Nasz pierwszy taniec z YouTuba!

Myśli o pierwszym tańcu odpychaliśmy od siebie najdłużej jak mogliśmy. Nie lubimy być w centrum uwagi i gdzieś tam po cichu tego pierwszego tańca nie chcieliśmy. Krępowała nas myśl, że będziemy musieli tańczyć na oczach wszystkich gości! W konsekwencji – za jego naukę wzięliśmy się cztery dni przed weselem!

Cztery dni przed weselem nasz DJ poprosił nas o listę piosnek jakie będzie miał zagrać. Chciał też piosenkę do pierwszego tańca. Szybko musieliśmy zdecydować CO BĘDZIEMY TAŃCZYĆ.
Piosenkę jaką wybraliśmy to Anchor – Mindy Gledill. Jej tekst wydał mi się idealny!

Na youtube szukaliśmy lekcji pierwszego tańca, które będą pasować do naszej melodii. W końcu znaleźliśmy to: klik. Po czterech dniach nauki po godzinie – mieliśmy to! Nauczyliśmy się całego układu i wychodziło nam naprawdę dobrze. O pierwszy taniec przestałam się martwić. Ulżyło nam, że nie będziemy tańczyć zwykłego przytulańca.

Jednak… kiedy przyszła pora zatańczenia – wszystko się posypało. Po pierwszych zaplanowanych czterech krokach Dawid zaczął improwizować! Totalnie nie wiedziałam co się dzieje, co on  planuje i musiałam się w mig dostosować.
Później nasi goście mówili, że widać było, że to improwizorka, ale właśnie w tym był cały urok naszego pierwszego tańca. Widać było, że dobrze się bawimy tańcząc razem i to było najważniejsze. Nie wyuczone kroki – a radość jaką mieliśmy z tego. To było naprawdę bardzo miłe.

Jednak największą niespodziankę zrobili nam zaprzyjaźnieni blogerzy! Bartek i Dagmara nic nam wcześniej nie mówiąc – nakręcili dla nas film z naszego ślubu! Wiedzieli, że nie mamy kamerzysty więc sami postanowili uwiecznić nasz dzień. Oglądając go – wzruszyliśmy się na maxa! Nawet Dawid, który stara się trzymać emocje na wodzy rozpłynął się.
Lepszego prezentu po prostu nie mogliśmy dostać <3

Bartek, Dagmara – dziękujemy!!!!

 

Hej, czy wiesz, że stworzyliśmy nową grupę na fejsie? Zapisz się do grupy “życie we dwoje NaSwoim” i dziel się wiedzą, doświadczeniem i inspiracjami na tamat urządzania mieszkania, wspólnie spędzanego czasu, wycieczek, randek z mężem! Grupa dla świeżych żon, które zaczynają życie NaSwoim!

Do dziś mam przed oczami tego chłopca… – wspomnienia z Powstania

Do dziś mam przed oczami tego chłopca… – wspomnienia z Powstania

Wiecie, nigdy nie lubiłam historii. Nie interesowało mnie kto, z kim, dlaczego, i dlaczego nie. Te wszystkie zdarzenia były dla mnie tak bardzo odległe, tak bardzo nie mające nic wspólnego z obecnymi czasami, że nie wiedziałam sensu uczyć się tych wszystkich dat, imion, koneksji. Ale z Powstaniem Warszawskim było inaczej. Inaczej patrzy się na historię twojego miasta i twojej rodziny. Inaczej brzmią imiona, kiedy wiesz, że to jest twój dziadek, babcia, kolega wujka z ławki… .

W związku z tym, że dziś jest jeden z bardziej wzruszających dla mnie dni w roku postanowiłam przedstawić Wam historie mojej babci. Co ona zapamiętała z Powstania Warszawskiego.

Do dziś mam przed oczami tego chłopca…

Mieszkaliśmy wtedy w kamienicy obok getta. Mogliśmy obserwować życie jednej i drugiej strony. Niemcy chodzili wzdłuż muru i pilnowali żeby żaden Żyd nie przedostał się do Warszawy. A w getcie ciężko było coś dostać. (…)

Z okna kamienicy widziałam, jak młody Żyd, dziecko, może 9 lat miał ten chłopiec, nie wiem już, przeszedł z getta i dostał się na teren Warszawy. Uzbierał skórek chleba, niósł je w bluzeczce. Chciał wrócić do getta z powrotem, ale Niemiec pilnował przejścia. W tym murze co oddzielał Warszawę od getta była dziura i oni tą dziurą przechodzili. Niemiec chodził od jednej strony chodnika do drugiej. Z prawej do lewej. W tą i z powrotem. Z karabinem chodził. Pilnował. Jak Niemiec poszedł w lewo, to chłopiec chciał dostać się do getta z tymi skórkami. I jak chłopiec przeciskał się przez dziurę, to zaczepił się ubrankiem o kolec, drut kolczasty. Nie mógł się ruszyć ani do przodu, ani do tyłu. Utknął… .

Jak policjant, ten Niemiec, zobaczył tego małego chłopca to złapał go za nogę i wyciągał z tej dziury! Nie pozwolił mu uciec. Kazał mu siadać na krawężniku chodnika i czekać. Z pół godziny tak siedzieli, aż wreszcie nadjechał samochód. Jakiś przełożony tego strażnika to był. Wymienili kilka zdań i ten przełożony machnął ręką i odjechał. 
Wszyscy staliśmy wtedy oknach i patrzyliśmy co się stanie. Było nam tak szkoda tego biednego chłopca… . 

Kiedy ten samochód odjechał, Niemiec coś powiedział do chłopca. Myśleliśmy, że puszcza go wolno. Widzieliśmy jak pomaga mu przecisnąć się przez dziurę w murze by mógł wrócić do getta. 
Kamień z serca nam wtedy spadł. 

Ale nagle Niemiec zdjął karabin z pleców i zaczął strzelać do chłopca! Oddał kilka strzałów i ten mały chłopiec padł. Do dziś mam przed oczami tego chłopca, jak on biegnie i nagle upada. Rozstrzelany. Same mi łzy lecą na samo wspomnienie. To są widoki, których nie da się zapomnieć. Niemiec jak zobaczył, że ten leży – jak gdyby nigdy nic założył z powrotem karabin na plecy i kontynuował patrol. Cała kamienica zamarła. 
Gdy Niemiec był już daleko chłopiec nagle przekręcił głowę w stronę Niemca. Obserwował go! Gdy Niemiec oddalił się już wystarczająco, chłopiec wstał i zaczął biec! Policjant nie postrzelił go. On udawał! Ten chłopiec udawał, że nie żyje. 
Policjant musiał chyba usłyszeć naszą ulgę, nasze odetchnięcie z ulgą i szybko skierował się w stronę chłopca. Zobaczył, że ten żyje i ucieka i znów zaczął do niego strzelać. Ale tym razem nie trafił. Mały chłopiec był za daleko i schował się w jakiejś bramie. Kule już nie mogły go dopaść. 

 

 

Ciąg dalszy nastąpi… .

 

Potrafisz myśleć samodzielnie?

Wiecie co mnie ostatnio rozbawiło a za razem przeraziło? Jak bardzo się oszukujemy. Każdy z nas przekonany jest o swojej wyjątkowości, o tym, że myśli samodzielnie, ma swoje zdanie a nie idzie za tłumem. Ale czy tak faktycznie jest?

SeeBloggers

W weekend mieliśmy przyjemność pojechać do Gdyni na konferencję dla influencerów. Impreza była na ponad 1000 osób! 1000 blogerów, youtuberów, facebookowiczów i instagramowiczów z całej Polski! Organizatorzy przygotowali dla nas przekąski, pączki, lody, różne smaki herbat, kawy (…) następnego dnia śniadanie – owsianki, owoce, twarogi, pasty, pieczywo – jednym słowem – co dusza zapragnie – ma!

Konferencja była dwudniowa. Przez dwa dni mogliśmy chodzić na warsztaty oraz prelekcje prowadzone przez innych znanych blogerów oraz przez różne marki. A to wszystko – za darmo!
Jednak nie każdy dostał się na te warsztaty, które chciał. Część influenserów nie dostała się na żadne. Na korytarzach słychać było głosy rozgoryczenia, żalu i złości. Bilety pociągowe kupione, noclegi zaklepane – a tu co? Nic. Tylko panel główny.

Renata Kaczoruk i hejt

O tym jak łatwo dajemy sobą manipulować pokazała też Renata Kaczoruk, po występie w Azja Express okrzyknięta Żenulką. Renata była gościem panelu o hejcie w internecie. Kobieta skradła moje serce!
Wiecie jak ona wspaniale się wypowiadała? Jaki ona ma w ogóle piękny styl mowy? Tą kobietę mogłabym słuchać bez końca.
W czasie prelekcji zdaliśmy sobie sprawę, że Renata jest bardzo mądrą osobą z wysoko rozwiniętą wrażliwością. Jej wypowiedzi były jak rozmowa dwóch przyjaciółek o tym co je dotyka, co siedzi głęboko w nich. Słuchając jej, czułam, jakby ktoś chwila po chwili wylewał na mnie kubeł zimnej wody pokazując prawdę.
Wiecie co zrobiłyby portale typu pudelek cytując wypowiedź Renaty “nie możemy się godzić na hejt. To zwyczajnie boli’?  Wykpili by ją. Plując jadem, spłaszczyliby jej wypowiedź, umniejszyli jej znaczeniu. A ona miała rację. Miała rację mówiąc, że to my jesteśmy winni tej całej nienawiści jaka jest w internecie bo MY jej szukamy. Szukamy sensacji i wspólnego wroga. Powiedziała prawdę mówiąc, że hejt jest w grupie. Jeden negatywny komentarz nakręca inne osoby do krytykowania i plucia jadem. I na to – nie może być przyzwolenia.

Telewizja

Wracając z SeeBloggers jechaliśmy z dziewczyną, która opowiadała nam co się dzieje na planie top chefa czy you can dance. Jak tam wszystko jest pięknie wyreżyserowane. Jak kamerzysta mówi do prowadzącego top chefa “teraz rzuć miską” i ten rzuca. Nam się wydaje, że to są emocje. A to tylko odgrywana rola mająca podnieść oglądalność.
Opowiadała też, jak Agustin Egurola ma zamknięte oczy, w dupie cały występ a potem mówi do tancerzy: “ooo było świetnie, robicie postępy”. Wszystko to ściema, która bardzo dobrze się sprzedaje.

Umiesz myśleć samodzielnie?

Ten wyjazd, tych kilka godzin sprawiło, że zupełnie zmieniło się moje patrzenie na ludzi z telewizji i otaczający mnie tłum. Na własnej skórze przekonałam się jak bardzo musimy starać się myśleć samodzielnie. Jak nie możemy wyrabiać sobie opinii patrząc tylko na powierzchowność, bez dociekania, pytania, dawania drugiej szansy.

Kiedy następnym razem będziecie chcieli kogoś zjechać anonimowo w internecie, pomyślcie sobie co byście czuli gdybyście coś takiego przeczytali o sobie.
Kiedy następnym razem ktoś powie Wam, że ta dziewczyna jest głupia – zapytajcie tej osoby dlaczego tak myśli. Skąd taka ocena? Zobaczycie, że ta osoba nie będzie miała żadnego argumentu. Bo nie można powiedzieć, że nie lubi się szpinaku, skoro nigdy się go nie jadło.

Nasz ślub w szczegółach

Nasz ślub odbył się 8 lipca. Wydawało nam się, że do jego organizacji podeszliśmy lekko, bez stresu, bez większego zastanawiania się czy te wszystkie rzeczy będą do siebie pasować. Mieliśmy pewną koncepcję, wybrane kolory jakie mają być na sali – ale to wszystko.
Ja nie byłam przy Dawidzie, kiedy ten kupował garnitur, zegarek czy muchę. Dawid – do samego dnia ślubu nie wiedział jaką będę miała sukienkę, wisiorek, fryzurę.

Jedyne co wiedziałam o Dawidzie to, że wybrał granatowy garnitur i muchę oraz dodatki w kolorze ciemnego brązu – zegarek, buty, pasek.
Ja, w przeciwieństwie do męża,  postawiłam na pastele: delikatny róż oraz beż.

Na sali oraz w moim bukiecie ślubnym i butonierce królowały bardziej i mniej rozwinięte peonie. Peonie zdobiły także tort oraz były podwieszone pod sufitem razem ze świeczkami.

Wiecie z czego się najbardziej cieszę? Z tego, że nasz ślub i wesele były minimalistyczne. Nie było wielkich dekoracji, bukietów i zdobień. Było delikatnie i elegancko. I w tym chyba drzemał cały jego urok.
Wiecie co? To naprawdę był najpiękniejszy dzień w naszym życiu.

Pan Młody:
garnitur: bytom
zegarek: trendhim
mucha: trendhim

Panna Młoda:
wisiorek: tous
kolczyki: prezent świąteczny od Dawida (coś starego ;) )

 

Hej, czy wiesz, że stworzyliśmy nową grupę na fejsie? Zapisz się do grupy “życie we dwoje NaSwoim” i dziel się wiedzą, doświadczeniem i inspiracjami na tamat urządzania mieszkania, wspólnie spędzanego czasu, wycieczek, randek z mężem! Grupa dla świeżych żon, które zaczynają życie NaSwoim!

Jedyny raz, kiedy mąż na mnie krzyknął i… miał rację!

Zdarza się w Waszych związkach sytuacja, w której mąż lub chłopak krzyczy na Was? U nas nigdy tego nie było. Zawsze byliśmy zgodną parą. Dawid miał świadomość rzeczy, których nie lubię i nie zmuszał mnie do nich, a wręcz przeciwnie – wyręczał mnie. Jednak tego poranka było inaczej.

 

Dawid pojechał na Śląsk pociągiem, co ogólnie nigdy się nie zdarza! Nie pamiętam, kiedy ostatni raz podróżował pociągiem. Tego dnia Dawid zadzwonił do mnie o 5 nad ranem i powiedział: Jestem na centralnym, przyjedź po mnie. Nie zgodziłam się. Kurcze, była 5 rano a z centralnego do naszego domu jest bezpośrednie połączenie i tramwajowe, i autobusowe. Naprawdę, moje jechanie po niego nie miało najmniejszego sensu.

Ale Dawid nie lubi jeździć komunikacją miejską. To jest typowy człowiek-samochód. Więc kiedy powiedziałam mu, że nie, nie przyjadę po ciebie – wkurzył się. Pierwszy raz zaczął się unosić, że mam po niego przyjechać i koniec dyskusji!

 

Wydaje Wam się to głupie i błahe, co? Nic bardziej mylnego. Przez wiele lat miałam mega opór we wjeżdżaniu samochodem do centrum Warszawy; a zwłaszcza, przez przejeżdżanie przez palmę! Kiedy byłam L-ką, jakiś pajac zajechał mi właśnie tam drogę, i o mało nie miałam wypadku. Dawid o tym doskonale wiedział. Wiedział jaki mam strach przed tym rondem.
Jednak nie zważając na moje strachy i uprzedzenia, ten zwyrodnialec kazał mi po siebie przyjechać. Z wielkim bólem ubrałam się, nałożyłam na siebie jego dres i bez ogarniania się wsiadłam do samochodu. Raz kozie śmierć! – pomyślałam.

W głowie huczała mi tylko jedna myśl. Rada, jaką Dawid udzielił mi kilka miesięcy wcześniej. To jedno zdanie stało się najważniejszym zdaniem w moim drogowym życiu i stosuję się do niego po dziś dzień – jeśli nie wiesz jak jechać, jak przejechać przez skrzyżowanie to jedź szybko! Najważniejsze to przejechać w jak najkrótszym czasie.

I tak zrobiłam! Byłam przy palmie, zwolniłam, obczaiłam, które to są moje pasy, na które wjechać, z którego zjechać – i przejechałam najszybciej jak mogłam! Jakby tyłek mi się palił a ja co sił w nogach wskoczyła do wody. To był ten rodzaj dumy…!!! Pokonałam swój strach!

 

Dawid bardzo często wyręcza mnie w rzeczach, których nie lubię robić lub sprawiają mi trudność. Ale tego dnia zrobił coś więcej. Tego dnia zmuszając mnie do przyjechania po siebie sprawił, że przestałam bać się jeździć samochodem po Warszawie i po nowych miejscach. Od tamtej pory, samochodowo, stałam się całkowicie niezależna!

 

Z początku byłam na Dawida zła, że nie zważając na moje strachy unosi się i wymusza na mnie pojechanie po siebie, gdzie naprawdę autobusem to 15 minut drogi. Ale później byłam mu wdzięczna. Czasem tak jest, to, że ktoś na nas krzyknie, uniesie się – i nie znaczy to, że chce dla nas źle. Strach, który siedzi w naszych głowach bywa tak bardzo wymyślony, urojony, potrafi nas tak bardzo paraliżować, że nie jesteśmy w stanie zdać sobie sprawy, jak to my sami wyrządzamy sobie krzywdę i robimy z siebie kaleki.

Często widzę, że kobiety mają w stosunku do mężczyzn postawę: jesteśmy razem więc powinieneś chcieć mojego szczęścia, mojego dobra (…) ja jestem twoją księżniczką, twoją kobietą! Te kobiety burzą się na swoich partnerów, żalą się na nich, że ci nie robią tego czego one chcą, robią coś nie zważając na to, że je ranią. Często widać taką postawę, kiedy facet chce wyjść z kumplami a kobieta boi się go puścić, boi się, że on ją zdradzi pod wpływem alkoholu. I te kobiety właśnie wtedy psioczą na tych swoich mężczyzn – niepotrzebnie.
Powiem Wam, że ta męska gruboskórność, to ich “głupoty gadasz, nie przesadzaj” i robienie wbrew naszym prośbom i płaczom – to naprawdę często głos rozsądku, którego nam kobietom brakuje.

Czyż to nie jest niesamowite, że jednym telefonem, jednym zrobieniem na przekór, jednym tupnięciem nogi ktoś może odmienić nasze życie? Sprawić, że jesteśmy w stanie wziąć byka za roki i uwierzyć w siebie?

Jaką kuchenkę wybrać? Gazowa, indukcyjna, elektryczna

Kiedy na studiach rozmawiałam z prowadzącym zajęcia o nazwie maszynoznawstwo i kuchenkę indukcyjną nazwałam ferromagnetyczną – prowadzący spuścił kurtynę milczenia. Powiedział, że jeszcze raz ją tak nazwę i nie zaliczę przedmiotu. No ale – ona taka jest! Jest ferromagnetyczna. Ale właściwie o co chodzi?

Powiem Wam, że wybór kuchenki czy płyty grzewczej wcale taki prosty nie był. Z jednej strony jesteśmy przyzwyczajeni do gazu. Wiemy, kiedy płomień jest za duży i palą nam się kotlety. No dobra – po spaleniu setki kotletów ja już wiem; Dawid zawsze wiedział ;). Ale w nowych blokach nie robi się już instalacji gazowej. W nowym budownictwie jest tylko prąd! A więc u nas w grę wchodziła albo kuchenka elektryczna, albo indukcyjna. No i którą wybrać?

Kuchenka elektryczna

Główną zaletą kuchenki elektrycznej jest to, że jest tania.
Działa na takiej zasadzie, że na płycie kuchenki są spirale grzejne, które nagrzewają się – a tym samym podgrzewają (oddając ciepło) garnek. Są jak zwykła grzałka w czajniku elektrycznym.
Płyty elektryczne posiadają też termowyłącznik. Dzięki temu, po osiągnięciu odpowiedniej temperatury, kuchenka jakby wyłącza się i włącza tylko po to, by ciepło podtrzymać. Jest więc w miarę energooszczędna.

Płyta indukcyjna

Wadą tego rodzaju kuchenek jest to, że są około 40% droższe od kuchenki elektrycznej i (! to ważna informacja) jeśli ktoś ma rozrusznik serca – nie może przy niej być.
A dzieje się tak dlatego, że kuchenki indukcyjne wykorzystują pole magnetyczne. To będzie brzmiało bardzo mądrze i niby trudno ale jak się skupisz to zobaczysz, że jest całkiem proste do zrozumienia ;). A mianowicie:
Prąd, który pulsuje (jest) w cewce (tym podgrzewaczu) wywołuje zmienne, wirowe pole elektryczne. Fale elektromagnetyczne niosą energię do dna garnka – które musi być ferrmagnetykiem, a więc – zawierać tak zwane domeny magnetyczne.
Domeny natomiast, drgając – dają ciepło – bo chcą się ustawić zgodnie z polaryzacją wirowego pola magnetycznego.

Zaletą kuchenki indukcyjnej jest to, że:
– bardzo szybko się nagrzewa
– jedzenie gotuje się szybciej – a więc jest energooszczędna
– ciepłe jest naczynie, a płyta jest zimna! – a więc nie musimy czekać aż płyta ostygnie nim postawimy coś na nią czy będziemy chcieli umyć
– rozpoznaje wielkość garnka
– unimożliwia wytwarzanie ciepła dopóki nie postawi się na niej naczynia (patelni czy garnka, czajnika)

Natomiast jej jeszcze jedną wadą jest to, że potrzebne są do niej specjalne naczynia. Jak wspomniałam – dno naczynia musi mieć ferromagnetyk. Mimo, że takie naczynia są trochę droższe, i sama kuchenka jest droższa od gazowej czy elektrycznej, to jednak w dłuższym czasie użytkowania takiej kuchenki ten koszt się zwraca.

My zdecydowaliśmy się na kuchenkę indukcyjną. Póki co wszystkie kotlety, które ja smażę mamy przypalone, bo ciężko mi jest się w niej połapać. W kuchence gazowej jednak widać, że płomień jest duży. Tutaj – nie. Olej jakoś nie skwierczy i nim się obejrzę – kotlet jest zimny w środku a spalony na zewnątrz. Narazie staram się trzymać techniki 6.5. To znaczy – wszystko gotować i smażyć na mocy 6.5. To (póki co) najbezpieczniejsze dla mnie rozwiązanie ;).

 

 

 

Nasz tymczasowy salon

Ten rok jest dla nas bardzo szalony. Kupiliśmy mieszkanie, zaczęliśmy je urządzać i wzięliśmy ślub kościelny – a to wszystko w pół roku! Nie sądziliśmy, że urządzanie mieszkania pochłonie tyle czasu.
Chcieliśmy Wam pokazać jak mieszkamy, jak już wszystko będzie dopieszczone, dopięte na ostatni guzik. Ale ciągle coś. Jak nie ślub, to impreza urodzinowa kuzyna. Jak nie impreza urodzinowa – to seebloggers. Jak nie seebloggers – to oblewanie zdania magisterki kolejnego brata. Dlatego postanowiliśmy teraz pokazać Wam jak tymczasowo mieszkamy!

Jak Wam wspominałam, postawiliśmy na trzy dominujące kolory: biel, szarość i czerń. Cała reszta kolorów stanowi zmienny dodatek. Obecnie królują u nas róże.

salon

salon

Wiecie, że tą poduszkę świnkę kupiłam 100 lat temu Dawidowi? :) Mieszkaliśmy wtedy osobno, on w Zabrzu, ja w Warszawie. Choć zawsze miałam nadzieję, to nie przypuszczałam, że z tą świnką (poduszką rzecz jasna!) kiedyś będę mieszkać ja.

 

salon

Poznajcie Benjamina. Benjamin tak naprawdę to Olia, ale nazwaliśmy ją Benjamin. Jak ten słoń.

Nad Benjaminem będzie wisiał obraz. Jeszcze nie wiemy jaki, ale będzie w kolorach intensywnej żółci i zieleni.

Wiecie, że mamy aż 3 różne wina z roku 1991? Wtedy się urodziłam. Jako prezent, rok temu od mojego taty dostałam 3 butelki różnych win właśnie z roku moich narodzin. Nie wiem czy jest dobre. Zabezpieczenie korka parcieje, sypie się ze starości. Nie wiem w jakich warunkach to wino było przechowywane. Wciąż czekam na szczególną, tą najważniejszą okazję by otworzyć je i spróbować. Niby wiem, że nasz ślub kościelny i wesele były takim wydarzeniem, ale to nie to. Czekamy na coś bardziej wyjątkowego!

Nad moim ukochanym, upragnionym i utęsknionym sekretarzykiem tajże będzie obraz. Ale totalnie inny niż ten nad stołem. Ten będzie minimalistyczny. Marzy mi się, że będzie w kolorach czarno-białych. Jak wyjdzie – zobaczymy!

 

Mam nadzieję, że niedługo będę mogła pokazać Wam jak dodatki: obrazy, żaluzje i kolory zmieniły nasze wnętrze!

Nie uważacie, że białe meble na białym tle z białymi dodatkami to coś dziwnego? ;)
W poprzednim mieszkaniu mieliśmy szalenie ciemne mieszkanie. Tutaj stawiamy na totalną jasność! Ma być jasno, ciepło i przede wszystkim – spokojnie. Mieszkanie ma być dla nas takim miejscem, w którym po przekroczeniu progu będziemy odpoczywać. Będziemy odcinać się od całego świata i będziemy mogli być sobą.

 

Codzienna pielęgnacja drewnianego blatu

Kiedy mówiłam rodzinie czy znajomym, że będę miała w kuchni drewniany blat – wszyscy jak jeden mąż pukali się w głowę i mówili: dziewczyno! Po co ci to?! Wiesz ile z nim zachodu?! Taki blat bardzo szybko się niszczy.

Szczerze mówiąc… – nie wiedziałam ile to zachodu. Wiedziałam natomiast, że wygląda ładnie i ja chcę taki blat! Chcę i już! I ku mojemu zaskoczeniu, wcale tak dużo roboty z nim nie jest. Ok, trzeba bardziej uważać przy krojeniu buraków, a rozlanego mleka nie wytrę za trzy dni. Ale nie oszukujmy się – kto będzie trzymał kilka dni rozlaną wodę czy mleko na blacie? No nikt.

pielegnacja drewnianego blatuCodzienna pielęgnacja drewnianego blatu

Małe problemy

Ma być sucho

Drewniany blat uczy czystości. Nasz blat nie jest lakierowany, tylko olejowany. A to znaczy, że nie lubi wilgoci. Nie lubi jak jest na nim mokro. A więc jak wyleje Wam się na niego woda czy mleko – musisz to zetrzeć.
Nie musisz tego robić tu już zaraz od razu! Możesz dokończyć sobie ten obiad w spokoju i po obiedzie posprzątać. Ale musisz. Jak zostawisz na kilka dni mokry blat, blat, na który została wylana woda – może się rozmięknąć.

Używaj deski do krojenia

Och no muszę przyznać, no muszę – gdy mieliśmy w rodzinnym domu taki zwykły, typowy blat – często nie brałam deski do krojenia i kroiłam coś bezpośrednio na blacie. Drewniany blat tego nie lubi. Dużo łatwiej jest uszkodzić nożem drewniany blat, niż ten taki zwykły. I dużo bardziej widoczne będą na nim te wklęśnięcia od noża! U znajomych widzieliśmy właśnie taki drewniany blat pełen dowodów zbrodni. Wyglądało to strasznie źle!

Myj go wzdłuż (!)

Drewno (nawet zaimpregnowane) lubi chłonąć wszystko, dlatego ważne jest aby go myć w miarę na bierząco. W tym celu używaj wilgotnej gąbeczki z (na przykład) płynem do naczyń i myj go wzdłuż słojów w blacie, wzdłuż włókien drewna. To jest mega ważne! Jak będziesz myć blat w przeciwną stronę, czyli tak jakby do siebie – mniejsza, że nie domyjesz szczelin, ale możesz porysować blat. Serio! Po takim umyciu go – wytrzyj go do sucha.

Duże problemy

Odparzenia

Ogólnie nie wyobrażam sobie by ktokolwiek cokolwiek postawił na jakikolwiek blat, ale (!) jeśli już zdarzy Wam się postawić na przykład gorący garnek na drewniany blat – zostaną na blacie białe ślady. To są odparzenia. I one nie zniknie. A raczej – nie znikną same. Jest na to sposób! Pasta z soli kuchennej i oliwy.
Robisz pastę z soli kuchennej i oliwy i zostawiasz taką papkę na odparzeniu na trzy godziny. Po tym czasie papkę wycierasz z blatu do sucha i śladu pod odparzeniu być nie powinno.

Odmoczenia

Jeśli już zostawisz rozlaną wodę na blacie, która zacznie ingerować w fakturę czy strukturę drewna – zastosuj na to… – papkę z soli kuchennej i oliwy! Dokładnie tak, dokładnie tą samą papkę co na odparzenia. Sól wyciąga wodę więc powinno być dobrze.

Alkoczenia? 

Ogólnie chodzi o ślady po alkoholu, który ma właściwości wysuszające. Jeśli rozleje Wam się wódka na drewniany blat – mogą zostać na nim ślady. Usuniesz je wcierając w te miejsca olej lniany.

Napleśnienia

Może zdarzyć się, że w szczelinach Waszego blatu pojawi się pleśń. Jak tylko ją zauważysz – od razu reaguj! Pleśń jest cholernie niezdrowa – nawet wdychana – a co dopiero w kontakcie z żywnością, kiedy masz ją zjeść. Ona jest dla nas toksyczna. Dlatego, jeśli na swoim ukochanym drewnianym blacie pojawi się pleśń – użyjcie nafty.
Ale uwaga! Nafta powoduje, że drewno robi się matowe. A więc nanoś ją tylko na zapleśniałe miejsca i najlepiej, jeśli w tym celu żyjesz patyczka do uszu!
Aby nadać blatu ponownie połysk – zaleca się pocieranie tego miejsca korkiem. Korkiem z butelki od wina. Nie wiem czy to działa – nie sprawdzałam. Ale pogłoski głoszą, że tak.

Ogólnie same widzicie, z takim blatem nie ma nie wiadomo jak dużo roboty. Najważniejsze to nie dopuścić do tego, aby wsiąkała w niego woda i nie stawiać na niego gorących rzeczy. Jeśli będziecie unikać tych dwóch rzeczy – dłuuugo będziecie cieszyć się pięknym, drewnianym blatem <3

A już niedługo pokażę Wam naszą kuchnię! :) Jestem tak w niej szalenie zakochana! Nie tylko w przepięknych płytkach ale i o dziwo w jej funkcjonalności. I ten drewniany blat – nie mogłam wybrać lepszej opcji!

Nasze zawieszki na alkohol – do pobrania

Przez cały okres przygotowań do ślubu wiedzieliśmy, że nie będziemy mieli żadnych zawieszek na alkohol. Nie podobają nam się karteczki z napisem „wódka weselna”, z datą ślubu i imionami młodych dlatego też nie zaprzątaliśmy sobie nimi głowy. Jednak dzień przed ślubem (!) wpadłam na super pomysł! Postanowiłam zrobić zawieszki na wódkę, zachęcające do skorzystania z drink baru oraz przełamujące lody między obcymi sobie gośćmi.

darmowe zawieszki na wodke

Na naszych zawieszkach były teksty:
– u barmana są lepsze drinki
– chodź na shota
– polej sąsiadowi po lewej
– polej sąsiadowi po prawej
– ze mną się nie napijesz?
– pij póki zimna
– po tej wódce nie ma kaca
– Dawid się żeni
– Asia wychodzi za mąż
itd

Nasze zawieszki bardzo spodobały się gościom! Nie było osoby, która kiedykolwiek spotkałaby się z tak nietypowymi zawieszkami, co bardzo nas ucieszyło.

zawieszki na alkohol

Zawieszki wydrukowaliśmy na papierze wizytówkowym.

Szare tasiemki zawiązaliśmy na supełek. Żeby kartonik nie spadał ze wstążki a supełek nie przechodził przez dziurkę podczas podnoszenia butelki, przechylania jej – podkleiliśmy je przezroczystą taśmą klejącą.

Zdecydowaliśmy się na szary kolor tasiemki aby nie rzucała się w oczy i nie odciągała uwagi od tekstu oraz nie tworzyła „wizualnego chaosu” w kulerze i na stole.

darmowe zawieszki na alkohol
A Wam, jak się podobają nasze zawieszki na alkohol? Też robiliście sami? Dajcie nam znać w komentarzu <3