Doceniaj nie oceniaj

Doceniaj nie oceniaj

Niedawno rozmawiałam z Mężem o wspieraniu. O wspieraniu siebie na wzajem i o wspieraniu dzieci przez rodziców. Rozmawialiśmy o tym, jak odnaleźć swoje pasje w życiu, o próbowaniu nowego, o popełnianiu błędów i konsekwencji jakie z tych błędów mogą wyniknąć.
I wtedy mój Mąż powiedział jedne z najwspanialszych słów, jakie może powiedzieć ukochana osoba… .

Doceniaj nie oceniaj

Był wieczór, kiedy siedzieliśmy z Mężem w salonie na kanapie. Za oknem było już ciemno. Wieczór – to zdecydowanie moja ulubiona pora rozmów. Kiedy jesteśmy wyciszeni. Spokojni. Odprężeni. Prawdziwi.
Rozmawiałam z Mężem o wspieraniu. O szansach, które zaprzepaściliśmy przez brak wsparcia, brak tego popchnięcia ku nowemu, nieznanemu. O braku otuchy i wiary. Dobrego słowa.
Rozmawialiśmy też o pasjach, które mogliśmy spełniać będąc dzieckiem, nastolatkiem, dorosłym. O pasjach, które może zaprzepaściliśmy, bo baliśmy się oceny. Konsekwencji. Krytyki. Zwątpienia.

Kiedy byliśmy dziećmi, bardziej niż kiedykolwiek, bardziej niż dziś potrzebowaliśmy uznania. Potrzebowaliśmy wiedzieć, że jesteśmy fajni. Że inni uważają nas za fajnych, nie nudnych.
Jako dzieci, potrzebowaliśmy też mieć swój azyl. Coś tylko swojego. Coś, do czego będziemy mogli po swojemu uciec, gdy będziemy próbować poradzić sobie ze światem, który nas przerasta.

 

A później staliśmy się dorośli. Założyliśmy swoje rodziny. Swoją rodzinę. Nie potrzebujemy już uznania wielu. Nie potrzebujemy wiedzieć, że jesteśmy fajni. Że inni uważają nas za fajnych, mądrych, jakichkolwiek.
Jako dorośli, nauczyliśmy się ograniczać życie do nas samych. Do tego co nas otacza. Do najbliższej, najbardziej bliskiej, takiej, że bliżej się nie da rodziny. I przyjaciół.
Nauczyliśmy się, że nasz świat jest tu. Tu gdzie jesteśmy, gdzie pijemy rano kawę, gdzie wracamy po fantastycznej wyprawie życia i mówimy “nareszcie w domu”.

Nauczyliśmy się, że najważniejsze jest to, o czym nikt prócz nas się nie dowie. Czego nikt, prócz nas, nie zobaczy… .

 

Był wieczór, kiedy siedzieliśmy z Mężem w salonie na kanapie. Za oknem było już ciemno. Wieczór – to zdecydowanie moja ulubiona pora rozmów. Kiedy jesteśmy wyciszeni. Spokojni. Odprężeni. Prawdziwi.
Rozmawiałam z Mężem o wspieraniu. O szansach, które zaprzepaściliśmy przez brak wsparcia, brak tego popchnięcia ku nowemu, nieznanemu. O braku otuchy i wiary. Dobrego słowa… .
I wtedy mój Mąż powiedział jedne z najwspanialszych słów, jakie może powiedzieć ukochana osoba. Powiedział, że nauczył się ode mnie nieprzejmowania się. Niemartwienia. Odpuszczenia.

Coś się zbiło – to trudno. To się zbiło. To się posprząta.
Coś się zgubiło – to trudno. Już nie odnajdziesz.
Popełniło się błąd – to trudno. Teraz jesteśmy bogatsi o nowe doświadczenie.
Coś się nie udało – to trudno. Przynajmniej próbowaliśmy.

 

Wsparcie w próbowaniu nowego.
Możliwość popełniania błędów bez strachu przed byciem ocenionym.
Przybicie piątki podczas próbowania i mocne przytulenie przy porzuceniu prób.
Świadomość, że nic się nie stało.
Radość z odwagi.

 

“Wiem doskonale, ile to dla Ciebie znaczy”

“Bo Cię kocham, po prostu

 

I po głowie chodzi mi jeszcze jedna myśl… – jakie to ogromne szczęście jest, móc samemu spełnić te pasje, te marzenia, które odebrano nam przez zwątpienie w nas.
Jakie to szczęście spotkać kogoś, poślubić kogoś, kto powie nam “zrób to! Ach, zrób to choćby miało się nie udać i ty o tym wiesz. Zrób to – jeśli tylko to da Ci radość”.

Bo czemu nie?
Nikt Cię przecież nie będzie oceniał.
A jeśli się nie uda… – przynajmniej próbowaliśmy.

 

A Wy, o czym marzycie? Jakie pasje chcielibyście rozwijać, czego nowego spróbować, gdyby tylko dodano Wam odwagi? :)

 

Ps. Odsyłam Was na youtube. Bank BGŻ wypuścił sześć wspaniałych filmików o spełnianiu marzeń. O docenianiu. O nieocenianiu. 
#DOCENIAMnieoceniam

Łosoś zapiekany z warzywami – 20 minut i zero roboty!

Łosoś zapiekany z warzywami – 20 minut i zero roboty!

Macie czasem tak, że zjadłybyście coś dobrego, coś może słodkiego, ale zdrowego, ale kompletnie nie chce Wam się nic robić? Mam właśnie taki przepis! Przepis na coś szalenie pysznego, od pomidorków koktajlowych słodkiego, od brokułów chrupkiego, a dzięki łososiowi – super zdrowego i delikatnego!

A przy tym – zero roboty!

Łosoś zapiekany z warzywami – 20 minut i zero roboty!

Jeśli już muszę gotować – staram się to zrobić jak najszybciej, a za razem aby było przy tym jak najmniej sprzątania. Nigdy nie czerpałam przyjemności z gotowania, mieszania i wymyślania nowych smaków, ale za to lubię dobre, delikatne jedzenie. A kiedy to jedzenie jeszcze tak pięknie wygląda – nic więcej do szczęścia nie jest mi potrzebne.

Bardzo cenię sobie potrawy, które są kolorowe. Różne kolory warzyw nie tylko różnią się zawartością witamin, związków chemicznych, dzięki czemu nasza dieta jest bogatsza w te elementy, ale zwyczajnie kolorowe potrawy cieszą oko. Są w swoim wyglądzie pozytywne, miło nastrajające, zachęcające do zjedzenia – powodują, że podczas posiłku człowiek się odpręża.

I taki właśnie jest łosoś zapiekany z warzywami. Chwilą odpoczynku, którą delektujemy się z każdym delikatnym łososia płatek, z każdym smakiem przypieczonego brokuła chrupiącego pod zębami niczym czips, z każdą rozpływającą się słodyczą pomidorka.

 

Składniki

Na oko. W tej potrawie nie ma się do nie udać!

  • szpinak – świeże liście – 100 g
  • pomidorki koktailowe – 100 g
  • papryka żółta, czerwona, zielona – 1/2 każdej
  • łosoś – 200 g
  • brokuł – 100 g
  • sok z 1/2 cytryny
  • rozmaryn
  • oliwa z oliwek
  • sól i pieprz

Przygotowanie

  1. Łososia umyć i osuszyć. Pokroić w porcje, doprawić solą, pieprzem, rozmarynem i sokiem z cytryny.
  2. Naczynie żaroodporne wyłożyć szpinakiem. Dodać oliwy z oliwek i posiekanego czosnku.
  3. Na szpinak położyć skórą do dołu porcje łososia w małych odstępach.
  4. Dookoła łososia poukładać małe różyczki brokułu, pokrojoną na średniej wielkości kostkę paprykę i całe pomidorki.

Czas pieczenia: 15-20 minut
Temperatura pieczenia: 180 stC

 

Banalnie proste i szalenie pyszne!
Gwarantuję Wam, że jeśli przygotujecie taką potrawę na imprezę – będzie HITem! A roboty przy tym – zero.

 

Smacznego :)

 

Żyję sama choć razem z mężem

Żyję sama choć razem z mężem

Są takie dni w roku, na które czekam ze szczególnym zniecierpliwieniem. To dzień, w którym pierwsze promienie słońca przenikające przez żaluzje do domu zwiastujące wiosnę, choć na chowanie rękawiczek w głąb szafy jest jeszcze za wcześnie. To pierwszy spacer w krótkim rękawku, choć w długich spodniach. To pierwsze czytanie książki na balkonie i pierwsze rozmowy o zachodzie słońca na skarpie, nad wodą na wsi. To dzień, w którym pojawiają się pierwsze tulipany w roku… .

Żyję sama choć razem z mężem

Kiedy wróciłam ze sklepu, mąż zaglądając mi do torby z zakupami zapytał zdziwiony co to jest? Opakowanie foliowe, w środku zielone, podłużne…?
– Delikatnie! – Krzyknęłam do niego przerażona widząc, jak śmiało, pełen energii sięga po “nie wiem co to, sprawdzę”.
– To tulipany.
– Po co je kupiłaś? Są dla kogoś?
– Nie Dawid, dla mnie – odpowiadam śmiejąc się. – Ode mnie dla mnie. Żeby było nam miło w mieszkanku.
– Ojej… . To mogłaś chociaż moją kartą zapłacić. – Zaheheszkował wiedząc, że jakbym zapłaciła jego kartą, kwiaty byłyby tak jakby od niego.

Kwiaty, to właśnie one stały się dla wielu kobiet symbolem niezależności. Coraz częściej słyszę przemycane myśli, w których kobieta kobietę zachęca do zrobienia czegoś przyjemnego dla siebie; na przykład – do kupienia sobie kwiatów bez okazji, bez powodu.
I nie byłoby w tym nic złego, gdyby… – po kwiatach postawić kropkę i nie mówić już nic więcej… . Nie mówić, że do tego, do trzymania w dłoniach tulipanów w drugiej połowie lutego – faceci są nam nie potrzebni… .

Faceci.
Mąż.
Chłopak.
Ktoś.

Kiedy opowiadam coś tacie, często śmiejemy się, że najważniejsze to znaleźć winnego. Znaleźć winnego naszego niepowodzenia, naszej wymówki, naszego nieszczęścia. Ale my – śmiejemy się. Wiemy, że tak naprawdę przyczyną naszego niepowodzenia jesteśmy my sami. Nasz błąd. Nasza nieuwaga. Nasza nadgorliwość lub nasze niezdawanie sobie sprawy. Ale dla żartu, dla łatwiejszego przyjęcia porażki śmiejemy się, że najważniejsze to znaleźć winnego – i tym winnym nie jesteśmy my.

Mimo, że żyję z mężem mój mąż nie odpowiada za moje życie. On nie jest winien moich porażek, moich niepowodzeń w pracy, na siłowni, w pasji. To nie przez niego mi się coś nie udało, choć on jest najbliższą mi osobą. A na takie – bardzo łatwo zrzucić winę.

Mój mąż, choć mieszkamy razem, nie jest też przyczyną moich sukcesów, choć nie raz słyszałam, że “za sukcesem każdego mężczyzny stoi żona”.

Kiedy pisałam ten post, odbyłam z Dawidem dość długą rozmowę. Zastanawialiśmy się jak ugryźć ten temat. Kim jest mąż? Jaką pełni funkcję w życiu kobiety? Skoro on nie jest dodatkiem do życia kobiety, skoro on nie jest powodem, przez który osiągam sukces lub porażkę, to kim jest?
Kim jest ta druga osoba, z którą decydujemy się spędzić resztę życia? Kim dla nas jest…?
Choć rozmowa była jedna, temat zaczynaliśmy kilka razy. Za każdym razem chcąc uniknąć słowa “dodatkiem”, choć “całym światem” też było złe.

I w końcu znaleźliśmy odpowiedź.

Mąż, żona – druga osoba nie jest dodatkiem. Nie jest też powodem ani przyczyną.

Druga osoba, mąż, partner, chłopak – wyzwala emocje. Sprawia, że odczuwamy.
Tak, jesteśmy w stanie żyć samodzielnie. Jesteśmy w stanie kupować tulipany w drugiej połowie lutego tylko dla siebie, dla swojej przyjemności. Jesteśmy w stanie samodzielnie odnosić sukcesy i samodzielnie podejmować decyzje. Jesteśmy w stanie samodzielnie pomalować ściany, ugotować obiad, spakować się, przeprowadzić, rozpakować. Jesteśmy w stanie żyć samodzielnie i samodzielnie kupować tulipany w drugiej połowie lutego. Ale dopiero ta druga osoba sprawi, że tym wszystkim sukcesom, niepowodzeniom, decyzjom i efektom – będą towarzyszyć emocje.
Radość, szczęście, rozczarowanie, smutek.
Bo ta druga osoba wyzwala w nas to co najlepsze. Sprawia, że każdego dnia chcemy być lepszą wersją siebie. Chcemy dawać radość. I chcemy to robić na swój, ukochany przez tą osobę, sposób… .A może bycie w szczęśliwym związku, może ten mąż jest jak… sól? Bez której wszystkie potrawy są po prostu mdłe?

NIE MOŻESZ SIĘ DOCZEKAĆ
e-booka?

zapisz się na Newsletter NaSwoim

jeśli chcesz:
• dostać DARMOWY rozdział e-booka

• dostać RABAT z okazji premiery

• tworzyć LEPSZY związek

DO PREMIERY E-BOOKA POZOSTAŁO:

00
dni
00
godzin
00
minut
00
sekund

Właśnie zapisałaś się do naszego newslettera. Szalenie się cieszę! Zaraz dostaniesz od nas pierwszego maila :)






Przepis na karpatkę – doznania liczone kaloriami

Przepis na karpatkę – doznania liczone kaloriami

Odkąd pamiętam, odkąd byłam małym dzieckiem – uwielbiałam kremy i nadzienia, surowe ciasta i polewy. Kiedy mama robiła jakieś słodkości, ja podchodziłam do niej i przymilając się najsłodziej jak umiałam, pytałam ją, czy mogę chociaż umoczyć paluszek w masie. Tylko jeden… .
I ta miłość do wypieków została mi do dziś.

Przepis na karpatkę – doznania liczone kaloriami

Od bardzo dawna, kiedy tylko mogę ograniczam ilość dodawanego cukru. Nie słodzę ani kawy, ani herbaty. Do ciast też staram się dodawać mniej cukru niż oryginalnie było w przepisie. Karpatka nie jest bardzo słodkim ciastem, i nie tu skrywa swoje kalorie. Karpatka jest szalenie maślana! Do jej przygotowania potrzeba aż 325 g masła.
Ale ten smak… – jest każdego grama masła wart!

 

SKŁADNIKI

Spód ciasta:
woda – 1 szklanka
masło roślinne – 125g
jajka – 5 szt
mąka pszenna – 1 szklanka (150g)

Krem:
mleko – 1,5 L
cukier – 1/2 szklanki
mąka pszenna – 2 łyżki
mąka ziemniaczana – 2 łyżki
żółtko – 1 szt
masło roślinne – 1 kostka
cukier waniliowy – łyżeczka

 

PARAMETRY

Blaszka – ok 25cm
Pieczenie ciasta:
pierwszy etap: T:220 stC, t: 10 min
drugi etap: T: 200 stC, t: 20 min

PRZYGOTOWANIE

Spód ciasta:
1. Do garnka wlać wodę i dodać masło – całość gotować.
2. Jak masło z wodą się troszkę rozpuści – dodać mąkę i rozcierać ją łyżką/mieszać (żeby nie zrobiły się grudki)
3. Wystudzić masę
4. Masę przełożyć do miksera i miksować kolejno dodając jajka (około 5 min, to ważne)
5. Ciasto podzielić na dwie części
6. Blaszkę wysmarować masłem i obsypać mąką
7. Na blaszkę przełożyć jedną połówkę ciasta i piec
8. Czynność powtórzyć z drugą połówką ciasta
9. Wystudzone ciasto przełożyć kremem

Krem:
1. Mąki połączyć z odrobiną mleka – tak jak się przygotowuje budyń
2. Pozostałe mleko zagotować z cukrem i wlać do niego punkt 1
3. Ostudzić
4. Masę przełożyć do miksera
5. Dodać masło, żółtko, cukier waniliowy – miksować

Ciasto:
1. Krem przełożyć na spód ciasta
2. Nałożyć na krem drugi spód
3. Posypać cukrem pudrem

 

Smacznego :)

Walentynki – święto pretekstu

Walentynki – święto pretekstu

Im bliżej walentynek, tym częściej słyszę drwiące zdania. Słyszę, jak ludzie mówią “nie lubię walentynek, bo walentynki to święto komercyjne”, słyszę, że “miłość należy okazywać cały rok, a nie jednego dnia”.
W dzień zakochanych, w dzień miłości najwięcej słyszę nienawiści. Kpin. Szydery.
I nie bardzo rozumiem dlaczego. Przecież walentynki to święto pretekstu…

Walentynki – święto pretekstu

Walentynki to zdecydowanie święto dzielące. Dzielące na tych co bez względu na pogodę, bez względu na panujący śnieg, mróz i deszcz naciągną na uszy czapkę z pomponem, szalikiem owiną się niczym naleśnik, a na ręce założą wełniane rękawiczki z jednym palcem i z mieniącymi się z radości (miłości) oczami złapią za rękę swoją ukochaną osóbkę i pójdą razem na gorącą czekoladę. Albo do kina, gdzie z jednego kubełka będą jeść przesolony popcorn.

Walentynki to święto dzielące na tych, którzy walentynek nienawidzą. Złoszczą się widząc stragany z chińskimi, pluszowymi serduszkami. Którzy patrząc na lizaki z napisem “kocham cię” śmieją się z żenady – bo jak można coś takiego dostać? Dać?

Dzielą się na tych, co widząc chłopaka idącego z czerwoną różą wyrobią sobie o nim zdanie. On będzie skąpcem – bo dał jedną różę za kilka złociszy. Będzie nudziarzem – bo nie dał nic kreatywnego, tylko typowąą roślinkę. Będzie szczeniakiem – bo tylko gówniarze dają kwiatki. Pewnie nie traktuje jej poważnie… – mój ulubiony zasłyszany tekst. Jakby prawdziwi faceci zabierali kobiety na wykwintne kolacje – jak wielu innych facetów zrobi to tego dnia.

Dla mnie walentynki są świętem pretekstu.

Dniem, w którym możemy się z kimś przeprosić. I pod pretekstem walentynek – dać tandetne, pluszowe, chińskie serduszko (w dodatku) z angielskim napisem “i love you”.

Dniem, w którym możemy odważyć się powiedzieć komuś, że nam się podoba poprzez zaproszenie go na spacer właśnie pod pretekstem tego dnia. Dniem, dodającym odwagi do wyciągnięcia tego pudełeczka z kieszeni. Dającym odwagi do rozpoczęcia czegoś nowego. Razem.

Walentynki są dniem, w którym zrzucamy zbroję noszoną na co dzień i pozwalamy sercu wziąć górę nad rozumem. Dajemy sobie szansę na emocje i wzruszenia. Na zatrzymanie się i przypomnienie sobie, że nasz niegdyś codzienny romantyzm gdzieś… znikł. Zorientowanie się, że dawno nie jedliśmy razem kolacji, dawno razem nie piliśmy wina, dawno razem tak nie rozmawialiśmy. Dawno…

Im bliżej walentynek, tym częściej słyszę drwiące zdania. Słyszę jak ludzie mówią “nie lubię walentynek, bo walentynki to święto komercyjne”, słyszę, że “miłość należy okazywać cały rok, a nie jednego dnia”.

A ja na co dzień widzę, jak ogromny problem ludzie mają z okazywaniem emocji. Z okazywaniem miłości. Czułości. Poświęcaniem uwagi.
Widzę, jak trudno przychodzi im przełamanie lodów, wyciągnięcie ręki i zatrzymanie tej wojny, która trwa już tyle czasu.

Nikt nikogo nie zmusza do zakupu tandetnego, chińskiego, pluszowego serduszka. Nikt nikogo nie zmusza do wydawania pieniędzy, których nie mamy na kolację, na którą nas nie stać.
Nikt nikogo nie zmusza do oglądania setny raz “To tylko miłość”, tak, jak nikt nikogo nie zmusza do oglądania Kevina samego w domu w Pierwszy Dzień Świąt Bożego Narodzenia.

Ten dzień, walentynki, nikogo do niczego nie zmusza. Nie obliguje.
Ale daje pretekst. I kolejną szansę na wspaniałe wspomnienia.

A dla Ciebie – czym sa walentynki? 

Najczęstsze pytanie jakie zadajemy w naszym małżeństwie

Najczęstsze pytanie jakie zadajemy w naszym małżeństwie

Czasem spotykam się z opinią, postawą, twierdzeniem – że będąc w związku małżeńskim musimy być dorośli. Musimy zachowywać się dorośle. Nie możemy wygłupiać się, bawić, szaleć. Na to czas już minął. Teraz powinniśmy pracować, rozmawiać na poważne tematy, szukać problemów i rozwiązań. Bo będąc w związku małżeńskim nie jesteśmy już dziećmi… .

Najczęstsze pytanie jakie zadajemy w naszym małżeństwie

Może się wydawać, że piętnaście minut to jest nic. Bo co to jest piętnaście minut? Jeden spacer z psem? Czas, jaki musi minąć do przyjazdu następnego autobusu? Kilka bloków reklamowych nim zacznie się seans w kinie… ?
Czy człowiek może zmienić się w piętnaście minut?

Drugiego września, w urzędzie stanu cywilnego, wystarczyło piętnaście minut abym z panienki stała się panią. Abym z dziewczyny stała się żoną. Abyśmy z obcych sobie ludzi – zostali rodziną.
W piętnaście minut zmienił się nasz stosunek do siebie i zmieniła się nasza relacja. Zmienił się nasz uścisk rąk, kiedy idziemy razem za rękę. Zmienił się nasz ton, kiedy pytamy: dokąd jedziesz? Za ile będziesz?
W piętnaście minut przestaliśmy się martwić o siebie, a zaczęliśmy troszczyć. W ciągu piętnastu minut okazało się, że od teraz wszystkie decyzje musimy podejmować razem – nawet, jeśli dotyczą tylko jednego z nas… .

Ślub, piętnaście minut ceremonii zaślubin w urzędzie stanu cywilnego w Zabrzu zmieniło w naszym życiu bardzo dużo, choć przecież od bardzo dawna byliśmy już razem. Ale tych piętnastu minut nie zmieniło jednego – nas.

Nagle, po piętnastu minutach słuchania pięknych słów o miłości – nie staliśmy się dorośli. Nie przestaliśmy wygłupiać się, ani siadać na stole. Nie przestaliśmy bałaganić, ani jeść słodyczy przed obiadem. Nie poznaliśmy odpowiedzi na wszystkie pytania i nie staliśmy się jednością. Nie śnimy tych samych snów i nie mamy takiego samego zdania w każdym temacie.

Wiec kiedy są takie dni, w których niby świeci słońce, niby jest pogoda, niby jest ciepło i energia też powinna być, więc kiedy są takie dni, w których niby moglibyśmy podbić dziś świat ale siedzimy jakby przygaszeni, nie śmiejemy się ze śmiesznych scen w filmie zadajemy drugiemu pytanie – czy jesteś szczęśliwy?

Są takie dni, w których niby świeci słońce, niby jest pogoda, niby jest ciepło i energia też powinna być, a jednak nie jesteśmy szczęśliwi. Jednak coś zaprząta nasze myśli i budzi nasz smutek.
Nie zawsze wiemy co to jest i nie zawsze wiemy dlaczego. Nie zawsze też zdajemy sobie sprawę, że ten nasz podły nastrój jest wynikiem nieszczęścia jakie odczuwamy. Ale zawsze jest to dla nas szansa na rozmowę. Na zrozumienie siebie i drugiej osoby. Na rozwiązanie problemów, które choć nie były duże, nie były istotne – to jednak uwierały jak odrobina nadmorskiego piasku w tenisówce.

Lubię to nasze pytanie czy jesteś szczęśliwy. Choć brzmi dziecinnie, trochę beztrosko, trochę naiwnie – jest dla nas jednym z najważniejszych pytań jakie możemy sobie zadać. Jest tym momentem, tą chwilą, która czasem może uratować małżeństwo od tragedii. Od dużej kłótni, od obarczania winą i obwiniania siebie.

NIE MOŻESZ SIĘ DOCZEKAĆ
e-booka?

zapisz się na Newsletter NaSwoim

jeśli chcesz:
• dostać DARMOWY rozdział e-booka

• dostać RABAT z okazji premiery

• tworzyć LEPSZY związek

DO PREMIERY E-BOOKA POZOSTAŁO:

00
dni
00
godzin
00
minut
00
sekund

Właśnie zapisałaś się do naszego newslettera. Szalenie się cieszę! Zaraz dostaniesz od nas pierwszego maila :)






Lekcje makijażu – mój przedwalentynkowy prezent

Lekcje makijażu – mój przedwalentynkowy prezent

Odkąd pamiętam makijaż zawsze budził we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony szalenie podobał mi się efekt, jaki potrafią uzyskać wizażystki. Makijaż wykonany przez osobę, która się na tym po prostu zna – zawsze wygląda świeżo, naturalnie, jakby osoba, która go nosi urodziła się w nim. Bez względu czy usta modelki pomalowane są na delikatny róż czy mocny fiolet – w ich wykonaniu ten makijaż jest idealny. A z drugiej strony byłam ja – dziewczyna, która do makijażu miała dwie lewe ręce… .

Lekcje makijażu – mój przedwalentynkowy prezent

Choć nigdy nie przykładałam dużej uwagi do makijażu jak i samego wyglądu, czasem czułam zazdrość połączoną z ogromnym uznaniem dla osób, które potrafią nie tylko się umalować, ale także dobrać dla siebie odpowiedni kolor kosmetyku. Kiedy widziałam dziewczynę ze starannie wykonanym makijażem – czułam, że też tak bym chciała. Chciałabym umieć wyeksponować swoje atuty tak jak ona.
Ale zawsze szkoda było mi pieniędzy na kurs makijażu.
Nigdy nie chciałam być wizażystką.
Nie interesowało mnie czym charakteryzuje się makijaż ślubny, imprezowy, glamour.

Ja chciałam wiedzieć – jak siebie umalować. Jak i czym.

I w końcu nadarzyła się okazja! Spełniło się jedno z moich małych marzeń – lekcja makijażu.

Z Dagmarą z FOX make up poszłyśmy na zakupy w poszukiwaniu idealnych dla mnie kosmetyków.
Daga wypytała mnie na jakim efekcie mi zależy, na jaką okoliczność chciałabym się malować, co już mam w domu, a co chciałabym kupić nowego i przede wszystkim – jaki chcę przeznaczyć budżet na kosmetyki.

Po zdobyciu wszystkich produktów: podkładu, pudru, kredki do brwi i różu – przystąpiłyśmy do nauki. Popijając imbirowo-miodową herbatę, malując mi prawą połowę twarzy, Dagmara krok pop kroku tłumaczyła mi jaki produkt w jakiej kolejności powinnam nakładać. Kiedy malowała moje brwi – zdradziła mi genialny trik jak w prosty i szybki sposób można je ujarzmić, otrzymując niesamowity efekt!
Kolejny trik jaki zdradziła mi Daga dotyczył malowania oczu.
Choć z początku byłam przeciwna, uważałam, że będę wyglądać… – śmiesznie! Efekt przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Całkowicie zmieniłam zdanie o malowaniu oczu.

Następnie przyszła pora na mnie. Na lewej połowie twarzy musiałam odwzorować makijaż Dagmary. I choć z początku szło mi troszkę niezdarnie, kilka razy włożyłam sobie pędzelek z cieniem do oka… – udało się!
I przekonałam się do bronzera… .

 

Zawsze miałam opory przed malowaniem się. Nie umiałam tego robić, więc od makijaży starałam się stronić. Jednak coraz częściej zaczęły przydarzać się sytuacje, w których musiałam dobrze wyglądać. W których chciałam wyglądać dobrze.
Bez pomocy wizażystki, bez dobrania kosmetyków przez kogoś, kto się na tym po prostu zna, a nie chce sprzedać swojego towaru – czułam, że jest to niemożliwe.
Kilka razy robiłam próby zakupu odpowiednich dla mnie kosmetyków i mimo ich zakupu, nigdy nie byłam w pełni zadowolona. Idąc na zakupy z osobą bezinteresowną miałam pewność, że wybierze kosmetyk, który będzie odpowiedni dla mnie, a nie dla zrealizowania sprzedażowego celu.

I żaden kosmetyk nie da takiego efektu, jak technika wykonywanego makijażu.

 

Daga
BARDZO DZIĘKUJĘ ZA SPEŁNIENIE MARZENIA! 

Pasztet wegański – najlepszy pasztet na świecie!

Pasztet wegański – najlepszy pasztet na świecie!

Któregoś razu moja koleżanka opowiedziała mi historię. To była historia, która spowodowała, że łzy napłynęły mi do oczu, gorycz ścisnęła gardło a pierś… – jakby życie się zatrzymało. Koleżanka opowiedziała mi historię, której w taki sposób opowiedzieć nie jestem. Bo kiedy słyszy się coś tak wzruszającego, tak poruszającego, ściskającego serce… – w człowieku automatycznie powstaje mur. Człowiek staje się oszczędny w słowach do minimum. Nie chce dopuścić do siebie tych emocji, cierpienia, bólu – przeżyć, które towarzyszyły temu spojrzeniu… .

Któregoś razu moja koleżanka opowiedziała mi historię. Powiedziała, że jej dziadek miał kilka owiec. To były takie czasy, w których ludzie hodowali zwierzęta dla mięsa. Dla żywności.
Koleżanka opowiedziała mi historię, jak któregoś razu jej dziadek wziął jedną owcę ze stada i zaczął się z nią oddalać w stronę lasu. Koleżanka patrzyła na oddalającego się dziadka i owcę i… – zobaczyła, jak ta owca płacze. Zobaczyła emocje jakie jej towarzyszyły. Ona wiedziała, ta owca wiedziała, że już nie wróci.
I ten dźwięk płaczącej owcy… . – Nigdy go nie zapomni, mówiła.

Pasztet wegański – najlepszy pasztet na świecie!

Choć w naszym domu spożywa się coraz mniej mięsa, nie ma możliwości wyeliminowania go całkowicie. Nie mogę też powiedzieć, że w naszym domu staramy się mięso ograniczać. Dawid nie wyobraża sobie obiadu bez mięsa. I ja to rozumiem. Nie mam zamiaru przekonywać go do innych poglądów. Ale tam gdzie to możliwe – staram się przemycać nowe smaki. Nowe rozwiązania. Staram się przemycać takie potrawy, takie dania, które mogą być ciekawą alternatywą dla mięsa.
I taką alternatywą jest wegański pasztet! Mistrzostwo świata! Coś obłędnie, grzesznie pysznego. A za razem – bardzo sytego.

Prosty przepis i szybkie wykonanie – zobaczcie sami:

Składniki:

biała fasola – 3 puszki
cebula – 2 szt.
czosnek – 2 ząbki
gruszka – 1 szt.
suszony majeranek – 1 łyżeczka
olej z pestek winogron – ¼ szklanki
sos sojowy – 1 łyżka
sól
pieprz
mąka ziemniaczana – 4 łyżki
suszone żurawiny – 2 garście
orzechy włoskie – 1 garść
świeże oregano – kilka gałązek

Akcesoria:

keksówka
papier do pieczenia
tarkę o dużych oczkach
praskę do czosnku
robot wielofunkcyjny lub blender

Parametry:

czas pieczenia: 40-45 minut
temperatura: 180stC

 

Wykonanie:

1. Podsmażanie
Podsmażamy wszystkie składniki pasztetu. Cebulę pokrojoną w kostkę i czosnek przeciśnięty przez praskę podsmażamy na patelni na rozgrzanym oleju. Gdy cebula się zeszkli, dodajemy gruszkę startą na tarce o grubych oczkach, sos sojowy, sól i pieprz.
Dodajemy odcedzoną fasolę i smażymy ok. 5 minut, aby połączyły się smaki.
Pod koniec smażenia całość doprawiamy majerankiem.

2. Miskowanie
Podsmażone warzywa przekładamy do naczynia robota. Dodajemy mąkę ziemniaczaną i miksujemy całość na gładką, jednolitą masę.
Dodajemy żurawiny, mieszamy i przelewamy masę do keksówki wyłożonej papierem do pieczenia. Na wierzchu układamy orzechy włoskie.

3. Pieczemy

4. Dekorujemy
Na wierzch pasztetu, już upieczonego i ostygniętego, układamy gałązki oregano.

 

Jak widzicie – wykonanie jest szalenie proste i w ogóle nie jest czasochłonne. Wystarczy wszystko podsmażyć, a później zblendować. I gotowe.
A efekt? Boski! Oszałamiający.

Odkąd pierwszy raz spróbowałam tego pasztetu, tego soczystego, wilgotnego, ale nie mokrego – mięsny pasztet dla mnie nie istnieje. Może nie czuć takiego zapachu jak przy pasztecie z królika, ale za to smak, konsystencja… – zaryzykowałabym stwierdzenie, że jest o niebo lepsza.

Bardzo, bardzo Wam polecam ten przepis. Dla mnie to jest odkrycie roku!

 

Smacznego :)

 

Czego o związku można nauczyć się od braci Kliczko

Czego o związku można nauczyć się od braci Kliczko

O sporcie można powiedzieć dużo dobrego. Wielu zachwala sport za dyscyplinę jaką się nabywa. Ponoć nic tak nie buduje charakteru jak dyscyplina i trud włożone w pracę jaką należy wykonać, aby odnieść zwycięstwo.
O tym, jak trudne jest życie sportowca, bardzo dobrze wiedzą zawodowi kolarze. Bez względu na pogodę, czy deszcz wykrzywia parasole, czy chłód mrozi ludzkie ciała, bez względu na żar odbierający oddech – oni muszą pojechać razem. Muszą dać z siebie wszystko – razem, jako drużyna – przez tych kilka najważniejszych dni tour de pologne.

Niedawno byliśmy na ślubie kolarza.  To było coś pięknego! Najpiękniejsze wyjście z kościoła jakie w życiu widziałam!

Tak, zdecydowanie o sporcie można powiedzieć dużo dobrego. Nic tak nie jednoczy ludzi, nie stwarza więzi jak sport. Jak bycie drużyną. Jak gra fair plat.

Czego o związku można nauczyć się od braci Kliczko

Jednak o samym sporcie wiem niewiele. Nigdy nie lubiłam ani oglądać sportu, ani w nim uczestniczyć. O boksie wiem tylko tyle, że jest. Może to wynik tego, że od zawsze przerażała mnie przemoc? Wciąż nie rozumiem idei bicia (się) dla przyjemności. Ale co nieco wiem o bokserach. Wiem, że Marcin Różalski pomaga zwierzętom. Wiem, że Mamed Khalidov to ten szalenie szarmancki pan z rowerem, który zawsze przepuści drugą osobę w drzwiach i pierwszy powie “dzień dobry” – bez względu, czy jesteś od niego młodsza czy starsza. A bracia Kliczko – ach, od braci Kliczko możemy nauczyć się dużo o miłości!

Bracia Kliczko, wiele lat temu odbyli ze sobą walkę. Jak mówią świadkowie, to było coś strasznego. Walka wyglądała jakby brat chciał zabić brata. To wtedy przyrzekli matce, że nigdy nie będą ze sobą walczyć. Nigdy. I kiedy doszło do tej chwili, kiedy do zdobycia tego najważniejszego tytułu zostało już tylko ich dwoje… – odmówili. Dotrzymali obietnicy.

Bracia Kliczko nie musieli nic udowadniać. Nie musieli nic udowadniać ani sobie, ani przed sobą. Byli mistrzami.
Choć każdy z nich na ringu jest solistą, choć każdy sam walczy na swój sukces – w życiu są drużyną. Nie ma podziału na lepszego i gorszego. Nie ma podziału na tego wyżej, tego bardziej, tego lepiej. Są oni – bracia Kliczko – mistrzowie. Równi sobie.

Bracia Kliczko nie musieli nic udowadniać. Nie musieli nic udowadniać ani sobie, ani przed sobą. Byli mistrzami.

Choć każdy z nich na ringu jest solistą, choć każdy sam walczy na swój sukces – w życiu są drużyną. Nie ma podziału na lepszego i gorszego. Nie ma podziału na tego wyżej, tego bardziej, tego lepiej. Są oni – bracia Kliczko – mistrzowie. Równi sobie.