SHARE WEEK 2017 – blogerzy polecają blogerów

Musisz coś wiedzieć o Share Week’u. Musisz wiedzieć co to jest i ja Ci to powiem. Jest to genialna akcja Andrzeja Tucholskiego, która ma na celu promowanie blogerów – przez blogerów! I to jest super. Fajnie, kiedy jedna branża, niby konkurencja wspiera się. To jest ten rodzaj serdeczności, który już… zanika – na rzecz egoizmu.
W zeszłym roku dopiero stawialiśmy naszego bloga, dlatego też nie wzięliśmy udziału w Share Weeku. Dziś MyNaSwoim rozwija się, działamy prężnie i bierzemy udział w akcji!

Share week 2017

Poniżej znajdziesz 3 blogi, które skradły nam serduszko. Ale pamiętajmy, że blog – to nie tylko blog. To też ludzie! Ludzie, których poznajemy na konferencjach, spotkaniach, przypadkowo nawiązujemy kontakt komentując sobie posty, wchodząc w
dyskusje i zwyczajnie radząc się.

SOCJOPATKA.PL

Wiem, to nudne, ciągle o niej mówię. Ale serio – dziewczyna jest jak złoto! Jej blog czyta się lekko, zawsze mądrze, krótko i na temat – treściwie. To pod jej postami zostawiam najdłuższe komentarze. Ja to wiesz, taka refleksyjna, spokojna jestem. Lubię czasem pofilozofować. A Dagmara pisze właśnie o takich poważnych sprawach ale w sposób rozrywkowy, płynny – poważnie ale w lekkim tonie, o! Tak bym to ujęła.
Wiesz, to jest ten typ człowieka, z którym chce się przebywać. Jest tak wesoła, tak urocza, tak śmieszna – ale tak pozytywnie! Jak sobie przypomnę jak ona się śmieje – to i ja się śmieje.
A prywatnie często przeprowadzam z nią burzę mózgów, kiedy coś chcę zrobić ale nie do końca wiem co i jak. Pomaga mi, inspiruje, motywuje.

ZUDIT.PL

Dziennikarka – Judyta. Czasem mi się wydaje, że jest taką Judytą z filmu “Nigdy nie mów nigdy” z Danutą Stenką. No taka (dużo) młodsza bohaterka tego filmu. Jej posty są genialne, śmieszne, napisane poprawną polszczyzną! Opowiada o swoim życiu i dziennikarstwie tak, że nie można oderwać od niej wzroku.
Jeśli szukasz kobiety, która ma w sobie ogrom dystansu – to właśnie znalazłaś.
Blog Judyty jest genialny do czytania w drodze do pracy, w pracy w przerwie na kawę, na zrelaksowanie się i rozbawienie. I ten cykl jej mamy – boski!
Powiedziałabym Ci – leć na jej blog i nie czytaj dalej – ale mam dla Ciebie jeszcze jedne blog godny uwagi!

 

ANETAnieZAJAC.PL

Anetę poznałam na blogotoku, konferencji dla blogerów. No powiem Ci – jej trafne uwagi, spostrzeżenia i ten język – klękajcie narody! Są po prostu komicznie śmieszne! Blog Anety jest w dużej mierze blogiem podróżniczym. Znajdziecie tam jej boskie zdjęcia chociażby z Czarnobyla! Zazdrość razy milion!!
Aneta to taki mały człowiek (serio, no niska jest) ale o tak ogromnym poczuciu humoru, że przewyższa Guliwera! W ogóle ma przepiękny uśmiech – ale nie będę dla uśmiechu polecać Ci jej bloga. Rzuć okiem na treść – a zamarzą Ci się podróże i taki styl życia!
W sumie Aneta to taki człowiek, który chyba zawsze wyjdzie cało z opresji dzięki swojemu poczuciu humoru.

 

Jeśli czytacie blogi, które skradły Wam serduszka – podzielcie się nimi! Dajcie znać w komentarzach kogo wstyd się przyznać, że się nie czyta ;)

Jak odzwyczaiłam się od słodyczy!

Czekolada to moja zmora. A raczej miłość. Wielka, ogromna, pyszna, słodka miłość! Od nie pamiętam kiedy, ale codziennie jadłam czekoladę. Najczęściej to były dwie czekoladki do porannej kawy. No, może jeszcze dwie do popołudniowej. Wiesz, miałam wyrzuty sumienia. Cholera, ślub za kilka miesięcy, suknia zamówiona a czekolady ubywa! Gdzieś tam z tyłu głowy świtała mi myśl, rozsądek mówił, że powinnam przestać tyle jeść, że za dużo, za często. Ale ta czekolada jest taka dobra!! Chciałam, naprawdę chciałam przestać jeść czekoladki ale jak? Jak, skoro one ciągle są w tej szafce!!

jak odzwyczaic sie od slodyczy 2

Silna wola

Nie mam jej. Silna wola to jakiś wytwór inwalida. Próbowałam mówić sobie, że to puste kalorie, że idzie w boczki, psuje zęby. Wmawiałam sobie: od dziś nie jem czekoladek! To moje silne postanowienie – od dziś nie jem! No ale Kochana, powiedz mi, co w miłości wygrywa: rozum czy serce? No serce! No serce i miłość do czekolady.
Doszło do tego, że… zaczęłam oszukiwać swojego własnego, nieprzymuszonego męża. Starałam się oszukać Aby uniknąć “gniewu” Dawida, bo ten na mnie “krzyczał” jak widział, że podbieram czekoladkę, to jadłam je jak nie było go w domu, czasem jadąc samochodem… .
No jak by nie patrzył, gdzie ucha nie przyłożył – silna wola nie działa. No jestem słaba.

Psyt, post

Post to był świetny czas na odstawienie słodyczy! Najpierw myślałam sobie: cholera 40 dni bez czekoladki?! 40 dni?! No masakra jakaś – przecież kawa lubi czekoladę. A ja tej czekolady mam całą szafkę!
Ale słowo się rzekło. Pod moją nieobecność, Dawid schował gdzieś wszystkie czekoladki, abym ja ich nie znalazła. I powiem Ci – to działa! Nie ma czekoladek – nie jem czekoladek. Post jest tutaj tylko motywatorem do tego, aby ich nie kupować i nie jeść, a nie jest samym powodem, dla którego je odstawiam.

Nie powiem, miałam chwilę słabości. W dzień kobiet dostałam cukierka i w domu też sobie na jednego, pysznie czekoladowego sobie pozwoliłam. Ale nie żałuję! Warto było.

Muszę, muszę, muszę

Czasem mam takie chwile, że o mój Boże zjadłabym. Coś za mną chodzi słodkiego, pysznego i kusi, i myśli mąci. I na tą pokusę też znalazłam sposób. W domu, w szafce po słodyczach trzymam orzechy laskowe! Jak mam ochotę coś skubnąć sięgam po orzechy. Zjadam sobie ich małą garstkę i głód zabity, pragnienie zaspokojone, brzuszek szczęśliwy.

jak odzwyczaic sie od słodyczy

Powiem Ci, że mi cholernie ciężko było się odzwyczaić od czekoladek. No kocham czekoladki. No kocham, no co poradzisz. Ale już wiem, że chcąc coś osiągnąć, coś rzucić, mówienie: od dziś ZERO – nie działa. W ogóle teraz pukam się w czoło i myślę sobie: ale Ty dziołcha głupia byłaś, że jęczałaś Dawidowi – zero papierosów. No jak można tak ZERO?! Od zera do milionera to ja rozumiem, ale tak od milionera do zera?! Nagle? Już!? Zaraz z miejsca? Nie.

 

Po tych kilku tygodniach bez czekoladek doszłam do wniosku, że już miłość mi przeszła. Teraz pijąc kawę nie mam nawyku zaglądania do szafki po czekoladkę.
Dochodzę do wniosku, że najlepszym sposobem na odzwyczajenie się od czegokolwiek – jest po prostu – nie kupowanie. Jak czegoś w domu nie ma – to tego nie zjesz.

Urodzeni przez wi-fi

Kochana, czy w Internetowych formularzach zawsze podajesz prawdziwą datę urodzenia? Ja praktycznie zawsze wpisuję datę na chybił-trafił. Dopóki nie założyłam facebooka, nie sądziłam, że ta data urodzenia będzie do czegokolwiek wykorzystana! A jednak! Pewnego dnia, jak co dzień, weszłam na facebooka. Oczom nie wierzyłam! Na mojej tablicy pojawiło się mnóstwo życzeń urodzinowych, choć moje urodziny miały być dopiero za kilka miesięcy. O co chodzi?! – zastanawiałam się. Okazało się, że facebook powiadomił moich facebookowych znajomych, że dziś są moje urodziny. Nawet nie wiesz ilu moich znajomych było złych, że ich okłamałam, że się zbłaźnili. Od tamtej pory miałam ukrytą datę urodzin.


Jednak dni mijały, a co kolejny znajomy miał urodziny. Widziałam, jak na ich tablicy pojawia się milion życzeń: kochana, wszystkiego najlepszego, zdrowia, szczęścia, musimy się napić, sto lat.
Cholera, pomyślałam sobie, to jest miłe! Fajnie jest, kiedy dostajesz tyle życzeń od swoich znajomych. Przecież TY tych ludzi nasz. Chodzisz z nimi do szkoły, pracy, na imprezy, macie na co dzień kontakt. Ale zaczęłam się też zastanawiać – ciekawe czy ci wszyscy ludzie od facebookowych życzeń wiedzą, kiedy ja naprawdę mam urodziny!? Postanowiłam zrobić mały eksperyment. Chciałam zobaczyć, ilu moich facebookowych znajomych będzie pamiętało o moich urodzinach i złoży mi życzenia jeśli facebook im o nich nie przypomni.
No powiem Ci było słabo. O moich urodzinach, tak naprawdę pamiętali ci, z którymi rzeczywiście żyłam blisko. To byli moi przyjaciele. Od nich dostałam życzenia i smsowe, i telefoniczne, i osobiste. To było szalenie miłe! Obudziłam się rano, w dzień swoich urodzin, a na moim telefonie już miałam kilka nieodebranych połączeń, smsów z życzeniami. Niektórzy pisali do mnie:
– Hej, czy Ty przypadkiem nie masz dziś urodzin?
– A no mam – odpowiadałam im.
– No tak coś mi się kojarzyło, ale facebook mi nie przypomniał i nie byłem pewny czy dobrze pamiętam.

I to cholera też było mega miłe! No facebook nie przypomniał, ale gdzieś tam pamiętali, gdzieś tam w głowie lampka świeciła, że Asia ma dziś urodziny. No bardzo to było miłe!

Ale następnego roku postanowiłam włączyć na facebooku powiadomienia o moich urodzinach. A co! Bywam próżna, chciałam poczuć się jak BIG STAR i otrzymać milion życzeń urodzinowych. I zrobiłam to! Włączyłam je. Faktycznie na mojej tablicy pojawiło się mnóstwo życzeń, mnóstwo sto lat, szczęścia, musimy się spotkać i opić. Wszystkie życzenia były zakończone buziaczkami i uśmieszkami. Ja równie miło odpisywałam dziękuję dając uśmiech.
I w sumie powiem Ci, że te facebookowe życzenia i tak nic nie znaczyły. W sumie tylko denerwowały mnie te ciągłe powiadomienia, które w konsekwencji wyłączyłam. Najwięcej uśmiechu, jak rok temu, wywołały u mnie życzenia smsowe, telefoniczne i te osobiste.

życzenia urodzinowe

Minęło parę lat. Moi znajomi zaczęli brać ślub, wielu urodziło się dziecko. Facebook “szalał” od gratuluję, szczęścia, śliczna para, śliczne dziecko. Wyobraziłam sobie taką sytuację:
Biorę ślub. Wysyłam rodzinie, znajomym zaproszenia na ślub i wesele. Nadchodzi ten dzień! Ja stres, pan młody stres, rodzice i dziadkowie (pokolenie bezfejsowe) stres. Są przy mnie, czekają, chcą mnie zobaczy, uścisnąć, złożyć życzenia. I nikogo więcej. Nikt ze znajomych, “dalszej” rodziny nie przyszedł, za to wysłali mi życzenia na fejsie. Życzenia pełne radości, miłości, jak to się cieszą ze mną i moim szczęściem.

Znajomym urodziło się niedawno pierwsze dziecko. Pod jego zdjęciem było mnóstwo gratulacji, komplementów jaki syn piękny, śliczny, do schrupania. I pomyślałam sobie: cholera, ciekawe ilu z tych ludzi zadzwoniło do świeżo upieczonych rodziców złożyć im gratulacje tak bardziej osobiście? Powiedziało coś więcej, niż facebookowych komunikat “gratulacje :)”.

Te facebookowe życzenia, te wszystkie miłe słowa z okazji – to trochę takie słabe są. Takie na odpierdol. Mam ją w znajomych, ona dała wydarzenie z życia, chciała się pochwalić, że ślub/dziecko/urodziny to napiszę jej “sto lat/graty” i dobre relacje zachowane, mogę dalej drapać się po dupie i dłubać w nosie oglądając kwejka na kompie i ukrytą prawdę w TV.

życzenia urodzinowe
Choelra jasna! Przecież my nie urodziliśmy się na fejsie, aby składać nam przez niego życzenia. Nie bierzemy ślubu na fejsie. Fajnie, że na tym fejsie jesteśmy znajomymi, fajnie, że wiemy po łebkach co u na słychać bo fejs nas o tym informuje, ale bez jaj. W taki dzień jak urodziny fajnie byłoby gdyby życzenia były złożone nie z obowiązku, a z serdeczności, życzliwości, chęci. Nie przez dyndające okienko “Twój znajomy ma dziś urodziny, złóż mu życzenia” ale nawet przez prywatną wiadomość. No coś od serca, coś więcej niż “sto lat mam cię w dupie”.

W ogóle wyobrażasz sobie w Święto Zmarłych nie odwiedzić grobu rodziców, dziadków, brata, siostry, swojego dziecka – tylko wysłać mu wirtualny znicz?!
Boże, jak absurdalnie to w ogóle brzmi! Więc dlaczego w dzień urodzin wysyłamy sobie wirtualne życzenia? Po śmierci okazuje się, że brakuje nam tych osób, że tęsknimy, jeździmy na grób by popatrzeć na zdjęcie, poczuć się jakoś bliżej tej osoby, bo tylko tam, tylko tak jesteśmy naprawdę blisko, a w dniu urodzin nie stać nas na telefon. Na usłyszenie tej osoby.

 

Może spróbuj potraktować czyjeś urodziny jak pretekst do odnowienia kontaktu? Widzisz, że kolega/koleżanka z podstawówki, z dawnej pracy, z którą się bliżej kolegowałaś ma urodziny – to zaproś na kawę. Spotkajcie się na te 2-3h. Nie traćcie czasu na 3h rozmowę na fejsie o tym co u Was słychać, i że koniecznie musicie się spotkać. Ale koniecznie! Tylko nie teraz bo nie mam czasu.

Mamy te komunikatory, Internet, technologie. One są bardzo wygodne. Ale nie urodziliśmy się przez wi-fi, by przez wi-fi składać sobie życzenia. Lekarz przez wi-fi nie odbiera porodu. Przez wi-fi nie wysyłał Ci miski z wodą, abyś obmyła się z płynów płodowych. Nie wysłał Ci naklejki kocyka, abyś nie marzła. Mama przez wi-fi nie wysyła butelki z mlekiem, abyś nie była głodna i nie wysyła serduszek byś czuła się kochana.

Więź tworzy się przez kontakt fizyczny. Przez ciepłe słowo wypowiedziane, a nie tekst napisany. Przez spotkania w kawiarniach i te nad Wisłą. Przez znalezienie swoich miejscówek, przez wydarzenia, wspomnienia. Przez mocny uścisk przy “czeeeeść!” i spojrzenie w oczy przy “dziękuję”.

życzenia urodzinowe

Wiesz, w sumie to ja się nie dziwę, że w realnym życiu jest tyle chamstwa, zimna, butności, kiedy to ich miłe życie toczy się w Internecie. Ludzie to już powoli zapominają jak okazać sympatię w inny sposób, niż wysłanie emotikona.

 

Kochana, jeśli na fejsie zobaczysz, że jakaś Twoja koleżanka, którą darzysz większą sympatią ma urodziny – wysil się i sięgnij chociaż po telefon. Zadzwoń do niej, złóż życzenia i powiedz coś miłego. Powiedz, że dziś o niej myślałaś, o tym, że ma urodziny i wspominałaś sobie jak to kiedyś razem…. .
Może chociaż niech na ten jeden dzień nasze życie toczy się w realu, a nie przez wi-fi. Co myślisz? Da radę?

Boston – Patriots Day

Patriots Day jest  jednym z genialniejszych dokumentów jakie w życiu widziałam. Na początku ogląda się go dość dziwnie, widzimy mnóstwo urywków, wątków i nie bardzo wiemy o co w nich chodzi. Urywki pokazują zwykłe, zwyczajne życie zwykłych, przypadkowych ludzi. Dzień jak co dzień. Nic szczególnego. Ale później – nie zdajemy sobie sprawy jak szybko wchodzimy w skórę bohaterów. Jak przeżywamy to co oni czują.

Patriots Day

Fabuła

Film opowiada historie tragicznego wydarzenia jakie miało miejsce w Bostonie w 2013 (dwa tysiące trzynastym) roku. Podczas maratonu dochodzi do wybuchów. Wśród tłumu eksplodują ładunki wybuchowe. Ginie troje młodych, bardzo młodych ludzi, a wielu – jest cieżko ranna.

Patriots Day

Patriots Day

Policja oraz FBI wszczynają dochodzenie, pościg. Przeglądają nagrania z ulicznych kamer. Mają nadzieję znaleźć coś nietypowego, dziwnego, innego co mogłoby zdemaskować zamachowca. I udaje się!
Cała reszta filmu pokazuje pościg za terrorystami. Pokazuje szaloną odwagę jednego z porwanych. Pokazuje, jak w chwili tragedii ludzie potrafią się zjednoczyć, pomagać sobie i zachować trzeźwy umysł.

To co było genialne w Patriots Day to wplątywanie w film, w wyreżyserowane sceny prawdziwych nagrań! W jednej chwili widzimy aktorów, statystów, a za chwilę prawdziwe nagranie tego koszmarnego wydarzenia!

Patriots Day

Powiem Ci, że film – mega. Wielokrotnie miałam łzy w oczach. To naprawdę straszne, że takie rzeczy dzieją się. Dwóch czubów, w imię jakiejś dzikiej idei niszczy życie wielu, wielu ludziom. Pozbawia ich życia, kończyn, poczucia bezpieczeństwa. Niszczy psychikę na zawsze!

Patriots Day

Patriots Day

Ci policjanci, którzy zabierali ciało zabitego w zamachu siedmiolatka, którzy widzieli ciało swojego przyjaciela, który walczył nie chcąc oddać broni. Takich rzeczy się nie zapomina. Takie zdarzenia, widoki, chwile, w których okazuje się, że już nigdy nie zamienimy z tą osobą słowa, tak znienacka, nagle są najgorsze! Nagle okazuje się, że o tylu rzeczach nie porozmawialiście, tyle myśli trzymałaś w sobie, tyle niespodzianek miałaś zaplanowanych dla ukochanego – i nagle okazuje się, że to już nigdy nie nastąpi. Już nigdy nie powiesz jak bardzo kochasz, nie przygotujesz kolacji na jego przyjście z pracy. Nie powiesz “przepraszam nie chciałam”. I nagle zaczniesz żałować, że wolałaś oglądać serial, kiedy on chciał się przytulić, zagrać, podroczyć.

 

Patriots Day

Patriots Day

Uwielbiam filmu rodzaju Patriots Day. Zawsze przypominają mi jak mamy mało czasu. Że nie warto tracić czasu na rzeczy nieistotne, na kłótnie, na zgrzyty, na pretensje. Na niekochanie, na byciem nieszczęśliwym.
Te filmy przypominają też, że warto jest mówić częściej co czujemy – rodzicom, dzieciom, partnerom. Warto mówić codziennie! Bo nigdy nie wiesz czy wychodząc dziś z domu nie trafisz na dwóch czubów, którzy postanowią zmienić świat na swój.

Zderzenie z gwarą – czyli Mazowszanka na Śląsku

Kiedy byliśmy z Dawidem na etapie spotykania się, za każdym razem mój pobyt na Śląsku budził małą sensację. Wiesz – Warszawa przyjechała, STOLICA odwiedziła Zabrze. A słyszałaś wcześniej o Zabrzu? – pytali mnie. Dla mnie to było nade dziwne i krępujące, ale nie tak bardzo jak to, że nie zawsze wiedziałam co hanysy do mnie mówią. Czasem, w towarzystwie czułam się jakbym była wśród obcokrajowców.

gwara śląska

Pierwsza wizyta u teścia!

Pamiętasz jak pierwszy raz chłopak zaprosił Cię do swojego domu abyś poznała jego rodziców? U nas to nastąpiło dość szybko. Miałam wtedy 15 lat i byłam mega wstydliwa. Przerażały mnie takie spotkania, interakcje i w ogóle ciężko przychodziło mi nawiązywanie nowych znajomości. Do dziś mam mega opór w poznawaniu nowych ludzi. Wyobraź sobie, jak wszyscy siedzimy przy stole na rodzinnym, coniedzielnym obiedzie i nagle słyszę od Dawida taty: przynieść ci szolkę?

What?! Co mi przynieść? 

Tata Dawida, w przeciwieństwie do niego samego, ma ten śląski akcent. Mówi tak grubo, twardo. Więc kiedy teść mówił do mnie trzy zdania z rzędu – nie wiedziałam już co się dzieje, co mówił na początku i wyłączałam się.

Z biegiem lat przywykłam już do gwary i tego zaciągania. Rozumiem też te bardziej pospolite, regionalne słowa. Dawid rzadko bo rzadko, ale do dziś potrafi pod nosem powiedzieć: kaj żech to jest? A gdy się na mnie tak “śmiesznie” wkurzy, tak wiesz – żartem – to mówi do mnie: dziołcha! I powiem Ci – rozczula mnie to. Kocham to.

Ale ostatnio teść mnie zaskoczył! On wie, że uwielbiam jego rosół, więc kiedy byliśmy w kuchni mówi do mnie:
– Zobacz, to dla Ciebie – i pokazuje nic.
– Okej, ale co? – pytam nie bardzo rozumiejąc.
– Krauzy – mówi zadowolona teściowa.
– W sensie… sałatka jarzynowa?
– Nie!

Rozglądam się po kuchni i zastanawiam się co tu jest jeszcze na wierzchu do jedzenia, co mogło by być dla mnie.
– Mandarynki? – zgaduję.
– No nie wiesz co to krauza?
– No nie .
– No słoik! Tata rosół dla ciebie dla zrobił!

Oooooo ludu kapłański! To było miłe, było, ale nastresowałam się. Bardzo stresują mnie sytuacje, kiedy ktoś do mnie coś mówi, a ja go totalnie nie rozumiem – mimo, że mówimy w tym samym języku! Teoretycznie.

Pierwsza impreza

Kiedy poszliśmy na domówkę, część ludzi nie wierzyła, gdy mówiłam, że ich nie rozumiem. Dziwili się, jak mogę nie znać tak powszechnych, podstawowych słów! Obsiedli mnie dookoła i pytali:
– Wiesz co to jest bajtel?
– Nie
– No jak możesz nie wiedzieć?! To jest dziecko!
– A wiesz co to jest gulik?
– No nie.
– Nie wiesz?! To jest to kółko od studzienki kanalizacyjnej, pokrywa.
– No nie znałam.
– To jak się u was na to mówi?
– No normalnie – pokrywa, kółko od studzienki kanalizacyjnej.
– Jak to możliwe?
– No nie wiem! Nie używam na codzień tego słowa. Może jest jakaś nazwa, może to i gulik ale ja jej nie znam.
– A wiesz co to hasiok? (…)

Pierwszy wyjazd

Pierwsze wspólne wakacje. Ja, Dawid i jeszcze jedna para ze śląska. Jak to pary – spaliśmy w dwóch oddzielnych pokojach. A jak to dziewczyny – wszystko sobie mówiłyśmy – także to, jak minęła nam noc, co się działo itd. W pewnym momencie dziewczyna mówi do mnie:
– Mój tak się źle czuł, że chciał bym przyniosła mu kibel. Masakra jakaś. Weź teraz kibla szukaj.
Oczy z oczodołów mi wyszły! Spaliśmy w domkach bez łazienki, a ona miała mu w nocy po kibel iść?! Sama, w nocy, po ciemku do innego budynku po kibel?! I jak ten kibel niby miała przynieść?! Wyrwać ze ściany?!
Nie wierzyłam własnym uszom. Dopytuję ją “ale jak to? O co chodzi? Po co?”. Ona nie rozumie mojego zdziwienia, ja tym bardziej już nie wiem co się dzieje. Aż się okazało: kibel – to wiadro. I to miało sens! Było chłopakowi niedobrze, więc wołał mieć jakieś wiadro/miskę przy łóżku jakby go za bardzo zmuliło.

 

Powiem Ci, że to niesamowite jak można żyć pod jednym dachem, mieszkać w jednym Państwie, mówić niby tym samym językiem a tak się nie rozumieć! To jest naprawdę niesamowite i piękne za razem.

Najdziwniejsze pytanie rekrutacyjne jakie mi zadano!

Najdziwniejsze pytanie rekrutacyjne jakie w życiu dostałam brzmiało: Jakie ma pani marzenie? Wiesz jak to jest na rozmowach: stres, emocje, dezorientacja takimi pytaniami! Z jednej strony chcesz wyjść na profesjonalną, ale co można profesjonalnego powiedzieć o swoich marzeniach? Pytają Cię o to ludzie, którzy decydują o tym czy dostaniesz pracę, czy nie. Ludzie, których totalnie nie znasz! Marzenia są dość intymną sprawą, więc trudno jest nagle otworzyć się na tyle, aby wykrzesać z siebie coś naprawdę znaczącego.

pytania na rozmowę kwalifikacyjną

Moją odruchową odpowiedzią było – chciałabym wyjechać na wieś. Nawet nie wiesz jak kocham wieś! Ten spokój, ptaki ćwierkające do porannej kawy. Spacery nad rzekę, oglądanie nowo poobgryzanych drzew przez bobry. Ogniska w deszczu i długie rozmowy. Kocham to, że nikt nie zwraca tam uwagi czy instagram jest spójny, czy korzystam z macbooka, samsuga czy iphone’a.
Wieś jest miejscem, chyba jedynym miejscem, gdzie możesz być naprawdę sobą. Bez bycia ocenianym przez innych, bez odczuwania tego wszędobylskiego, mieszczańskiego jadu.

Później zadano mi pytanie, dlaczego prowadzę blog. I to jeszcze o tak dziwnej tematyce, no wiesz, relacje damsko-męskie. I pomyślałam sobie: cholera, chciałabym zmienić świat! Chciałabym, aby ludzie patrzyli na siebie nie tak wrogo. Ludzie – ludzie w związku! Wierzyć mi się nie chce, pojąć nie mogę, co takiego dzieje się z ludźmi, że robią sobie na złość? Że upokarzają się na wzajem, ubliżają sobie?

Rozumiem, że każdy może wybuchnąć. W zależności od ciśnienia na dworze bywam bardziej lub mniej kąśliwa dla Dawida. No nie chcę tego ale zdarza się. Ale nigdy, nigdy-nigdy-nigdy-nigdy nie chodzimy pokłóceni spać. Nigdy nie kończymy dnia z żalem do siebie, z tęsknotą za sobą, za tym, aby nie być nadąsanym na siebie.
Nie rozumiem, jak mężczyzna może uderzyć kobietę, a następnego dnia jak gdyby nigdy nic jedzą razem śniadanie? Nie rozumiem, jak można być w związku, w którym czujemy się opadnięci z sił, wiecznie zmęczeni, zrezygnowani? Czyż miłość nie powinna sprawiać, że kipimy szczęściem? Jesteśmy jak te jednorożce rzygające tęczą? No taka powinna być miłość! Takie powinny być związki!

Nie wyobrażam sobie wracać do domu, czy siedzieć w domu i czekać na męża – bez spoglądania co chwila na zegarek. I nie chodzi o to, że jesteśmy umówieni, w planach mamy superwyjście. Chodzi o to, że zobaczymy się, powiemy sobie jak było w pracy, że jesteśmy zmęczeni, że kebab, może jakiś film? Jak można kończyć pracę i nie czuć euforii na myśl, że wraca się do domu, tylko czuć strach, niepokój, przygnębienie – bo co on znów wymyśli, czego będzie się czepiał, będzie dziś kłótnia czy nie?

Pomijając już tak toksyczne związki, ale zwykłe relacje między ludźmi. Jak można być tak wrednym i złośliwym do drugiej, obcej osoby? Czyż nie lepiej by się nam żyło, gdyby ludzie zwracali się do siebie grzeczniej? Gdyby ludzie pomagali sobie bez względu na wykształcenie, stanowisko, osiągnięcia? Gdyby człowiek człowiekowi dał szansę? Wiesz ile wspaniałych ludzi można poznać będąc nastawionym do nich życzliwie? A ilu mandatów można uniknąć! Przynajmniej dwóch.

Czyż cholera nie lepiej jest czuć szczęście, tą radość w sobie niż gorycz, jad i to “co to nie ja”?

pytania na rozmowę kwalifikacyjną

Gdyby ktoś teraz zapytał mnie, jakie jest moje marzenie powiedziałabym: chciałabym, aby ludzie byli dla siebie serdeczniejsi. Traktowali innych z szacunkiem i nie oceniali zbyt pochopnie. Aby dawali szansę i widzieli w człowieku człowieka.

Obawiam się jednak, że prędzej przeprowadzę się na wieś, niż ludzie zaczną doceniać to kogo mają i nim zrozumieją, jak bardzo mogą zmienić czyjeś życie na lepsze.

 

Jak ważna jest w życiu druga osoba

Ej wiesz co? Wczoraj miałam mega deprechę. No było mi tak źle, że sobie nie wyobrażasz. Nie wiem czy było to spowodowane gradobicie, czy przesileniem. Dawid wziął na klatę moje nerwy, moje humory i doszłam do siebie. Powiem Ci, że to jest WSPANIAŁE! No wspaniale jest mieć u boku kogoś, przy kim możesz płakać, możesz powiedzieć, że masz dość, nie masz sił, możesz się przytulić i mieć wszystko w nosie! A przy tym – możesz wciąż pozostać sobą!
Aby nie myślec, postanowiłam pomalować w mieszkaniu ściany. Jednak praca powoduje, że skupiamy się na tym co robimy i nie myślimy. W pewnym momencie przyszedł Dawid. Był szczęśliwy, że mnie widzi, że ściany pomalowane, że jestem tu u nas na swoim. A ja co? Ja się rozpłakałam. No z braku sił rozpłakałam się! A on stał, przytulał mnie i mówił te wszystkie miłe rzeczy.
 
Nagle, moje te wszystkie “problemy” zniknęły. Chwile porozmawialiśmy, ustaliliśmy jaki jest plan dnia i co robimy wieczorem. Głowa – stała się lżejsza, na duszy też już było lepiej – lżej. Pojechaliśmy do sklepu zamówić szafki do kuchni i cały czas trzymaliśmy się za ręce. To było tak wspaniałe!! Ten kontakt, ta bliskość, wsparcie, żart – wspaniałe!
Dawid był przy mnie. Czułam jego dotyk, jego dłoń, jego wsparcie. Widziałam też, że próbuje poprawić mi humor. I poprawił! Doszłam do siebie, uspokoiłam myśli, zrelaksowałam się.
Moja mam zawsze powtarzała mi: jest dobrze jak jest dobrze, ważne jak jest, gdy jest źle.
I wiesz co? Miała milion procent racji! Bo jak jest dobrze – to łatwo jest by było dobrze. Ale jak jest źle – wtedy widzimy, ile wsparcia i sił daje nam ta druga osoba.
Pewnie, Dawid nie omieszkał zwrócić mi uwagę, że moje nerwy nie powinny się na nas, na nim odbijać. Ma rację. Wydawało mi się, że jak pójdę bez słowa spać to będzie ok. Ale nie było. Powinnam mu była powiedzieć co się dzieje i żeby się nie martwił, bo nic szczególnego się nie stało. Zwyczajnie byłam wykończona psychicznie.
A kiedy teraz ten chłopak, ten mój mąż śpi obok mnie, kiedy mogę przytulić się do niego – wiem, że wygrałam los na loterii.
Wiesz, czasem faceci pokazują się z takiej strony, że co to nie ja. Że niby są tacy silni, że się nie przejmują i mają na wszystko wywalone. Niby gadają, że kobiety we wszystkim widzą problem i nie należy się tym przejmować. I niby tak jest – o ile nie chodzi o ich kobietę. Kiedy ich kobiecie jest źle – wtedy już nie mają na wszystko wywalone.
To właśnie wtedy, wtedy, kiedy jest źle, widać, z jak wspaniałym człowiek związałyśmy się. No choćbyś chciała zwątpić – nie da się!
W związku nie chodzi o to, by rozmawiać milion godzin o problemie, strawić go, przeanalizować itd. Totalnie nie! W związku chodzi o to, by poznać swojego partnera i wiedzieć jak JEGO uspokoić. Nieważne co mówią poradniki, jak radzić sobie ze złością partnera – ważne jest by wiedzieć, czego potrzebuje ten partner. To jest niesamowicie trudne w związku by się znać. By znać granice i wiedzieć na co, kiedy możemy sobie pozwolić. I szalenie ważne jest umieć i wiedzieć kiedy powiedzieć – już dość, koniec mazania się, bierzemy się do roboty!
A na koniec dnia móc wtulić się do siebie i tak sobie pomyśleć: cholera, udał mi się ten mąż! No udał się jak nic! Szczęście chrapiące moje. No wycałować to mało!

Zaręczyny Magdy i Maćka z bloga Zrób Swój Ślub!

Dziś mam dla Was historię zaręczyn Magdy i Maćka z bloga Zrób Swój Ślub. Chyba nie ma panny młodej, która ślubnych inspiracji nie szukałaby właśnie na ich blogu. Są totalną czołówką wśród blogerów ślubnych! To właśnie oni są organizatorami spotkań blogerów ślubnych o nazwie “I DO”!
Są tak przeuroczy, tak kochani i zakochani w sobie – że nie mogło ich zabraknąć w naszym cyklu.
W 2015 roku zostali wyróżnieni w corocznym rankingu wpływowych blogerów.

zrób swój ślubMagda:

Wszyscy mówią, że zaręczyn można się spodziewać, ale dla mnie były autentyczną niespodzianką. To znaczy kiedyś Maciek coś tam powiedział, że będzie mi się oświadczał, ale myślałam, że to w żartach i na pewno nie przed pierwszą rocznicą poznania się, przypadającą w sierpniu.

W tamtym czasie dużo pracowałam, i gdy w końcu, w lipcu miałam pierwszy od prawie roku wolny weekend, postanowiliśmy wybrać się na wycieczkę do…Grudziądza. Czemu akurat tam? Mamy z Maćkiem kilka „tras turystycznych” – zwiedzamy po kolei polskie miasta wojewódzkie czy parki rozrywki. I właśnie w Grudziądzu taki park rozrywki, całkiem zresztą fajny, się znajduje. Pojechaliśmy więc do Grudziądza, zaczynając wycieczkę właśnie od parku rozrywki. Dużo zdjęć, selfie na Facebooka, gofry i pamiątki – standard.

Ponieważ zazwyczaj wszystko szybko zwiedzamy, tak było i tym razem. Poszliśmy na obiad i Maciek zaczął coś przebąkiwać, że może wrócimy do hotelu. Była jakaś 16:00, do wieczora mnóstwo czasu, a nie po to jechaliśmy z Warszawy, by siedzieć w hotelu nie wiadomo ile. Próbowałam go zaciągnąć na zakupy, a nawet do kina na „Jeźdźca znikąd”, którego już wcześniej widzieliśmy. Był jednak nieugięty – hotel i hotel. Przekonała mnie dopiero hotelowa kręgielnia, bo chociaż w kręgle grać zupełnie nie umiem, to bardzo to lubię.

W końcu pojechaliśmy do hotelu, jako social media maniaczka, załadowałam od razu zdjęcia z parku rozrywki na Facebooka i właśnie miałam się rozpakowywać, gdy pojawił się Maciek…z pierścionkiem i zapytał, czy zostanę jego żoną.

Ze wzruszenia nie pamiętam kilku następnych minut, ale po zawiadomieniu rodziców, postanowiliśmy to uczcić i wybrać się na grudziądzką imprezę „Amerykańska domówka”, która miała odbyć się nad jeziorem. Klimat jak z amerykańskiego filmu klasy B, dziejącego się w liceum – trochę ciemno, trochę kiczowato, trochę nudno. Dlatego chwilę się pokręciliśmy i jednak stwierdziliśmy, że to nie jest najlepszy pomysł na świętowanie zaręczyn, chociaż miejsce zdecydowanie romantyczne.

Skończyło się na…grze w kręgle. I oczywiście, zdjęciu na Facebooku – bo jakżeby inaczej!

Po Maćku nigdy nie spodziewałam się płatków róż, świec i skrzypiec – bo romantyzm to ostatnia cecha, której mogłabym się po nim spodziewać. Na szczęście trafił z rozmiarem pierścionka i jego modelem – bo co jak co, ale gust to Maciek ma bardzo dobry!

zrób swój ślub

Maciek:

Zaręczyny były w lipcu, a pierścionek jeśli dobrze pamiętam miałem już od marca albo kwietnia. Pudełko schowałem w szufladzie ze skarpetkami i liczyłem na to, że Magda go nie odnajdzie, co zresztą nie miało miejsca. Pierwotny plan był taki, żeby oświadczyć się w sierpniu, kiedy jechaliśmy nad morze – pierwsze wspólne wakacje, rocznica naszego związku, piękne zachody słońca, plaża i te sprawy – to faktycznie miało to jakiś sens.

Z czasem jednak dał znać o sobie mój pragmatyzm i zacząłem budować w głowie jakieś dziwne scenariusze – pierścionek zgubi się gdzieś w piachu, wypadnie z kieszeni, wpadnie do wody i tak dalej. No i nie chciało mi się tak długo czekać, chociaż raczej należę do osób cierpliwych.

Wcześniej okazja była na wyjeździe do Grudziądza, więc postanowiłem ją wykorzystać. Grudziądz to wprawdzie nie Paryż, ale wciąż lepsza opcja niż domowa kanapa czyli ta sceneria, którą się zna na co dzień.

Po tym jak udało mi się wreszcie zaciągnąć Magdę do hotelu, wyjąłem w końcu pierścionek i zaproponowałem, żeby została moją żoną. Po chwili były smsy do rodziców i zdjęcie z pierścionkiem wrzucone na Fejsa.

Za organizację ślubu wzięliśmy się bardzo szybko, bo już miałem w głowie wstępną kocepcję i odpowiedzi na najwazniejsze pytania w rodzaju czy ślub kościelny czy cywilny, na ile osób i kto może być świadkiem.

 

/Zdjęcia: KIS Studio

Klasyka dla smyka! – najlepsza akcja blogerska ever!

Niespełna miesiąc temu ruszył projekt #KlasykaDlaSmyka. Jest to genialna akcja, która ma na celu podarowanie dzieciom z Domów Dziecka nowych książek. Dlaczego to takie ważne aby książki były nowe? Bo to prezent – a na prezent nie daje się używanych rzeczy. Bo te dzieci nie są gorsze od innych, aby dostawać poniszczone książki. Bo zasługują na to, by mieć coś nowego i swojego i ładnego.

Klasyka Dla Smyka to autorski projekt blogerów: Dagmary, o której pisałam Ci już miiilion razy, oraz Radka, o którym piszę Tobie teraz :D. Przez ostatni miesiąc blogerzy po cichutku pozyskiwali książki. Dziś, 20 lutego, ta akcja pierwszy raz ujrzy swoje światło dzienne na tak dużą skalę!

Bądź częścią Klasyki dla Smyka

Do czego Cię gorrąco namawiam, to do przekazania przynajmniej jednej nowej książki dla dzieci z Domu Dziecka. Akcja polega na tym, że Ty przesyłasz jedną książkę do Radka, a on tworzy książkowe pakiety, które przekazuje konkretnym Domom Dziecka.

Oto książki jakie zebraliśmy my:

KLASYKA DLA SMYKA

Czujesz to? Bajki BLOGERÓW! Kosmos!

KLASYKA DLA SMYKA

Wodne malowanki to całe moje dzieciństwo. Kochałam je! Mamy wodne kolorowanki dla chłopców i dla dziewczynek.

KLASYKA DLA SMYKA

KLASYKA DLA SMYKA

 

KLASYKA DLA SMYKA

KLASYKA DLA SMYKA

Jak widzisz, my trafiamy do najmłodszych smyków. Natomiast Magda na swojej grupie Przeczytaj i Podaj dalej zebrała książki dla dużo starszych smyków:

klasyka dla smyka

A jeśli masz ochotę wraz z książkami przekazać dzieciom miłe słowo – możesz wydrukować naszą klasykową papeterię – i na niej napisać coś miłego.

I przy okazji tej akcji, Klasyka dla Smyka, chciałam pokazać Ci mega wzruszający filmik z udziałem Pauliny Mikuły, o której też już Ci wspominałam. Wierzę, że jej słowa zainspirują Cie do dania nadziei i wiary w siebie tym, którzy nie mają najłatwiejszego startu.

[wc_box color=”secondary” text_align=”center”] Film: Co powiedziałabym sobie sprzed lat? [/wc_box]

A jeśli znasz Dom Dziecka, który szalenie by się ucieszył z nowych książek – koniecznie napisz nam o nich w komentarzu. Koniecznie! Akcję chcielibyśmy pociągnąć jeszcze przez kilka miesięcy, dlatego proszę Cię – POMÓŻ NAM! Udostępnij ten wpis, powiedz o akcji znajomym i przyłącz się do nas! <3

 

Pamiętaj: Coś dobrego dla nieznajomego to świetna sprawa!

 

Ps.
Kolejne mamy kolejne pakiety książek dla Domów dziecka!

Zebrane przez: Karolinę

klasyka dla smyka

Zabrane przez: Kasię

Podarunek do wydawnictwa Publicat pozyskała Małgosia

Zebrane od: AgnieszkiAni, Marty oraz Radka, a także: Magdaleny Jurczyk, Mariusza Grubińskiego, Kamilę A.