Słowo roku 2021

Słowo roku 2021

Już niejednokrotnie mówiłam Wam o słówku roku. Jednym wybranym przez samego siebie słowie, które ma być dla nas drogowskazem na pozostałe, resztę dni roku.
Do słowa roku zawsze miałam lekceważące podejście. Wiedziałam, że niektórzy z moich Przyjaciół wyznaczają sobie takie słowo przewodnie na każdy rok, nie krytykowałam tego, nie przyklaskiwałam, raczej w skupieniu obserwowałam co się wydarzy. Patrzyłam jak to działa, jakie niesie ze sobą konsekwencje i jak bardzo wybranie słowa roku ingeruje w naszą wolność – jak jedno słowo mogłoby ingerować w moją codzienność i moje wybory.
Bo czy to nie jest dziwne podporządkować rok swojego życia jednemu słowu?  

Moje słowo na rok 2021

Do słowa roku podchodziłam kilka razy. Właściwie nie pamiętałabym o tym, gdyby nie blog. Przeglądając archiwalne posty widzę, że gdzieś tam podejmowałam próby jego wyznaczenia. Podsumowanie minionego roku pokazało mi, że właściwie w poprzednich 365 dniach żyłam według jednego słowa, choć dopiero po doświadczeniach mogłam określić co tym słowem było – samoświadomość. Natomiast rok 2019 zakończyłam z myślą, że wszystko co do tej pory robiłam, decyzje, które podejmowałam – były kierowane poczuciem bezpieczeństwa. Zrozumiałam wtedy, że nie ma nic cenniejszego od czucia się bezpiecznym. 

I kiedy myślę o bezpieczeństwie i samoświadomości, dostrzegam powiązanie tych dwóch, jakże sobie odległych słów. Patrząc na nie mam wrażenie, jakby mój duch najpierw stworzył bezpieczne miejsce, w dopiero to którym mogłam dać sobie możliwość uporządkowania kilku spraw i dać sobie szansę na życie w zgodzie ze swoim sercem i wartościami.

Ostatnie lata przygotowały pod moje stopy solidny fundament pod rok 2021. Dowiedziałam się co jest dla mnie ważne i poznałam nowe znaczenia słowa bezpieczeństwo – zaczęłam podejmować decyzje, które zapewniają mi bezpieczeństwo zdrowotne, a tym samym – komfort psychiczny, oddzielając od myśli to, co materialne.
W 2021 chcę pielęgnować ten ciąg. W poczuciu bezpieczeństwa, podążając ścieżką, która (wszystko na to wskazuje) prowadzi mnie do właściwego celu – chcę skupić się na poznaniu siebie.

W 2021 roku, stojąc nad rozstajem dróg, chcę zasłonić ręką wszystkie drogowskazy, którymi ukształtowali mnie rodzice, środowisko, zasłyszane słowa i zastanowić się – która droga będzie w zgodzie ze mną.

Chcę dowiedzieć się jaka naprawdę jestem, kiedy nie muszę przybierać maski, mówić „dziękuję, wspaniały prezent”, kiedy tak naprawdę – prawda jest inna.
W tym roku chcę żyć wyjątkowo wolno, wolniej. Chcę zatrzymać się przed zdarzeniem, zatrzymać czas i przypatrzeć się sobie. Poznać siebie. Swoje emocje, uczucia, zdanie. Chcę eksperymentować sama ze sobą bez brania pod uwagę otoczenia, co myśli, jakie moje decyzje wywrą na nich wrażenie.

I nie zrozumcie mnie źle, nie chcę być zimna, obojętna czy wręcz chamska, butna i ignorancka na słowa, uwagi, rady innych. Wciąż chcę być sobą. Tyle, że bardziej świadomą – bardziej świadomą powodów, przez które coś czuję, myślę, przez które tak zareagowałam.
Więc moim słowem roku 2021 będzie…. – ja.

2021 jest rokiem, w którym chcę poznać nieznaną siebie, aby móc jeszcze bardziej żyć według swoich wartości i w zgodzie ze sobą.
I o tej drodze do odkrywania siebie – będą najbliższe posty…

 

A co jest Waszym słowem roku 2021? Wybraliście już słowo, które mogłoby być dla Was drogowskazem na rozstaju dróg?

Jak to możliwe, że 2020 rok był tym najlepszym!

Jak to możliwe, że 2020 rok był tym najlepszym!

Uwierzycie jak Wam powiem, że styczeń był dla nas najbardziej kryzysowym miesiącem, jaki do tej pory przeżyliśmy? I choć nikt nie przypuszczał wtedy, że wybuchnie pandemia, psychicznie – dla nas początek roku był dużo gorszy, od wszystkich miesięcy pandemii razem wziętych.
Jak więc to możliwe, że dwanaście miesięcy później – z przeogromną euforią mówię – to był najlepszy rok naszego życia!?

Podsumowanie roku 2020

Gdybym miała powiedzieć, kim byłam w 2020 roku, powiedziałabym, że byłam obserwatorem. Ten rok poświęciłam na obserwowaniu siebie i swojego otoczenia. Postawiłam przed sobą pytanie: kim jestem? Jaka jestem? Co lubię? Czy to jak żyje teraz – odpowiadam mi?
Och, nie myślcie sobie, że obudziłam się pierwszego stycznia, zapisałam te pytania na kartce i codziennie przez 365 spisywałam odpowiedzi. Dziś, z końcem roku mogę śmiało stwierdzić, że tak postępowałam; wszystko co się wydarzyło, ułożyło się w jedną całość – we mnie.

Moja przyjaciółka, Dagmara, co roku wyznacza jedno, przewodnie słowo roku, które ma zdefiniować ten przyszły rok. Nazywa to: słowem roku. Kiedyś na blogu pisałam Wam, że dla mnie to dziwne; brzmi jak podporządkowywanie życia jednemu słowu. Dziś widzę, że w 2020 roku zrobiłam dokładnie to samo, choć nie byłam tego świadoma.

Gdybym miała określić rok 2020 jednym słowem, gdybym miała wyznaczyć jedno słowo, które opisze ten rok, powiedziałabym: samoświadomość.

W tym roku zdecydowanie dowiedziałam się kim jestem i jak chcę przeżyć moje życie. W pokraki sposób otrzymałam od losu to, o czym kiedyś marzyłam – 365 dni finansowej niezależności.
Od lipca, odkąd rzuciłam pracę na etacie, zaczęłam działać zgodnie z tym co czuję. Nareszcie znalazłam w sobie odwagę i czas, aby zaangażować się  w coś, co od dawna chodziło mi po głowie – w pomoc schronisku dla psów.

Wolontariat

Dziś ze śmiechem wspominam dzień, w którym będąc kolejny raz w schronisku, wykładając z samochodu stos karmy w workach i puszkach, Pan ze schroniska zapytał mnie kim jestem? Co ma powiedzieć dziewczynom, od kogo to są rzeczy?
A ja mu wtedy odpowiedziałam: od Asi, ale to im nic nie powie, nie znają mnie.
Dziś – czuję się jakbym była częścią ekipy Przytuliska. Poznałam Dorotę, założycielkę Przytuliska, jej córkę Hanię i część ekipy tej ludzkiej, jak i zwierzęcej.
Wpadłam na szalony pomysł stworzenia Przytulisku strony Internetowej i zaangażowania w pomoc Przytulisku influencerów i firmy. I wiecie co? Naprawdę, nie sądziłam, że tyle obcych osób powie mi „wchodzę w to!” i zrezygnuje z pieniędzy, z zarobku aby pomóc zwierzakom.
To jest mój największy sukces tego roku! Coś, z czego jestem szalenie dumna!

 

Praca

Ale wróćmy do pracy. W samym środku pandemii zrezygnowałam z etatu. Zrezygnowałam ze stałej pensji na rzecz… niepewności. Z pełnomocnika ds systemów bezpieczeństwa żywności stałam się wirtualną asystentką. Kontrolę produkcji, dokumentacji i audyty zamieniłam na „pracę biurową” dla moich Girlboss: obsługę klienta, research, social media i współtworzenie strategii biznesowych.

Kiedyś za punkt honoru postawiłam sobie, że co by się nie działo – będę pracowała w zawodzie! Mówiłam sobie, że nie po to studiowałam 5 lat, nie po to zaliczałam te wszystkie kolokwia i laborki, aby to wszystko poszło w pieruny! 

Dziś już wiem, że od „pracy w zawodzie” ważniejsi są ludzie, z którymi się pracuje, atmosfera. I przede wszystkim – relacje. 

Pracując „na swoim” nie jestem „złem koniecznym”. Jestem partnerką biznesową. I szalenie doceniam fakt, że mój sprzeciw wobec pomysłu mojej Girlboss nie jest odbierany jak „stwarza problem” a raczej jako „coś, co później zaowocuje”.

 

Małżeństwo

2020 rok był rokiem naszej małżeńskiej rewolucji. Choć zawsze dawaliśmy sobie dużo przestrzeni, w tym roku – naprawdę pozwoliliśmy sobie na bycie sobą. Na postępowanie w zgodzie ze sobą, z naszymi obecnymi potrzebami.
I choć ten rok zaczął się dla nas naprawdę źle – czuję, że kończy się najlepiej jak tylko mógł!

Niedawno przeczytałam cudowne słowa: dziękuję, że nie musiałam wybierać między byciem sobą, a byciem z tobą. W tym roku dokładnie tego doświadczyliśmy. Byliśmy milion procent sobą. Postępowaliśmy zgodnie z naszymi potrzebami bez cienia zmartwienia – jak zostaniemy ocenieni.
Sprawdzian, z bycia sobą w związku zdaliśmy na 5+.

Finanse

Ten rok pokazał mi dwie rzeczy: znajomość budżetu domowego jest szalenie ważna, a pieniądze są kompletnie nieważne.
Nie da się ukryć, że fundamentem tego roku było rzucenie etatu. 

Ale nie byłoby to możliwe, bez znajomości naszego budżetu domowego – naszych zarobków, potrzeb i wydatków. Kilka miesięcy szalenie dokładnych notatek sprawiło, że na tyle dobrze poznaliśmy nasze nawyki finansowe, że byliśmy w stanie stać się niezależni i nieuzależnieni od pracy.

Kiedyś przeczytałam, że powinniśmy mieć różne źródła dochodu – na wszelki wypadek. I ja się tego trzymam!

Bo nie ważne ile masz pieniędzy, jakie masz zarobki każdego miesiąca – ważne jest to, abyś czuła się bezpiecznie. Aby utrata jednego źródła nie sprawiła, że zawali się Twój świat.

[et_pb_wc_images product=”11237″ show_product_image=”on” show_sale_badge=”on” _builder_version=”4.7.7″ _module_preset=”default”][/et_pb_wc_images]

Powiększenie rodziny

I w tym roku nasza rodzina powiększyła się. Po śmierci naszego psa, Czarka, w grudniu 2019 – pojawiła się Lupo w styczniu 2020. Lupo, która szalenie odmieniła nasze życie i która, mam nadzieję, zostanie z nami na najbliższe 20 lat… Nasza mała łobuzica, którą kocham szalenie!

Ja

Ten rok kończę lżejsza o kilogramy toksycznych emocji.  Odsunięcie się od toksycznych relacji sprawiło, że w mojej głowie pojawiła się przestrzeń na skupienie się na sobie – przypomnienie sobie kim jestem i jaka jestem; co jest dla mnie ważne i jak chcę aby wyglądała moja codzienność. Kiedy przestałam otaczać się toksycznymi ludźmi, nabrałam energii do wprowadzenia w życie zmian, które dałyby mi jeszcze większy komfort.
Bez toksycznych osób obok, nagle okazało się, że porażki nie istnieją. Że nie ma czegoś takiego jak „nie udało ci się osiągnąć”. Przyjaciele widzą w naszych działaniach próby w dążeniu do celu, motywację i siłę. Wrogowie zaś – nieudacznictwo, porażkę i głupotę.

 

Ten rok zdecydowanie był inny od poprzednich. Był przełomowy! W mojej głowie było to 365 dni rozgrzewki przed życiem po swojemu. Były ciężkie dni, tygodnie i całe miesiące. Były dni, w których byłam skrajnie wyczerpana i miałam dość. Dni, w których byłam zagubiona i nie wiedziałam kim jestem i po co mi to.
Ten dziwny 2020 rok był dla mnie rokiem, w którym nauczyłam się na nowo wstawać i robić pierwsze roki.
Nie wiem jaki będzie rok 2021. Ale mając za sobą solidną rozgrzewkę wiem, że teraz wszystko zależy ode mnie. Teraz już tylko ode mnie zależy, jakie wyznaczę granice. Jedno wiem na pewno – nie chcę być lepsza od siebie. Chcę wreszcie być sobą – bez udowadniania czegokolwiek komukolwiek.

Co podarować komuś, kto ma wszystko

Co podarować komuś, kto ma wszystko

Znacie te rodzinne rozmowy, w których próbujecie „wymusić” na kimś podpowiedź, chociaż najmniejsza wskazówkę, co kupić na prezent? U nas takie rozmowy były przy każdej możliwej okazji. Czy to urodziny, czy Święta Bożego Narodzenia, zawsze słychać było tę samą odpowiedź: nic. Nic nie chcę! Naprawdę mam wszystko.

– No ale chociaż coś małego, symbolicznie…  – za każdym razem mówiła moja mama, próbując przekonać nas do prezentu.

Aż pewnego dnia wpadłam na pomysł, co chciałabym dostać!  Co nie kosztuje wcale dużo, jest symbolicznym drobiazgiem, a sprawi mi ogromną radość! Wpadłam na pomysł, który przerodził się w naszym domu w tradycję.

 

Prezent dla kogoś, kto ma wszystko

 

Trudno jest przekonać kogoś, że nie chce się żadnego prezentu. Trudno tym bardziej, kiedy dorastało się w takiej tradycji i kulturze. I choć mogłabym napisać „odkąd pamiętam, w naszym domu dawało się prezenty…” to jestem przekonana, że tak powiedziałaby każda z Was.

W czasach, w których mamy dostęp do wszystkiego, kupowanie prezentów stało się czymś naturalnym. A może nawet stało się obowiązkowe? W końcu, kto z nas nie zna zwrotu, że nie wypada przyjść do kogoś z pustymi rękami…
Butelka wina, ciasto, kwiaty – tak symbolicznie, na wejście, z najlepszymi życzeniami.

Ale o ile przychodząc do kogoś w gości, dajemy coś, co zaraz szybko zniknie, tak z prezentami Świątecznymi jest inaczej. Zazwyczaj dajemy wtedy coś, co zostanie z nami na lata, do następnych urodzin, do następnych Świąt. I tak co roku. Jeden prezent od męża, jeden prezent od rodziców, jeden prezent od teściów, babci i cioci. Jeden prezent sześć razy kilka razy w roku, przez kilka lat.

W pewnym momencie już nie miałam sił tłumaczyć mamie, że naprawdę nie chcę żadnego prezentu. Że ja nie zmieniam biżuterii, jeden wisiorek mi w zupełności wystarczy, a kubków i miseczek mam wystarczającą ilość. 

W końcu powiedziałam mamie wprost: mamo, wydasz pieniądze, stracisz nerwy i czas, i kupisz mi coś, co schowam do łóżka, z czego nie będę korzystać i tylko będzie się kurzyć i zajmować miejsce. To naprawdę nie ma sensu.

I choć te słowa były dla mojej mamy bardzo przykre, bo moja mama to ten typ człowieka, który ostatnią koszulę by oddał, byle sprawić drugiej osobie radość, to udało nam się znaleźć inne rozwiązanie. Rozwiązanie, które uszczęśliwia nas wszystkich.

Już drugi rok z rzędu, w ramach Świątecznego prezentu, każdy z nas daje kwotę, którą przeznaczyłby na prezent i przelewa te pieniądze na schronisko.
W tamtym roku pieniądze przelaliśmy Ośrodkowi rehabilitacji zwierząt chronionych w Przemyślu. W tym roku – wesprzemy Przytulisko w Jadowie, kupując wirtualną paczkę karmy lub wizytę u weterynarza.

 

 

Bo prawda jest taka, że wszelkie prezenty to tylko symbole. Chwilowe radości, przedmioty, których przybywa, ale które nie zmieniają naszego życia. Nie wpływają na nasz status ani komfort życia. To tylko przedmioty na tu i teraz.

A dla schroniska – to możliwość wykarmienia zwierzaka. To możliwość zakupienia kropel przeciw kleszczom i możliwość ocieplenia budy. A przede wszystkim – to możliwość uratowania kolejnego życia.

Nic co może być wszystkim.

W te Święta Bożego Narodzenia miłość odczujemy bardziej

W te Święta Bożego Narodzenia miłość odczujemy bardziej

Czy jesteście w stanie przypomnieć sobie, które z minionych Świąt Bożego Narodzenia były tymi najlepszymi? Który świąteczny obiad lub świąteczna kolacja, były tak bardzo wyjątkowe, że poczuliście, jakby cały świat nagle przestał istnieć? Liczy się tylko ta chwila, to miejsce, te cztery ściany i wy – wszyscy razem…
Znacie to uczucie?

To taki dziwny, aczkolwiek szalenie przyjemny stan, w którym mamy wrażenie jakbyśmy stali obok siebie samych. Jakbyśmy nagle byli obserwatorami obecnej chwili, na chwilę wyłączeni ze świata rzeczywistego, namacalnego i całym sobą czuli chwilę, emocje, przeogromną radość i jeszcze większy spokój.
Może tym uczuciem właśnie nazywa się błogostan?

Ja przeżyłam takie Święta. Nie pamiętam kiedy, ale pamiętam gdzie i z kim wtedy byłam. Pamiętam każde uczucie, jakie towarzyszyło mi tamtego wieczora.
Dziś ta ilość osób na kolacji wigilijnej będzie niemożliwa. Ale… czy to znaczy, że te Święta będą gorsze? Że zabraknie Magii Świąt?

 

Dlaczego te Święta Bożego Narodzenia będą tak bardzo wyjątkowe

 

W tym roku, z powodu pandemii, nie spotkamy się z rodziną w większym, niż pięcioosobowym gronie. W tym roku nie pojedziemy na Wolę, nie przybijemy sobie z kuzynem i jego żoną piąteczki, nie uściskamy się z ciocią i od progu nie przywita nas śmiech wujka. Babcia nie zasiądzie na swoim fotelu, a kuzyn mojego kuzyna wraz ze swoją narzeczoną nie przygotują performensa aby dostać prezent od Świętego Mikołaja, czyli mnie.

Bo w naszej rodzinie jest taka tradycja, ach, w której to ja przebieram się za Świętego Mikołaja – zakładam czerwone, wielkie porcięta, wielką czerwoną bluzę, białą brodę na gumkę i oczywiście czerwoną czapkę z białym pomponem, i z wielgaśnego wora losuję po jednym prezencie. Każdy ze zgromadzonych przy Świątecznym stole musi powiedzieć wierszyk lub coś przedstawić, aby dostać ode mnie prezent.

A kiedy wszyscy już otrzymają swoje prezenty – wymieniamy się nimi.

I to jest najbardziej wyjątkowy moment w czasie tej kolacji!
Jest szalenie głośno, gwarno i każdy jeden po prostu pęka ze śmiechu.

Ale w tym roku tak nie będzie.

 

Gdzie zatem ta cała magia świąt?

Nie wiem czy w tym roku pojedziemy na Święta na Śląsk, choć bardzo bym chciała. Przez pandemię nie widzieliśmy się z teściami już prawie rok i zwyczajnie nam za nimi tęskno. Jeśli uda nam się pojechać w tym roku do Zabrza – to będzie wyjątkowe spotkanie!

Święta w Zabrzu są dla mnie podwójnie szczególne, ponieważ odkąd spotykam się z Dawidem, a będzie to już dobre 14 lat, wszystkie Święta Bożego Narodzenia spędzałam właśnie u niego.  Najpierw jeździłam do niego sama pociągiem, o szóstej rano mając pociąg z Dworca Wschodniego, a później, odkąd wzięliśmy ślub w 2016 roku – jeździliśmy na Śląsk już razem samochodem – jako małżeństwo, jak rodzina.

W tym roku nie będzie Świąt na Warszawskiej Woli, ale za to, mam nadzieję, uda nam się spotkać choć na chwilę na działce cioci i uda nam się złożyć sobie Świąteczne życzenia. A tak bardziej po ludzku – chciałabym ich po prostu zobaczyć w ten wieczór.

Szalenie kocham moją ciocię, wujka i kuzynostwo; są przefantastyczni, a każde spotkanie z nimi jest po prostu przepełnione dobrymi emocjami, serdecznością i zawsze, ale to zawsze jest po prostu prześmiesznie. Chcę spędzić z nimi choćby tych kilka chwil. I jeśli to się uda… – to będzie wyjątkowy czas.

Ale tak naprawdę, te Święta będą wyjątkowe z zupełnie innego powodu . W te Święta, jeśli uda nam się spotkać – to spotkamy się wszyscy. W te Święta, jak w żadne inne, doceniamy siebie. Popatrzymy na siebie i w duchu, sami do siebie w myślach powiemy, jak bardzo kochamy te osoby. Jak bardzo cieszymy się, że są. W te Święta, jak w żadne inne przedtem – będziemy blisko.

I tak sobie po cichutku życzę, aby w te Święta wielu ludzi na nowo odkryło czym jest miłość i czym jest rodzina.

By zdjęli maski, zdjęli zbroję, odłożyli swoje miecze, kopie i topory, otworzyli drzwi, przez które tyle razy tak bardzo niechętnie przechodzili i od progu krzyknęli: Wesołych Świąt! Żeby choć raz w tym roku było normalnie…

Te Święta będą wzruszające.

Co sprawiło, że postanowiłam rzucić etat na rzecz… niepewności i braku stabilizacji

Co sprawiło, że postanowiłam rzucić etat na rzecz… niepewności i braku stabilizacji

Niedawno rozmawiałam z koleżanką o zakładaniu swojej działalności. Koleżanka powiedziała wtedy, że będąc już 10 lat na swoim, nie wyobraża sobie pracować na etacie. Czy ja sobie wyobrażam powrót na etat? Tak, jak najbardziej! Ale czy jest to możliwe? Szczerze wątpię.
I nie dlatego, że podoba mi się wolność, którą daje własna działalność. Bez względu czy pracuje się na etacie, czy na własnym – są rzeczy, które muszą zostać wykonane w terminie, i nie podlega to żadnym negocjacjom. Wręcz przeciwnie! Będąc na swoim mam szalenie nieregularny czas pracy! Najczęściej pracuję do godziny dziesiątej rano, a później… ponownie siadam do pracy koło szesnastej, kiedy większość osób wylogowuje się ze służbowych myśli, aby móc w pełni oddać się rodzinie.
Zastanawiacie się jak to może być „fajne”?

Aby móc powiedzieć Wam dlaczego postanowiłam rzucić etat i zerwać z branżą spożywczą, muszę pokrótce opowiedzieć Wam czym zajmowałam się przez ostatnie siedem lat…

 

 

Dlaczego postanowiłam rzucić etat i zerwać z branżą spożywczą

 

Moja kariera zawodowa przebiegła iście książkowo. Będąc na studiach (studiowałam technologię żywności i żywienie człowieka) zafascynowało mnie bezpieczeństwo żywności, przeprowadzanie audytów, tworzenie procedur, które mogłyby coś usprawnić. Czułam się w tym szalenie spełniona! Miałam poczucie, że mogę wykorzystać dwie moje mocne strony: twórczość i kreatywność oraz dokładność i zamiłowanie do porządku. I nie mam tu na myśli pedantyczności. Po prostu lubię, kiedy wszystko jest robione tak jak powinno, zgodnie ze sztuką. To daje poczucie spokoju i sprawia, że można uniknąć wielu nerwów.

Jeszcze będąc na studiach, dostałam się na wymarzone płatne praktyki! Zawsze chciałam być audytorem, jeździć po sklepach czy firmach, patrzeć z czym sobie nie radzą i proponować lepsze rozwiązania. A tu miałam taką możliwość!
Mało tego, mając jeszcze studenckie mleko pod nosem, mogłam zweryfikować swoją wiedzę i zobaczyć, w czym jeszcze muszę się poduczyć, w jakich dziedzinach złapać doświadczenie, aby być najlepszym audytorem świata.
To było szaleństwo! Naprawdę czułam, że to była największa szansa jaką mógł zaoferować mi świat, a ja z tej szansy skorzystałam!

Z planem na siebie, zaczęłam krok po kroku realizować mój cel. 

Zatrudniłam się w fabryce spożywczej w dziale kontroli jakości. Codziennie, przez prawie dwa lata, chodziłam na halę produkcyjną. I muszę Wam powiedzieć – zakochałam się w tych ludzi z produkcji! Uwielbiałam spędzać z nimi czas. Na każdej zmianie miałam swoją ekipę, z którą mogłam przegadać całą zmianę, równocześnie pomagając im w ich pracy.

Z biegiem czasu okazało się, że zdecydowanie lepiej czuję się na hali produkcyjnej, niż w biurze.

Tylko problem był taki, że wielu ludzi z biur – zupełnie inaczej patrzyło na ludzi z produkcji.
Patrzyli na nich jak na… sama nie wiem jak to nazwać? „Gorszy sort”, „margines”, jak na kogoś mniej wartego, tylko dlatego, że wykonuje pracę fizyczną.

Nie podobało mi się to. Nie podobało mi się to co widziałam i co słyszałam.
Nie podobała mi się ta hierarchia biur. Nie podobało mi się to wywyższanie się, ani to, że stanowisko miało decydować o naszej wartości – także wśród ludzi z biur.  To nie był mój świat.
Zwolniłam się.

I chyba już nie muszę mówić Wam, co było dalej?

Kolejna praca na etacie, kolejna fabryka i kolejny podział ludzi na lepszych i gorszych. I choć zawodowo czułam się szalenie spełniona w tej firmie, tak moje wewnętrzne zasady i wartości kłóciły się z tym, z czym muszę się mierzyć na co dzień.

Aż pewnego dnia usłyszałam od mojej przełożonej: Asia, nigdy nie będzie tak, że będziesz się w pracy ze wszystkimi lubiła. 

I wiecie co?
To był bodziec.

Zaczęłam zastanawiać się: dlaczego mam pracować z ludźmi, z którymi się nie dogaduję? Mam 29 lat. Przede mną jeszcze 36 lat pracy! Mam przez 36 lat pracować z ludźmi, z którymi się nie lubię? Przez 36 lat pracować i nie patrzeć na to jak się czuję, co przeżywam, bo liczą się tylko pieniądze i zarabianie? Nie zarabiam aż tyle, aby pieniądze były dla mnie motywacją.

Mam dopiero 29 lat. To nie jest czas na nerwy. To jest czas na przeżywanie najwspanialszych chwil mojego życia! Na dobre emocje, na szaleństwo i głośny śmiech! Jestem za młoda, aby nazwa stanowiska miała cokolwiek o mnie mówić.
Rozumiecie: stanowiska. Nawet nie tytuł naukowy.  Ogólnie przyjęta nazwa stanowiska.

 

Wiec rzuciłam pracę!

Postanowiłam pójść w kierunku świata online, w którym zbierałam przez kilka lat doświadczenie prowadząc blog, ucząc się o social mediach, jeżdżąc na branżowe konferencje i czytając książki o tym jak funkcjonują biznesy online.
Kiedy powiedziałam o moim pomyśle przyjaciołom, ci zaczęli popychać mnie w tym kierunku. Mówili mi: Asia, masz wiedzę! Masz doświadczenie! Nie bój się! Działaj, kobieto!

I dziś moje ogólnie przyjęte stanowisko mogłoby nazywać się: wirtualna asystentka/managerka. A oficjalnie, w naszej dwuosobowej strukturze, maile podpisuję: prawa ręka i lewa noga. Bo takie właśnie dzierżę stanowisko – pomagam, wspieram, działam. Wybijam złe pomysły z głowy i dodaję smaku tym już powstałym.  Ściągam ciężar z barków i daję czas.
A co najważniejsze: w tej naszej dwuosobowej strukturze – nie ma szefa. Jesteśmy partnerkami. Jesteśmy dwoma firmami, które razem współpracują. Które mają jeden cel. W której każda z nas ma swoją działkę i realizuje ją najlepiej jak potrafi! Obie jesteśmy specjalistkami, choć każda w innej dziedzinie. I żadna z nas nie jest gorsza, bo zajmuje się czymś innym, niż ta druga.

Czy wyobrażam sobie powrót na etat? Tak.
Czy jest to możliwe? Szczerze wątpię.
Dlaczego?

Bo dopóki nazwa stanowiska będzie świadczyć o człowieku, tak długo nie będzie w firmie równości.

Dopóki nie będzie ufało się pracownikowi i szanowało go, tak długo nie będzie w firmie dobrych emocji i relacji.

A żeby praca miała sens, aby przynosiła efekty – trzeba chcieć być jej częścią.

Chciałabym, aby pracodawcy zrozumieli, że pracownik nie jest niewolnikiem.

Pewnie, nie ma ludzi niezastąpionych. Ale gdyby nie ci ludzie na dole, nie byłoby tych na górze.
I pewnie, pieniądze są ważne. Ale nie są ważniejsze od nas.

Więc ja wybieram swoją niepewność.
Wybieram mniejsze zarobki.
I wybieram nienormowany czas pracy.

Więc ja wybieram zgrany zespół.
Wybieram zaufanie.
Wybieram wdzięczność i docenianie.
Wybieram szacunek i równość.

Więc ja wybieram dom.
Wybieram radość.
Wybieram dobre emocje i brak nerwów z zewnątrz.

Koniec końców to właśnie liczy się w życiu – życie.
W każdym znaczeniu tego słowa.

Więc teraz pytanie do Was: jakie chcecie mieć to życie? Pełne jakich emocji? Jakich relacji? Co jest dla Was najważniejsze?

Masz swój Notatnik najlepszych chwil?

Masz swój Notatnik najlepszych chwil?

Ile razy brałyście się za pisanie pamiętnika? Albo – ile razy kupowałyście planner w nadziei, że teraz będziecie zapisywać każdy jeden drobny szczegół, może ten szczęśliwy, z własnego życia?

Za pisanie pamiętnika brałam się wiele razy. I każdy z tych razów, podszyty był inną motywacją.
Ostatnim razem, kiedy sięgnęłam po pamiętnik, zrobiłam to, aby poznać swoje życie. Chciałam przekonać się, zobaczyć, czy moje życie faktycznie jest tak bardzo nudne, tak bardzo nie dzieje się w nim nic wyjątkowego? Nie ma w nim żadnych większych emocji?
Pamiętnik ten pisałam codziennie przez trzy miesiące.
Ale przerwałam pisanie.

Notatnik najlepszych chwil. Bo najlepsze nie muszą być tymi, co dają najwięcej szczęścia.

 

Nie każdego dnia działo się w moim życiu coś, co wyróżniłoby go od innych. Niektóre dni były tak bardzo zwyczajne, że pisanie codziennie tej samej, choć miłej rzeczy, czułam, że mija się już z celem. Spłycało poczucie szczęścia i wdzięczności do rzeczy, a nie do osoby, dzięki której mogłam doświadczyć tych emocji.

A jednak czułam już narzuconą przez siebie presję codziennego pisania. Wszak do tej pory nie pominęłam ani jednego dnia! Od trzech miesięcy każdy dzień został przeze mnie starannie opisany w moim starannym pamiętniku.

I niby nikt nie powiedział, że pamiętniki bezwzględnie należy prowadzić każdego dnia. Ale, no właśnie, tak się jakoś przyjęło. A może, tak właśnie ja chciałam przyjąć? Udowodnić sobie, że mogę być w tym konsekwentna, choć gdzieś tam w głębi czułam, że pisanie pamiętników to nie moja bajka…

Aż pewnego razu, całkiem niedawno, bo cztery miesiące temu, moja przyjaciółka Karolina powiedziała mi, że wydaje Notatnik najlepszych chwil. Taki notatnik. Nie dziennik, nie planner, nie pamiętnik. Notatnik. Notes, tylko dużo ładniejszy! Taki, który będzie minimalistyczny, przyjemny, ciepły. Który będzie przy nas. I który to co najważniejsze – będzie miał w środku – zapisane przez nas.

I choć tego jej wtedy nie powiedziałam, zaczęłam zastanawiać się – dlaczego notatnik? Dlaczego nie planner? Dlaczego nie dziennik czy ten, ach, niech mu już będzie, pamiętnik?

Dziwiło mnie to, bo przecież Karolina na swoim instagramie zachęca do dzielenia się swoimi szczęśliwymi chwilami i opisywania ich hashtagiem szczęście jest proste. Skoro jest proste – to dlaczego chwil?
I skoro szczęście – to dlaczego najlepszych chwil, a nie tych szczęśliwych?

I kiedy wzięłam Notatnik do ręki, kiedy dotknęłam jego okładki, kiedy przewertowałam grube kartki w kropki – zrozumiałam. Wszystko zrozumiałam. 

Kiedy pracowałam na etacie, moja droga do pracy przebiegała albo przez las, albo przez pola. PEwnego razu zauważyłam, że  około 4:20 nad ranem, tą samą drogą przemierzał jeleń. Nasze spotkania były regularne. I muszę Wam powiedzieć, że po pewnym czasie z ogromną ekscytacją jechałam do tego miejsce, na nasze spotkanie.
To była najlepsza część tej pracy i tej zmiany. Najlepsza chwila po ośmiu godzinach ciężkiej pracy i 35 km przejechanych w jedną stronę. Chwila – tyle co trwa uśmiechnięcie się i spojrzenie komuś w oczy. Najlepsza – bo najbardziej wyjątkowa z całego dnia. To był najlepszy moment mojego etatu – zobaczenie samotnego łosia, który codziennie przemierza tę samą drogę.

I kiedy trzymałam swój Notatnik w ręce zrozumiałam, dlaczego ma on taką, a nie inną formę. Dlaczego Notatnik, a nie dziennik, czy pamiętnik. Bo czasem – wystarczy jedna chwila z dnia. Jedna chwila z jednego odcinka naszego życia.

 

Zauważony jeleń i spotkania z nim.
Podpisany urlop! Po ciężkim okresie w pracy.
Wyjątkowy ślub, który nas zachwycił, wzruszył.
Pierwsza myśl, kiedy zdaliśmy sobie sprawę ze słuszności naszego wyboru.
Zbieg okoliczności, który sprawił nam ogromną radość, a może i stał się początkiem czegoś nowego? 
Złożenie wypowiedzenia – nowy początek lepszego życia.

Jedna chwila, które nadaje wyjątkowości. Która zatrzymuje czas i pozwala nam czuć.

W Notatniku nie musimy się rozpisywać. Nie musimy same przed sobą streszczać dnia i przekonywać siebie, że ten dzień był wyjątkowy. I nie musimy narzucać na siebie presji pisania codziennie. W końcu – to tylko Notatnik. A w notatnikach – zapisuje się tylko to, co jest naprawdę ważne.

I wiecie, tak sobie myślę: wielu pragnie szczęścia. Dąży do celu, który da mu spełnienie, radość, uczucie, podobne do wygranej na loterii. Dążymy do szczęścia zapominając, że zwyczajność też jet cudowna! A prawdziwe szczęście daje odnalezienie w tej codzienności tych najlepszych chwil.

A notatnik najlepszych chwil, możecie kupić w sklepie mojej przyjaciółki Karoliny Wilk.

5 jesiennych faktów o mnie

5 jesiennych faktów o mnie

Jesień jest dla mnie najbardziej niesamowitą porą roku. To mieszanka emocji każdej innej pory. Jest w niej romantyzm, melancholia, wyciszenie i szaleństwo! Za dnia wystarczy, że nałożymy na siebie czapkę i już możemy wyskoczyć na dwór, zaś wieczorem i nad ranem – konieczna jest ciepła kurtka. Kiedy pada deszcz – doceniam dom. Kiedy jest sucho – zaciągam się chłodnym powietrzem i zachwycam się najpiękniejszą paletą świata – brązy, pomarańcze i zielenie! Moje kolory.

Moja osobowość to jesień. To w jesieni czuję się najlepiej. I dlatego dziś kilka jesiennych faktów o mnie.

Czego o mnie nie wiesz

1. Kocham się w kardiganach i botkach

Miłość szalona! Uwielbiam długie swetry i w nich czuję się najlepiej.
Kompletnie nie mam wyczucia stylu i nie znam się na modzie. Będąc w długim swetrze mam poczucie, że moja sylwetka wygląda najkorzystniej. Do tego czarne, klasyczne botki i mogę podbić świat! Jesień to jedyna pora roku, w której nie tylko czuję, że mam styl, ale czuję, że to co nosze jak najbardziej oddaje moją osobowość.
Bardzo przywiązuję się do ubrań, dlatego zazwyczaj w okresie jesieni i zimy spotkacie mnie – zawsze tak samo ubraną. Mam dwa kardigany, w których chodzę na okrągło, na zmianę z długim, miętowym swetrem z liceum i ciepłą, zieloną bluzą.
W czarnych botkach chodzę od kilku lat. Kiedy zniszczą mi się jedne – szukam jak najbardziej podobnych.
Zdecydowanie, jeśli chodzi o modę, nie lubię zmian ani eksperymentów.

 

2. Uwielbiam, kiedy w domu pachnie

Jesień to dla mnie czas intensywnego palenia świeczek i wosków zapachowych. Uwielbiam, kiedy w domu pachnie. Dla mnie dom, w którym nie ma zapachów, to tak jakby nie żył. W zapachach ukryta jest osobowość domowników. Już przekraczając próg domu, można wyczuć jakie obecnie panują w nim emocje.
A szczególnie uwielbiam te zapachy, które oddziaływują na zmysły. Które nie tylko „ładnie pachną” ale dają też ukojenie, pobudzenie, dotykają naszych myśli.

Rozmaryn i trawa cytrynowa!

Nie znaleziono żadnych wyników

Nie znaleziono szukanej strony. Proszę spróbować innej definicji wyszukiwania lub zlokalizować wpis przy użyciu nawigacji powyżej.

3. Mam problem z uszami

Kiedy tylko zawieje wiatr, choćby najmniejszy, od razu mam przewiane uszy. Dlatego już od września chodzę po dworzu w czapce. W okresie jesienny, awaryjnie, zawsze mam też jedną czapkę w samochodzie.

 

4. Jestem introwertyczką i osobą wysoko wrażliwą

Mówiłam Wam, że jesień to pora roku mojej osobowości :). Bardzo dobrze odnajduję się siedząc w domu, zakładając na siebie grube, wełniane skarpety i nie musząc z niego wychodzić.
Jesień jest też dla mnie porą, w której najłatwiej mi przeanalizować dotychczasowe decyzje, skupić się nad planowaniem przyszłości i skoncentrować się nad bieżącymi sprawami. Tak jak drzewa zrzucają liście i żegnają się z tym co było, tak samo ja zamykam pewne rozdziały życia, aby w przyszłym roku móc zacząć na nowo.
Jesienią odkrywam też w sobie nowe pasje.

 

5. Lubię gotować ale tylko jesienią

W ciągu roku, na próżno szukać mnie w kuchni. Choć skończyłam technologię żywności i żywienie, to nie lubię gotować. Nie miewam na coś „smaka” i nie czerpię większej przyjemności z jedzenia. Dlatego trudno jest zaimponować mi kulinarnymi wyczynami. Ale jesienią to się zmienia! Uwielbiam wtedy piec, robić nalewki i obiady składające się z typowo polskich, sezonowych warzyw i owoców. To są moje smaki.
I co tu dużo mówić, w czasie pieczenia – nasze mieszkanie pachnie przepięknie!

Oj tak, jesień to zdecydowanie pora roku, w której najłatwiej jest mi tworzyć, ale też otworzyć się na innych. To pora roku, która pomaga mi być sobą, i pomaga mi wyrazić się.

A teraz kolej na Was! :) Opowiedzcie mi o sobie. Czujecie, jakby w Was też jesienią zachodziły pewne zmiany? Może są jakieś czynności, ktore o tej porze roku szczególnie lubicie robić?
Czekam na Wasze historie!

Każdy chce szczeniaczka. Ale czy to dobra decyzja?

Każdy chce szczeniaczka. Ale czy to dobra decyzja?

Kiedy poczujemy chęć posiadania psa – każdy z nas, w pierwszej chwili, myśli o szczeniaczku. I ja się kompletnie temu nie dziwię! Wszak sami przygarnęliśmy kilkumiesięczną Lupo do naszej rodziny i dokładnie z tych samych powodów, co inni. Szczeniaczki są po prostu przesłodkie.

Czy jest coś lepszego niż możliwość wychowania psa od maleńkości? Od przeżycia z nim całego jego życia?

Tak…

Czego nie chciałam wiedzieć adoptując szczeniaka

Lupo była nam pisana i nie ulega to żaden dyskusji! W dniu, w którym pożegnaliśmy Czarka, jej poprzednika, ona została przywieziona z interwencji do Warszawy. W jakiej miejscowości się urodziła? Nie wiem. Ale wiem, że wraz z rodzeństwem urodziła się w starej szopie. I wiem, że przez kilka godzin próbowała złapać ją straż miejska. I złapali – ją jako pierwszą. W krzykach, wyciągając do niej ręce, szarpią ją.
Kiedy Lupo trafiła do domu tymczasowego – przez dobę nie chciała wyjść z klatki, tak bardzo się bała.
A konsekwencje tej krótkiej przeszłości – my widzimy do dziś.

Lupo jest cudownym psem!
Jest w niej mnóstwo radości, ale też i bardzo dużo strachu. Uwielbia biegać wolno po dworzu, ale boi się dźwięków – boi się samochodów, wybuchów, obcych ludzi. I choć uwielbia być głaskaną i czuć bliskość drugiego człowieka – boi się wyciąganych do niej rąk, także naszych, choć naszych już coraz mniej.

Kiedy przygarnęliśmy szczeniaka myśleliśmy, że bierzemy psa bez przeszłości. Psa, którego będziemy mogli obdarzyć przeogromną miłością, który będzie z nami szczęśliwy. Psa, który tak jak Czarek będzie naszym wiernym kompanem.
Ależ my się pomyliliśmy!

Lupo, choć jest szczeniakiem, dźwiga ogromny ciężar lęku ze sobą. Choć była maluszkiem, cały czas pamięta moment, w którym próbowano ją złapać. Pamięta ręce, obcych ludzi, zakamarki, w których się próbowała schować. I choć jest z nami już rok, choć widzimy, że jej strach jest coraz słabszy, widzimy, że on wciąż jest. I jest częścią niej.

Adoptując Lupo nie zdawaliśmy sobie też sprawy, że pies może być aż tak żywiołowy, pełen energii. Czarek był spokojny, psy rodziców także są spokojne, choć bardzo absorbujące. Ale nie ma w nich tyle energii, co w małej Lupo.
Szczeniak w bloku? Na 54m2?
To nie był dobry pomysł.

Uczenie szczeniaka sikania na dworze mieszkając na 4 piętrze?
To też nie był dobry pomysł.
I nie wiedziałam, że nauka sikania Lupo na dworze będzie wiązała się z wychodzeniem z nią na spacer co kilka godzin – także – w środku nocy, zimą…

Lupo jest przesłodka!
Jest chodzącą słodyczą. Uwielbiam na nią patrzeć i szalenie rozbraja mnie jej mimika. Na jej pyszczku widać wszystkie emocje jak na dłoni. Widać, kiedy się boi, kiedy jest szczęśliwa, kiedy chce się bawić. Można z niej czytać jak z otwartej książki. Ale mimo wszystko… – drugi raz na szczeniaka bym się nie zdecydowała. Tym razem – przygarnęłabym starszego psa.
Psa, który już potrafi załatwiać się na dworze.
Psa, w którym nie ma już tyle energii.
Psa, który potrafi zrozumieć w jakimś stopniu swoje emocje.

Lupo wprowadziła do naszego domu mnóstwo radości. Jestem do niej szalenie mocno przywiązana, i ona do mnie również. Odkąd pracuję z domu, wszędzie gdzie idę lub jadę – biorę ją ze sobą, żeby nie musiała dostawać sama. Na wzajem zapewniamy sobie towarzystwo.

Ale adoptując psa – nie możemy kierować się tylko słodyczą. Słodycz w końcu przemija. Każdy szczeniak dorasta. A to co pozostanie z nami na lata, to ogromna miłość. Bez względu czy weźmiemy starego psa, czy szczeniaka – on nam odda całe swoje serduszko. A naszą rolą jest się tym serduszkiem dobrze zaopiekować.
Pies nigdy nie jest winien błędów człowieka.

Jak to się stało, że nie będziemy mieć dzieci

Jak to się stało, że nie będziemy mieć dzieci

Z mężem jesteśmy parą od 2006 roku. Nie pamiętam kiedy pierwszy raz zadano mi pytanie „kiedy będziecie mieć dzieci”, ale to pytanie ciągnie się za mną po dziś dzień. Czasem zapyta ktoś z rodziny, czasem zapyta o to któraś z czytelniczek bloga. Ot, zwykłe pytanie, w końcu już tyle lat razem.
Zawsze zbywałam te pytania, odpowiadałam żartem, wymijająco, a czasami – warcząc.

Bo przecież kto by się spodziewał usłyszeć: nie będziemy ich mieć. W ogóle. 
To nie jest odpowiedź, którą spodziewasz się usłyszeć w czasie rodzinnego obiadu, między jedną a drugą łyżką niedzielnego rosołu, i nie jest to temat, który chcesz omawiać z całym światem.
Zwłaszcza, że to nie świat o tym zadecydował.
My też o tym nie zadecydowaliśmy.
A może jednak tak?

Odebrano nam szansę na dziecko. Kilka razy.

Nie powiem, że jak każda para, tak i my baliśmy się na początku zajść w ciążę. Przecież są pary, które świadomie decydują się na dziecko, mimo swojego młodego wieku. My jednak świadomie, przez bardzo długi czas, nie chcieliśmy mieć dzieci. I nie dlatego, że hulaj dusza, że nie poradzimy sobie finansowo czy dlatego, że nie czuliśmy się dość dojrzali. Te powody mogłyby być jedynie wymówkami, tekstami, którymi chce się uciąć dyskusję.
Nas ograniczało coś innego.

Strach

Pierwszy był strach. Strach, że dziecko mogłoby urodzić się niepełnosprawne, mogłoby urodzić się z rozszczepem kręgosłupa – tak jak urodził się mój brat.
Choć było to w latach dziewięćdziesiątych, pamiętam jak wyglądało jego i moich rodziców życie. Pamiętam te upokorzenia, które spotykały mojego brata ze strony nauczycieli szkoły integracyjnej. Pamiętam te upokorzenia, które spadały na moich rodziców. I pamiętam też, z jakimi finansami wiązało się życie z dzieckiem niepełnosprawnym. To nie były tylko pieluchy do końca życia. To było też kupno odpowiedniego biurka do szkoły integracyjnej, bo szkoła nie chciała zapewnić biurka dostosowanego do dziecka na wózku. Ale za to mówiąc o szlachetności i wsparciu – zapytali moich rodziców, czy nie mieliby nic przeciwko, jakby i inni uczniowie na wózkach mogli z tego biurka korzystać.
Pamiętam też jak brat był wykluczany z różnych gier na szkolnej świetlicy i oglądania telewizji – to wszystko znajdowało się na piętrze. A on na wózku – nie miał się jak tam dostać po stromych i krętych schodach. Pamietam to, bo mając osiem lat to ja siedziałam z nim na parterze świetlicy i uspokajałam go, kiedy ten płakał. Płakał przez niesprawiedliwość, przez wykluczenie, przez to, że dzieci mu dokuczały a opiekunki nie reagowały. A z bezradności – rwał sobie włosy z głowy. Garściami.
Pamiętam jak rodzice musieli chodzić i błagać opiekunki o pomoc, o wsparcie, o zrozumienie.

Długo nie chciałam mieć dzieci, bo nie chciałam przeżywać tego co moi rodzice.
I nie chciałam jeszcze raz doświadczać tych samych emocji. Jak na jedno życie – ten raz to już było dużo.

 

A może jednak odważyć się?

Byliśmy rozdarci. Z jednej strony myśleliśmy o tym, że kiedyś w naszym życiu pojawi się dziecko i chcieliśmy tego, ale z drugiej strony ciągle zastanawialiśmy się, a co jeśli miałoby urodzić się niepełnosprawne? Postanowiliśmy, że zanim zdecydujemy się na dziecko, jakie nie miałoby się urodzić, to najpierw zaoszczędzimy pieniądze. To miało być nasze zabezpieczenie na wypadek, gdyby urodziło się niepełnosprawne. Te pieniądze miały dać nam czas na nową organizację życia, na szukanie rozwiązań.
Dziś, z perspektywy czasu myślę, że to był po prostu pretekst do odłożenia decyzji o dziecku w czasie.

 

Musimy porozmawiać.

Lata mijały. Coraz więcej osób coraz częściej pytało kiedy? I my też musieliśmy w końcu zadać sobie to pytanie: co robimy? Co zrobimy?
Wielokrotnie o tym problemie rozmawiałam z moją mamą i z moim mężem. Zastanawiacie się pewnie, dlaczego z mamą. Bo ona to przeżyła. Chciałam wiedzieć z czym ona z tatą musiała się zmierzyć od początku, od narodzin brata – aż do jego śmieci. Chciałam zwyczajnie wiedzieć co mnie będzie czekać i zastanowić się. Spróbować odnaleźć się w tym, co może nas czekać.
Mój mąż wiedział jak wiele nerwów straciłam i łez wylałam przez niepełnosprawność brata. Choć nie ma go z nami już 10 lat, jak widzicie, życie z niepełnosprawnym bratem, nie moim dzieckiem, a bratem, wywarło na mnie strasznie duży wpływ.
Wiedząc, że mogę urodzić dziecko niepełnosprawne, chciałam, aby Dawid był tego świadom i razem ze mną podjął decyzję – co robimy? Decydujemy się na dziecko czy nie?
I mamę, i męża spytałam jak by zareagowali, gdybym chciała usunąć ciążę.

 

Operacja

A później okazało się, że mam nowotwór. Niby nie był złośliwy, ale konieczna była operacja na jajniku.
Dostałam namiar na najlepszego ginekologa onkologa, umówiłam się do niego na wizytę i dostałam wytyczne co mam robić. Właściwie, już na pierwszej wizycie mieliśmy wszystko zaplanowane, łącznie z datą operacji.
Dostałam skierowanie na USG, które miałam zrobić tuż przed operacją. Poszłam więc do Medicovera i usłyszałam: wie pani o nowotworze i dopiero teraz robi usg? Gratuluję, nie będzie pani mogła mieć teraz dzieci.

Popłakałam się.
Przecież stosowałam się do wytycznych lekarza!

 

Czarny protest

Kiedy pierwszy raz pojawiły się informacje o tym, że aborcja nie będzie możliwa, wyraziłam swój pogląd. Powiedziałam co myślę. W odpowiedzi usłyszałam, że takie jak ja w ogóle nie powinny mieć dzieci! Bo jaką trzeba być kretynką i egoistką, aby decydować się na dziecko wiedząc, że może urodzić się niepełnosprawne? Takie jak ja – nie powinny się w ogóle wypowiadać.

Co robimy?

Od pierwszych naszych rozmów o dziecku, aż do tej chwili, minęły cztery lata. Postanowiliśmy, że… – spróbujemy! Będziemy starać się o dziecko i zrobimy wszystko, co tylko w naszej mocy, aby urodziło się zdrowe! Będziemy się regularnie badać, sprawdzimy wszystkie mikro i makroelementy, niedobory uzupełnimy, a nadmiary – ustabilizujemy.
Może to przez stres?

Zakaz aborcji

A później był korona wirus i zakaz zgromadzeń. Ponad dwanaście tysięcy zachorowań dziennie. Z każdej strony płynące informacje, że ktoś zmarł: kolega, przyjaciel, wujek, aktor. Paraliż państwowy i posiedzenie trybunału konstytucyjnego. I informacja o tym, że aborcji nie będzie można dokonać nawet wtedy, gdy płód będzie uszkodzony. Bo każdy ma prawo do życia – nawet, jeśli to życie miałoby się skończyć w dniu narodzin.

 

 

Mój brat był pierwszym dzieckiem rodziców. Kiedy mama zaszła w drugą ciążę, lekarze radzili jej usunąć płód. Mówili, że mogę rodzić się zdeformowana: bez rąk i bez nóg. Mówili, że mogę być warzywem.
Mama mimo wszystko zdecydowała się mnie urodzić.
Dlaczego? Nie wiem. Nie wiem czy powiedziała mi prawdę, czy nie. Są tematy tak trudne, że ciężko jest powiedzieć prawdę.

Czy ja bym się zdecydowała usunąć płód gdyby okazało się, że będzie takie jak mój brat? A gdyby było upośledzone nie tylko ruchowo, ale i umysłowo?

I potem przypominam sobie jak rodzice dzieci upośledzonych, niepełnosprawnych walczyli w sejmie o lepsze życie dla siebie i swoich dzieci. Jak opowiadali, że ich dzieci wymagają stałej opieki, a one same są do nich przykute. Co i raz widzę reklamy w telewizji różnych fundacji, w których zbiera się pieniądze na „podopiecznych”. I każdego dnia widzę jak na facebooku ktoś udostępnia zbiórkę na leczenie dziecka.
I znów na języku gorycz upokarzanie.

Co dziś czuję?
Dziś czuję, że odebrano mi szansę.
Odebrano mi prawo do zmierzenia się z problemem.
Od kilku lat rozważaliśmy temat ciąży, dziecka, od kilku lat przygotowywaliśmy się do rozpoczęcia starań o dziecko. Od kilku lat mierzyliśmy się z decyzją co zrobimy, trawiliśmy każdą opcję – i na każdą opcję też się przygotowywaliśmy. Nie wiem jak by było, gdybyśmy faktycznie byli w ciąży. Ale dziś już się nie dowiemy. Bo państwo, które zmusza do działania, a za razem odwraca się od pomocy – nie jest państwem opiekuńczym. Nie mam poczucia, że kiedy okaże się, że płód jest uszkodzony – otrzymam wsparcie – jakiekolwiek: psychologiczne, socjalne, medyczne. Za to dziś już wiem na pewno, że kiedy okaże się, że płód jest uszkodzony – nie otrzymam nawet szansy. Szansy na oswojenie się z informacją, stawienia czoła rzeczywistości i podjęcia decyzji. Dziś podjęto decyzję za mnie.

Kiedy był czarny protest ktoś z komentujących facebooka powiedział: takie jak ty nie powinny w ogóle zachodzić w ciąże.
Dziś dokładnie te same słowa wypowiedział trybunał konstytucyjny – choć nie tak dosadnie.