrozumieliśmy to, że jesteśmy różni – w naszym związku bardzo się poprawiło.
Przestaliśmy mieć wobec siebie oczekiwania i przestaliśmy mierzyć drugie swoją miarą. Nie oczekiwaliśmy już, że w danej sytuacji mój partner zachowa się w taki czy inny sposób – bo ja bym się tak zachowała, bo tak mnie wychowano, tak mi wpojono.
Kiedy przestaliśmy mieć oczekiwania – przestaliśmy mieć też do siebie pretensje. Pretensje, które często były później punktem zapalnym dużej kłótni.
Zaakceptowaliśmy to, że mamy róże potrzeby i lubimy inaczej spędzać czas. Jesteśmy oddzielnymi jednostkami, które spotykają się w tym samym punkcie. Różnie możemy spędzać czas wolny, możemy lubić inne sporty i gatunki książek. Nawet muzyki słuchamy odmiennej. Ale w ciągu dnia “znajdujemy” czas by spędzić go razem.
W końcu zaczęliśmy pozwalać sobie na bycie sobą.

utworzone przez WolnoWolniej.pl | cze 15, 2017 | żyć lepiej
Prowadzenie bloga o tematyce damsko-męskiej, o związkach, sprawiło, że zaczęliśmy z Dawidem bardziej przyglądać się innym parom. Będąc w kawiarni czy na spacerze obserwujemy jak inni ludzie zachowują się względem siebie w związkach. Czasem to ich zachowanie komentujemy. Zastanawiamy się, czy w danej sytuacji też byśmy się tak zachowali? Pytamy się wzajemnie o to, jaka byłaby nasza reakcja, gdybym zachował się tak czy tak, i dlaczego tak byś się zachował?

Bardzo lubię te nasze rozmowy “jak byś się zachował w takiej sytuacji”. Pozwalają nam się lepiej poznać. Wiecie, na co dzień nie zdarzają nam się sytuacje bym darła się na Dawida na całe gardło wśród innych wypoczywających ludzi, na przykład na Polach Mokotowskich. W sklepie też nie robimy sobie awantur “a bo ty mi zawsze zabraniasz gdy ja chcę coś kupić, a sobie to kupujesz”. W towarzystwie nie zwracamy się do siebie nade wulgarnie. Nie wyobrażam sobie, by mój mąż czy chłopak, w czasie grilla ze znajomymi powiedział do mnie “spierdalaj, przeszkadzasz mi”.
A jednak. A jednak są pary, są związki, w których takie zachowania mają miejsce i, co gorsza, nie budzą szoku i niedowierzania (najczęściej) partnerki. Zazwyczaj kończy się to grymasem lub płaczem kobiety, ale tak, by nikt tego nie wdział. I tak cały czas. Ogromny ból w sercu i maska na twarzy mówiąca, że wcale nie jest tak źle. On tak tylko dziś. Tylko dziś – codziennie.
Zastanawiam się wtedy – po co? Po co Ty kobieto z nim jesteś? Dlaczego dajesz się tak traktować? I ręce mi opadają gdy słyszę: bo kocham. Kocham go.
Z miłości dam się poniżać? W imię miłości będę znosić te wszystkie upokorzenia? Dla niego będę po kryjomu płakać w poduszkę? – Nie rozumiem.

Zanim my wzięliśmy ślub, dużo rozmawialiśmy o małżeństwie. Opowiadaliśmy sobie jak chcielibyśmy aby wyglądało nasze małżeństwo, nasze relacje. Oboje powiedzieliśmy sobie, że nie uznajemy rozwodów. Ślub ma być w pełni świadomą (tego co nasz czeka) decyzją.
Kiedy strach przed ślubem powoli nas paraliżował, zadaliśmy sobie pytanie. Każde sobie. Oddzielnie. W ciszy. Czy ja chcę by tak wyglądało moje życie? Czy naprawdę chcę takiego małżeństwa, jaki mam związek? Czy ja chcę codziennie budzić się u jego boku? Czy to jest twarz, którą chcę oglądać już zawsze, jak tylko otworzę oczy, i tuż przed ich zamknięciem? Tej osobie już zawsze chcę parzyć kawę na śniadanie?
Ja zrozumiałam, że tak, to jest pierś, do której chcę tulić głowę każdej nocy. Zrozumiałam, że nie ma co się bać ślubu, małżeństwa bo przecież jest dobrze.
Ale są kobiety, które trwają w związkach płacząc co noc – bo zwyzywał, bo znów nazwał kurwą, znów uderzył, szarpnął, zabrał pieniądze. Nie są w związkach małżeńskich, niektóre nawet nie mieszkają ze swoim partnerem. I mimo smutku i tej beznadziei nie odchodzą od niego, choć nie wiedzą już co mają robić.
I wtedy pytam ich: czy chcesz przez następne 50 lat płakać w poduszkę? Czy to jest życie o jakim zawsze marzyłaś? Jeśli tak chcesz by wyglądało Twoje życie – to zaciśnij zęby i pogódź się z tym, że on taki jest. Dostosuj się. Ale jeśli sobie takiego życia nie wyobrażasz, jeśli chcesz codziennie wracać z pracy do domu pełna radości, bo w końcu się zobaczycie – to musisz coś w swoim życiu zmienić.
Zawarcie związku małżeńskiego to jest takie przybicie pieczątki pod tak, tak jak jest teraz, jest mi najlepiej.

utworzone przez WolnoWolniej.pl | cze 12, 2017 | żyć lepiej
Od paru tygodni w internecie krążą posty o raku szyjki macicy. Blogerki starały się przekonać nas, kobiety, do regularnych badań cytologicznych oraz USG. Kiedy słyszymy o nowotworze, od razu na myśl przychodzi nam wyrok. To koniec – myślimy. Ale to nieprawda. Dziś mam dla Was wywiad z kobietą, która pokonała raka szyjki macicy. Dzięki wczesnemu wykryciu komórek nowotworowych – miała szansę zostać mamą.

Sprobuję zebrać to co pamietam: gdzieś pod koniec 2009 roku, po przeprowadzce, poszłam do nowego ginekologa. Prywatnie. On miał w zwyczaju każdej nowej pacjentce pobierać cytologię. U mnie to było 1,5 roku od poprzedniego badania więc nie miałam żadnego stresu.
[wc_box color=”secondary” text_align=”left” margin_top=”” margin_bottom=”” class=””] Ciekawostka: Rak szyjki macicy rozwija się od 5 do 10 lat. Finlandii, kobieta, która zaczęła współżyć z mężczyzną, bada się regularnie co roku przez 3 lata, a następnie co 5 lat. [/wc_box]
Nie było też żadnych niepokojących objawów. Po paru tygodniach zadzwonił do mnie ten ginekolog, z informacją, że coś tam nie tak wyszło i mam przyjść po antybiotyk bo pewnie infekcja. W ogóle się tym nie przejęłam, wybrałam się po antybiotyk i jakoś po 2-3 miesiącach poszłam do ginekologa powtórzyć badanie. Znów wyszła 3 grupa na cytologii. Znów lekarz zadzwonił, że mam przyjść na wizytę. Dopiero tam mnie uświadomił, że to może być coś groźnego i skierował mnie do szpitala na pobranie wycinków. Tu oczywiście już zaczęłam się martwić.
Wszystko trochę trwało, bo wycinek trzeba zrobić w odpowiednim dniu cyklu, no i potem jeszcze się czeka 3 tygodnie na wynik. To był dla mnie chyba najtrudniejszy czas – to oczekiwanie.
Pracowałam wtedy w banku. Wyniki sprzedażowe spadły mi natychmiast. Wszyscy starali się mnie wspierać, ale tylko mówili, że wszystko będzie dobrze a to nie pomaga, kiedy się wie, że może być źle. Bardziej pomagało mi czytanie np. że 90% wcześnie wykrytych nowotworów jest całkowicie wyleczalna. Ale w sieci trudno znaleźć pozytywne informacje.
Po wynik podjechałam przed pracą. Weszłam do pokoju pielęgniarki, która wydaje wyniki. Przedstawiłam się, a ona mi mówi, że mój wynik musi przedstawić mi ordynator. Więc już wiedziałam, że nie jest dobrze. I jeszcze kazała mi podpisać od razu odbiór wyników w zeszycie, a tam przy moim nazwisku czerwony wykrzyknik. Ten wykrzyknik to mi się nawet potem śnił po nocach. I już na miękkich nogach idę za pielęgniarką do ordynatora.
Ordynator akurat wychodził z gabinetu i kończył rozmowę telefoniczną. I tak w drzwiach gabinetu, bez zbędnych ceregieli, powiedział mi, że wykryto u mnie wczesne zmiany nowotworowe (cin III) i że muszę do pójść do mojego lekarza po skierowanie na zabieg, że muszę się zaszczepić na żółtaczkę, itp.
Dla niego to była rozmowa jak o katarze. Najgorzej, że cały czas staliśmy, a ja się bałam, że się zaraz przewrócę.
Jakoś potem doszłam do schodów i tam usiadłam. Potem pojechałam do pracy i, durna, wygadałam si∂ pracownikom i szefowej. To był mały, 4 osobowy oddział.
Studiowaliśmy wtedy razem z partnerem zaocznie i załamanie przyszło właśnie w weekend przed zajęciami. Ale wypłakałam się i potem już byłam silna. Znów to trochę trwało, bo wizyta, dwie dawki szczepienia na żółtaczkę, czekanie na odpowiedni dzień cyklu, itp.
Acha… – lekarz kazał mi podjąć decyzję: Albo wycinamy od razu całą macicę i żegnamy nowotwór, ale też żegnamy szanse na macierzyństwo, albo wycinamy tylko kawałek szyjki macicy i oddajemy do badania wycinki z krawędzi cięcia. Wtedy, jeśli na krawędziach będą zmiany – wracam na stół i na usunięcie macicy. A jeśli zmian nie będzie – będę mieć szansę na dzieci.
Wybrałam tę drugą opcję. Miałam 30 lat więc już o dzieciach myślałam poważnie.
W pracy szefowa wezwala mnie na rozmowę i dala wybór: albo sama się zwalniam, albo mnie zwalniają dyscyplinarnie ( w banku zawsze jest za co zwolnić). No więc podpisałam wypowiedzenie na 14 dni przed operacją. Szefowa miała nacisk z góry by dać mi to zwolnienie, więc musiała. Tylko jako kobieta mogła mi dać jakiś cynk, żebym sobie na chorobowe poszła czy coś. Na szczęście 5 dni przed operacją już podpisywałam umowę z nowym pracodawcą. System pracy zadaniowy, więc nawet nie wiedzieli o zabiegu. Trochę z tym ryzykowałam, ale wtedy czułam, że muszę pracować. Teraz wiem, że trzeba było dać sobie wtedy czas. Wypłakać się porządnie. Pozwolić się przytulić, pocieszyć. Ale wtedy chciałam być silna i nie dałam partnerowi za wielu szans na wspieranie mnie.
Sam zabieg to była pestka. Niespełna godzina operacji, 3 dni leżenia i do domu. Tylko znów to czekanie czy rak został cały usunięty. No ale miałam nową pracę i nie myślałam. W końcu wynik. Krawędzie cięcia czyste. I nareszcie ulga.
To było w lutym 2016. W sierpniu zaszłam w ciążę. Musiałam leżeć, tak na wszelki wypadek. Mimo, że dobrze się czułam, to ogólnie było dużo stresu. Przytyłam 35 kg. Potem wpadłam całkowicie w wir macierzyństwa. Tylko dziecko mnie interesowało. Nic więcej. Dopiero 1,5 roku po porodzie zdałam sobie sprawę, że to depresja. Dopiero wtedy wyszło na jaw, że nie jestem taka silna, a zagłuszone emocje kumulują się w organizmie. Dlatego to podkreślam: jak będziesz kogoś wspierać, to nie mów, że będzie dobrze, żeby się nie martwiła, że ma być silna. Lepiej niech płacze, niech czuje, że ma kogoś, kto z nią przez to przejdzie nawet, jak nie wszystko będzie dobrze.
Jak Twój mąż to wszystko przeżywał?
Nie wiem. Nie wiem jak on to przeżywał. Też powtarzał, że wszystko będzie dobrze, bo chyba sam nie wiedział co mówić. A płakałam tylko raz – wtedy przed zajęciami. Nie rozmawialiśmy o jego uczuciach. Żyliśmy bardziej jakby nic się nie działo.
Uważasz, że to było dobre? Czy lepiej by było jakbyście rozmawiali o tym?
Na bank lepiej jakbyśmy rozmawiali. Jakbym dała mu szansę zaopiekować się sobą. Nawet dziś mam czasem żal, że jak czeka mnie trudne zadanie to on tylko mówi ‘dasz radę’ i tyle jego wsparcia. Ale chyba sama go tego nauczyłam. Nawet dla naszego związku byłoby lepiej gdybyśmy przeszli to razem. A już nie wspomnę o mojej psychice.
Brakowało Ci empatii?
Ja wtedy wszystko zagłuszyłam. Niczego mi nie brakowało. Ale wiesz co… może to dobry pomysł zapytać go teraz co wtedy czuł?…
