Obraz kolorowej zebry jest bez wątpienia HITEM naszego mieszkania! Każdy kto do nas przychodzi – zachwyca się nią. Ja sama codziennie patrząc na ten obraz nie mogę wyjść z podziwu, że zrobiliśmy go sami. Duma razy milion!
Jak wiecie, nie bardzo też czuję kolorowe ściany w salonie. Wolę dodawać wnętrzu barw poprzez dodatki. Zebra idealnie łączy w sobie wszystkie kolory naszego salonu. Mamy w nim dodatki żółte, jasnozielone i różowe. Czarny nosek zebry – nawiązuje do czarnego sprzętu AGD w kuchni oraz telewizora.
Jak zrobić obraz kolorowej zebry
W internecie znalazłam obraz zebry jaki chciałabym mieć na swojej ścianie. Nie mając akurat możliwości wydrukowania grafiki w takim formacie, jakim chciałabym mieć obraz – w paincie (!) podzieliłam grafikę na 4 części drukując je kartka po kartce.
Mój talent malarski nie jest aż tak dobry, aby móc namalować zebrę zachowując odpowiednie proporcje i kształt. Dlatego:
2. Nałożyłam kartki z wydrukowaną zebrą na brystol i mocno długopisem jechałam po krawędziach czarnych pasków zebry. Ten patent sprzedała mi moja mama w podstawówce! Później, ściągając z brystolu kartki mogłam ołówkiem przejechać po odciśniętych śladach tworząc wstępny szkic zebry.
Jednak moja zebra miała (jak dla mnie) bardzo dużo pasków! Widząc tylko ich blady szkic nie mogłam wyobrazić sobie jak chciałabym ją namalować, gdzie nałożyć jaki kolor. Dlatego też:
3. Wycięłam wszystkie czarne paski (!) z kartek A4 i nałożyłam je w odpowiednie miejsca na brystolu z naszkicowaną zebrą.
4. Zebrę malowałam zwykłymi szkolnymi farbami i zwykłym szkolnym pędzelkiem. Ściągałam jeden czarny pasek wydrukowanej zebry – i malowałam to miejsce wybranym kolorem.
Dzięki temu łatwiej było mi rozplanować rozmieszczenie kolorów. Łatwiej było mi sobie wyobrazić gdzie jeszcze mogę/powinnam użyć dany kolor.
Jedna dobra rada dla wszystkich, którzy chcą sami namalować taki obraz: używajcie cienkiego pędzelka.
Najpierw chciałam pójść na łatwiznę i wzięłam gruby pędzelek, płaski, prostokątny nr 8. Okazał się być nieprecyzyjny i zostawiał po sobie brzydki ślad. Później zaczęłam używać pędzelka cienkiego, okrągłego nr 4. Malowanie nim było dużo dokładniejsze, a wykonanie ładniejsze.
Wiecie co jest najlepsze, najgenialniejsze, po prostu NAJ z NAJ? To, że namalowaliśmy ten obraz RAZEM!
Takie wspólne prace, wspólne tworzenie czegoś niesamowicie spaja związek. To nie tylko inna forma wspólnie spędzonego czasu. To dyskusje – a jak ładniej, jak lepiej, a co jest złym pomysłem. To rozmowy, których normalnie byśmy nie przeprowadzili.
A Wy co zrobiliście ostatnio wspólnie z Waszym facetem? W jaki, inny sposób, spędziliście ostatnio czas?
Wiecie, ja w życiu bym się nie spodziewała, że Dawid będzie malować ze mną obraz do naszego domu.
Nie macie czasem wrażenia, że świat idzie do przodu a relacje damsko-męskie, sposób i styl tworzenia rodziny stoi w miejscu? Ja mam. Zwłaszcza wtedy, gdy rozmawiam z moją mamą na temat prowadzeniu domu.
Któregoś razu nieprzemyślanie powiedziałam do mamy: – Praktycznie każdego wieczoru oglądamy jakiś film. Gdy Dawid bierze się za szukanie filmu, ja w tym czasie puszczam pranie. I zawsze to ja muszę to pranie rozwiesić, bo zanim film się skończy Dawid już zasypia. I potem ja muszę czekać aż to pranie się skończy no bo przecież ono skiśnie tam do rana.
Nagle, moja mama jakby została obudzona ze snu. Nie wiedziała co się dzieje!
– Asiu – tłumaczyła mi. – Tak już jest. To kobieta bardziej zajmuje się domem, aby był porządek… . To ona pilnuje (…).
Nie wierzyłam własnym uszom. Jak to kobieta bardziej zajmuje się domem? Jak to, to kobieta ma coś zrobić bo mąż o tym nie pomyśli, bo nie zrobi? Jak to “oj nie gadaj mu, bo wiesz jacy są mężczyźni”?!
Związek nowoczesny czy tradycyjny?
W tym momencie zaczęłam mojej mamie tłumaczyć. Wiecie, my jesteśmy młodzi. My jeszcze możemy wyrobić sobie nowe nawyki, zachowania. Mówię więc do mojej mamy: – Mamuś. Ja nie będę robiła więcej tylko dlatego, że jestem kobietą. Jeśli (mój, nie mój, ogólnie) mężczyzna jest w stanie przenieść koszmarnie ciężkie opakowanie płytek, to na stówę da radę wynieść śmieci. A jeśli jest w stanie przez 2 godziny woskować samochód – to z umyciem lustra w łazience również powinien sobie poradzić.
To jesteśmy równi czy nie?
Wiecie, z jednej strony mówi nam się o równości w związku. Same tego oczekujemy – że nasz mąż będzie naszym partnerem. Że będzie nas szanował, liczył się z naszym zdaniem, pomagał, wspierał, itd. Chcemy być na równe z nim. To dlaczego w kwestii prowadzenia domu – ustępujemy? Dlaczego SAME (!!!) narzucamy na swoje barki obowiązki, które są wspólne? To jakiego my w końcu chcemy związku: nowoczesnego – w którym partnerzy, małżonkowie są sobie równi, pomagają sobie, czy tradycyjnego – w którym żona jest kurą domową i wyręczy męża we wszystkim bo “faceci już tacy so”?
Nie wiem jak Wy, a nie ukrywam chętnie poznam Wasze zda, ale ja nie wyszłam za 12-letniego dzieciaka, żeby przypominać mu o konieczności wyrzucenia śmieci. Poślubiłam dorosłego mężczyznę, od którego oczekuję dorosłego podejścia do (chociażby) prowadzenia domu!
A Wam jakie małżeństwo jest bliższe – tradycyjne czy nowoczesne? Jak u Was wygląda podział obowiązków w domu, wykonywanie tych nudnych, żmudnych obowiązków jak wynoszenie śmieci, czyszczenie lustra w łazience i rozwieszanie czy puszczanie prania? Jak Wy nie wyniesiecie śmieci to maż/chłopak zorientuje się, że to już najwyższa pora?
Śledzicie co się dzieje w Waszym mieście? Jakie są wydarzenia kulturowe, niecodzienne rozrywki, itp? Ja nigdy się tym nie interesowałam. I wiecie co? Za każdym razem zazdrościłam moim koleżankom, że gdzieś były, inaczej spędziły czas, ciekawiej -niż siedząc w domu. Głupie prawda?
Jednym z moich ostatnich postanowień było – wychodzić z domu! Korzystać z tego, co daje mi moje miasto. Dlatego w ten weekend, mimo brzydkiej pogody, postanowiliśmy odwiedzieć festival food truck’ów!
Powiem Wam, że naprawdę, jeszcze nigdy nie widziałam tylu ciężarówek z jedzeniem w jednym miejscu! Dużym plusem wydarzenia była jego lokalizacja. Food truck’i stały zaparkowane wokół Stadionu Narodowego, dzięki czemu była swoboda przemieszczania się między nimi.
Gdy jakiś czas temu poszliśmy na Festiwal Pierogów Świata, odbywał się on na skrawku ziemi na bulwarach wiślanych. To był dramat! Nie dało się chodzić nie deptając innym pięt.
Tu – na festival food truck’ów – była przestrzeń. I to było genialne!
Za cel obrałam sobie próbowanie tych dań, których nigdy nie jadłam lub na co dzień nie mam okazji jeść. Najpierw uderzyłam w pity. Super było pogadać z kucharzami food truck’a, nawiązać z nimi jakiś kontakt, inną relację niż przedawca-kupiec.
A te skarpetki – skradły moje serce!
Urzekła mnie ta rozmaitość samochodów! Było na romantycznie:
I na wesoło!
Były dania jednogarnkowe mega aromatyczne u Pot Spot!
I szalenie soczyste burgery!
Ten, co zjadł w 2 minuty 3x większego burgera od naszego – dostawał zwrot kasy. Nie widzieliśmy ani jednej osoby, która zdecydowałaby się na takiego kolosa.
Największym dla nas rozczarowaniem były smażone batony. To była jedyna miejscówka, w której spotkaliśmy się z totalnym brakiem higieny pracy pracownika oraz ze starym olejem. A szkoda! Dużo dobrego słyszeliśmy o smażonych batonach (obstawiam, że w cieście naleśnikowym). Jednak stary olej, na którym smażyli batony totalnie niszczył ich smak. A Wy chodzicie na jakieś wydarzenia organizowane w Waszych miastach? Na czym byliście lub na co wybieracie się w najbliższym czasie?
Ja pod koniec miesiąca chciałabym wybrać się jeszcze na Festiwal Kultury Żydowskiej w Warszawie.
Ostatnio będąc z Dawidem na spacerze widzieliśmy jak tata mówi do 5-cio (?) letniego synka: teraz zachowujesz się jak twoja Martynka. A co u Martynki słychać? Jak wasza przyjaźń? To było przeurocze. Mały chłopiec zawstydził się troszkę i wiercąc się, migając od odpowiedzi pół słówkami zaczął tacie odpowiadać.
Rozbawieni sytuacją zaczęliśmy z Dawidem rozmawiać o naszych pierwszych szkolnych miłościach oraz o miłościach z podwórka. O ile śmiesznie było powspominać kto w kim się kochał będąc w podstawówce, jakie podchody były robione, tak miłości z gimnazjum czy liceum już takie zabawne nie były.
Co ty 16-latko wiesz o miłości?
Z Dawidem poznaliśmy się jak miałam 13 lat. Mając lat 16 byłam już pewna, że (kiedyś) za niego wyjdę. Kiedy teraz o tym myślę chce mi się śmiać. Ale wtedy tak było – ja to po prostu wiedziałam.
Bolało mnie, kiedy ktoś śmiał się ze mnie, z nas, naszej miłości mówiąc, że to szczeniackie, jeszcze ci się odwidzi milion razy. Przykro było słuchać, że mając tych 16 lat nic nie wiem o miłości a to co czuję – to na pewno nie jest miłość.
Wmawiali nam, że to zakochanie, niepoważne uczucie, a najlepiej jakbyśmy poszukali sobie kogoś tu, na miejscu i w swoim wieku.
Mając lat 16 byłam w Dawidzie zakochana. Jak każda para mówiliśmy do siebie “kocham cię” i wtedy wydawało nam się, że to właśnie do siebie czujemy. Teraz, będąc 12-ty rok w związku, będąc rok po ślubie i mieszkając razem wiem, że miłość wygląda inaczej. Teraz wiem, że jest to dojrzałe uczucie. To nie tylko heheszki, śmieszki i wygłupy ale też odpowiedzialność za drugą osobę, bycie przy niej w trudnych chwilach i pomaganie jej, kiedy ona sama nie jest w stanie wstać z łóżka. Teraz wiem, z czym wiąże się i miłość, i małżeństwo. Ale teraz jestem starsza. Teraz mam inne obowiązki, priorytety i inne problemy niż kilka lat temu. I moja miłość też się zmieniła. Dojrzała – tak jak i my.
Niemiłosiernie wkurza mnie, kiedy widzę jak jacyś obcy ludzie czy nawet rodzina mówią – masz 16 lat, to zauroczenie, nie wiesz nic o miłości. Ale mając 16 lat nie wie się wielu rzeczy. Na tamtą chwilę – kocha się 16-letnią dojrzałością. Kocha się na miarę problemów wieku 16-tego. I nie jest to gorsza czy mniej poważna miłość.
Ostatnio rozmawialiśmy też z Dawidem o naszych znajomych i przyjaciołach. Wszyscy zaczęliśmy spotykać się z naszymi partnerami mniej więcej w tym samym czasie. I wiecie co? Tak już zostało. Tak jak złączyliśmy się mając te 15-17 lat – tak teraz wszyscy jesteśmy już małżeństwem i z większością małżeństw do dziś się spotykamy.
Wiecie co jest głupie w wyśmiewaniu młodzieńczej miłości? To, że teraz mając tych 30 lat ludzie nie mają czasu na randki, podchody i ciągnięcie za warkocze. Teraz ludzie od razu ze sobą zamieszkują. A nuż się uda. Dorośli są. I ci ludzie, którzy mieszkają ze sobą z wygody, wieku, rozsądku mówią takiej 16-tce, że jej miłość jest niedojrzała. Mówią jej, że to dziecinne, nie ma sensu, jest tylko zakochana bo życia nie zna, bo na randki chodzi.
Zapomniał wół jak cielęciem był.
Może mając te 16 lat jesteśmy mniej dojrzali niż mając lat 30. Ale nasza miłość jest tak dojrzała jak my na obecną chwilę.
A Wy ile miałyście lat jak zaczęłyście spotykać się z Waszymi chłopakami, mężami? To była miłość szkolna czy poznaliście się będąc już dorosłą na etacie?
I jaki macie stosunek do dziewczyn 16 lat mówiących, że kochają? Według Was to może być miłość?
/Ps. Wszystkie zdjęcia zostały wykonane jak mieliśmy z Dawidem około 16-18 lat :)
Uwielbiam takie mieszkania, po wystroju których od razu wiadomo kto tu mieszka. Wchodzisz do takiego pomieszczenia, dajmy na to – salonu – i wiesz. Wiesz co lubią domownicy, kim są, na jakie wartości stawiają.
Zawsze marzyłam o tym, by mój dom, moje mieszkanie oddawało mnie w milionie procent! I choć wiem, że lepiej “sprzedają” się mieszkania pinterestowe, gdzie wszystko do siebie idealnie pasuje, współgra, tworzy harmonię, w których są co najwyżej 3 kolory – nie mogłam się na to zgodzić. Nie mogłam odmówić sobie kolorów, które kocham! Od zawsze wiedziałam, że moje mieszkanie będzie pełne kolorów, barw, będzie jasne, a za razem ciepłe i przytulne.
Ostatnim elementem jakiego brakowało mi w naszym salonie były obrazy. Nie mogłam znieść pustych, białych ścian. Musiałam je zapełnić. Wymyśliłam, że obrazy zrobimy sami. Nie ma nic lepszego niż dekoracje stworzone własnymi rękami i to RAZEM!
Zobaczcie jak nam wyszło:
Powiem Wam, że jestem mega zadowolona z efektu! Nie sądziłam, że robienie tych obrazów da mi tyle frajdy, a tym bardziej nie przyszło mi do głowy, że Dawid sięgnie po pędzle i farby! To było wspaniałe.
Dajcie znać jaki jest Wasz stosunek do samodzielnie wykonywać ozdób w domu. Jesteście za, przeciw? Jeśli wolicie kupować niż robić sami – to dlaczego?
Zastanawiałyście się kiedyś jak by to było mieć cały rok tylko dla siebie? Rok – bez chodzenia do pracy, bez zarabiania, bez zobowiązań? Cały rok, 365 dni na robienie tego co daje Wam radość, jeśli chcecie to podnosi kwalifikacje, rozwija, opisuje? Cały bity rok, 12 miesięcy na bycie tym kim chcecie!
Ja bym chciała.
Chciałabym przez cały rok móc robić tylko to, co daje mi przyjemność. Ułożyć sobie taki plan dnia, jaki odpowiada moim potrzebom. Móc wstać rano, poćwiczyć, wrócić do domu, wykąpać się, zjeść śniadanie, zrobić mężowi kawy i nie patrzeć na zegarek ile zostało mi czasu na ogarnięcie się i wyjście do pracy.
Chciałabym móc ubrać się po domowemu, usiąść do komputera i czytać tylko to co mnie interesuje, wdawać się w dyskusje, które mnie interesują i rozwijać się.
Móc przeczytać książkę, i kolejną książkę i nie myśleć, że tracę czas a przede mną tyle obowiązków.
Chciałabym zapisać się na kurs – jeden, drugi i trzeci – mając świadomość, że to są tylko kaprysy, które w życiu (pracy) do niczego mi się nie przydadzą. Takie zdobycie wiedzy bezużytecznej.
W międzyczasie poznałabym kogoś, kto wprowadził by mnie w tajemnice mojego zawodu. Za darmo. Od A do Z, codziennie chłonęłabym wiedzę jaką powinnam zdobyć na studiach, aby móc wkroczyć na rynek pracy z kompletną wiedzą i pewnością siebie. Zrobiłabym to, na co na studiach nie miałam czasu.
Przez 365 dni byłabym całkowicie zależna finansowo. Od męża.
Na barkach męża spoczywałyby wszystkie opłaty i bieżące wydatki. W ciągu 365 dni wszystko co bym sobie kupiła, każda bluzka, każda para butów i kosmetyk – byłyby z pieniędzy przez niego zarobionych. Nie miałabym nic swojego.
Ja bym chciała. Chciałabym przez cały rok móc egoistycznie zajmować się tylko sobą.
Moja mama zawsze powtarza, że jakoś to będzie. Może będzie trudniej, ciężej, ale jakoś to będzie. Więc czemu nie? Czemu nie rzucić wszystkiego i nie zając się sobą? Jakoś damy radę!
A… wyobrażacie sobie gdyby to mąż postanowił rzucić wszystko i zająć się sobą? Oddać się swoim pasjom pozostając na Waszym utrzymaniu? W tą stronę samorealizacja już nie wygląda tak fajnie, prawda?
Powiem Wam, że dużo słyszę o równouprawnieniu, o równości w małżeństwie, ale mimo wszystko wciąż widzę równych i równiejszych. A szkoda. Bo w małżeństwie to jednak powinniśmy grać do jednej bramki.
Gdybyście mogły spędzić cały rok po swojemu, robiąc tylko to co daje Wam przyjemność – co byście robiły? Czego chciałybyście się nauczyć? Na czym spędzić rok? Jak byście go wykorzystały?
Przeszkadzałoby Wam gdyby Wasz mąż był na Waszym utrzymaniu?
Ciekawa jestem.
Kiedy dowiedziałam się o tym, że bliska mi osoba choruje na raka szyjki macicy – nie wierzyłam. Bardzo wstrząsnęła mną ta informacja. Zastanawiałam się, pytałam siebie – jak to możliwe?! Jak to możliwe, że ona?! Ten wulkan!
Doszłam do wniosku, że tak być nie może. Nie może być, że kobiety nie wiedząc o tym chorują na raka szyjki macicy. Pomyślałam, że czas potrząsnąć troszkę tym światem, kobietami i przemówić im do rozsądku. Uświadomić je DLACZEGO regularne wizyty u ginekologa są tak ważne.
Do wstrząśnięcia światem zaprosiłam blogerki. Dziewczyny podzieliły się na dwie grupy, dzięki czemu akcja #nie_wstydze_sie_byc_kobieta trwała od 8 maja do końca lipca.
Dziewczyny na swoich blogach opublikowały 3 teksty mówiące o tym, dlaczego tak ważne są regularne badania. I nie dlatego są ważne, bo trzeba je robić. Nie dlatego, że wtedy mamy pewność, że jesteśmy zdrowi i nic nam nie jest. Regularne badania są ważne dlatego – że dzięki nim zyskujemy czas.
Wcześnie wykryty rak szyjki macicy nie dość, że jest całkowicie uleczalny to daje nam możliwość zajścia w ciążę i urodzenia dziecka!
W ramach akcji udało mi się przeprowadzić wywiad ze wspaniałą kobietą, która opowiedziała swoją historię. Wywiad, dla mnie, jest bardzo poruszający dlatego zachęcam Was do jego przeczytania.
Celem akcji było nie tylko uświadomienie kobiet dlaczego te badania są tak ważne, ale także zachęcenie ich do zapisania się do ginekologa. Myślałam, że wspaniale będzie jak chociaż jedna dziewczyna pod jej wpływem pójdzie do lekarza i okaże się, że jest zdrowa lub przyszła w samą porę!
Żeby nie być hipokrytką i ja postanowiłam pójść na takie badanie. I wiecie co? Bardzo dobrze, że to zrobiłam!
Dlatego od dziś, rok w rok będę namawiać Was i przypominać Wam – że jest pora na odwiedzenie doktora :).
Mimo, że nasza konsultantka ślubna rozpisała nam cały harmonogram dnia ślubu, nie obyło się u nas bez kilku wpadek! Części z nich mogliśmy zapobiec. Ale… nie wszystko można zaplanować. Zobaczcie same:
Za biały welon
Welon pożyczyła mi Kasia, która prowadzi blog położniczy 280dni.com Do odebrania zdjęć sądziłam, że biały welon nie będzie tak bardzo odróżniał się od sukni koloru kości słoniowej. A jednak! Odznaczał się bardzo! Co – zauważyłam dopiero na zdjęciach.
Welon jaki miałam, miał ponad 2m długości. Nie przewidziałam tego dobierając fryzurę ślubną! W kościele dużo się wierciliśmy, więc co i raz musiałam mocniej wpinać go we fryzurę.
Życzenia na sali
Świadkowi jak i gościom powiedzieliśmy, że życzenia będą na sali. Po ślubie świadek i części gości szybciochem pojechała na salę a w tym czasie druga część gości postanowiła złożyć nam życzenia pod kościołem!
Świadkowa, z tabunem ludzi, została sama i nie miała nikogo do pomocy by odbierać prezenty. W jej ręce przekazywałam wszystko! Kwiaty, wina, prezenty, a ta jeszcze trzymała mój welon. Na szczęście jej mąż oraz mój przyjaciel szybko zorientowali się co się dzieje i ruszyli z pomocą.
Jednak kiedy świadkowa (ciągle trzymając mój welon) odwracała się do chłopaków by przekazać im prezenty – ciągnęła mnie za sobą co bardzo bawiło gości.
Ślubuję Ci wierność
Na stres reaguję śmiechem. Więc kiedy przyszła moja kolej składania przysięgi… nie wytrzymałam. Miłość ślubowałam całkiem serio, ale… po wierności parsknęłam śmiechem!
Wzrusz!
Dawid widząc mnie zestresowaną podczas wypowiadania słów przysięgi – zaczął miziać moją dłoń chcąc mnie uspokoić. I… w tym momencie się poryczałam. Tak mnie rozczulił jego dotyk, jego głaskanie – że w płaczu kończyłam słowa.
Świadkowa bardzo szybko zareagowała dając mi chusteczkę. Jednak na zdjęciu z tej chwili wyglądam, jakbym nie trzymała chusteczki a telefon! – jak na blogerów przystało ;).
Pierwszy taniec
Dawid strasznie stresował się pierwszym tańcem. Ćwiczyliśmy go co prawda w domu kilka razy, Dawid znał cały układ na pamięć, jednak w czasie pierwszego tańca coś nie wyszło. Po pierwszych czterech krokach Dawid zaczął improwizować! Ja byłam totalnie zdezorientowana ale muszę przyznać, że świetnie się przy tym bawiliśmy.
Później goście mówili nam, że bardzo fajnie, naturalnie wyszło i nie było to nudne.
Ubrudzona sukienka
Kelner podał mi ubrudzony talerz. Nie wiedziałam o tym, bo kto patrzy czy gdzieś tam z boku talerza nie ma sosu. Poprawiając sobie sukienkę poczułam na ręce coś mokrego. Okazało się, że rozmazuję sobie strogonowa.
Na zdjęciu widzicie jak dziewczyny czyszczą mi z niego sukienkę.
Gorzko, gorzko!
W czasie naszego „gorzko, gorzko” Dawid przechylił mnie. Pech chciał, że… tyłkiem potrąciłam kieliszek z sokiem pomarańczowym! Sok rozlałam, kieliszek zbiłam, ale męża pocałowałam.
Kelner szybko przyniósł białe materiałowe serwetki i rozlanego soku nie było widać.
Szczególna piosenka
Kiedy ugadywaliśmy z DJ piosenki jakie mają być na naszym ślubie podaliśmy mu 2 na jakich nam zależy. Jedna była szczególna. To była piosenka z ulubionego zespołu mojego brata. To był mój sposób na uczczenie jego pamięci. Nie przyszło mi do głowy, że wybraną przez nas piosenkę DJ zagra pod sam koniec wesela (!) kiedy większość gości już poszła.
Założyliśmy, że skoro podajemy DJ piosenki jakie chcemy mieć na weselu, to zagra je w miarę wcześnie.
I teraz najgorzej…
Ksiądz – w czasie ślubu – pomylił moje imię! Nazwał mnie JUSTYNĄ. Wyobrażacie sobie tą konsternację moją, Dawida i gości? Ksiądz gada o nas, o miłości i między nas weszła jakaś Justyna.
Przez całe wesele ludzie się z tego śmieli, a część gości przy składaniu życzeń – życzyła Dawidowi wspaniałego życia z Justyną. Tia… . Te nasze imiona wykonane z drewna to jednak powinny stać w kościele a nie na stole weselnym.
Przytrafiły się Wam na Waszym weselu jakieś wpadki? :D Pochwalcie się nimi i podnieście mnie na duchu!
Ps. Czy w czasie Waszego ślubu ksiądz także pomylił Wasze imię? :D
Kilka lat temu coś we mnie pękło. Nagle, jak za pstryknięciem palcami, miałam dość tej otaczającej nas agresji, złośliwości, upokarzania innych. Byłam przemęczona negatywnymi zewsząd emocjami. Postanowiłam odciąć się od tego! Wymyśliłam sobie, że stworze swój świat i w nim będę żyć. Będę żyć po swojemu. Będę otaczać się tylko tymi ludźmi, którzy są mili, kulturalni, mają podobne zasady do mnie. Którzy nie są zawistni, a spotkania z nimi nie kończą się na krytykowaniu wszystkich i wszystkiego. Zrozumiałam, że lepiej jest mieć jedną zaprzyjaźnioną osobę, jedną osobę, z którą będę mogła spędzić czas tak jak JA lubię, niż siedzieć z grupką znajomych i czuć się obco, czuć, że nie pasuję do nich choć w sumie się lubimy. A przynajmniej jesteśmy na takim gruncie neutralny plus. Ani sobie cieplimy ani wadzimy.
Tworząc swój świat wymyśliłam sobie, że będzie on zwyczajnie pozytywny.
Temat Powstania Warszawskiego budzi wiele negatywnych emocji. Uogólniamy, że Niemcy byli źli, Niemcy mordowali, Niemcy gwałcili i przez nich całe to zło. Ale w czasie Powstania, w czasie wojny, w czasie każdego konfliktu – są ludzie. A ludzie są różni.
Nie wszyscy powołani do służby chcieli zabijać. Nie wszyscy byli źli. Nie wszyscy byli tacy sami.
Tatę (przyp.: mojego pradziadka) złapali w pociągu. Wiózł rzeczy na handel. Złapali go i do Krakowa go dali do obozu przejściowego. Nie pamiętam co to był dokładnie za obóz bo byłam mała. Ale z tego obozu wywozili wszystkich do Oświęcimia… . I tata w tym obozie przejściowym poznał pewną panią. Rozmawiali sobie, tata był bardzo kulturalnym i przystojnym mężczyzną. Jak tej pani było zimno, bo to taki wieczór był, że zimno było a oni tam na dworze siedzieli, to tata dał jej swoją kamizelkę. Mimo, że było ciepło to tata zawsze chodził w takiej skórzanej kamizelce, takim futrzaku, na wypadek gdyby go złapali to żeby ciepło miał. W tym obozie nie było dużego rygoru. Mieli po prostu czekać na wywóz. Pewnego dnia, tata grał w karty z panami, których tam poznał. I wtedy, w czasie tej gry podeszła do niego ta Pani i powiedziała, że tam uciekają. Więźniowie przeskakują przez płot, przeskakują na wolną stronę ulicy. Ona nie ucieknie bo nie da rady się wspiąć na płot, jest za słaba, nie ma tyle siły, ale że tata sobie poradzi. Tata zostawił wszystko co miał, zostawił karty, zostawił jej tą kamizelkę i zaczął biec… .
Tata uciekając widział jak jeden Polak przeskakiwał przez płot. Za nim drugi. Już tata dobiegł do płotu, już miał wskoczyć ale obejrzał się i zobaczył, że na tym placu gdzie oni przeskakiwali była taka wysoka buda, w której siedział Niemiec z karabinem maszynowym. Miał strzelać do tych, którzy próbują uciec. I tata widział jak Niemiec widzi, że Polacy uciekają. Widział tatę jak dobiega w to miejsce. Ale nic nie zrobił. Odwrócił się do nich plecami i udawał, że nie widzi. A widział, dobrze widział.
Tata wskoczył na ten płot ale tam były druty kolczaste. Kolcami przekuł sobie dłonie na wylot ale nie puścił, tylko przeskoczył i uciekł.
Mama chodziła tam do Niemców i błagała ich, prosiła by wypuścili tatę. Już nawet się dogadali. Niemcy obiecywali, że wypuszczą tatę wieczorem, na kolacje. Ale tata nie chciał czekać. Nigdy nie wiadomo co się wydarzy przez te kilka godzin. Jak tata uciekł, a wiedział, że mama na niego czeka i ma tu przyjść, zastanawiał się gdzie ona mogła pójść. Mama nikogo tu nie znała. Miasta też nie znała. I tata pomyślał: napewno pójdzie do kościoła! I tam w kościele ją zobaczył. Modlącą się. I razem wrócili już do domu.
Tata miał tak strasznie przebite na wylot dłonie, że jeszcze bardzo długo nosił całe dłonie owinięte bandażami. Mówił, że bardzo bolało ale nie mógł puścić. Był twardym. To był dobry człowiek… .