utworzone przez WolnoWolniej.pl | kwi 11, 2019 | żyć lepiej
Wiele lat temu, kiedy jeszcze każdego dnia dzieliło nas z Dawidem trzysta kilometrów, kiedy dzieliliśmy życie na Zabrze i Warszawę osobno, nie razem, okazało się, że czas drogi do domu każde z nas przeżywało inaczej. To, co dla jednego było pełne miłości i bólu rozłąki przeplatanego ogromnym szczęściem rozrywającym serce przez tych kilka dni, dla drugiego było pękniętym sercem, smutkiem obawą co dalej, jak tak długo można… .
Dopiero po latach, po wspólnym zamieszkaniu, po czasie pełnym niepewności i strachu zobaczyliśmy, jak bardzo odmiennie potrafimy przeżywać ten sam czas, odbierać te same słowa… .
Wszystko byłoby inne, gdybyś…
Wiele lat temu, kiedy jeszcze każdego dnia dzieliło nas z Dawidem trzysta kilometrów, kiedy dzieliliśmy życie na Zabrze i Warszawę osobno, nie razem, często mówiliśmy o sobie miejscowościami. Mówiliśmy “Zabrze do mnie przyjeżdża”, “idę z Warszawą do centrum”. Nazwy naszych miast brzmiały dla nas szalenie wyjątkowo! Brzmiały jak cały świat. Jak coś ukochanego. I jakie było moje zdziwienie, kiedy po wielu latach dowiedziałam się, że za każdym razem, kiedy Dawid do mnie jechał – słuchał Lady Punk “stacja Warszawa”. I kiedy ja z całego serca wierzyłam, że nam się uda, damy radę, bo “jeśli miłość coś znaczy to musi dać znak” on z niepokojem słyszał “zniknie Warszawa tak jawa jak sen, życie to nie zabawa…”.
Ale jedno wiedzieliśmy oboje: wszystko byłoby inne – gdybyś tu była – ja wiem…. .
Dziś mieszkamy razem. To niesamowite, ale dziś mieszkamy razem! Razem!
Po wielu trudnych, ciężkich latach – udało się! W końcu mieszkamy razem i nie dzielą nas już żadne kilometry!
Jestem tu. Jesteśmy.
Jesteśmy tu razem.
Dziś mieszkamy razem.
Jesteśmy na wyciągnięcie ręki, na głośniejszy ton głosu. Przez osiem godzin dzieli nas pół godziny drogi od siebie, które każdego dnia wieńczymy wspólną kawą w naszym mieszkaniu. Jako mąż i żona.
Kosmos!
Dziś mieszkamy razem.
Jesteśmy tu. Pokonaliśmy wiele przeszkód, przegnaliśmy wątpliwości, strach i złe wróżby. Daliśmy radę najgorszym przeciwnościom lasu i ludziom. Kiedy dzieliło nas trzysta kilometrów – ufaliśmy sobie bez granic. Kochaliśmy się. Wierzyliśmy.
Nawet kiedy milczeliśmy – w głębi serca my wiedzieliśmy.
Dziś mieszkamy razem.
Jesteśmy na wyciągnięcie ręki, na głośniejszy ton głosu. Daliśmy radę, kiedy było najgorzej, najtrudniej.
Dlaczego teraz miałoby być inaczej? Dlaczego teraz mielibyśmy się kłócić? Robić sobie na złość?
Czasem słyszę jak ludzie mówią, że nie warto wchodzić w związki na odległość. Wróżą z powietrza zdrady, kłamstwa, cierpienie.
A tym czasem, coraz częściej słyszę o nieszczęśliwych małżeństwach. O niedocenianiu. O krzywdzie. Biciu. Poniżaniu.
Przemocy… .
* * *
Czasem zastanawiam się nad sekretami naszego małżeństwa. Nad złotymi radami jakie mogłabym dać.
I dziś tak sobie myślę, że jedną z takich moich złotych myśli byłoby “jesteśmy tu”.
Dziś możemy porozmawiać ze sobą siedząc na dwóch końcach łóżka, ale jednak przy sobie. Możemy przytulić się, kiedy nam ciężko, dotknąć się, przyłożyć rękę, objąć, złapać za paluszek i posmerać po nóżce, kiedy widzimy, że gdzieś między sercem a rozumiem rozsypujemy się, ale jeszcze nie umiemy obrać tego w słowa, zdefiniować uczuć, emocji, i nie muszą one wcale nawiązywać do związku, a po porostu – do życia.
Kiedy jesteśmy przy sobie, po prostu, wszystko jest inne (…) nie tak trudne i dziwne.
utworzone przez WolnoWolniej.pl | kwi 1, 2019 | żyć lepiej
Niedawno w Internecie natknęłam się na tekst jednej z kobiet, która obwiniała bajki Disneya za swoje niepowodzenie w związkach. Chciałam Wam go mniej więcej przytoczyć, ale nie mogłam go znaleźć – nie pamiętałam co to była za grupa. Postanowiłam więc przeczesać Internet w poszukiwaniu porównań relacji małżeńskiej, partnerskiej do bajek Disneya. I wiecie co? Nie znalazłam ani jednej dobrej opinii.
Każdy komentarz, każda wzmianka mówiła o tym, że związek, miłość nie przypominają bajki. Że facet nie jest księciem, nie będzie dobry, będzie pił, bił i… – dalej już było tylko gorzej. O szczęśliwym zakończeniu możemy zapomnieć.
Tylko czy nasze niepowodzenie w związkach to na pewno wina Disneya?
Czego o związkach możemy nauczyć się z bajek Disneya
Niedawno w Internecie natknęłam się na tekst jednej z kobiet, która obwiniała bajki Disneya za swoje niepowodzenie w związkach. Pisała tam o błędnym wyobrażeniu miłości i partnera, który przedstawia się małym dziewczynkom, przyszłym kobietom.
Zaczęłam zastanawiać się, które bajki tak bardzo zakłamały rzeczywistość, że teraz mamy tak dużo nieszczęśliwych z miłości kobiet. Zaczęłam przypominać sobie wszystkie bajki, które oglądałam w dzieciństwie: Królewnę Śnieżkę, Piękną i Bestię, Kopciuszka… .
I wiecie co?
Jak dla mnie – te bajki we wspaniały sposób pokazują nam wartości jakimi powinniśmy się kierować chcąc zbudować szczęśliwy związek.
Każda z bajek pokazała, że na początku nigdy nie jest łatwo.
Kopciuszek miała siostry, które ją poniżały, gnębiły. psuły jej ubrania, aby wyglądało brzydko, nie dość ładnie. Wraz z macochą dokładały jej pracy, aby tylko nie mogła pójść na bal do księcia.
Kopciuszek nie udawała kogoś, kim nie jest. Nie udawała, że jest silna.
Płakała.
Miała dość… .
Ale wciąż pozostała w tym sobą. Wciąż miała dobre serduszko. Wciąż wierzyła.
I ta wiara, bycie dobrym człowiekiem – przyniosła jej owoce. Kopciuszek miała przyjaciół, którzy pomogli jej dostać się na bal. A dzięki temu jaka była – oczarowała księcia.
Choć jak to w życiu – początki zawsze są trudne, tak i tym razem książę musiał natrudzić się, wysilić, dać z siebie więcej – aby znaleźć dziewczynę, z którą przetańczył do północy bal.
Starał się.
Dał z siebie wszystko.
I udało się… .
W Pięknej i Bestii także została przepięknie pokazana miłość. Mimo różnic jakie nas dzielą, mimo braku akceptacji, mimo różnego pochodzenia – jeśli widzimy w drugiej osobie kogoś dobrego, kogoś wyjątkowego, jeśli wierzymy – pokonamy wszelkie trudności.
Bestia nie był zły. Nie był potworem. Po prostu był inny – nie był piękny. Nie był książkowy. Nie był schematyczny.
Ale swoją postawą, wartościami jakimi się kierował – zdobył serce ukochanej.
Bajka pokazała nam, że nie wygląd ma znaczenie, a to jacy jesteśmy w głębi serca. I jeśli tylko odważymy się otworzyć je przed właściwą osobą – możemy zyskać coś wspaniałego!
Miłość. Bliską sercu osobę.
Natomiast w żadnej bajce Disneya czarny charakter nie miał ukochanej osoby.
Wiedźma z Królewny Śnieżki nie miała swojego wiedźmina. Nie miała kogoś, z kim mogłaby dzielić życie, za to całym jej życiem okazała się Śnieżka – całe dnie mijały jej na tym, co tu zrobić aby pozbyć się dziewczyny, o którą była tak bardzo zazdrosna.
Siostry Kopciuszki – także nie skradły serca księcia. Najpiękniejsze stroje nie zakryją tego, kim jesteśmy naprawdę. Nie ukryjemy paskudnego charakteru ani markowymi ciuchami, ani drogimi kosmetykami.
Bajki Disneya pokazały nam, że żadna miłość nie przychodzi łatwo. Nie można stworzyć dobrego związku – nie będąc dobrą osobą. Nie skradniemy czyjegoś serca udając kogoś, kim nie jesteśmy. Nie akceptując siebie.
I chciałabym tu zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz – żaden książę nie był zły. Każdy miał szlachetne serce. Każdy okazywał swojej księżniczce najwyższy szacunek i oddanie.
Dlatego kiedy czytam zdania, w których ktoś zarzuca bajkom Disneya zły obraz miłości – zastanawiam się, jakie on bajki oglądał?
Przecież jeszcze w żadnej bajce nie wygrało zło… .
Wierzmy więc w piękną miłość, wierzmy w to, że życie z drugą osobą może być bajką. Tylko w tej bajce – same bądźmy księżniczkami o złotym sercu. Bądźmy Kopciuszkami, które nie boją się pracy, które nie udają silnej, choć w głębi serca płaczą. Bądźmy prawdziwe. I nie wybierajmy partnerów bo ładny, bo zamożny. Nie bądźmy jak macocha Kopciuszka. Bądźmy Pięknymi – dostrzegajmy w ludziach to jacy są naprawdę. Dajmy szansę.
A Łobuz – on wcale nie kocha najbardziej.
W tą bajkę możecie spokojnie przestać wierzyć… .
utworzone przez WolnoWolniej.pl | mar 31, 2019 | żyć lepiej
Odkąd zaczęłam spisywać wszystkie cudowne chwile, tak punkt po punkcie, hasłowo, jakie wydarzyły się w danym miesiącu – byłam zaskoczona ile dzieje się dobrego w naszym nudnym praca-dom życiu. I choć poprzedni miesiąc był nudny, byle jaki, przeleciał mi przez palce – dziś wiem, że taki luty był mi szalenie potrzebny! Potrzebowałam zapaść w zimowy sen, aby jak przyroda móc się obudzić na nowo.
Ludzie są jak pory roku. SUM #3
Marzec, jak dawno żaden miesiąc, nie wprowadził do mojego życia tylu zmian. Tylu cudownych pomysłów, nowych doznań i smaków.
W marcu na nowo zakochałam się w przyrodzie. Jak nigdy do tej pory, poczułam ogromne zmęczenie miastem, hałasem z wydechów samochodowych, telewizji i jak nigdy przedtem poczułam ogromną potrzebę przebywania z przyrodą. Z naturalnością. Dlatego w naszym domu pojawiły się pierwsze makramy, naturalne drewno i len.
W marcu spełniłam jedno ze swoich marzeń z dzieciństwa i kupiłam maszynę do szycia! Plan na najbliższe miesiące – wprowadzić do domu naturalność. Uszyć swoje ściereczki do naczyń i narzutę na łóżko.


W marcu zrozumiałam, jak bardzo życie w mieście sprawia, że stajemy się uzależnieni od innych. Tracimy umiejętność przetrwania i umiejętność życia. Kiedy chcemy coś mieć – kupujemy. Nic za darmo. Nic po swojemu.
Bierzemy to, co oferuje sklep.
Gdzieś tam z tyłu głowy zaczęła męczyć mnie ta mieszczańska niezaradność i mieszczańskie uzależnienie od innych. Wydawanie pieniędzy na wszystko i na cokolwiek. Postanowiłam nauczyć się jak najwięcej rzeczy robić sama, aby móc umieć samej sobie poradzić.
Przełomowym dla mnie momentem, był wyjazd na wieś, na początku marca. Choć od dawna kocham jeździć na wieś, to tam czuję, że żyję, że odpoczywam, że jestem wolna – dopiero teraz tą wolność poczułam całą sobą.
W marcu odkryłam wodę z brzozy, którą pozyskaliśmy z własnych drzew, a którą można zamrozić. Sadziłam ząbki czosnku, zachwycałam się rosnącym już szpinakiem. Wszystko swoje – z własnego ogródka.
Niezależność.

Odrobinę tej wiejskiej niezależności postanowiliśmy wprowadzić do naszego mieszkania w Warszawie. Kontynuujemy zeszłoroczne balkonowe uprawy. Do pomidorków koktajlowych, fasolki szparagowej i papryczek chilli – doszły posiane pierwszy raz w życiu papryczki habanero i nagajolokia.
Plan na kwiecień – postawić na balkonie drewnianą kratkę, do której przymocujemy doniczki z ziołami i truskawkami.
Och, tak bardzo nie mogę się doczekać!!!
W marcu odbyła się też Gala Twórców, konkurs, w którym wzięliśmy udział.
To co dał ten konkurs, zaskoczyło mnie! Zaczęliście oznaczać nas na instastory i pokazywać, jak na nas głosujecie. Sami z siebie zaczęliście nas polecać pisząc tyle ciepłych słów na nasz temat. To było tak szalenie miłe, tak wzruszające, tak ciepłe – że brakło nam słów. To było jak jakaś magia, sen.
Wiemy, że treści jakie publikujemy są często trudne. Dzielimy się z Wami pewnym wycinkiem z naszego związkowego życia, pokazujemy nasze dobre i złe chwile, i na tej podstawie lekcje, jakie wyciągnęliśmy dotyczące budowania zdrowej relacji i zdrowego związku. Zdajemy sobie sprawę, że nie każdy może chcieć podzielić się swoją historią, swoim komentarzem do danego postu – bo takie pokazanie innym, uzewnętrznienie się – jest ciężkie. Często sami z tym mamy problem i zastanawiamy się czy poruszać dany temat, czy nie.
Dlatego tak bardzo miłe było zobaczyć, ile osób nam kibicuje, ile osób i kto nas poleca, i dlaczego.
Zdecydowanie: mówmy ludziom miłe rzeczy! Tak po prostu. Nawet tym, którzy z pozoru nie są z naszej bajki. Z którymi z pozoru nie mamy nic wspólnego.
W ten sposób możemy zyskać kogoś nowego, wyjątkowego w naszym życiu. Tylko musimy odważyć się zrobić ten pierwszy krok. A co najlepsze – ten pierwszy krok niczym nam nie grozi. Pisząc komuś tak ot, jakieś miłe wspomnienie z nim, pisząc mu, że pomimo, że nie mamy kontaktu, nie rozmawialiśmy naście lat, mamy o nim cudowne zdanie, miłe wspomnienia, dobrze go wspominamy – nic złego nam się nie stanie. Źle to o nas nie będzie świadczyło. Nie ma się naprawdę czego bać.
Cholera jasna, róbmy dobrze! Naturalnie dobrze.
Tak, marzec zdecydowane pokazał mi ludzką figlarność.
Czasem potrzebujemy ponarzekać, przeleżeć na kanapie cały miesiąc, podąsać się – aby móc odrodzić się na nowo – jak przyroda. Nabrać sił, wypuścić nowe listki pomysłów, planów i zacząć puszczać soki spełnionych marzeń.
Ach, zapomniałabym!
Moja pilea odżyła! Jak ją kupiłam, z chwili na chwilę zaczęła padać. Listek po listku.
W zimie podlewałam ją, stawiałam koło okna, ale nie dawałam jej zbytnio szansy na przeżycie, choć za każdym razem gdy do niej zaglądałam byłam zdumiona, że jeszcze żyje, jeszcze jakoś się ma. Dziś – puściłam kolejne nowe listki!
Ale tak to już jest – czasem potrzebujemy przeleżeć cały miesiąc, aby móc odrodzić się na nowo.

utworzone przez WolnoWolniej.pl | mar 27, 2019 | żyć lepiej
Ostatnie dni były dla nas pełne zmęczenia. Od regularnych wizyt u weterynarza, po Dawida złe samopoczucie i moje przemęczenie. W domu zaczęły pojawiać się góry i doliny ściągniętego z suszarki ale niepochowanego prania, sterty naczyń, których do zmywarki nie włożymy, a które uniemożliwiają mycie czegokolwiek w zlewie – więc w konsekwencji – leżą koło zlewu.
Na stole kilka kubków po porannej kawie i kilka talerzy po wieczornej kolacji.
Godzina 20:30 właśnie skończyło się pranie… .
“Jesteś żoną! A żony są od marudzenia!”
Ostatnie dni były dla nas pełne zmęczenia. Od regularnych wizyt u weterynarza, po Dawida złe samopoczucie i moje przemęczenie. Głowa pełna pomysłów i organizm pełen niedoborów sił. I to nieszczęsne pranie. Mam alergię na mokre pranie pozostawione w bębnie.
Ech, rozwieszę je i idę spać – pomyślałam. Opuszczam jeden sznurek, ściągam suche skarpetki robiąc miejsca mokrym bluzkom. Schylam się do pralki i słyszę jak mąż puszcza jakiś film.
– Co oglądasz? – pytam wyciągając jego bordową bluzę.
– Sensacyjny jakiś. Raczej ci się nie spodoba – odpowiada otwierając pistacje.
Następnego dnia zaczęłam rozmawiać z mężem o porządkach w domu. O tej stercie czystych ciuchów, która wala się w sypialni po całej długości komody, a która na co dzień nie przeszkadza, bo drzwi do sypialni zamykamy.
I wtedy mój maż mówi do mnie, że jak następnym razem będę wieszać pranie, to mam go zawołać, słownie złapać za chabety, a on mi pomoże.
I tłumaczę mu wtedy, że ja nie jestem od proszenia. Ba! Nie jestem od kazania mu zrobić cokolwiek. Jestem żoną.
I on przerywa mi wtedy ten mój monolog, moją chęć wytłumaczenia, że związek, że para, że razem, że jedno gospodarstwo, i mówi mi, że żony są od marudzenia.
Tak mnie podsumował mąż.
I ja wtedy zaczęłam się zastanawiać nad stereotypami.
Nad stereotypowym postrzeganiem związku. Nad stereotypowym mężem, który w domu nic nie robi i nad stereotypową żoną, która jęczy, brzęczy i głowę suszy. Nad żartami o polskim domu i polskiej rodzinie. I nad tą cienką granicą między mówieniem żartem, a wiarą w usłyszane słowo. Nad cienką granicą między stereotypem, a prawdziwym życiem.
I kiedy w śmiechu dyskutowaliśmy nad porządkiem w naszym domu, między jednym zaparzeniem kawy a ostatnim łykiem, między “przesuń się” a “widziałeś moje kluczyki?” doszłam do wniosku, że czas zacząć wyraźnie, grubą krechą rysować swoje, nowe zwyczaje! Tupnąć nogą, aż pies zaspane oko otworzy i uchem wzdrygnie jakby komar jakiś przeleciał. Powiedzieć głośne, stanowcze O Nie!, na tyle głośno, aby ból porannego wygramolenia się z łóżka nie popsuł nam humoru na resztę dnia, i na tyle głośno, aby człowiek do człowieka miał ochotę się przytulić.
I kiedy w śmiechu dyskutowaliśmy nad porządkiem w naszym domu, między jednym zaparzeniem kawy a ostatnim łykiem zrozumiałam, że są żarty, które nie powinny nas już bawić. Które stają się niebezpieczne. Które potrafią rozrywać serce, jeśli pozwolimy śmiać się za długo, zbyt wiele razy… .
Nie chciałabym przekroczyć w naszym związku granicy, w której staniemy się stereotypowym mężem i stereotypową żoną.
Ostatnie dni były dla nas pełne zmęczenia. Od regularnych, codziennych, dzień w dzień przez dwa tygodnie wizyt u weterynarza po tym jak Czarek wdał się w bójkę z trzema innymi psami, po Dawida złe samopoczucie, przez które wylądował dzień wcześniej na SORze i wrócił tego dnia o trzeciej nad ranem do domu, i moje przemęczenie… .
utworzone przez WolnoWolniej.pl | mar 18, 2019 | żyć lepiej
Gdyby ktoś zapytał mnie o wspomnienie najwspanialszych chwil z moim Mężem, opowiedziałabym wszystkie te historie, które działy się na dworze. Opowiedziałabym jak piliśmy białe wino z zielono-przezroczystych kieliszków siedząc na skarpie, na ciemnoróżowym kocyku z polaru niepasującym do niczego. A już na pewno niepasującym do otaczającej nas wtedy przyrody. Kocyk nie pasował ani do beżowych pól pszenicy rosnącej za nami, ani do lichej trawy koło nas, ani do piachu broniącego się przed rwącą rzeką pod naszymi wiszącymi ze skarpy stopami… .
O czym powiesz mi, kochany, siedząc ze mną nad przepaścią?
Opowiedziałabym te wszystkie historie, w których siedzieliśmy w Zabrzu na betonowym bloku – tym tuż za mostem prowadzącym w stronę M1, tuż pod torami kolejowymi, na tym betonowym bloku na Maciejowie.
Opowiedziałabym te wszystkie historie, w których w Zabrzu przemierzaliśmy szlaki z paproci w parku na Czołgistów, w tym samym parku, w którym ja widziałam psa, a on łosia. I do dziś nie możemy dojść do porozumienia, które z nas widziało prawdę. Ja nie widziałam poroża – Dawid tak.
Opowiedziałabym historię jak lepiliśmy bałwana w Parku Dubiela. Nie wiedziałam wtedy, że zamsz nie lubi się ze śniegiem, a już na pewno nie lubi być suszony na kaloryferze… .
Ach, przecież! Zapomniałabym o najlepszym!
Opowiedziałabym te wszystkie razy, w których pieszo szliśmy do centrum, do Platana. W których czekaliśmy na jedynkę – jedyny tramwaj z jednym wagonem. W których szalenie przeżywałam każdy moment, w którym musieliśmy biec, aby na niego zdążyć, a moja kondycja była tak bardzo daleka od jego.
Gdyby ktoś zapytał mnie o wspomnienie najwspanialszych chwil z moim Mężem, opowiedziałabym wszystkie te historie, które działy się na dworze.
Które zaczynały się pędem, a kończyły spokojem.
W których nasze buty skierowane były w tą samą stronę.
W których oboje zaczynaliśmy od prawej nogi.
W których oboje wbijaliśmy wzrok w przestrzeń. W rzekę, w polany, w uciekające sarny i w niebo. W korony drzew wzbudzane przez wiatr. I tą kostkę – kocie łby… .
Gdyby ktoś zapytał mnie o wspomnienie najwspanialszych chwil z moim Mężem, opowiedziałabym wszystkie te historie, które działy się na dworze.
W których mimo upływu lat, mimo coraz dłuższego stażu związku, cofaliśmy się w naszych rozmowach do czasów dzieciństwa. Do czasów naszych początków. Do wydarzeń, które mimo upływu lat wciąż wywołują w naszym sercu smutek, gorycz, uczucie niesprawiedliwości. Do przyczyn dzisiejszych skutków.
Gdyby ktoś zapytał mnie o wspomnienie najwspanialszych chwil z moim Mężem, opowiedziałabym wszystkie te historie, które oparte były na zaufaniu i ryzyku. W których nie baliśmy się mówić o przeszłości. O skutkach i przyczynach. Nie baliśmy się odkrywać przed sobą. Nie baliśmy się mówić. Nie baliśmy się być sobą. Nie baliśmy się na głos przyznać. Opowiedzieć o porażkach.
I choć jesteśmy ze sobą już te naście lat, wciąż wracamy do wydarzeń z czasów dzieciństwa i dorosłości. Wciąż wychodzimy na dwór i siedząc na ciemnoróżowym kocyku niepasującym do niczego, pośród beżowych kłosów pszenicy i lichej trawy, siedząc ze spuszczonymi nogami na skarpie tuż nad rwistą rzeką – poruszamy te same tematy, jakbyśmy próbowali raz jeszcze namalować nasz obraz… – tym razem pełniejszy. Bliższy prawdy. Bliższy rzeczywistości. Nas.
Związek to coś więcej niż kilka pierwszych randek w kawiarni. Kilka wypitych piw w knajpie i w plenerze. To coś więcej, niż kilka spacerów nim pierwszy raz złapiemy się za ręce, zamieszkamy razem, zaczniemy żyć codziennością.
Związek jest jak malowanie obrazu. Zaczynamy od pierwszy raz zatemperowanego ołówka i białej kartki papieru. Od szkicu – kilku kresek, kilku konturów i kilku najważniejszych fragmentów. Ale to jeszcze nie jest obraz. To dopiero kilka randek.
Później dochodzą szczegóły.
Poznajemy kontekst.
Historię.
Wraz z zaufaniem przychodzą kolory. Ale nie można nałożyć dwóch świeżych farb na siebie, bo kolor się wymiesza, powstanie jakaś breja. Bo kto to widział zielone niebo patrząc na żółte słońce i niebieskie tło? Musimy poczekać aż pierwsza warstwa wyschnie. Dopiero później, gdy pewność siebie samego i siebie wzajemnie będzie już większa – możemy w to miejsce nałożyć nową farbę. Wprowadzić emocje. Uczucia. Przeżycia.
Związek jest jak malowanie obrazu farbami. Tego nie da się zrobić nie poświęcając czasu. Nie wracając do raz naszkicowanego kształtu i raz użytego koloru.
W każdym z nas drzemią historie, których nie chcemy pokazywać światu. Słowa, które zraniły nas tak bardzo, że jesteśmy bardziej gotowi zrezygnować ze znajomości, niż tłumaczyć dlaczego.
Związek to wracanie do starych historii i dodawanie im kontekstu. Koloru, emocji i uczuć.
Więc o czym powiesz mi, kochany mój, gdy jeszcze raz usiądziemy nad przepaścią? O czym powiesz mi, kiedy wyjdziemy z domu na długi spacer, albo usiądziemy na skarpie lub na betonowym słupie tuż za mostem? O czym powiesz mi, kiedy znów będziemy tylko my i przestrzeń…?
A później znów będzie czas powrotu do domu.
Do codzienności.
Ale to czego doświadczyliśmy – zostanie.
utworzone przez WolnoWolniej.pl | mar 10, 2019 | żyć lepiej
To był drugi, a może trzeci (?) rok studiów. Nie pamiętam już. Ale pamiętam, że na studiach mieliśmy wtedy przedmiot, który nazywał się toksykologia żywności. Choć zagadnienia z tych zajęć nie były trudne, wręcz bardzo interesujące, to psychicznie były to dla mnie jeden z cięższych ćwiczeń. Prowadziła je kobieta bardzo konkretna. Wymagająca. Która do zasad podchodziła bardzo poważnie.
I choć studentką byłam pilną, starałam się nie opuszczać żadnych ćwiczeń ani wykładów, to jak na złość, w ciągu pięciu lat studiów zachorowałam tylko raz, i to akurat wtedy, kiedy przyszło zaliczenie jednego z głównych modułów tego przedmiotu – wygłoszenie prezentacji o szkodliwym działaniu słodzików… .
Dlaczego związek jest jak długa nocna jazda samochodem do domu
To był drugi, a może trzeci (?) rok studiów. Nie pamiętam już. Ale pamiętam, że na studiach mieliśmy wtedy przedmiot, który nazywał się toksykologia żywności. Rozchorowałam się wtedy nie na żarty. Przesypiałam całe dnie i całe noce. Choć mama budziła mnie przed wyjściem do pracy zostawiając na stoliczku obok łóżka kanapki – ja zjadałam je dopiero wtedy, kiedy obudziła mnie wróciwszy do domu.
Jakby to było wczoraj pamiętam jak wtedy pisałam z Dawidem na gadu-gadu. T były te czasy, kiedy gadu-gadu można było ściągnąć już na telefon. Mówiłam mu, że to straszne być chorym i mieszkać samemu. Nie ma nikogo, kto zrobiłby ci gorącej herbaty, kiedy ty sam nie jesteś w stanie nawet kubka utrzymać… . I tak pisaliśmy ze sobą na gadu-gadu kilka godzin, aż nagle rozległ się dzwonek do drzwi.
Mama stanęła jak w ryta, jakby ducha zobaczyła. Nie mogła wydobyć z siebie żadnego słowa. “A.. a… a…” to było wszystko, co była w stanie mi przekazać.
Wciąż próbując wydusić z siebie choćby słowo, cofała się z korytarza w głąb salonu – robiąc miejsce Dawidowi.
– Przyjechałem zrobić Ci herbatę – powiedział na przywitanie, a ja – jak to ja, miękka klucha – popłakałam się.
Tak wyglądał nasz związek przez wiele lat. Dawid w piątek po pracy wsiadał w samochód i jechał z Zabrza prosto do Warszawy przez cztery, czasem sześć godzin. Prosto do mnie. Abyśmy mieli jak najwięcej czasu dla siebie. Abyśmy chociaż jeden wieczór więcej mogli spędzić razem. Abyśmy mogli być razem jak tylko otworzymy oczy… .
Tak wyglądał nasz związek przez wiele lat. Przez wiele lat nie wiedziałam jak wiele wysiłku kosztuje go podróż samochodem z Zabrza do Warszawy. Nie wiedziałam – dopóki sama nie zaczęłam pracować na nocne zmiany. Dopóki po wielu godzinach na nogach nie musiałam wracać 40 km do domu, do Warszawy, kończąc pracę o 6 rano i pakując się w największe korki.
Przez wiele lat nie wiedziałam jak wiele wysiłku kosztuje długa, nocna jazda samochodem do domu.
Ile siły trzeba włożyć, aby nie zasnąć za kierownicą, kiedy organizm woła SPAĆ a oczy, coraz bardziej zmęczone od świateł samochodów jadących z naprzeciwka, odmawiają posłuszeństwa.
Raz – raz zdarzyło mi się przysnąć za kierownicą. Ile ujechałam wtedy kilometrów? Jeden czy osiem? Nie wiem. Wiem tylko, że miałam ogromne szczęście. Akurat droga była pusta, musiałam kończyć pracę w sobotę albo w niedzielę, kiedy ruch na tej trasie prawie nie istniał. Ale mogło to się skończyć tragicznie. Mogłam wypaść z drogi. Mogłam wpaść do rowu, uderzyć w drzewo, uderzyć w samochód jadący z naprzeciwka, bo kiedy obudziłam się, byłam na środku drogi… .
Wtedy obiecałam sobie, że choćbym do domu miała 2 kilometry – jeśli nie będę już w stanie kierować – zjeżdżam na poboczę i idę spać. Nieważne, jak dobrze będę znała trasę, nieważne, że te 2 kilometry pokonuję codziennie kilka razy.
Ze związkami jest tak samo. Między nami może być bardzo dobrze. Możemy tworzyć wspaniałą parę i wzorowe małżeństwo. Możemy uważać, że jesteśmy dobrani najlepiej na świecie a rozumiemy się bez słów. Ale jeśli popadniemy w rutynę, jeśli przestaniemy być czujni, jeśli nazbyt zaufamy doświadczeniu – możemy niezauważyć jak tracimy nad związkiem kontrolę. Jak bardzo oddalamy się od siebie. Jak trudno nam jest utrzymać pozytywne relacje, uczucie, bliskość, czułość, a jak coraz częściej wpadamy w złość. I nim się obudzimy – nie będzie już czego zbierać… .
Związek to jest praca. To jest bardzo ciężka praca. Aby być w związku nie wystarczy złapać się za ręce, spędzić razem z całą rodziną Święta Bożego Narodzenia. Związek to dawanie i odbieranie komunikatów. To słuchanie tego co próbuje powiedzieć nam nasze ciało i reagowanie, gdy mówi, że mu źle, dobrze, zaczyna być nieszczęśliwe.
Czasem, związek to powrót do korzeni. Do ponownego porozmawiania o uczuciach, o tym jak odbieramy swoje zachowania. Do ponownego poznania siebie na wzajem.
Zmieniamy się. Cały czas się zmieniamy. Dojrzewamy, coraz bardziej poznajemy świat. Stawiamy czoła coraz nowszym, trudniejszym życiowym problemom. Męczymy się. Buntujemy. Skupiamy na czymś innym. Poznajemy nowe. Fascynujemy się nowym.
Zapominamy, że w związku, jak w nocnej jeździe samochodem, ważna jest czujność. Kiedy czujecie, że oczy Wam się zamykają, że związek jakoś jedzie, jakoś idzie, jakoś niby posuwa się niby do przodu – to już powinien być dla Was znak, że czas zjechać na pobocze i zatrzymać się.
Bo jeszcze trochę – i może nie być czego ratować… .
utworzone przez WolnoWolniej.pl | mar 8, 2019 | żyć lepiej
Piątek. Ósmy dzień marca. Dzień kobiet. Niby wyjątkowy, a jak każdy inny. Jak każdego innego piątku obudziłam się na dźwięk budzika o 4:10 i ustawiłam na nim drzemkę do 4:20. Jak każdego innego piątku o 4:11 przekręciłam się na lewy bok, prawą ręką narzucając na siebie i Męża kołdrę, i wtulona oddałam się jeszcze na kilka minut snom… .
O 4:20 znów zadzwonił budzik. Lecz nie zdradził ani słówka o tym, że ten poranek będzie inny, choć taki sam jak wszystkie… .
Prawdziwa miłość to jedna cecha
Każdy ranek to dla mnie rutyna. Lubię tę poranną rutynę. Rytuały – sypialnia, łazienka, mycie głowy, kawa… . Dopóki mogę siedzę w piżamie przed telewizorem i piję kawę. Zazwyczaj oglądam Przyjaciółki. Czasem Kuchenne rewolucje. Ale dziś, coś innego przykuło moją uwagę. Przeskakując kanały w poszukiwaniu znanego tytułu, czegoś co, o ironio, da mi jeszcze kilka dodatkowych minut odprężenia przed dniem pełnym pracy, natknęłam się na hasło “Powstanie Warszawskie”.
Och, jak ja kocham tą tematykę!
Temat Powstania jest czymś, co mnie hipnotyzuje. Wywołuje najróżniejsze emocje! Od radości, uśmiechu, wzruszenia powodującego, że aż gula w gardle rośnie, oddech zatrzymuje się, klatka piersiowa napina nie mogąc złapać oddechu, po ogromny smutek, ból, niezrozumienie.
I dziś właśnie taki fragment leciał w telewizji.
W czasie Powstania Warszawskiego brunetka w niebieskiej sukience brała ślub z wysokim, szczupłym blondynem. I ślubowali sobie: miłość i wiarę.
Kiedy to się stało, kiedy to się zmieniło, że przestaliśmy ślubować sobie wiarę, a skupiliśmy się na wierności?
Kiedy to się stało, że przestaliśmy skupiać się na wierze w nas?
Na wierze, że nam się uda. Na wierze, wierzeniu, że jesteśmy dla siebie stworzeni. Jesteśmy przez siebie wybrani najlepiej na świecie! Na wierze, że w gorszej chwili, w chwili słabości, w chwili, kiedy nie jesteśmy sobą – nie chcieliśmy źle? Wierze, że nie ranimy specjalnie. Wierze, że chcieliśmy dobrze, choć nie wyszło… . Wierze, że kiedy jest bardzo, bardzo źle, my wciąż jesteśmy i będziemy.
Mówimy o wierności, ślubujemy, i że cię nie opuszczę.
Po co?
Czy tak bardzo zaczęliśmy bać się zdrady, że wiarę zamieniliśmy na wierność?
Czy tak bardzo zaczęliśmy bać się samotności i goryczy rozwodu, że zamieniliśmy je na “nie opuszczę”?
Och, gdybym wtedy usłyszała te słowa!
Jak bardzo chciałabym powiedzieć wtedy Mężowi, hej, nie ślubuj mi tych bzdur. Nie ślubuj mi, że mnie nie opuścisz – jeśli będziesz nieszczęśliwy. Nic na siłę mój Chłopaku. Nie ślubuj mi wierności, jeśli wierność ma męczyć Ciebie a w konsekwencji – odbijać się na mnie.
Jak bardzo chciałabym powiedzieć wtedy Mężowi: Kochany, ślubuj mi wiarę. Że zawsze będziesz wierzył w nas. Że kiedy będzie tak bardzo, bardzo źle – Ty będziesz wierzył. Będziesz wierzył, że pokonamy wszystko – bez wyjątku. Będziesz wierzył, we mnie i siebie. Że w chwili, w której nie będziemy sobą – nie będziemy sobą przez chwilę. Bo w głębi swojego serduszka będziemy bardzo, bardzo, bardzo głęboko wierzyć, że gdzieś tam jesteśmy prawdziwi my. Tylko zagubieni. Ale jesteśmy. Cały czas.
Nie ślubuj mi wierności, nie ślubuj mi, że nie opuścisz mnie aż do śmierci – jeśli przestaniesz wierzyć w nas… .
Piątek. Ósmy dzień marca. Dzień kobiet. Niby wyjątkowy, a jak każdy inny. Jak każdego innego piątku obudziłam się na dźwięk budzika o 4:10 i ustawiłam na nim drzemkę do 4:20. Jak każdego innego piątku o 4:11 przekręciłam się na lewy bok. prawą ręką narzucając na siebie i Męża kołdrę, i wtulona oddałam się jeszcze na kilka minut snom… .
O 4:20 znów zadzwonił budzik. Lecz nie zdradził ani słówka o tym, że ten poranek będzie inny, choć taki sam jak wszystkie… . Będzie inny, bo przyniesie zmianę, która okaże się najlepszym prezentem z okazji dnia kobiet.
I tego wszystkim Wam, Paniom, życzę – aby w Waszych związkach zawsze była miłość i wiara.
Ps. Nie uważacie, że bez miłości – nie ma wierności, a bez wiary – nic nas już nie trzyma przy sobie?
NIE MOŻESZ SIĘ DOCZEKAĆ
e-booka?
zapisz się na Newsletter NaSwoim
jeśli chcesz:
• dostać DARMOWY rozdział e-booka
• dostać RABAT z okazji premiery
• tworzyć LEPSZY związek
DO PREMIERY E-BOOKA POZOSTAŁO:
00
dni
00
godzin
00
minut
00
sekund
Właśnie zapisałaś się do naszego newslettera. Szalenie się cieszę! Zaraz dostaniesz od nas pierwszego maila :)
utworzone przez WolnoWolniej.pl | mar 6, 2019 | żyć lepiej
Decyzja o ślubie nie była dla nas łatwa, choć od wielu lat byliśmy już parą. Baliśmy się ślubu. Baliśmy się tej odpowiedzialności. Mimo miłości jaką się darzyliśmy, mimo świadomości i pewności, że tak, chcemy być ze sobą – baliśmy się.
Oboje wyraźnie deklarowaliśmy, że nie uznajemy rozwodów. Więc jeśli mamy wziąć ślub… – musimy być siebie pewni. Musimy wiedzieć, musimy mieć pewność, że razem będziemy tworzyć dom i rodzinę.
Razem.
A co jeśli się nie uda?
Kto podejmuje decyzje o rozwodzie?
Kiedy jest się parą, kiedy jesteśmy zakochani – nie myślimy o rozwodzie. Myślimy o ślubie, o kolorze i kroju sukni ślubnej, zastanawiamy się, kiedy najlepiej podać tort i jaki ma mieć smak, jakie atrakcje zaserwować gościom weselnym i co im dać – ale nie myślimy o rozwodzie. Nie zastanawiamy się nad tym, co musiałoby się wydarzyć, abyśmy podjęli decyzję o rozwodzie.
Jesteśmy zakochani. Kochamy się. Jesteśmy szczęśliwi.
Co złego może się wydarzyć?
Decyzja o ślubie nie była dla nas łatwa, choć od wielu lat byliśmy już parą. Baliśmy się ślubu. Baliśmy się tej odpowiedzialności. Wiedzieliśmy, że musimy uczynić wszystko, aby nasze małżeństwo było zgodne, szczęśliwe i trwałe. Wiedzieliśmy to zanim wypowiedzieliśmy te słowa w Urzędzie Stanu Cywilnego w Zabrzu drugiego września dwa tysiące szesnastego roku.
Bardzo dobrze wiedzieliśmy, co ślubowaliśmy sobie wtedy, i w lipcu dwa tysiące siedemnastego roku stojąc przed ołtarzem – w obecności Boga, świadków, gości… . Wiedzieliśmy, że będziemy ślubować sobie miłość, wierność i uczciwość małżeńską i że cię nie opuszczę aż do śmierci.
Wiedzieliśmy to wszystko bardzo dobrze.
Znaliśmy te słowa na pamięć, choć nigdy ich się nie uczyliśmy.
Wiedzieliśmy z czym wiąże się małżeństwo. Widzieliśmy jacy musimy być dla siebie wzajemnie.
Ale nie zdawaliśmy sobie wtedy sprawy, że to, jacy jesteśmy sami dla siebie – jest równie ważne.
Czasem, na forach Internetowych, widzę wredne komentarze osób “widziały gały co brały”.
Nie widziały. Nie musiały widzieć.
Ludzie się zmieniają. Przeżywają. Doświadczają. Obserwują i uczą się przez obserwację.
Przebywają w różnych środowiskach. Mają różne prace. Różne emocje na co dzień.
Nie da się przewidzieć przyszłości. I żałuję, że tego nie mówi się na naukach przedmałżeńskich. Żałuję, że nie mówi się, że o rozwodzie trzeba porozmawiać przed ślubem. Żałuję, że nie mówi się, że rozwód to nic złego, kiedy walczymy o siebie.
Bo ludzie się zmieniają. Przeżywają. Doświadczają. Obserwują i uczą się przez obserwację.
Przebywają w różnych środowiskach. Mają różne prace. Różne emocje na co dzień. I różnie te emocje potrafią rozładować. Jedni zaczynają pić. I wszystko jest w porządku, dopóki nie urwie im się film. Dopóki nie zaczną być agresywni. Ale nie będą się zataczać. Nie będą bełkotać. Dadzą upust emocjom. A jutro nie będą za wiele pamiętać. I nie będzie ich boleć głowa. Nie będą się zataczać. Nie będą bełkotać. I nie będą tego pamiętać.
I to jest ten moment, kiedy powinniśmy być gotowi powiedzieć tej osobie: składam pozew o rozwód.
Bo w małżeństwie, w domu, do którego codziennie wracamy – musimy czuć się bezpiecznie. Dom musi być tym miejscem, w którym odpoczniemy. Uspokoimy myśli. Wyciszymy się. W którym zdejmiemy maskę codzienności i będziemy mogli być sobą. Bez walki.
Decyzja o ślubie była przez nas bardzo przemyślana. Nie uznajemy rozwodów. Nie uznajemy rozwodu bo kłótnia, bo foch, bo nie masz nagle pracy, powinęła ci się noga. Nie uznajemy rozwodów bo szantaż, bo kaprys, bo mi się odwidziało.
Ale w naszym małżeństwie jesteśmy gotowi na rozwód. Jesteśmy gotowi złożyć pozew rozwodowy, jeśli tylko nasze poczucie bezpieczeństwa zostanie zachwiane.
Pytanie pozostaje: kto podejmuje decyzje o rozwodzie?
Ten, co mówi: składam papiery. Dotarłeś do wyznaczonej przeze mnie granicy,
czy ten, który odpowiada? Który godzi się z decyzją lub podejmuje działanie.
Granica.
Nikt o niej nie rozmawia przed ślubem. A kiedy zostaje przekroczona – mało kto o tym nie wie.
Wierność – to za mało by stworzyć związek.
NIE MOŻESZ SIĘ DOCZEKAĆ
e-booka?
zapisz się na Newsletter NaSwoim
jeśli chcesz:
• dostać DARMOWY rozdział e-booka
• dostać RABAT z okazji premiery
• tworzyć LEPSZY związek
DO PREMIERY E-BOOKA POZOSTAŁO:
00
dni
00
godzin
00
minut
00
sekund
Właśnie zapisałaś się do naszego newslettera. Szalenie się cieszę! Zaraz dostaniesz od nas pierwszego maila :)
utworzone przez WolnoWolniej.pl | lut 28, 2019 | żyć lepiej
Macie czasem takie poczucie, że czas biegnie równie szybko co… wolno? Mój luty właśnie taki był. Taki przewrotny. Choć w lutym na nic kompletnie nie miałam czasu, choć czas uciekał przede mną tak szybko, aż sam zaczął potykać się o własne wskazówki, to czuję, że odpoczęłam. Jak nigdy… .
Za szybko. Za zimno. Powoli. SUM #2
W lutym, choć na nic nie miałam czasu, wydarzyło się niewiele. Zaczęliśmy ten miesiąc z impetem, a skończyliśmy na kanapie z pączkiem w lewej ręce i kawą w prawej.
W lutym, spełniłam jedno ze swoich małych marzeń i udałam się na lekcje makijażu. I choć od tego dnia umalowałam się raptem kilka razy – za każdym razem robiłam to szalenie podekscytowana i zadowolona z efektu. Wciąż nie mogę uwierzyć w magię kosmetyków. Źle dobrane – potrafią bezwzględnie odebrać kobiecie całą urodę. Potrafią oszpecić najpiękniejszą twarz. A te dobrze dobrane – przywrócić wiarę w siebie. Dodać sił. Odwagi.

W lutym poległam z ebookiem. Do końca miesiąca chciałam mieć już cały napisany, ale nie udało mi się. Zaczynam się powoli martwić, czy wyrobię się do maja… .
W lutym spędziłam kilka dni na wsi. Znalazłam norę lisów, chodziłam śladami saren i zajęcy. Trafiłam też na dwie tamy budowane przez bobry. Och, kocham wieś! To jest to miejsce, w którym dla mnie nie liczy się nic. Nie liczy się to co mam, jak wyglądam. Zakładam najgrubsze bluzy i swetry, na uszy naciągam czapkę i idę. Nieważne za ile wrócimy do domu. Nieważne dokąd idziemy. Idziemy. Będziemy tropić dziką zwierzynę! I zatracać się w mieniącej się od promieni słońca tafli wody… .
Spokojnie.







W lutym choć nie wydarzyło się za wiele, na nic nie miałam czasu. Mogłabym powiedzieć, że ten miesiąc był trochę nudny. Trochę zwyczajny. Trochę byle jaki.
A w tym miesiącu byliśmy sobie jakby bliżsi. Odpuściliśmy obowiązki. Machnęliśmy ręką na oczekiwania. Relaksowaliśmy się. Rozmawialiśmy.
Po emocjach jakie zafundował nam grudzień i styczeń – po prostu musieliśmy odpocząć. Zająć się sobą. Poświęcić sobie czas. I to jest dla mnie bardzo cenna lekcja. Nie musi wydarzyć się wiele, nie musi być barwnie, dużo i głośno, aby można było powiedzieć “udało się! mieliśmy super miesiąc!”. Nie. Czasem, żeby mieć super miesiąc wystarczy, że… nic się nie zadzieje. A może “aż nic”?
W lutym mogliśmy odkrywać się na nowo.
Rozmawialiśmy o przeszłości. O nas za czasów szkolnych. Co pamiętamy, jak to wspominamy. Co czuliśmy będąc dziećmi… . Rozmawialiśmy o przeszłości, którą pomija się, kiedy ludzie dopiero się poznają. Kiedy jeszcze nie mają do siebie takiego zaufania. Rozmawialiśmy o rzeczach, o których zapomina się, kiedy jest się już dorosłym.
I choć znamy się tyle lat, choć nasza przygoda trwa od gimnazjum, teraz by powiedział – od ósmej klasy – nie mogę uwierzyć jak mało o sobie wiemy. Jak wiele skrywamy.
W tym miesiącu nie wydarzyło się nic spektakularnego. Ale dawno nie byliśmy tak spokojni, tak zrelaksowani, tak blisko siebie.
A jak Wam minął luty?