Jak byłam dużo młodsza zastanawiałam się – co się może zmienić w tak krótkim czasie? Jak wakacje mogą być dla kogoś przełomowym okresem, skoro to tylko 2 miesiące?
Jakim cudem jeden dzień może tak dużo zmienić – skoro to tylko kilka godzin?
Później, gdy podrosłam, okazało się, że w ciągu jednej godziny może zmienić się wszystko! Jedna godzina, piętnaście minut… – to wystarczająco dużo czasu na całkowitą zmianę. Na zamknięcie i rozpoczęcie czegoś zupełnie nowego.
Chęci jednostką więzi. SUM #1
Ludzie
Kiedy wpadłam tytuł tego postu, chęci jednostką więzi, był początek stycznia. Pierwsza połowa stycznia. Nie sądziłam wtedy, jak bardzo te słowa będą “motywem przewodnim” mojego styczniowego życia… .
W styczniu dużo dowiedziałam się o relacjach. O moich relacjach z innymi ludźmi. Z tymi co mieszkają daleko, jeszcze dalej, bo aż 300 km dalej, i… z tymi co mieszkają blisko. Bardzo blisko.
Dowiedziałam się, że jednostką więzi są chęci.
Nie odległość jaka nas dzieli – bo przecież jest telefon i jest Internet. W każdej chwili można wysłać smsa “potrzebuję Cię!” i usłyszeć dźwięk komórki, smsa, połączenia. Usłyszeć głos drugiej osoby – która ma chęci.
Chęci tworzenia relacji, chęci pomożenia, wysłuchania, wsparcia. Chęci aby poświęcić swój czas. Chęci aby razem pomilczeć. Chęci aby było dobrze. U mnie było dobrze.
Dowiedziałam się, że jednostką więzi są chęci.
Nie więzy rodzinne – te narzucone i te z własnego wyboru. Jeśli nie ma chęci – rodzina to tylko rodzina. To tylko w kilku procentach ta sama krew, a czasem tylko możliwość stworzenia wspólnej krwi. Tylko możliwość. Bo bez chęci – nic się nie stworzy.
W styczniu dużo dowiedziałam się o relacjach. O moich relacjach z innymi ludźmi. Z tymi co mieszkają daleko, jeszcze dalej, bo aż 300 km dalej, i… z tymi co mieszkają blisko. Bardzo blisko. I trochę zgłupiałam. Trochę się zagubiłam. Ale miałam cały miesiąc na poukładanie całego tego rozgardiaszu na nowo.
W styczniu dowiedziałam się też, że pęknięta serduszka jedzą w samotności.
Muzyka
W styczniu odnalazłam wspaniałą muzykę – muzykę relaksacyjną. Muzykę, która robi za mnie robotę. Której oddaje się kiedy mi ciężko, kiedy chcę się poskładać w całość. Nie myślę, nie mówię – słucham.
Doświadczam. Wyciszam się. I odnajduję.
W styczniu jeszcze bardziej pokochałam spokój. I moją rutynę.
Nawyki
W styczniu udało mi się wypracować kilka nowych nawyków. Trzy razy w tygodniu chodzę na siłownię – na pilates, zdrowy kręgosłup i bieżnię. Choć dwa pierwsze zajęcia są czysto dla zdrowia, to bieżnia łączy przyjemne z pożytecznym. Nadrabiam zaległości na youtube równocześnie ruszając się. Skupiając się. Słuchając.
Powoli udaje mi się też wypracować nawyk pastowania butów raz w tygodniu!
Kolejny nawyk do wypracowania: nie sprzątać w weekend! W ten weekend nie zrobiłam w domu nic i to było wspaniałe. Mogłam oddać się nic nie robieniu, oddać pasji, odpoczynkowi. Żadnego puszczania prania, odkurzania, sprzątania.
To co zazwyczaj robiłam w sobotę i niedzielę – chcę przełożyć na czwartek i piątek. By te wolne dni znaczyły coś więcej. Były inne. Dla mnie.
Sypialnia
W końcu, po ponad roku (!) wiem jak chcę urządzić sypialnię. Sypialnia to była moja zmora – granatowo-szare ściany, białe i kremowe meble. Ciągle coś nie-tak. Za chłodno.
Teraz wizja sypialni jest już dużo bardziej wyraźna. Ściany zostaną pomalowane na kolor zielony – waham się jeszcze między oliwką a ciemną zielenią. Zniknie z sypialni biurko, a na jego miejscu pojawi się szafka nocna, choć nie wiem jeszcze co na tej szafce postawię. W ciemności, w samotności nic nie kwitnie.
W kącie pokoju, tuż przy balkonie stanie fotel; a na ścianie zawisną trzy drewniane półki jeszcze z korą. Ze śladami natury. Z czymś prawdziwym w tym fikcyjnym świecie.
Blog
Utrzymałam harmonogram pisania trzech postów tygodniowo: dwa posty o relacjach i jeden o mnie, o na swoim. Trzymanie się takiego planu było dla mnie zawsze bardzo trudne, jednak w styczniu bez większego trudu udało mi się to. Zgodnie z harmonogramem.
Zdecydowanie w styczniu stałam się wielką miłośniczką uporządkowanego. uporządkowanego bloga jak i myśli, i życia.
Pojawił się też pomysł stworzenia kilku nowych produktów do swojego sklepu!
W styczniu odkryłam nowe smaki – na przykład pasztet wegetariański. Coś niesamowitego! Od teraz dla mnie sklepowe, tradycyjne pasztety mogą już nie istnieć.
Udało mi się też jeść bardziej regularnie. W domu jem śniadanie i kolację, a w pracy – obiad i podwieczorek. Moim celem jest jedzenie obiadów w domu tylko w weekendy, aby unikać podwójnych obiadów w ciągu dnia.
W styczniu na nowo odkryłam smak faworków. Cel na luty – samemu zrobić faworki. Przypomnieć sobie dzieciństwo i jego prawdziwy smak. Ale chyba bardziej dzieciństwo. A może jego smak?
I kolejny – zrobić trójkąciki! Andruty przekładane kakaową masą… .
A jak Wasze podsumowanie stycznia? Wydarzyło się coś, co zmieniło Was? Coś, co jest warte zapamiętania?
Zdarzyło Wam się kiedyś opowiedzieć koleżance, przyjaciółce lub obcej osobie w Internecie jak w tej chwili wygląda Wasz związek?
Kiedy zaczynałam z Dawidem tworzyć naszą wspólną historię, nie wiedzieliśmy jak ona się potoczy. Rozejdziemy się z rozdartym sercem, żalem wypełniającym każdy kawałek naszego ciała… – czy zatrzymamy się? Zwolnimy? Uspokoimy myśli i poznamy się lepiej? Czy nauczymy się jak być razem, jak być szczęśliwym i jak iść razem przez życie równym krokiem zaczynając od prawej nogi?
Choć nasz związek na początku był tragiczny, choć zaliczaliśmy wiele potknięć a wspólny krok nigdy nie zaczynał się od tej samej nogi… – udało nam się. Udało nam się osiągnąć spokój i szczęście. Wspólny rytm. Płynność.
Czasem gdy myślę o naszym związku, mam wrażenie jakbyśmy tańczyli. Jakby nasze słowa, gesty, zamiary zostały ułożone w choreografię, która nie pozwala nam się zderzyć. Ale czasem – zdarzają nam się potknięcia.
“W tym co mówisz nie widzę miłości… – przykro mi”
Czasem zdarzają nam się potknięcia. Wyglądamy wtedy jak dwa zielone ludziki na pierwszych zajęciach z zumby dla starych wyjadaczy. Instruktorka mówi co następuje, pokazuje kroki, wszyscy uczestnicy wiedzą co robić a my… – kompletnie zagubieni, nieskoordynowani próbujemy wydobyć z siebie gesty przypominające jakiś ruch, jakiś krok, coś. Wyglądamy jakbyśmy dopiero uczyli się podnosić ręce, kolana, robić obrót wokół siebie.
Gdyby ktoś zapytał mnie wtedy, jak podobają mi się zajęcia, jak się bawimy, czy jest fajne – powiedziałabym, że nie, nie jest fajnie. Jest koszmarnie! Ogólnie zajęcia spoko, czuję rytm muzyki, ale jakoś nie ma fal. Przez całe zajęcia próbowałam, i nic. I żeby nie było, że jestem uprzedzona, byłam na tych zajęciach już kilka razy (!) i ciągle to samo. I właściwie to zastanawiam się, czy jest sens chodzić na tę zumbę, bo póki co, tylko się frustruję i niewiele z tego mam.
I ktoś wtedy powiedziałby mi, że jest mu przykro, ale najwidoczniej ty i zumba do siebie nie pasujecie. Powiedziałby, że to nie jest aktywność dla mnie. A ja wtedy mogłabym zrazić się do czegoś, co mogłoby stać się moją największą pasją!
Kiedy zaczęłam swoją przygodę z aktywnością na siłowni, na pilatesie – nie wszystko potrafiłam wykonać. Czasem nim zacznę wykonywać jakieś ćwiczenie przyglądam się prowadzącej i próbuję rozgryźć jak ona tę rękę ułożyła… Czasem tak właśnie robię – przyglądam się. Nie pytam innych o rady. Nie komentuję. Nie szukam powodów ani wątpliwości. Przyglądam się.
Kiedy gubiłam z Dawidem rytm naszego związku, nauczona przez rodziców i koleżanki – mówiłam. Jak w filmach dzwoniłam lub przyjeżdżałam z jedną butelką wina w ręce i drugą w torebce, i rozmawiałyśmy. Krytykowałam. Narzekałam. Marudziłam. – Wyrzucałam z siebie emocje. I za każdym razem było mi przykro, że ktoś mówi coś złego o mężczyźnie, którego kocham. Mówi, że on nie dla mnie. Ale jak on może być nie dla mnie? Przecież bardziej dla mnie już się nie da być!
I wtedy zrozumiałam, że nie ma sensu prosić o radę kogoś, kto usłyszał tylko jedną historię. Kogoś, kto usłyszał kilka złych historii i ani jednej dobrej. Bo nie idzie się do przyjaciółki z butelką winą w ręce (a drugą w torebce) opowiedzieć jak wspaniałego ma się faceta. Mówimy, gdy jest źle, by poczuć się dobrze. Nie mówimy gdy jest dobrze, bo kto by chciał słuchać o naszym szczęściu…?
Czasem lepiej jest się zatrzymać. Zwolnić. Uspokoić myśli i… bez słowa przyglądać się. Patrzeć. Pytać, aby zrozumieć, nie aby atakować. Czasem dobrze jest zachować pewne wydarzenia dla siebie i nie pozwolić obcym ludziom mącić naszych myśli, poddawać wątpliwości miłość, sens związku.
Łatwo jest ulec słowom obcych ludzi, gdy jest nam przykro. Kiedy czujemy się przez partnera nierozumiane. Ale prawda jest taka, że tylko my wiemy jaki on jest naprawdę. Tylko my wiemy, czy jesteśmy szczęśliwe. I tylko my czujemy, czy on na pewno jest dla nas.
Nie każdy odnajdzie się w zumbie. To nie jest aktywność dla wszystkich. Ale warto do takich wniosków dojść samodzielnie. Nie każdy związek i nie każdy facet jest też dla nas – ale warto do takich wniosków dojść samemu – bez słuchania rad tych, co nigdy w naszym związku nie byli. Nie przeżyli tej radości, tylu chwil wzruszenia i głośnego wybuchu śmiechu.
A przede wszystkim – nie mów mi, że z moich jabłek nie zrobię szarlotki, bo tobie ona nigdy nie wyszła. Porady właśnie często takie są – opierają się na jednym zdarzeniu, małym wycinku dużej historii. Jak ja, my, inni, obcy mamy udzielić rady, skoro prócz tego skrawka nie wiemy nic? Czy warto jest zostawić kogoś tylko dlatego, że wiele osób, które nic o nas nie wie, tak nam doradziło? Czy warto jest zostawić kogoś tylko dlatego, że pod wpływem emocji powiedziałyśmy o nim wszystko co złe, skrywając swoje potknięcia?
Dziś wydaje mi się to strasznie żenujące, ale kiedy miałam czternaście lat… – powoli zaczynałam bać się, przejmować. Moje koleżanki miały już swoich pierwszych adoratorów, niektóre miały już kolejnego chłopaka, a ja? A ja jakoś tego nie czułam. Czułam natomiast presję, aby kogoś sobie znaleźć. Dziś wydaje mi się to strasznie żenujące, gdy przypomnę sobie, jak w wieku czternastu lat zapisałam w pamiętniku: do szesnastego roku życia chciałabym znaleźć chłopaka.
Po czym poznać, że za wcześnie dla ciebie na związek
Kiedy miałam czternaście lat, wiele moich koleżanek miało już swoich pierwszych adoratorów. Pierwszy raz chodziły już z jakimś chłopakiem za rękę, pisały z nimi do późna smsy, dostawały “sygnały” na telefon, a niektóre nawet już się całowały. To była poważna sprawa. Wkraczałyśmy w dorosłość. Zaczynał się najwyższy czas na znalezienie chłopaka! W końcu – żadna z nas nie chciała zostać starą panną w wieku 20 lat… .
I choć dorośli śmieją się z dzieci, rozczulają się nad ich szczenięcą miłością, pierwszą miłością – to znając życie mówią: dziecko drogie, na wszystko przyjdzie czas. Ale kiedy masz już te siedemnaście lat i wciąż jesteś sama, zaczną pojawiać się pytania: nie masz tam jakiegoś kawalera? Ty ciągle sama? A twoja siostra to już ma.
Tak zaczynają pojawiać się pierwsze kompleksy.
Pierwsze zwątpienie w siebie.
Pierwsze myśli, że coś ze mną jest nie tak.
Tak zaczyna pojawiać się presja bycia w związku.
Kiedy minie kilka lat, zobaczymy, że coraz więcej naszych koleżanek spotyka się z kimś na poważnie. Zaczynają się pierwsze poważne miłości, później pierwsze zaręczyny, ciąże – te planowane i nie.
Pojawia się zazdrość w stosunku do koleżanek.
Pojawia się pragnienie posiadania swojej rodziny.
Pojawia się pragnienie bycia kochaną, akceptowaną i szanowaną.
Wychodzą na wierzch zadry z dzieciństwa, które desperacko próbujemy zakleić związkiem. Bo przecież – związek (nie odpowiedni facet) to wszystko nam da: da nam szacunek, miłość, akceptację. Da nam powód do bycia szczęśliwą.
Będąc w związku będziemy dla kogoś ważne. Będziemy mieć kogoś, kto będzie chciał z nami spędzać swój czas. Dla kogo będziemy całym życiem.
Wychodzą wtedy zadry i kompleksy. Wychodzi pierwsze zwątpienie w siebie, i kolejne. Im dłużej odczuwamy brak tego związku, brak tego kogokolwiek – pojawia się panika. Pojawiają się pierwsze myśli “co ze mną nie tak”. Czasem pojawi się agresja, a czasem depresja. Czasem samookaleczenia. Czasem po prostu płacz i frustracja. Pojawia się coraz większa samotność i potrzeba jej zapełnienia kimkolwiek. Pojawia się okropna ochota ciepła. Otrzymania ciepła. Otrzymania uwagi. Okropna ochota kogokolwiek.
Ze stworzeniem dobrej relacji z partnerem jest jak z kredytem – musimy najpierw udowodnić (sobie, bankowi), że wcale go nie potrzebujemy.
Bank da nam pieniądze, jeśli udowodnimy mu, że wcale tych pieniędzy do życia nie potrzebujemy. Pożyczamy je, bo chcemy szybko spełnić pragnienie, a nie chcemy czekać. Stać nas, ale później – a my chcemy już. Oddamy pieniądze. Oddamy co nam dano.
Z budowaniem relacji jest podobnie. Jesteśmy gotowe na związek, kiedy potrafimy zbudować z partnerem relację nieopartą na żadnych korzyściach, a na zwyczajnej przyjemności ze wspólnego życia. Kiedy jesteśmy świadome swojej wartości, kiedy decydujemy się na wspólne podejmowanie decyzji a nie forsowanie swojej, a nie na zaspokajanie tylko swoich potrzeb.
Na stworzenie relacji jesteśmy gotowi wtedy, kiedy nasze szczęście, nasze być albo nie być, nasze szczęście i wewnętrzny spokój, nasza samoocena – nie zależy od tego czy “dostaniemy kredyt” w postaci związku, uwagi, szacunku, akceptacji, dziecka… – czy nie.
Bycie w związku dla mnie jest czymś najlepszym na świecie. To bycie wolnym, jednocześnie będąc związanym. Coś wspaniałego! Bycie w związku to beztroska w nic nierobieniu. Miłość w nic nierobieniu.
Jeśli ktoś wchodzi w związek z innego powodu niż chęć bycia z tą konkretnąosobą, jeśli wchodzi w związek dla korzyści, bo sama nie da rady – w związku też nie dasz rady. To jak pożyczanie pieniędzy z jednego banku, aby spłacić pożyczkę z drugiego. Problemy, które są teraz z każdą kłótnią, sprzeczką, różnicą zdań będą rosły coraz bardziej. I dojdą też nowe, choć te same problemy – dojdzie pragnienie akceptacji, szacunku, zrozumienia od kogokolwiek… . Dojdą wspomnienia i przeżycia, które związek miał naprawić, wytrzeć, wymazać.
To się nie skończy, dopóki nie będziemy kompletne. Dopóki nie będziemy wchodzić w związek z tą konkretną osobą, a nie dla zapełnienia pustki, potrzeby, która w nas jest. Dopóki nie będziemy wchodzić w związek bez konieczności spłacenia kredytu, który jest w nas i nie daje nam możliwości bycia szczęśliwą sama ze sobą.
NIE MOŻESZ SIĘ DOCZEKAĆ
e-booka?
zapisz się na Newsletter NaSwoim
jeśli chcesz:
• dostać DARMOWY rozdział e-booka
• dostać RABAT z okazji premiery
• tworzyć LEPSZY związek
DO PREMIERY E-BOOKA POZOSTAŁO:
00
dni
00
godzin
00
minut
00
sekund
Właśnie zapisałaś się do naszego newslettera. Szalenie się cieszę! Zaraz dostaniesz od nas pierwszego maila :)
Kilka lat temu oglądałam amerykańską wersję programu perfekcyjnej pani domu, prowadzony przez Anthee Turne. Odcinek był z dwoma dziewczynami, studentkami, współlokatorkami, które choć pracowały w kawiarni i znały wszystkie zasady higieny, choć w pracy były świetnie zorganizowane i utrzymywały należyty porządek – to w domu była istna katastrofa!
Na wiele lat zapomniałam o tym odcinku, aż do chwili, kiedy zaczęliśmy prowadzić nasz domowy budżet. Do momentu, aż zaczęliśmy większą uwagę poświęcać domowi i poznawać go. Do momentu, aż okazało się, że domem zarządzamy jak małą firmą – tylko bez spiny.
Jak oszczędzamy czas zarządzając domem bez spiny
Praca zawodowa wymaga ode mnie bardzo dobrej organizacji. Zwłaszcza przy kontrolach inspekcji państwowych zależy mi, aby wszystko przebiegło szybko i sprawnie. Kiedy proszą mnie o dokumenty – chcę od razu je dostarczyć. Bez szukania, zastanawiania się i tego stresu czy aby na pewno wszystko jest dobrze. Niechęć do negatywnych emocji, do tłumaczenia się, do tego okropnego poczucia niedopilnowania obowiązku sprawiła, że z każdą kontrolą starałam się lepiej zorganizować moje biuro i moją pracę.
Rutynowe zadania, które muszę wykonywać postanowiłam zautomatyzować, co pozwoliłoby mi zaoszczędzić czas i przede wszystkim wyeliminować możliwość pomyłki.
Natomiast praca z dokumentacją sprawiła, że zaczęłam wprowadzać do moich codziennych obowiązków systematyczność. Systematyczne, na bieżąco sprawdzanie, czy aby na pewno wszystko jest dobrze.
Wszystkie działania jakich podejmuję się w pracy i usprawnienia sprawiły, że zaczęłam czuć się w swojej pracy fantastycznie! Zaczęłam czuć, że wszystko jest na tyle dobrze, że nic mnie nie zaskoczy. Tak spodobał mi się porządek w pracy, spokój i oszczędność czasu – że mimochodem zaczęłam przenosić te wszystkie czynności na grunt domowy.
Wprowadziłam do domu organizację.
Nawyki
W naszym plannerze na swoim zaczęłam spisywać na jak długo starczą nam pewne produkty: opakowanie papieru toaletowego, zgrzewka mleka, szampon, pasta do zębów, opakowanie zmywaków, opakowanie tabletek do zmywarki, proszek do prania, itd.
Dzięki temu dowiedzieliśmy się ile kosztuje nas ten “dział” naszego domu – dużo czy mało. Czy zabiera nam dużo funduszy, musimy na nim przyoszczędzić, czy jest względnie ok. To było naprawdę bardzo ciekawe. W rezultacie dało nam poczucie finansowego spokoju. Zobaczyliśmy, że nie musimy rezygnować z jakichś udogodnień, bo koszta jakie niosą ze sobą te udogodnienia są znikome, zwłaszcza w porównaniu do komfortu jaki dzięki temu mamy.
Budżet
Zaczęliśmy prowadzić zapisy z budżetu domowego. Dokładnie te same, jakie Wy możecie pobrać każdego miesiąca w zakładce “pobierz” w górnym menu.
Miesiąc po miesiącu obserwujemy i analizujemy nasze wydatki. Analizujemy każdy grosz, każdą złotówkę, czarno na białym widzimy ile wydajemy na żywność, na alkohol, ubrania, psa, kosmetyki, paliwo.
To była najcenniejsza wiedza o naszym domu. Teraz jesteśmy w stanie przewidzieć nasze wydatki i oszczędności. Znając nasze nawyki, wiedząc jak często coś zużywamy możemy przewidzieć, ile pieniędzy potrzebować, np. za dwa miesiące. Sukcesem z prowadzenia zapisów z budżetu domowego jest dla nas niepobieranie już pieniędzy z konta oszczędnościowego.
Dokumenty
Uporządkowaliśmy wszystkie dokumenty w naszym domu. Każde z nas ma swój segregator, także nasz dom ma swój segregator, w którym przetrzymujemy wszystkie dokumenty, umowy, itd.
Gdyby któremukolwiek z nas coś się stało, gdyby trzeba było coś na szybko załatwić – wiemy gdzie szukać.
Jeśli na szybko będziemy musieli znaleźć swoją dokumentację medyczną – wiemy gdzie szukać. Możemy bez nerwów szybko zareagować.
Uporządkowanie wszystkich dokumentów, ich segregacja, podzielenie na kategorie zajęło nam wprawdzie kilka godzin, ale było warto! Ten “wysiłek” jest kompletnie nieporównywalny z poczuciem spokoju.
Co więcej: tam gdzie trzymamy wszystkie umowy – mamy też kartkę z wypisanymi informacjami, kiedy dana umowa się kończy, do kiedy musimy coś opłacać. Dzięki temu nie musimy wertować całego segregatora w poszukiwaniu tych najważniejszych informacji.
Zakupy
Choć zakupy pochłaniają nam dużo czasu – nie pochłaniają pieniędzy. Kupujemy to co naprawdę potrzebujemy. Przestaliśmy kupować na bliżej nieokreślone “zaś”, przestaliśmy kupować produkty, na które kiedyś może będziemy mieć smak. Zakupy robimy często, na bieżąco, więc nie ma mowy o żadnym przeterminowaniu.
Zaczęliśmy też obserwować produkty, które kupujemy i wyciągać wnioski. Wiemy, z których firm istnieje dużo ryzyko przyniesienia moli do domu. Wiemy, które chleby szybko pleśnieją i gdzie kupować te, które wytrzymają dłużej niż dwa trzy dni.
Tak jak w firmie trzeba poświęcić czas na przypatrzenie się współpracy, tak my przypatrzyliśmy się z kim mamy do czynienia na rynku spożywczym. Z kim warto “robić interesy”, a kogo omijać szerokim łukiem.
Sprzątanie, choć może dawać nam przyjemność, uspokajać i wyciszać – postanowiliśmy potraktować jak (miły) obowiązek, jak zadanie do wykonania w pracy na etacie, czyli coś, co się robi w tygodniu. Wszystko po to, aby weekend był weekendem, niepodważalnie służył nam do odpoczynku. Jedyne co zostawiamy sobie w pełni świadomie na weekend to pranie.
To był dla nas najtrudniejszy nawyk do wypracowania. Wygodnie było wrócić z pracy do domu i w tej samej chwili zacząć odpoczynek. Postanowiliśmy jednak poświęcać dziennie dosłownie pięć, dziesięć minut na ogarnięcie mieszkania. Na wykonanie chociaż jednej czynności – na wyniesienie śmieci, włożenie klamotów do zmywarki i opróżnienie jej, na odkurzenie, ogarnięcie ubrań z suszarki, przetarcie kurzu.
W pierwszych dniach weekendu czuliśmy, że coś byśmy porobili, coś sprzątnęli – bo przecież zawsze w soboty ogarnialiśmy mieszkanie po tygodniu “nie nie robienia”. Teraz – cieszymy się możliwością relaksu i brakiem jakichkolwiek obowiązków przez całe dwa i pół dnia.
Weekend to weekend – bezczelnie odpoczywamy!
W tym całym szaleństwie, w tej organizacji i “prowadzeniu” domu jak firmy jest też miejsce na luz. Dzięki zaoszczędzonemu czasowi mamy go teraz więcej na przyjemności. Na siebie. Na wspólne obejrzenie filmu. Na wspólne nic nie robienie. Wspólne rozmowy i wygłupy. Na powagę i beztroskę.
W naszym domu jak w dobrze prosperującej firmie – widzimy, że wszystko działa. Wiemy, że ze spokojnem możemy dalej się rozwijać. I w głowach mamy większy spokój. Nic nie zaprząta naszych myśli, nie trapi nas i nie nurtuje. Mamy poczucie bezpieczeństwa i pewność, że gdyby coś się stało – poradzimy sobie – nic nas nie zaskoczy.
Kiedy w dzieciństwie pytano mnie, jaki chciałabym mieć dom, zawsze odpowiadałam, że kochający. Żeby wszyscy się kochali, byli dla siebie mili, dobrzy… . Dziś wiem, że mam taki dom, o jakim zawsze marzyłam – bezpieczny. Co by się nie działo wiem, że damy radę. Mam dom, który znam i dzięki temu wiem, na ile możemy sobie pozwolić.
W czasie studiów miałam przedmiot, na którym uczyliśmy się jak działają poszczególne produkty. Nigdy nie zapomnę ćwiczeń, na których poznawaliśmy właściwości jajka. Ze wszystkich piętnastu trzygodzinnych ćwiczeń te pamiętam najbardziej.
W pewnym momencie, w czasie tych ćwiczeń, podeszła do mnie prowadząca i powiedziała, że majonez to jest takie super coś, co nawet jak nie wyjdzie, to nie trzeba wyrzucać – można uratować.
Jak?
Dlaczego związek jest jak domowej roboty majonez
Przepis na udany związek, tak jak przepis na majonez – jest szalenie prosty. Do zrobienia majonezu potrzebujemy kilku podstawowych składników – reszta, to dodatki, które mogą poprawić jego kolor, smak i zapach.
Jeśli w czasie jego przyrządzania, w porę zorientujemy się, zobaczymy, że ta breja majonezu nie chce przypominać – nie wszystko stracone. Nic nie jest stracone. Aby uratować majonezową masę, trzeba po prostu zacząć od początku. Do tego co już powstało, od początku, raz jeszcze – dodać jajko, od początku, raz jeszcze wsypać sól i od początku, raz jeszcze dodać musztardę. I wzbogacone o nową lekcję – od samego początku zacząć kręcić masę w tę samą, jedną stronę.
Tak, zdecydowanie kręcenie mikserem majonezowych ósemek nie jest najlepszym pomysłem. Ale teraz – mamy dwa razy więcej majonezu.
W przypadku związku jest podobnie.
Do stworzenia związku, także potrzebujemy kilku podstawowych składników, które każdy z nas w sobie ma. To są emocje, to wrażliwość, powaga i swoje poczucie humoru. Jednak w związku, jak w przygotowywaniu majonezu, mimo największych chęci, mimo składników – coś może pójść nie tak. Jeśli w porę zorientujemy się, że nasze chodzenie za rękę coś nie wychodzi, coraz częściej odsuwamy dłoń, a wspólne mieszkanie zaczyna doskwierać – nie wszystko stracone. Nic nie jest stracone. Aby uratować relację trzeba zacząć od początku. Od przygotowania składników i sprawdzenia, czy aby na pewno mamy wszystkie i w odpowiednich proporcjach. Czy nie ma za mało zrozumienia, wolności i za mało akceptacji – a za dużo złości i ukrytego żalu, rozpraszaczy i tajemnic.
Kiedy już proporcje będą się zgadzać – spokojnie, w jedną stronę (naszego celu) możemy zacząć proces łączenia składników. Bez zawirowań. Bez kręcenia. Bez esów floresów. Spokojnie.
Kiedy gotujemy, kiedy robimy majonez, ważne jest, aby zwracać uwagę na to co się robi. Działać uważnie. Nie działać pochopnie i nie wylewać od razu całej masy tylko dlatego, że teraz wygląda jak breja – a nie majonez; i nie zapominać się, nie wracać do starych nawyków. Każdy z nas pewnie ma takie przyzwyczajenie, które polega na robienia szlaczków mikserem na puszystej, białej masie od białek, albo na robieniu większych i mniejszych okręgów – tak z nudów, dla urozmaicenia tej monotonii czekania i ubijania.
Na szczęście związek to nie robienie bezy, gdzie odrobina żółtka kładzie białko na łopatki. Związek jest zdecydowanie jak majonez – jeśli szybko wyłapiemy problem, jeśli szybko zareagujemy i zachowamy zimną krew – uda się znaleźć rozwiązanie i uratować go – nawet podwajając jego ilość.
Wszak szkoda byłoby wyrzucać coś, co w sumie jest dobre, tylko… niedokończone.
Pamiętacie to uczucie, które towarzyszy przy poznaniu nowej osoby? Nowego faceta?
Pamiętacie jak to jest, kiedy nie mieszka się razem, a na każdy dźwięk smsa leci się do telefonu z nadzieją, może to on? Pamiętacie to uczucie, kiedy on pyta czy się spotkacie? Masz czas w sobotę? Te emocje jakie towarzyszą podczas szykowania się na spotkanie? Dylematy, jaką bluzkę wybrać? A może jednak nie czarne spodnie a zwykłe dżinsy?
Pamiętacie to uczucie, jakie towarzyszy Wam na pierwszej randce?
Cecha którą ma każdy facet w udanym małżeństwie
Bardzo lubię odwołania do pierwszych randek. Kiedy słyszę teksty o tym, że zakochanie to chwila, że nie ma nic wspólnego z długim życiem we dwoje – uśmiecham się do siebie. Mimo tylu lat razem, mimo tych wszystkich potknięć, upadków i sztormów – udało nam się nie tylko osiągnąć spokój, bezpieczeństwo ale i… – stan pierwszej randki.
Każde wspólne siedzenie w kuchni i każdy wspólny obiad jest dla nas fascynujący. Będąc razem w kuchni, za każdym razem tak samo się przepychamy. Za każdym razem śmiejemy się i wygłupiamy. Przybijamy sobie piątkę ciesząc się, że jesteśmy tak zgrani, tak podobni w żartach, w poczuciu humoru, ale tylko na tą chwilę, bo przecież tak bardzo się różnimy.
Lubię, kiedy chodzimy razem na spacery. Sami. Bez naszego psa. Kiedy idziemy obok siebie zaczynając z prawej nogi i patrząc czy uda nam się utrzymać rytm kroku. Lubię, kiedy idziemy do celu choć bez celu i rozmawiamy. Otwieramy się na siebie. Mówimy o tym co nas martwi, zastanawia i sprawia, że od kilku dni jesteśmy jakby nieobecni. Nie trzymamy się wtedy za ręce. Nie idziemy pod ramię. Po prostu idziemy. I rozmawiamy. Zadajemy pytania i dajemy odpowiedzi. Jak za czasów pierwszej randki okrywamy się kawałek po kawałku. Opowiadamy historię.
Czasem zażartujemy i patrzymy sobie wtedy głęboko w oczy. Taka nasza próba sił – między żartem a powagą.
Pamiętacie jak to jest, kiedy jest Was dwoje a świat przestaje istnieć? Kiedy nie ma znaczenia nic prócz Was tu i teraz? Kiedy na dźwięk smsa leci się do telefonu z nadzieją, że to on?
Bardzo lubię odwołania do pierwszych randek i tych pierwszych spotkań nowej znajomości. Poznajemy się wtedy kawałek po kawałku, bez trzymania się za ręce bo za wcześnie. Spędzamy godziny na spacerach i opowiadaniu historii. Poznawaniu siebie.
Każda historia jest wtedy dla nas fascynująca. Poznajemy tajemnice. Dowiadujemy się czegoś, czego nikt nie wie. Zostajemy obdarzeni zaufaniem. Z fascynacją chłoniemy każde słowo. Z fascynacją, z przejęciem, ze zdumieniem i zdziwieniem. Chłoniemy. Chcemy wiedzieć więcej. I chcemy też pomilczeć.
Bardzo lubię odwołania do pierwszych randek. Kiedy słyszę teksty o tym, że zakochanie to chwila, że nie ma nic wspólnego z długim życiem we dwoje – uśmiecham się do siebie. Mimo tylu lat razem, mimo tych wszystkich potknięć, upadków i sztormów – udało nam się nie tylko osiągnąć spokój, ale i… – stan pierwszej randki. Mimo tylu lat razem wciąż jesteśmy dla siebie fascynujący. Wciąż zadziwiamy się i rozśmieszamy. I choć wiemy czego możemy się po sobie spodziewać, choć wiemy, że w trudnej chwili bez zawahania możemy na sobie polegać – wciąż odkrywamy się na nowo. Wciąż rozwijamy się i jesteśmy sobą zafascynowani. Jak za czasów pierwszej randki.
I każdy pocałunek smakuje jak za tym pierwszym razem. Mimo tylu lat.
Każdy z nas ma swoją codzienność. Każdy z nas ma pracę, dom i obowiązki. Każdy z nas musi wynieść śmieci, puścić pranie i być dorosłym. Opłacić rachunki. Każde małżeństwo ma tą samą rutynę.
Ale tylko w szczęśliwych małżeństwach, tylko w tych udanych, partnerzy wciąż są dla siebie fascynujący. Tylko w tych udanych małżeństwach mimo wielu wspólnych lat razem – wciąż widzi się w tej drugiej osobie tego łobuza sprzed lat.
NIE MOŻESZ SIĘ DOCZEKAĆ
e-booka o budowaniu relacji?
zapisz się na Newsletter NaSwoim
co dostaniesz: • DARMOWY rozdział e-booka
• RABAT z okazji premiery
• wiedzę do stworzenia LEPSZEGO związku
DO PREMIERY E-BOOKA POZOSTAŁO:
00
dni
00
godzin
00
minut
00
sekund
Właśnie zapisałaś się do naszego newslettera. Szalenie się cieszę! Zaraz dostaniesz od nas pierwszego maila :)
Są takie dni, zwłaszcza zimą kiedy szczególnie śmieję się z przeszłości. Kiedy zimny, wilgotny od padającego śniegu dżins przykleja się do moich nóg, uśmiecham się do siebie na myśl, jak łatwo potrafimy sobie coś mówić. Jak nasze poglądy potrafią zmienić się z chwili na chwilę. Tak po prostu. Ot tak. Coś się umamiło.
Jako dziecko uważałam, że jestem za gruba by chodzić w spodniach. Bez względu na porę roku, bez względu czy było minus czy plus dwadzieścia stopni – zakładałam spódniczkę. Byłam przekonana, że w spódnicy wyglądam szczuplej.
I z dnia na dzień przestałam nosić spódniczki. Byłam przekonana, że w spodniach wyglądam szczuplej.
Przez wiele, wiele lat nie założyłam później spódniczki… .
5 rad jakie dałabym małej Asi
Pytaj. Pytaj dużo!
Małej Asi powiedziałabym aby pytała. Dużo pytała. Aby nie brała wszystkiego na wiarę, nie zadowalała się ochłapem odpowiedzi. Aby dociekała i próbowała zrozumieć, próbowała dotrzeć. Aby nie szła po prostej linii, a zgarniała wszystko co jest dookoła. Aby chłonęła całą sobą!
Powiedziałabym, że pierwsza odpowiedź nigdy nie jest tą prawdziwą. Powiedziałabym, że prawda zaczyna się wtedy, kiedy poświęcimy czas. Kiedy damy szansę.
Pytaj aby zrozumieć. Nigdy aby ocenić.
Jesteś Asią
Małej Asi powiedziałabym, że jest… Asią. Jest sobą. Taką sobą, taką Asią. Taką ze swoimi pasjami, swoimi potrzebami i swoimi oczami. I łydkami po tacie.
Powiedziałabym, że wcale nie musi na siłę iść do koleżanki na urodziny i nie ma nic złego w tym, że lubi spokój. Powiedziałabym, że ma prawo być sobą. Spędzać czas tak jak chce. Robić to co lubi. A wysoki wzrost – wcale nie oznacza, że lubi się grać w siatkówkę.
Powiedziałabym jej, że dobrze jest być sobą od początku. I niech będzie taką sobą, jaką chce. Niech szuka siebie. Niech patrzy, obserwuje i wyciąga wnioski. Niech będzie taka, aby być szczęśliwą sama ze sobą. Aby wiedziała, gdzie są jej granice i kiedy powiedzieć STOP, ja wysiadam.
Powiedziałabym jej, że taka jest najlepsza! Ale z tymi wulgaryzmami trochę przesadza. Ale luz – wszystko przed tobą. Pierwszy papieros także.
Nie musisz udowadniać
Małej Asi powiedziałabym, że nie musi udowadniać. Nie musi być ciągle silna. Nie musi zawsze dawać sobie rady. Nie musi umieć i rozumieć. Nic o tobie nie będzie tak bardzo świadczyć jak to, jaka jesteś kiedy nikt nie patrzy. Nieważne, czy dostaniesz jedynkę czy czwórkę. Czy dasz radę przeskoczyć przez kozła czy nie. Nieważne, czy masz dużo rzeczy, czy mało. Nieważne, czy wakacje spędzasz na wsi czy na nartach. Nie musisz udowadniać ile masz pieniędzy, jak bardzo jesteś mądra i światowa.
Ty masz wiedzieć jak dużo znaczysz. I wcale nie jesteś małym, szarym człowiekiem. Jesteś wielkim człowiekiem pełnym barw. Możesz wszystko – jeśli tylko to TY tego chcesz.
Nikt inny – tylko ty.
Stawiaj granice i burz mury
Małej Asi powiedziałabym, aby stawiała granice. Duże, wielkie jak malowane białą kredą na czarnej szkolnej tablicy. By nigdy, przenigdy nie dała sobie w kasze dmuchać. Aby nigdy, przenigdy nie traciła czasu na ludzi, przy których czuje się źle. Aby stawiała granice między tym co daje szczęście, a tym co je odbiera. I powiedziałabym, że wcale nie musi tego robić poprzez krzyk, poprzez kłótnie i nerwy. Może odwrócić się na pięcie i odejść. Tak po prostu. Bez wdawania się w dyskusje – bo nie warto nerwów szarpać.
A kiedy przyjdzie taka konieczność… – ach, powiedz niby eter, ale bardziej do siebie “a w dupie z tym…” i żyj dalej. Po swojemu. Nie przejmuj się. Relacje tworzą się właśnie na granicach.
A kiedy poznasz wspaniałą osobę, kiedy zobaczysz w drugim człowieku swojego człowieka – burz mury ile sił! Nie ma nic wspanialszego od przyjaźni. Od możliwości bycia sobą przy drugim człowieku. Takim sobą, jaki jesteś kiedy nikt nie patrzy.
Świat nie jest zły, a ludzie to nie kurwy
Małej Asi powiedziałabym, że na swojej drodze spotka różnych ludzi. Niektórzy będą złośliwi. Będą nadużywać zaufania i pozwalać sobie na zbyt wiele. Niektórzy wykorzystają każdą okazję aby cię upokorzyć i będą czerpać z tego ogromną radość. Niektórzy po prostu będą nieszczęśliwi. A niektórzy – po prostu źli – i tacy muszą być.
Ale spotkasz też takich ludzi, którzy będą najcudowniejsi na świecie! Których głos będzie uspokajał cię. Których objęcia sprawią, że świat przestanie istnieć. Będzie się liczyć tylko tu i teraz, i po cichu będziesz prosić świat aby na chwilę wyłączył czas. Którzy będą napełniać cię szalenie pozytywną energią. Spotkasz takich ludzi, którym nie będziesz musiała nic mówić, nic tłumaczyć – a oni będą wiedzieć. Będą się troszczyć o ciebie i dobrze ci życzyć. W nocy przejadą trzysta kilometrów byle podać ci herbatę, gdy będziesz chora. Którym będziesz mogła płakać w słuchawkę i wszystko będzie dobrze. Pomogą ci. Nie ocenią cię. Będą i będą rozumieć – nie będą pytać.
Spotkasz ludzi, dzięki którym zobaczysz jak cudowny jest świat. Jak wspaniałe jest życie. Jak wspaniale jest móc być sobą, słabą sobą przy innych.
Asia i Pawełek nad Zalewem Zegrzyńskim
A na sam koniec, małej Asi powiedziałabym, aby nie martwiła się przyszłością – bo wyrośnie na dobrego człowieka. Będziesz popełniać błędy, będziesz noga z wf-u (!) ale za to dobrze pójdzie ci matma w liceum, a to nie byle co! Będziesz mieć wspaniałego męża, który każdego dnia będzie sprawiał, że będziesz się śmiała. To będzie jedyna osoba w twoim życiu, która naprawdę będzie potrafiła cię rozśmieszyć. I będziesz miała wspaniałych przyjaciół wokół siebie, choć będzie dzielić was wiele kilometrów, którzy zawsze będą wiedzieć jaka jesteś, nawet, jeśli ty na chwilę zapomnisz. Którzy będą się o ciebie troszczyć i wspierać cię w chwilach zwątpienia.
I choć dziś nie lubisz jeździć na wieś, dziwisz się rodzicom, którzy sadzą nowe rośliny na działce i sprawia im to przyjemność – to jak dorośniesz będziesz mieć swoją małą urban jungle! A wieś – będzie twoim miejscem. Będziesz tam wracać przy każdej możliwej okazji.
Nie pytaj mnie jak widzę siebie za 10 lat. Kim chciałabym być za 10 lat.
Nie mam zielonego pojęcia.
Tak samo jak nie miałam pojęcia, że można w życiu trafić na tak cudownych ludzi. Że można doświadczyć takiej miłości i tak różnej miłości. Że będąc dorosłym można być tak bardzo szczęśliwym, jak w chwili, gdy robione były te wszystkie zdjęcia.
Kiedy zaczynaliśmy się spotykać z mężem, mało kto traktował nas poważnie. I nie ma co się temu dziwić – kto traktowałby poważnie związek piętnastolatki z siedemnastolatkiem mieszkającym trzysta kilometrów dalej?
Każdy wyjazd do siebie, każde spotkanie – przez innych traktowane było jak coś uroczego. Nic poważnego. Młodzieńcze zakochanie. Podnosili brwi ze zdumienia na informację, o kolejnym spotkaniu. I kolejnym. I kolejnym… .
Później zaczęły się podniesione tętna. Czy oni tak na poważnie? Jakby możliwość bycia z kimś na odległość była czymś abstrakcyjnym, absurdalnym, złym.
Tak. My tak na poważnie.
Na pewno nie.
Dlaczego zwlekaliśmy ze ślubem aż 10 lat!
Niektórzy mówią, że odwlekanie decyzji to oznaka braku męstwa, tchórzostwo. Niektórzy mówią, że jak się kogoś (naprawdę) kocha, to decyzja o ślubie nie powinna przerażać. Nie powinno być żadnych wątpliwości. Taka kolej rzeczy.
My nie mieliśmy żadnych wątpliwości. Byliśmy przekonani, że chcemy spędzić ze sobą resztę życia. Ale nie jako małżeństwo. Jeszcze nie.
Choć nie wyobrażaliśmy sobie życia bez siebie, wiedzieliśmy, że takiego życia jakie mieliśmy wtedy – nie chcemy mieć – bez poczucia bezpieczeństwa.
Nie chcieliśmy być z tych małżeństw, które kłócą się, obwiniają i mają do siebie pretensje. W którym żyje się niby razem a osobno. W którym co i raz następuje próba sił, forsowanie swojego zdania. Nie chcieliśmy być małżeństwem, które nie potrafi się dogadać. Które nie potrafi powiedzieć w prost.
Biorąc ślub chcieliśmy mieć pewność, że możemy czuć się przy sobie bezpiecznie – fizycznie i psychicznie.
Do tej pory znaliśmy się tylko od tej prawdziwej strony. Dzięki odległości jaka nas dzieliła, wiele nocy przeminęło nam niezauważenie na długich rozmowach. Tuż po lekcjach, gdy tylko wróciliśmy do domu odpalaliśmy komputer, gadu-gadu i rozmawialiśmy – dopóki nie nastał nowy dzień, dopóki niebo nie zaczęło zmieniać swoich kolorów, nim granat nie zaczął przemieniać się w czerwień, żółć i błękit, a ptaki nie zaczęły porannego trelu.
Tak, doskonale wiedzieliśmy jacy jesteśmy, kiedy nikt nie patrzy. Wiedzieliśmy kim jesteśmy w głębi siebie.
Ale nie zawsze byliśmy prawdziwymi sobą przy sobie.
Nigdy nie zapomnę tych wakacji, wyjazdu na Mazury gdy mieliśmy po piętnaście i siedemnaście lat. Nasza pierwsza poważna rozmowa twarzą w twarz. Pierwsze otworzenie się na siebie. Drugi dzień pierwszego spotkania. Siedzieliśmy razem, we dwoje, na żółtej ławce na terenie opuszczonego ośrodka wypoczynkowego. Dookoła nas las i małe domki w wyblakłych kolorach, z poniszczonymi barierkami, wybitymi szybami w oknach i z wyłamanymi drzwiami. To było tak abstrakcyjne, tak nierealistyczne a jednak byliśmy tam. I rozmawialiśmy. Mówiliśmy o uczuciach, choć nie były to uczucia do siebie. Mówiliśmy o strachu.
I wtedy Dawid dał mi swoją bluzę, choć nie było mi zimno.
Musiało między nami minąć wiele lat, nim znaleźliśmy w sobie odwagę do zrzucenia zbroi, jaką musieliśmy nosić na co dzień, a której nie widzieliśmy przez odległość. Musiało minąć wiele lat, nim nabraliśmy do siebie takiego zaufania, aby móc po ciężkim dniu być sobą przy sobie. Aby móc popłakać się z bezradności, trzasnąć drzwiami z wkurzenia i nie wzbudzać w sobie strachu.
Musiało minąć kilka lat, kilka kłótni abyśmy zrozumieli, że nie musimy się siebie bać. Aby być pewnym, że żadne nie zrobi drugiemu krzywdy. Nie podniesie ręki. Potrzebowaliśmy kilku lat aby nauczyć się, że przy sobie nie musimy podnosić nawet głosu.
Często piszę Wam, jak bardzo uwielbiam spędzać czas na wsi. To zdecydowanie mój kawałek świata. To tam kieruję się, kiedy jestem zagubiona i kiedy chcę się zgubić.
Jadąc samochodem, dodając gazu, przyspieszając, hamując, skręcając, stojąc i ruszając obserwuje życie na wsi – i zawsze uśmiecham się do siebie. Zdumiewa mnie ten kontrast między mną w ruchu a nimi statecznymi; spokojnymi, oddanymi rytmowi natury. Między mną zależną od koni mechanicznych i nimi – zależnymi od pogody. Kontrast między mną uległą wobec presji społeczeństwa, a nimi – uległymi wobec żywiołu.
Związek natury i człowieka jest przepiękny. To pierwszy związek jakiego doświadczamy w życiu. A gdybyśmy przyjrzeli mu się bardziej – zobaczylibyśmy, że nic tak nie uczy niedostępności jak próba wpłynięcia na naturę.
Na czym polega zasada niedostępności w związku
Kiedy wieje silny wiatr, z drżących sosen spadają szyszki a chmury jak okręty wojenne szturmują wszystkie promienie słońca, kiedy niebo przybiera kolor zakurzonego asfaltu – poddaje się. Zostaję w domu, domykam przez żywioł zamknięte okna. Wstawiam wodę na herbatę, gaszę światło, zapalam lampkę. Wyłączam muzykę. Nasłuchuję pisku wiatru, przez szyby oglądam roztrzęsione choinki.
Kiedy jest gorąco, kiedy żar leje się z nieba – nie próbuje dorównać słońcu. Nie rozpalam ogniska, nie smaruję się preparatem na przyspieszenie opalenizny, nie stoję w samym słońcu. Chowam się do cienia, szukam chłodu. Na głowę wkładam bandankę albo kapelusz. A ciało smaruję kremem z filtrem przeciwsłonecznym.
A kiedy jest zimno, kiedy prószy śnieg, mróz wdziera się rękawkami i przez kołnierz kurtki – zakładam szalik i rękawiczki. Dostosowuję się do panującej pogody. Nie wybiegam na ulicę z kocem ani suszarką. Nie biorę psa na spacer rozpalając w centrum osiedla ogniska by nie zmarznąć. Nie robię wbrew, nie robię na przekór – dostosowuję się ubierając cieplej. Zakładam wyżej zabudowane buty co by nogawki z nich nie wychodziły.
Na tym właśnie polega niedostępności w związku
Na działaniu według swoich potrzeb. Na dostosowywaniu się do sytuacji. Na umiarze. Na niepopadaniu w paranoję. Na naturalnym nurcie relacji.
Kiedy czytam historie kobiet, a wraz z historiami komentarze, jestem przerażona a z bezradności opadają mi ręce.
Ile przepłakanych nocy musi minąć nim kobiety zrozumieją, że nie warto w związku udawać kogoś kim się nie jest? Te kobiety chłoną toksyczne, zatruwające ich osobowość frazesy “bądź taka, bądź zołzą, rób, nie zrób, zrób krok w tył, trzy kroki w bok”. Jak mantrę powtarzają kim mają być, jak postępować aby go zatrzymać, aby go zainteresować.
A wystarczy się zatrzymać.
Przypomnieć sobie jak to było za czasów szkolnych, kiedy umawiało się po lekcjach na randkę. Z ekscytacją w sercu chodziło obok siebie, razem ruszało z prawej nogi i pilnowało kroku. Jak siadało się na schodkach, niby blisko siebie, a jednak z dystansem, i kawałek po kawałku odkrywało siebie. Kawałek po kawałku… .
Wystarczy sobie przypomnieć to pierwsze nieśmiałe muśnięcie dłonią dłoń i pierwsze splecione ręce.
Ten pierwszy, niepewny pocałunek. Palpitacja serca, zatrzymanie akcji.
Wystarczy przypomnieć sobie jak to było zanim naczytaliśmy się bzdur. Zanim zaczęliśmy grać, udawać i ugrywać. Wystarczy przypomnieć sobie, jak to było, kiedy nie robiło się nic wbrew sobie. Kiedy wszystko miało swój rytm, swój krok i swoje miejsce.
Zasada niedostępności nie polega na powstrzymywaniu się. Na nieokazywaniu radości, która rozrywa pierś. Na odmawianiu spotkania, choć nocą spać nie możemy marząc o wspólnym wyjściu.
Zasada niedostępności nie polega na kroku w tył.
Zasada niedostępności polega na tym aby dawać od siebie tyle, ile na tą chwilę czujemy się bezpiecznie. Na oddaniu siebie w takim stopniu, aby czuć do siebie szacunek – nawet, jeśli jutro mielibyśmy się już nie zobaczyć. Na oddawaniu siebie w taki sposób aby czuć, że robimy wszystko w zgodzie ze sobą, a nie wbrew. Robimy z umiarem, rozsądkiem a nie z paranoją.
Cieszę się, że w chwili gdy poznałam mojego męża – nie znałam tych gier w związek. Bez prania mózgu mogłam od samego początku być sobą i dać się poznać taką jaka jestem. Ze wszystkimi zaletami i wadami. Z wrażliwością jaką mam i gorącą wodą, w której często jestem kąpana. Cieszę się, że tworzyliśmy związek powoli, dając sobie szansę. Poznając się krok po kroku, rozmawiając o tym co ważne i nie. Wspólnie dyskutując, żartując i poznając swój pogląd na świat. Wspólnie popełniając błędy i wspólnie naprawiając je.
W tworzeniu związku nie chodzi o to, aby zainteresować sobą i zatrzymać. Chodzi o to, aby dobrze się dobrać. Aby poznać się takimi, jacy jesteśmy – bez żadnych gier, bez żadnego wbrew sobie.
Jeśli masz czas i ochotę – spotkaj się z nim, zadzwoń, odpisz. Jeśli nie masz dziś czasu ani ochoty – odmów.
Jeśli świeci słońce – idź się opalać, jeśli masz na to ochotę. A jeśli wiatr zrywa dachy domów – nie działaj wbrew swoim odczuciom, wbrew rozsądkowi i nie leż w deszczu na ręczniku plażowym w nadziei, że trochę się opalisz, odpoczniesz, zrelaksujesz…. .
21 MAJA PREMIERA E-BOOKA
o tworzeniu pozytywnej relacji w związku
zapisz się na Newsletter NaSwoim
jeśli chcesz:
• dostać DARMOWY rozdział e-booka
• dostać RABAT z okazji premiery
• tworzyć LEPSZY związek
DO PREMIERY E-BOOKA POZOSTAŁO:
00
dni
00
godzin
00
minut
00
sekund
Właśnie zapisałaś się do naszego newslettera. Szalenie się cieszę! Zaraz dostaniesz od nas pierwszego maila :)