utworzone przez WolnoWolniej.pl | mar 18, 2018 | żyć lepiej
Zawsze jak wchodziłam do jakiegoś biura – były tam paprotki. W mieszkaniu mojej babci też! Zewsząd słyszałam, że paproć to najlepsza roślina do domu, bo nie wymaga żadnej pielęgnacji. Jak się ją postawi, tak stoi i już.
Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, jak ta najmniej wymagająca roślina zaczęła stwarzać mi najwięcej problemów… .
Paproć – jak dbać o paproć doniczkową
- Podlewanie
Paprotka domowa, doniczkowa uwielbia być podlewana, a listki mieć zraszane wodą. Niedobór wody będzie sygnalizować brązowiejącymi, opadającymi, suchymi listkami. Nie można jednak doprowadzić do przelania roślinki. O nadmiarze wody da nam znać poprzez zmienianie koloru liści z zielonego na żółty. Liście zaczną też opadać.
Warto zapewnić paproci stale wilgotne podłoże. - Nasłonecznienie
Choć roślinka należy do światłolubnych, to nie lubi ostrego światła. Zdecydowanie lepiej czuje się w świetle rozproszonym, niż tym bezpośrednim.
Pozostawiona w ciemnym miejscu – nie będzie chciała rosnąć.
Natomiast jeśli będzie narażona na zbyt ostre światło – listki zaczną robić żółte. - Wilgotność pomieszczenia
Paprotki lubią wilgotne pomieszczenie. Gdy będzie im zbyt sucho – końcówki liści zaczną marnieć, obumierać.
Problem pojawia się zwłaszcza zimą, dlatego w tym okresie warto częściej zraszać roślinkę. - Nawożenie
Paprotki lubią być nawożone fusami z kawy.
Wiecie, mieć roślinkę w domu to żaden problem. Ale utrzymać ją przy życiu – to już inna para kaloszy!
Ale to wkręca! Powiem Wam, że strasznie przywiązałam się do paproci, benjamina, liwistony… . Nigdy nie sądziłam, że rośliny mogą dawać tyle radości!
utworzone przez WolnoWolniej.pl | mar 18, 2018 | żyć lepiej
Pewnego razu napisała do mnie dziewczyna. Mówiła, że od dawna czyta MyNaSwoim, bardzo jej się podobają nasze wpisy i ma nadzieję poznać mnie na najbliższej imprezie. Gdyby sytuacja wydarzyła się kilka miesięcy, a może lat, później – byłoby mi szalenie miło! Ale wtedy mój blog miał miesiąc, a na nim były opublikowane może 4 wpisy – kolory przewodnie na weselu.
Znajomości w blogosferze – jak to działa
W ramach projektu blogerki o blogowaniu, tym razem poruszyłyśmy temat Znajomości w blogosferze. Ten odcinek jest o tyle dla mnie ciekawy, że pierwszy raz zrobiłyśmy na żywo burzę mózgów. Zadawałyśmy sobie pytania, rozkminiałyśmy różne sytuacje, możliwości.
Chyba jeszcze w żadnym z odcinków nie miałyśmy tak odmiennych poglądów!
To o czym możecie posłuchać to:
1. Jak nawiązywać znajomości
– jakie są dobre i złe praktyki,
– jak można stracić na wiarygodności
– jak można popsuć sobie wizerunek, wiarygodność
2. Co nam dają takie znajomości w kontekście
– rozwoju bloga oraz nawiązywaniu współprac
– zdobywania nowych przyjaciół
– zdobywania wiedzy i samorozwoju
Powiem Wam, że mimo, że współuczestniczyłam w prowadzeniu tego nagrania, to sama dużo zrozumiałam. Nie mam tu nawet na myśli samych znajomości w blogosferze, ale to jak chcę by mój blog wyglądał. Ta burzą którą przeprowadziłyśmy na nagraniu uświadomiła mi, jakiego bloga chcę prowadzić i co jest dla mnie w tym ważne.
[wc_button type=”primary” url=”https://www.facebook.com/MyNaSwoim/videos/904085136439553/” title=”Live: Znajomości w blogosferze” target=”” url_rel=”” icon_left=”facebook-square” icon_right=”” position=”” class=””]Live: Znajomości w blogosferze[/wc_button] [wc_button type=”primary” url=”https://www.facebook.com/events/165768664151722/” title=”Wydarzenie na fb” target=”blank” url_rel=”” icon_left=”commenting-o” icon_right=”” position=”” class=””]Wydarzenie na fb[/wc_button][wc_button type=”primary” url=”http://instagram.com/mynaswoim.pl” title=”Live na instastory” target=”blank” url_rel=”” icon_left=”gittip” icon_right=”” position=”” class=””]Live na Instastory[/wc_button]
Następny live będzie o zarabianiu na blogu i podejmowaniu współprac z agencjami oraz markami.
Jeśli nie chcecie przegapić kwietniowego live’a – obserwujcie moje instastory oraz facebook.
utworzone przez WolnoWolniej.pl | mar 16, 2018 | żyć lepiej
Zauważyłyście, że częściej to faceci zostawiają swoją kobietę dla innej, niż kobiety zostawiają swojego faceta dla innego? W moim środowisku tak było. Wielokrotnie spotkałam się z tym, że chłopak nagle zrywał ze swoją dziewczyną i już następnego dnia za rękę chodził z inną.
Chyba tylko raz spotkałam się z przypadkiem, żeby to dziewczyna tak zabawiła się facetem, z którym była.
Wśród moich koleżanek, kiedy ta rozstawała się z facetem, kiedy to ona z nim zrywała – zostawała dosłownie sama. I tym “śmieszniejsze”, bardziej żałosne wydawały się teksty kolesia: masz kogoś? Pewnie już od dawna się z nim spotykasz.
Tak jakby facet nie potrafił zrozumieć, że dziewczyna nie odeszła do innego, nie odeszła bo ten jej się znudził – odeszła, bo gościu sam do tego doprowadził! Sam swoim zachowaniem i swoimi odzywkami.

Jakie masz o mnie zdanie, kochanie?
Powiem Wam, że ja jestem zafascynowana kobietami. To dla mnie szalenie wzruszające, że bardzo często to my kobiety mamy na tyle miękkie serduszka, na tyle rozwiniętą empatię i wiarę w drugiego człowieka, że co by się nie działo próbujemy ratować nasz związek. Zaciskamy zęby i szukamy sposobu jak przywrócić nasz związek na właściwe tory. Zastanawiamy się jak dotrzeć do tego faceta?
Nie śpimy, płaczemy po nocach w poduszkę i przeżywamy to, że jest źle. Bijemy się z myślami, bo z jednej strony kochamy, a z drugiej jest nam tak bardzo źle.
Jednak bardzo częstym popełnianym błędem przez kobiety jest chęć niepogarszania sytuacji. Zamiast ryknąć na faceta, zamiast postawić go do pionu – siedzimy cicho. I robimy się coraz słabsze, coraz bardziej bez sił, bez humoru, bez pewności siebie.
Przecież wszystko co on mówił to były żarty, taki – czarny humor… .
Tylko, że jest różnica między heheszką a dogryzaniem.
O ile heheszka jest śmieszna, tak dogryzanie już zabawne nie jest.
Dobrze jest umieć śmiać się z siebie, mieć do siebie dystans i być świadomą swoich nieumiejętności, paranoi. Wszak nie musimy być we wszystkim super, nie musimy umieć jeździć na nartach, skakać niczym Stoch, pływać jak Otylia Jędrzejczak i gotować niczym Okrasa. Możemy być gapami, przypalać ziemniaki i nie mieć koordynacji ruchów. Możemy, bo czemu nie? Możemy nawet ważyć 150 kg i nie potrafić zrobić salta w przód, tył i bok. Możemy ważyć i 50 kg i też nie potrafić.
Ale słabo jest, kiedy nasz facet sobie z nas z tych powodów drwi. Ten facet, który powinien nas znać i akceptować. Który powinien wiedzieć jakie mamy wspomnienia, lęki, predyspozycje. Który powinien wiedzieć, w czym jesteśmy szalenie dobre!
I niech nikt mi nie mówi, że facet nie musi. Musi! Bo w związku musimy się znać! Na związek decydujemy się dobrowolnie i nikt nas do niego nie zmusza. Nie jesteśmy razem za karę, byśmy sobie dogryzali i znosili wszelkie uszczypliwości.
Strasznie przykro patrzy mi się na pary, w których ona boi się odezwać lub cokolwiek skomentować, bo zaraz będzie krytyka, docinek, kpina z jego strony.
Ostatnio widziałam parę. Dziewczyna choć śliczna, była cały czas speszona i cicha. Jej ruchy były jakieś takie… niepewne? Ostrożne? I w końcu rozumiałam dlaczego – każde jej odezwanie się kończyło się zgaszeniem przez faceta. Na zasadzie:
– Wow, ale to dobre, ja to bym nie umiała czegoś takiego przyrządzić.
– Ty to w ogóle nie umiesz nic ugotować.
– Bałabym się wypłynąć tak daleko w jezioro.
– Nic dziwnego.
W takich chwilach, gdy słyszę takie komentarze, zastanawiałam się: po co ty w ogóle jesteś z tą kobietą, kim ona jest dla ciebie? Co ona nie powie, nie zrobi – jest złe. Wszystko to wytykanie. Tu zachowała się zbyt emocjonalnie, tu za głośno, tu zbyt spontanicznie. Tego nie umie, a tego nie potrafi.
Zastanawiam się też, co czuje ta dziewczyna? Znów skrytykował, i znów publicznie. Znów coś co powiedziała, jak się zachowała spotkało się z jego krzywym spojrzeniem, z dezaprobatą. Znów powstał między nimi niesmak. Zapewne niesmak – który tylko ona czuje.
I zastanawiam się, jak długo ta dziewczyna będzie to jeszcze znosić? Kiedy dojdzie do wniosku, że jest nieszczęśliwa?
Bo jak być szczęśliwym, kiedy każda nasza spontaniczność, emocja spotyka się z krytyką i zgaszeniem?
I wiecie co mnie jeszcze zastanawia? Czy ta kobieta, która teraz jest tak gaszona przez swojego faceta, zastanawia się nad tym co będzie, jak będą mieć po 80 lat? Czy ona ma pewność, takie 100% pewności, że jak nie będzie w stanie ruszyć się z łóżka to on jej pomoże? Podetrze jej tyłek? Poda jej cokolwiek bez słuchania, że jest niedołężna?
Zastanawiam się, czy ta kobieta, która teraz jest młoda zastanawia się czy chce takiej przyszłości? Takiego życia? Czy kiedykolwiek powiedziała temu swojemu mężczyźnie, że zwyczajnie, po ludzku takimi tekstami sprawia jej okropną przykrość?
W związku nie powinniśmy bać się swoich myśli. Nie powinniśmy bać się powiedzieć co myślimy, rzucić coś niby do siebie a jednak do niego. Wbrew pozorom to związek powinien dawać nam największą wolność. Przy nikim nie powinnyśmy czuć się tak szczęśliwe, beztroskie – tak bardzo sobą! – jak przy naszym facecie.
utworzone przez WolnoWolniej.pl | mar 14, 2018 | żyć lepiej
Nigdy nie byłam fanką sportu. Bieganie jest dla mnie bezsensowne. Nie lubię czy to biegać, czy to chodzić bez celu tylko po to by zaraz wrócić. Gimnastyka, brzuszki, fitness – są dla mnie zbyt monotonne. Można je wykonywać bez jakiegokolwiek męczenia umysłu. To ciągłe powtarzanie tych samych ruchów.
Robiłam wiele podejść do aktywności fizycznej, jednak zawsze kończyło się to tak samo – szybkim zniechęceniem.
Tym razem było inaczej!

Trening naturalny – alternatywa ćwiczeń dla par
Będąc w Zakopanem odwiedziliśmy studio Trening Naturalny. I to jest przykład, dlaczego nie należy oceniać książki po okładce!
Po wejściu do pomieszczenia, zobaczyliśmy prawie pusty pokój. Zastanawiałam się – jak my tu mamy ćwiczyć? Gdzie wszystkie piłki, maty, ciężarki? Dlaczego nie ma ściany luster?
Później, uderzył mnie zapach relaksujących olejków.
Benita – właścicielka studia – poczęstowała nas wyciszającym naparem z ziół. Poprosiła nas też o ściągnięcie skarpetek.
To wszystko zaczęło tworzyć niesamowity, intrygujący klimat! Już powoli dało się odczuć dziwne coś, co sprawiało, że wszyscy stawaliśmy się sobie bliżsi… .
Rozgrzewka
Rozgrzewka była dla mnie pierwszym zaskakującym ćwiczeniem. Mieliśmy wykonać czynność – po swojemu, jak chcemy. Dostaliśmy zadanie, ale nie było większych wytycznych. Nie jak na zwykłym fitnessie, gdzie każdy robi to samo, a instruktor tylko zwraca uwagę czy dobrze robisz. Tu była dowolność. Mieliśmy poczuć się dobrze ze sobą samemu, i sobą w przestrzeni. Odważyć się bardziej lub mniej śmielej.
Mieliśmy poznać swoje ciało.
Trening główny
Wszystkie zadania przeprowadzaliśmy w parach, często bez użycia jakichkolwiek przyrządów. Jedynie wykorzystując naszą i partnera siłę.
Dzięki tym ćwiczeniom pracowały nam dosłownie wszystkie mięśnie! Nawet te, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Te, które na normalnych zajęciach, normalnym fitnessie są nieużywane.
Wielkim atutem tych ćwiczeń było to, że nie tylko my oddziaływaliśmy, ale także czyjaś (partnera) siła na nas, a my musieliśmy się jej przeciwstawić. Do tego celu wykorzystywaliśmy nogi, ręce, brzuch. Używaliśmy ścian, podłogi. Zapieraliśmy się stopami jak tylko to możliwe! Potrzebny był refleks, spryt, zwinność i przede wszystkim – czujność.
Mimo, że ćwiczyliśmy nasze ciało – musieliśmy pamiętać też o umyśle. To jest coś, co na zwykłym fitnessie jest kompletnie pomijane!
Zakończenie
Ćwiczenie, które miało nas wyciszyć, rozciągnąć również wymagało od nas myślenia. Musieliśmy skupić się na powstrzymaniu drżenia mięśni. Musieliśmy wywołać spokój, skupić się na naszym ciele. Nasze ruchy musiały być spokojne, opanowane, przemyślane.

Ogromnym atutem zajęć było to, że mogliśmy się na nich śmiać i wygłupiać! To co robiliśmy, jakich metod używaliśmy (każdy wymyślał swoją byle wykonać ćwiczenie) powodowało, że momentami płakaliśmy ze śmiechu.
Przez całą dwugodzinną sesję byliśmy skupieni tylko na sobie! Dzięki temu uniknęliśmy tego, co często występuje na innych fitnessowych zajęciach – podglądania innych uczestników i porównywania się do nich.
Tu nie było ani lepszych, ani gorszych. Byliśmy my! W pocie czoła, ale roześmiani stworzyliśmy naprawdę niesamowitą więź.
Niby to był trening. Niby przez dwie godziny (!) siedzieliśmy w sali i ćwiczyliśmy, rozciągaliśmy się, siłowaliśmy. Ale czas minął nam zawrotnie szybko! Nie mieliśmy czasu smęcić, ani czuć zmęczenia. Choć brakowało nam już sił – chcieliśmy więcej!
Jeśli kiedykolwiek będziecie w Zakopanem – koniecznie odwiedźcie Benitę i Kamila z Treningu Naturalnego! Możecie też śledzić ich stronę na fb i wypatrywać informacji, kiedy pojawią się w Waszym mieście.
Po tym wydarzeniu doszliśmy z Dawidem do wniosku, że to jest tak świetna zabawa, że koniecznie musimy wprowadzić te ćwiczenia do naszego codziennego życia!
Ps. Wiadomo, że zajęcia z wieloma obcymi osobami, zamienianie się parami sprawia, że mamy przed sobą nowe wyzwanie. Wszak mamy do czynienia z nowym człowiekiem, nową siłą, nowymi gestami, zachowaniem.
Ale ćwiczenia z partnerem też nie muszą być monotonne! Cały czas uczymy się siebie, techniki i przekraczamy granice. Łatwiej jest nam wyłapać partnera słabości i to właśnie je atakować!
utworzone przez WolnoWolniej.pl | mar 12, 2018 | żyć lepiej
Mimo, że lubimy z Dawidem nasze mieszkanko, dobrze się w nim czujemy, lubimy spędzać w nim czas – to lubimy też wyjeżdżać. Szalenie zachwyca nas możliwość wskoczenia do samochodu (teraz także z naszym psem) i wyskoczenia poza Warszawę. Jeśli tylko mamy okazję wyrwania się z domu na dłużej – korzystamy z tego!
Ale jak dobrze byśmy się nie bawili na wyjeździe, jak świetnie nie spędzilibyśmy czasu – zawsze z radością wracamy do domu. Bo w końcu – u siebie najlepiej… .
Nasz domowy rytuał przed każdą podróżą
Zawsze przed jakimkolwiek, nawet weekendowym wyjazdem, wyrzucaliśmy śmieci. To było normalne i, zgaduję, że wiele z Was tak robi. Wszak nikt nie chce wrócić do domu, w którym śmierdzi z kosza odpadami!
I tak krok po kroczku, stopniowo zaczęliśmy ogarniać nasze mieszkanie przed wyjazdem. Puszczaliśmy zmywanie, odkurzaliśmy lub nie, w zależności od potrzeby, ścieliliśmy ładnie łóżko, wszystko co niepotrzebne a znajdowało się na wierzchu – chowaliśmy na swoje miejsce. I zanim się obejrzeliśmy okazało się, że sprzątanie mieszkanie przed każdym wyjazdem stało się naszym rytuałem!
Dzięki sprytnemu urządzeniu mieszkania mamy mało sprzątania. Staramy się także sprzątać według pewnego planu, dzięki czemu sama czynność zajmuje nam naprawdę bardzo mało czasu.
W tym momencie działamy zadaniowo!
Teraz przed każdym wyjazdem – szybko sprzątamy całe mieszkanie. Zostawiamy je w takim stanie, aby jak wrócimy – tym bardziej było nam miło, że już jesteśmy u siebie. Żebyśmy czuli radość z tego, że już jesteśmy u siebie w domu. Żebyśmy po podróży, po drodze mogli usiąść i odpoczywać, a nie brać się za sprzątanie.
Szalenie lubię ten moment, kiedy przekraczamy próg mieszkania i zachwycamy się jak ładnie mieszkamy. Kocham to uczucie, uczucie radości, szczęścia z tego, że to jest mój kawałek podłogi. Że to jest nasze. Jesteśmy u siebie – po swojemu.
Nareszcie w domu!
Mimo, że mamy różne gusta, różne guściki, jedni wolą mieszkania jasne, białe, inni pełne kolorów – to szalenie ważne jest by skupiać się na sobie. Na tym co nam się podoba.
Śmieszy mnie, kiedy na forach wnętrzarskich, o urządzaniu mieszkania ludzie narzekają, że znów białe mieszkanie, znów turkusowe dodatki. Ale hej – mieszkanie mamy jedno, a nie setki! W tym jednym naszym mieszkaniu mamy te białe ściany, czy te turkusowe dodatki. To nam ma się podobać wystrój naszego wnętrza, i powinniśmy je oceniać tylko i wyłącznie przez swój pryzmat.
To szalenie ważne aby w swoim mieszkaniu czuć się dobrze. Cieszyć się, że już do niego wróciliśmy, a nie smucić się, że tam gdzie wyjechaliśmy było ładniej, czyściej, schludniej.
Po swojemu jest najlepiej!
utworzone przez WolnoWolniej.pl | mar 5, 2018 | żyć lepiej
Akurat to mam po tacie – lubię do kawki zjeść ciasto, ciastko, ciasteczko. To jest coś, z czego nie potrafię zrezygnować. Tak jak palacze mówią, że kawa lubi dym, tak w moim przypadku – kawa lubi ciasto. A że dużo kawy piję – znalazłam przepis, który nie wpędza mnie w takie poczucie winy.
I obowiązkowo – przepis mega prosty i szybki!
Brownie – bez mąki i cukru
[wc_row]
[wc_column size=”one-third” position=”first”]
Składniki na ciasto:
2 puszki czerwonej fasoli,
4 jajka,
2 banany,
3 łyżki prawdziwego kakao,
3/4 szklanki ksylitolu,
półtorej łyżeczki sody lub proszku do pieczenia,
3 łyżki oleju (najlepiej kokosowy lub rzepakowy)
[/wc_column]
[wc_column size=”one-third”]
Polewa:
gorzka czekolada (im więcej kakao tym lepiej),
1/4 szklanki mleka,
dwie łyżki kakao,
[/wc_column]
[wc_column size=”one-third” position=”last”]
Parametry:
T: 180stC
t: 40-60 min
[/wc_column]
[/wc_row]
Przygotowanie ciasta:
1. Dokładnie opłukać fasolę, odsączyć i przesypać do dużej miski
2. Dodać resztę składników
3. Miksować około 10 minut – od uzyskania bardzo jednolitej masy (!) bez żadnych grudek – grudki spowodują, że ciasto będzie się kruczyć… .
4. Przełożyć masę do foremki/foremek do keksów
5. Piec
6. Odstawić do schłodzenia. Najlepiej do lodówki na kilka godzin (po tym jak wystygnie!).
Przygotowanie polewy:
1. Rozpuścić czekoladę w kąpieli wodnej
2. Mieszając czekoladę dodawać kakao i mleko
Mocno czekoladowy smak ciasta przełamuję najczęściej sosem z owoców, który jest dość kwaskowaty. Dla mnie to najlepsze połączenie! To jak odrobinka nieba, po której nie trzeba dużo sprzątać – właściwie to jedną miskę i garnek.
Jedyna trudność w przygotowaniu tego brownie to miksowanie na supergładką masę.
utworzone przez WolnoWolniej.pl | mar 4, 2018 | żyć lepiej
Nie macie czasem takiego poczucia, że zmarnowałyście dzień? Że, właściwie, to nic się dziś nie wydarzyło? Przebimbałyście go. Od rana, jak wstałyście nie zrobiłyście nic produktywnego, a ten dzień się niczym nie różnił od innych. Niczym! Zmarnowałyście jeden dzień z życia. I, o zgrozo, tego dnia nikt Wam nie odda!

Co sprawia, że moje dni są wyjątkowe
Wiecie, nienawidzę poczucia, że przebimbałam dzień. Mam świadomość tego, nie będę żyć wiecznie, dlatego ubolewam nad każdym zmarnowanym dniem. I dlatego właśnie staram się aby każdy dzień sprawiał mi radość. Aby w każdym dniu wydarzyło się coś wyjątkowego, coś, co sprawi, że z uśmiechem pójdę spać. Że pójdę spać szczęśliwa i zadowolona z mojego życia.
1. Kiedy siedzę cały dzień w domu i obijam się z kąta w kąt – “zmuszam” Dawida do wspólnego wyjścia z domu. Do zmiany otoczenia. Wychodzimy wtedy do galerii handlowej, jedziemy na starówkę lub razem idziemy z psem na spacer.
Dzięki temu nie mam poczucia, że przewegetowałam cały dzień na kanapie. Coś się zadziało, coś się zmieniło, coś zrobiliśmy. Ruszyliśmy się! To takie przerwanie monotonii.
2. Staram się zrobić coś produktywnego. Jeśli jest to weekend, rano biorę się za sprzątanie. Dzięki temu przez resztę dnia widzę efekt mojej pracy. Ten dzień nie był zmarnowany bo dał nam radość – mogliśmy razem posiedzieć w przyjemnym wnętrzu, napić się kawy w czystym, estetycznym domu. Do tego zapalam jeszcze kominek na olejki eteryczne i już jest o niebo lepiej!
Zapach hiacyntów w domu to coś przewspaniałego i niesamowicie relaksującego. Czuję się wtedy jak Pani Świata! A jak jeszcze odpalę muzykę – kosmos! Ja na swoim. My na swoim. Po swojemu. Jakby nic się więcej się liczyło.
3. Ogromnie cieszę się z dni, które odkrywają nas przed sobą. Uwielbiam jak siedzimy z Dawidem na kanapie, albo tuż przed snem siedząc ja na łóżku, Dawid na krześle, rozmawiamy o czymś. Dyskutujemy. Zastanawiamy się. Próbujemy wykminić coś. Wiecie, to takie odkrywanie nas przed sobą, to rozmowy, uzewnętrznianie, pokazywanie naszego toku myślenia, najskrytszych myśli.
To jest takie uczycie, jakbyśmy siedzieli sami na pomoście i dopiero się poznawali. Coś niesamowitego! To niesamowite, że jesteśmy razem już tyle lat, znam go od 12-tego (?) roku życia a wciąż potrafimy rozmawiać jakbyśmy dopiero się poznawali.
Kiedyś zastanawiałam się o czym stare małżeństwa ze sobą rozmawiają. Przecież oni muszą już wszystko o sobie wiedzieć, znać swoje poglądy. A guzik tam! Cały czas się zmieniamy i nasze poglądy też.
4. A w dniach, w których jestem szalenie zabiegana, w których nie mam siły już na nic, które upłynęły mi na obowiązkach i nie mam czasu dla siebie – takiej wyjątkowości dniu nadaje kupno kwiatów do mieszkania. To taki drobny akcent, który w pędzie przynosi spokój, ukojenie, zatrzymuje wzrok.
Rośliny, a zwłaszcza kwiaty, nadają wnętrzu niesamowitego ciepła. To już nie jest takie po prostu zwykłe mieszkanie. Tu już jest życie. Cząstka nas. I kolory! – które szalenie kocham!
Uwielbiam tą czynność, kiedy kładę kwiaty na blacie kuchennym, sięgam po wazon, nalewam wody i układam w nim kwiaty. A później szukam odpowiedniego dla nich miejsca.
To jest taki czas, który poświęcam totalnie sobie i na swoje przyjemności. Na rozkoszowanie się pięknem.
Wiecie co ja myślę? Że żaden dzień, który dał nam radość, który sprawił, że czujemy się lepiej – nie był zmarnowany!
Możemy czasem być wkurzone, poirytowane. Ale jeśli na koniec dnia stanie się coś, co sprawi, że te nasze frustracje odchodzą – to był dobry dzień!
Dla mnie nie ma nic wspanialszego niż szczęśliwym pójść spać.
utworzone przez WolnoWolniej.pl | mar 1, 2018 | żyć lepiej
Każdy z nas, Was, ma jakieś swoje rytuały. Jakieś czynności, które wykonuje codziennie. Z początku niektóre z tych rytuałów bawiły mnie. Bo to jest śmieszne, kiedy codziennie robisz to samo, dzień w dzień o tej samej porze.
U nas jedną z takich czynności jest na przykład parzenie kawy/herbaty.
Zazwyczaj ja wstaję jako pierwsza, robię sobie herbatę i dla Dawida kawę. Gdy kawa jest gotowa budzę Dawida. Zawsze! Ten opornie ale wstaje, idzie do kuchni, podchodzi do tej swojej kawy i pyta śpiąc:
– Słodziłaś?
– Nie – odpowiadam. I trochę do niego, ale jakby bardziej do siebie, rzucam – przecież nigdy nie słodzę.
Jak pies przypomniał nam o wadze bliskości
Jednak wiecie jak to jest – poranki często gęsto są w biegu. Szybkie śniadanie, kawa, herbata, ogarnianie i fru do pracy.
10 godzin poza domem, zmęczenie, powrót, obowiązki. Wyjście z psem, ogarnięcie mieszkania i siebie po całym dniu.
Powrót męża, szykowanie obiadu i sam obiad, wymiana kilku zdań.
W końcu relaks! Każde idzie w swoją stronę, w swoje pasje, w to co daje mu odprężenie. I tak do wieczora, aż przyjdzie czas na sen.
W tym pędzie nie ma bliskości.
Zauważyliście może u siebie, że wchodząc do domu rzucacie “cześć kochanie, jak tam w robocie?” bez większego skupienia na sobie uwagi?
Na co dzień zapominamy jak ważny jest dotyk zimnych dłoni męża, który właśnie wszedł do domu, jak ważny jest jego zapach, który działa na nas kojąco. Jak ważny jest ciepły policzek ukochanej, który w mig rozgrzewa.W całej tej codziennej walce między zmęczeniem a obowiązkami, między tym co musi być zrobione a zwykłą ochotą nic nie robienia zapominamy o bliskości. Zapominamy, jak ważne jest by choć na chwilę zatrzymał się czas – dla nas.
Wiecie czego nauczył nas ostatnio Czarek, nasz pies? By w momencie, kiedy jedno z nas wraca do domu, drugie jak ten pies podeszło do drzwi przywitać się.
Zazwyczaj było tak, że ja pierwsza wracałam do domu. Wychodziłam z Czarkiem, ogarniałam co nieco dom i czekałam na Dawida. Kiedy przychodził Dawid – Czarek już czekał u drzwi. A ja? – na kanapie. Z kanapy widziałam Dawida, mówiliśmy sobie cześć i dopiero witaliśmy się, gdy Dawid już wszedł do salonu. Ale wcześniej – Dawid witał się psem. I między innymi to zachowanie sprawiło, że Czarek zaczął wprowadzać do naszego życia swoją hierarchię.
Nie mogliśmy dopuścić do tego, aby w oczach Czarka on (pies) był ważniejszy ode mnie.

Teraz mamy nowy rytuał. Kiedy jedno z nas wraca do domu – drugie już czeka na niego w korytarzu, przy drzwiach – jak ten pies.
Wiem, że brzmi to śmiesznie, może nawet ma troszkę zły wydźwięk, ale taka jest prawda – trudno jest stworzyć więź, bliskość, kiedy nie stać nas nawet na to by ruszyć tyłek z kanapy aby się przywitać. Nie da się być blisko nie poświęcając sobie czasu, uwagi, skupiając 90% uwagi na sobie i tylko 10% na partnerze. Nie da się.
Czarek uświadomił nam, że bez względu na to jaki jest nasz dominujący
język miłości, jak lubimy dawać i otrzymywać uczucie miłości – nic nie zastąpi poświęconej uwagi ani czasu. Nic nie zastąpi troski, ani komentarza “ale masz zimne ręce”, “ale jesteś cieplutka”.
Nie stworzy się udanego związku ciągle siedząc na kanapie.
utworzone przez WolnoWolniej.pl | lut 25, 2018 | żyć lepiej
Często słyszę jak kobieta żaląc się innej kobiecie mówi: wymagają od nas byśmy były silne, zajmowały się domem, dziećmi, pracowały, sprzątały, gotowały itd, bez względu czy w zdrowiu, czy chorobie, radości, czy smutku, i jeszcze zawsze, obowiązkowo przy tym dobrze wyglądały.
I tak się zastanawiam – kto tego od nas, kobiet wymaga? Społeczeństwo? A co ja obchodzę społeczeństwo? Ono nawet o mnie nie słyszało! Inne kobiety? Te, które w nosie mają mój dom, moje obowiązki – bo mają swoje?

Kto Ci wmówił, że musisz być silna?
Jak tak sięgniecie pamięcią hen, hen wstecz, przypomnijcie sobie, kto Wam powiedział, że wymaga od Was bycia silną? Kto Wam powiedział, że musicie być ładne, zadbane, mieć dobrą pracę, a po 10 godzinach nieobecności w domu posprzątać, zrobić obiad i być w świetnym humorze? Kto Wam to wmówił? Jestem przekonana, że sobie nie przypomnicie. A na 99% jestem pewna, że nikt nigdy Wam czegoś takiego nie powiedział. A już na pewno – nie był to mąż.
Nikt od nas – ani od nas kobiet, ani od nas jako jednostek – nie wymaga tego byśmy cały czas były silne. Naprawdę! Nikt prócz nas samych. Same narzucamy sobie tą presję. Czytamy te wszystkie informacje o polskich “gwiazdach”, czytamy blogi osób, które pokazują jak mają wspaniałe życie i same wpędzamy się przez to w depresję. Same wmawiamy sobie, że musimy mieć takie a nie inne życie. Że tak powinno być bo “każdy” tak żyje tylko nie my. Skoro innym się udaje to dlaczego nie nam?
Gdzie jesteśmy gorsze? Gdzie popełniamy błąd? Same się strofujemy i nakręcamy.
Wiecie z czego ostatnio zdałam sobie sprawę? Udane małżeństwo charakteryzuje się tym, że nie musimy być silni. Że każde z nas może mieć gorszy nawet nie dzień – ale okres, może się zagubić, potrzebować pomocy – i nie musi tego ukrywać.
To jest tak szalenie wspaniałe, że poznajemy obcego człowieka, zaczynamy z nim rozmawiać, poznajemy się, odkrywamy przed nim cząsteczki siebie, obnażamy się – a później poślubiamy go. Obcego człowieka, który stał się naszym przyjacielem. Przy którym możemy być prawdziwymi sobą. Któremu możemy płakać, żalić się na cały ten świat i ten ktoś nie ma nas za słabych, za mięczaków. Dla niego nie jesteśmy nagle gorsi bo jesteśmy w niemocy, bo mamy chandrę, bo się zagubiliśmy. Nie jesteśmy nagle słabi, bo nie mamy siły zmierzyć się z naszymi myślami, z tymi wszystkimi bodźcami jakie dochodzą do nas zewsząd.
Mąż, partner to jedyna osoba przy której nie musimy być cały czas silne. Przy naszym przyjacielu nie musimy udawać, że wszystko jest w porządku.
Są poradniki dla kobiet, które mówią, że trzeba być samowystarczalną, niezależną, że na facecie nie może opierać się nasz cały świat. Nie może od niego zależeć nasze szczęście. Ale wiecie co? Związek to nie żadne maniakalne prześladowanie. Związek to chęć dawania i dawanie radości tej drugiej osobie.
Kiedy ja jestem smutna, kiedy mam dość wszystkiego, kiedy płaczę bo sobie z czymś nie radzę – mój mąż mnie przytula. Słucha moich najbardziej absurdalnych myśli. Daje mi możliwość powiedzenia i wysłuchania tych wszystkich głupot, nim powiem o co mi faktycznie chodzi. Nim wyrzucę z siebie wszystko co mi leży na sercu.
W związku nie chodzi o to by być taką czy taką osobą. Spełniać takie i takie cechy, postępować według poradnika byle być kochaną, byle on z nami był, nie poszedł do innej, itd. W związku chodzi o to by być sobą. 100% sobą. Nawet jeśli bycie sobą to akurat bycie słabym.