utworzone przez WolnoWolniej.pl | lip 8, 2018 | żyć lepiej
Spotkałyście się kiedyś z błędną interpretacją Waszych słów? Ja niestety tak! I to, o Boże, w jakim stylu! Kiedyś skomentowałam jedno wydarzenie, którego byłam uczestnikiem. Następnego dnia mój komentarz został opublikowany przez pudelka. Możecie się teraz śmiać, tak, pudelek opublikował mój komentarz, ale ja nie wiedziałam jak zareagować. Nie taka była intencja moich słów! I wiedział to każdy, kto czytał komentarze wydarzenia. Każdy, kto mnie zna. To było wyrwane z kontekstu!
Ale czy kogoś to obchodziło…?

Jak Marilyn Monroe do dziś niszczy ludziom związki
Nie wiem kiedy to się stało, ale tak jest. Żyjemy w czasach, w których zacierają się role kobiet i mężczyzn. Kobiety stały się silne, i to nie tylko w swoim gronie. Niektóre same o sobie mówią “zołzy” jakby to był wyznacznik wyższego poziomu, wyższego levelu, czegoś lepszego, znajomości jakiejś tajemnej wiedzy dyrygowania facetem, postrzegania świata. Kobiety stały się silne i to widać! Zaczęły manifestować swoje prawa i swoje poglądy. I, żebyśmy się dobrze zrozumiały, jak najbardziej jestem za tym, aby kobiety nie pozostawały w tyle za mężczyznami, aby ich, nasz głos był słyszalny. Ale chyba się zagalopowałyśmy w swoim przekonaniach i coś poszło nie tak… .
Czy słusznie wymagamy?
Od naszych facetów wymagamy szacunku. I nie ma w tym nic złego, każdemu człowiekowi należy się szacunek, tym bardziej, jeśli jesteśmy z nim w związku (!). Wymagamy od mężczyzn aby nas rozumieli i doceniali. Aby byli szczęśliwi bo z nami są. Niektóre kobiety są wręcz zachłyśnięte (błędnym) wyobrażeniem o swojej pozycji w relacji. One dbają, kochają, robią wszystko. One pozwalają. One nie robią problemów, gdy on chce cokolwiek, ale gdy zrobi się nie po ich myśli – dadzą delikatną nauczkę. To wyrachowanie?
Tylko czy o to chodzi w związku? O pozwolenie? Nagradzanie?
“Jestem samolubna, niecierpliwa i trochę niepewna siebie.
Popełniam błędy, tracę kontrolę i jestem czasami ciężka do zniesienia.
Ale jeśli nie potrafisz znieść mnie kiedy jestem najgorsza, to cholernie pewne, że nie zasługujesz na mnie, kiedy jestem najlepsza.”

Związek to nie negocjacje
Czy związek to waga, na której szalach przeważa/konkuruje “zasługujesz” i “nie zasługujesz”? Czy w związku możemy oceniać partnera lub siebie, przez pryzmat “zasługujesz”? Czy możemy swoje wady usprawiedliwiać zaletami? Nie!
Związek to nie są negocjacje! Związek to nie licytacja kto ma lepiej, kto ma gorzej, komu należy się więcej i bardziej. W związku jesteśmy razem bo tego chcemy. Tak zwyczajnie. Bo łączy nas uczucie. Bo chcemy dać tej konkretnej osobie to co w nas najlepsze.
Jeśli nie panujemy nad sobą, nad słowami jakie wypowiadamy w gniewie – to jest to tylko i wyłącznie nasza wina. Nie partnera. Nasza.
Ale otwórz oczy. Twój partner to żywy człowiek. To człowiek, w którym są uczucia i emocje. I choć on może tego nie okazywać, nie pokazywać, że coś go boli – to wszystko w nim jest. I tak to działa – im faceta bardziej coś boli, bardziej odczuwa i przeżywa, tym bardziej zamyka się w sobie. Żadna przyczyna nie usprawiedliwi absurdalnego zachowania kobiety w furii, żalu i złości. Choćby kpiła, przeklinała i wpadała w szał – on nie zasługuje na to złe, poniżające, kpiące, jak zwał tak zwał, zachowanie! To, że facet nie mówi co czuje, nie znaczy, że nie ma w nim emocji i uczuć.

A gdyby on tak…
Zastanawiałyście się kiedyś, jak Wy byście zareagowały na swoje zachowanie? Gdyby Wasz facet wychodził z założenia, że “jeśli nie potrafisz znieść mnie kiedy jestem najgorszy, to cholernie pewne, że nie zasługujesz na mnie, kiedy jestem najlepszy”? Obstawiam, że większość z Was właśnie zapluła monitor z niedorzeczności sytuacji! Wyobrażacie sobie coś takiego? Ja nie jestem w stanie wyobrazić sobie Dawida, który mówi takie słowa! :D
Skoro jesteśmy w związku, jesteśmy razem, razem decydujemy się na związek – to nie ma czegoś takiego jak “zasługujesz bardziej i mniej”. Skoro jesteśmy razem to CHCEMY dla siebie jak NAJLEPIEJ. Koniec kropka. Bez gierek i ściem. Bez rozdrabniania się.
Jeśli chcemy by NASZ facet traktował nas poważnie i z szacunkiem – też musimy go tak traktować. Akcja – reakcja. Krótka piłka.
Zastawiałyście się kiedyś nad tym? Jak nasze słowa, czyny są odbierane przez naszych facetów? Co im komunikujemy powielaniem tak nieprzemyślanych sentencji, zasłyszanych słów, może i wyrwanych z kontekstu?
Ja nie. Aż do czasu… .
utworzone przez WolnoWolniej.pl | lip 5, 2018 | żyć lepiej
Zastanawiałyście się kiedyś, jak bardzo zmieniłyście się w czasie trwania Waszego związku? Nie mam tu na myśli charakteru, ale to, jak zachowujecie się przy swoim facecie. Jak się do niego odnosicie? Jak wyglądają Wasze weekendy? Jak Wy wyglądacie?
Do napisania tego tekstu zainspirował mnie mój mąż. Tuż przed snem wyjęłam z szafy koszulkę do spania. Niby nic nadzwyczajnego, każdy z nas śpi w jakiejś koszulce. Ale po jej założeniu mój maż powiedział “jak tobie ładnie w czerwonym! Powinnaś częściej chodzić w czerwieni” i uśmiechnął się.
Żono, nie popełnij tego błędu, co wiele rozwódek
Ta sytuacja dała mi bardzo do myślenia. Zaczęłam przypominać sobie jak wyglądały początki naszego związku, i porównywać te chwile do tego, co mamy teraz. I wiecie co? Zmieniło się u nas bardzo dużo!
Już nie jeździmy do siebie po 300 km – dziś mieszkamy razem. Nie umawiamy się też do kina, czy do pubu – teraz puszczamy film w domu i otwieramy sobie od niego wino. Jesteśmy u siebie, na swoim – w koszulce i spodniach dresowych. Pod kocykiem.
Kiedy jechałam do Dawida na Śląsk, zabierałam ze sobą takie ubrania, w których wyglądałam najlepiej! Brałam ze sobą też kilka par butów. Wiadomo, do spódniczki inne i do jeansów inne. Któregoś razu tak bardzo przejęłam się tym aby ładnie wyglądać, a to żeby wyglądać najpiękniej tuż po wyjściu z pociągu było dla mnie szalenie ważne, że… nie spakowałam ani jednej pary spodni! Pojechałam do Dawida nie dość, że w spódnicy, to jeszcze była to zima! Następnego dnia poszliśmy do sklepu szukać dla mnie spodni… . Tak, to były takie czasy!
Jednak po paru latach związku, coraz poważniejszej relacji, aż wreszcie po ślubie – coś się u nas zmieniło. Mimo, że wciąż o siebie dbamy, o swój wygląd, to zaczęliśmy pozwalać na małe “grzeszki”. Nie oglądaliśmy już razem filmu pięknie ubrani, ja w makijażu, on w spodniach z paskiem. Elegancję zamieniliśmy na wygodę. Pełny makijaż – na brak makijażu, a i włosy byle jakie po całym dniu pracy tylko w kucyk złapane.
I choć nigdy nie byłam fanką mody, nie znałam trendów, nie umiałam i do dziś nie potrafię dobrze dopasować do siebie ubrań – to nie zmienia to faktu, że bez względu na staż związku, bez względu na to jak wielka jest nasza ignorancja względem mody – wciąż powinniśmy o siebie dbać!
Związek to praca nie tylko nad naszymi charakterami, nad znajomością partnera – ale także ciągła praca nad naszym wyglądem.
Nie możemy szukać usprawiedliwienia dla naszego gorszego wyglądu. Byle jakie włosy możemy mieć po całym dniu pracy, ale w weekend – możemy je ładnie wysuszyć.
Nie musimy po domu chodzić w starej koszulce po tacie/mężu. Możemy założyć bluzkę równie długą, równie luźną ale bardziej dopasowaną do naszej figury. I po X latach związku – możemy wybierać takie ciuchy, w których po prostu dobrze wyglądamy.
Tak, u siebie jestem. Na swoim. Tak, mam męża, odkurzam, piorę, sprzątam, myję podłogę i okna. I choć teraz jestem też żoną, to wciąż jestem kobietą. I wciąż powinnam o siebie dbać. Każda z nas powinna. Nasze dobre samopoczucie, wpływa na to jakimi jesteśmy osobami i jakie mamy nastawienie do świata.
Kiedy MY przestaniemy o siebie dbać, kiedy przestanie nam na nas zależeć – dlaczego ktoś inny ma to robić? Nie jesteśmy dziećmi z obrączką na palcu. Nie możemy wymagać, że ktoś będzie nas stale kochał i o nas dbał. To my sami musimy się o siebie zatroszczyć. Ślub nie zwalnia nas tego.
Może, kiedy przestaniemy szukać win i pretekstów, przestaniemy też słyszeć “odszedł do młodszej, ładniejszej” – do tej, która o siebie dba.
utworzone przez WolnoWolniej.pl | lip 2, 2018 | żyć lepiej
Ile razy słyszałyście, że ludzie się nie zmieniają? A może same tak uważacie? Zawiodłyście się na jednym facecie i każdego teraz traktujecie na zasadzie “nie spełnia moich wymagań, nie zmieni się, nara”? Jeśli tak – to jesteście w ogromnym błędzie! I właśnie mogłyście dać szansę odejść szalenie wartościowej osobie… .
Jak nauczyłam męża empatii!
Nasz związek nie zawsze był tak wyjątkowy. Kiedyś dużo się kłóciliśmy, nie potrafiliśmy wspólnie podejmować decyzji. Wiele wyborów kończyło się tym, kto silniej postawił na swoim. Dziś już tak nie jest! Dziś już się nie kłócimy, a wybory, które podejmujemy są naszą wspólną decyzją i obojga nas satysfakcjonują. Nie forsujemy już swojego pomysłu, nie robimy rzeczy pod siebie, według tylko swojego uznania. Dziś to co tworzymy jest wspólne, pod nas, dające radość obojgu.
Jednak to miejsce, w którym teraz jesteśmy jest wynikiem ogromnej pracy! I to pracy, którą często trzeba było wykonać samemu, bo drugie problemu nie widziało… .
Nie zrobiłaś dość dużo!
Często spotykam się z argumentem: “zrobiłam już dość dużo, dość walczyłam, dość podejmowałam prób, teraz jego kolej coś zrobić, albo nara”. To jest szalenie błędne myślenie! Te “zrobiłam już dość dużo” często gęsto znaczy tyle co “wiele razy robiłam to samo a on dalej nic”. Innymi słowy – nie zrobiłaś dużo, zrobiłaś jedną rzecz, która nie przyniosła rezultatu.
Przypomnijcie sobie szkołę, lekcje matematyki.
U mnie to było tak, że kiedy robiłam jakieś zadanie, które mi nie wychodziło, robiłam je od początku. Robiłam, robiłam i wciąż wynik wychodził mi taki sam – zły. W między czasie mówiłam do siebie “no tak, teraz obustronnie razy minus jeden, to daje mi tyle, no to tyle, to tyle, i czemu źle?!” Te moje analizy nic nie dawały. Aż wkurzona odchodziłam od zadania na kilka minut, czasem godzin, aż mogłam wziąć nową kartkę i od nowa, bez robienia “na pamięć” rozwiązać zadanie. Bez powtarzania błędnego schematu.
W związkach jest tak samo. Jeśli jedna metoda, którą stosujemy nie daje wyników, nie ma sensu jej dalej stosować. Rozwiązań należy szukać gdzie indziej.
Daj przykład zamiast ciągle gadać!
Kiedy ostatnio rozmawialiśmy z Dawidem o tym jak bardzo zmieniliśmy się w czasie naszego związku, co dał nam ten związek, Dawid powiedział, że nauczyłam go cieszyć się z małych rzeczy. Widział, jak cieszę się na czegoś widok, na sposób spędzonego czasu, ile radości dał mi wspólny wypad za miasto, albo spacer zamiast jady samochodem.
Na widok mnie tryskającej szczęściem – Dawid powoli zaczął oswajać się z tym zachowaniem i emocją. Na widok mnie cieszącej się i chwalącej go z jego okazywania radości – on na radość otwierał się jeszcze bardziej! Zaczął dopuszczać do siebie pozytywne emocje.
Jednak często zdarzało się też, że Dawida mój dobry humor krępował. On zawsze był zachowawczy, stonowany, zrównoważony. Ja – przeciwnie! Co w sercu to na języku! Bywało tak, że Dawid potrafił zwrócić mi uwagę na moją ekspresję, skomentować to w nieprzyjemny sposób. Nie rozumiał, że tak błaha, “głupia”, codzienna rzecz, może wywołać taką radość. Ja nie zwracałam na to uwagi. Zaciskałam zęby, machnęłam ręką i przewróciłam oczami. Czasem tylko rzuciłam: zwracasz mi uwagę na to, że mówię ci co właśnie czuję?

Taki problem to nie problem
Znacie ten schemat: jedziecie samochodem, nawigacja wariuje i nie wiadomo jak jechać dalej? Mówicie “hej, może zapytamy kogoś o drogę?” na co Wasz facet “nie będę nikogo pytał! wiem jak jechać”
Ja się zawsze uśmiecham od ucha do ucha jak słyszę ten tekst.
W takich chwilach zawsze mówiłam do Dawida: weź podjedź do tego pana, JA go zapytam o drogę.
Po otrzmaniu odpowiedzi jak mamy jechać, komentowałam: patrz, czyli dobrze jechaŁEŚ! Bez sensu te oznaczenia… . Albo: lol, nawigacja totalnie co innego pokazywała, moglibyśmy tak jeździć i jeździć – słabo :/.
Starałam się swoim zachowaniem przekonać Dawida, że to, że coś się nie udaje, nie jest niczym złym, nie ma się czegoś bać, ani wstydzić. Nie musi obawiać się, że uznam go za złego, słabego, nie dość dobrego, nie daj Bóg głupiego, bo nie zna drogi czy nie może czegoś znaleźć. Są sytuacje, które nie muszą być od nas zależne. Nie ma co też wyciągać pochopnych wniosków, ani wymuszać jakiegoś zachowania, kiedy wyraźnie widzimy czyjeś uprzedzenie.
Spokojnie.
Co ciekawe, wiecie, że na początku potrafiłam wysiąść z samochodu i kogoś zapytać o drogę? Teraz Dawid sam prosi o pomoc, pyta, gdy czegoś nie wie. Zmiana o 180 stopni!

Wiecie, kiedyś Dawid mówił, że jest pesymistą. Mało rzeczy dawało mu taką radość, żeby zacierał łapki i cieszył się od ucha do ucha. Przyjmował je takimi jakie są – przecież nie miał na to wpływu. Tłumił w sobie emocje, czy to dobre, czy złe, i tak samo pochodził do ludzi. Taki był, tak było, więc kiedy zwracałam mu na to uwagę, burzył się i nie widział problemu. I miał rację – trudno widzieć problem, skoro tacy jesteśmy od zawsze, mamy znajomych, przyjaciół, jesteśmy lubiani i wszystko jest ok!
Więc jaki sens miałaby tu moja gadanina, że musi się zmienić, że powinien coś zmienić, bo tak będzie mu w życiu łatwiej, lepiej? ŻADNEGO!
Dlatego ja jestem zdania, że rozmowy w związku wcale nie są takie ważne. Tym bardziej, gdy te rozmowy nie dość, że nie wnoszą nic dobrego, to jeszcze pogarszają.
Nie warto też słuchać głupich rad obcych osób, którzy mówią “zostaw go, on się nie zmieni, ludzie się nie zmieniają”. Zmieniają! Ale zmiana nie zachodzi z dnia na dzień i nie zachodzi samoistnie. Sam robi się tylko bałagan.
A związek to praca. Jeśli czujecie, że ten facet jest wyjątkowy, jest wspaniały, wartościowy, idealny! – znajdźcie sposób, zamiast marudzić. Pomóżcie, zamiast tylko dołować i denerwować.
Niektórzy zapytają z oburzeniem – hej, po co mam mu pomagać, jest dorosły, SAM powinien, bo ja nie jestem jego matką/nie jestem od tego. No hej – zaraz, zaraz. Jeśli w Waszym związku na początku było dobrze, a potem coś się spieprzyło i jest co jest, albo jeśli to TOBIE przeszkadza ta jego cecha – to TY masz problem, a nie on. Albo dajesz odejść wartościowej osobie, bo jesteś zbyt dumna lub zbyt leniwa, albo działasz i pomagasz! Bo żeby zebrać owoce, trzeba zrobić COKOLWIEK! Albo zasadzić nasionko i dbać o nie od początku, albo zdobyte, w miarę ukształtowane – podratować, zatroszczyć się, by później od czasu do czasu tylko doglądać, czy wszystko jest ok. Czasem podsypując nawozem, zmieniając ziemię, podlewając. Czasem zmienić otoczenie, wyjechać, pobyć sam na sam, zrobić sobie wolne od świata. To naprawdę niewiele, jeśli w perspektywie mamy wiele lat we wspólnym szczęściu.
utworzone przez WolnoWolniej.pl | lip 1, 2018 | żyć lepiej
Zawsze powtarzam, że pójście na swoje było dla nas ogromnym wyzwaniem, jeśli chodzi o kontrolę budżetu domowego. Tym bardziej, że urządzaliśmy się od podstaw! Praktycznie nic nie zabraliśmy od rodziców, więc wszystko musieliśmy kupić “na już”. Jedno było pewne – nie bierzemy nic na raty, nic na kredyt. Każdy większy wydatek musieliśmy zaplanować. Musieliśmy obliczyć, czy będzie nas na niego stać.
Budżetowe podsumowanie miesiąca czerwiec
Czerwiec był dla nas miesiącem misz-marzem. Przestaliśmy kupować Czarkowi specjalistyczną karmę, na rzecz ryżu/kaszy, mięsa z indyka i marchewki, przez co “wzrosły” nasze wydatki jedzeniowe. Jednak wydatki na jedzenie, nie były wiarygodne. Wrzucaliśmy tam większość wydatków z większych sklepów. Ale dawało nam to mniej więcej pogląd na to, ile wydajemy.
Potrzebowaliśmy kilku miesięcy, kilku przeprowadzonych budżetów domowych, aby wprowadzić kolejny nawyk – to co kupujemy już w bardziej szczegółowy sposób rozpisujemy. Bierzemy rachunek i wypisujemy z niego różne produkty:
– warzywa
– owoce
– papier toaletowy
– kosmetyki
– jedzenie Czarka
– roślinki
itd.
Z miesiąca na miesiąc staramy się dokładniej prowadzić nasz budżet miesiąca, żeby w jak największym stopniu kontrolować nasze wydatki.
Nie zawsze mamy ochotę od razu lecieć do zeszytu, w którym kontrolujemy budżet, dlatego wszystkie niewpisane rachunki przypinamy na tablicę korkową. Staramy się mieć na tyle wszystko w jednym miejscu, aby zawsze móc skontrolować wydatki.
Nasz cel na lipiec i następne miesiące: prowadzić planner posiłków. Wszystko po to, aby w największym stopniu zoptymalizować wydatki na jedzenie i ograniczyć marnowanie czegokolwiek! Choćby to były “dupki” od chleba.
A jak Wasze budżetu domowe? Prowadziliście je w czerwcu? Wytrwaliście do końca? Dajcie znać!
Do pobraina: budżet na miesiąc lipiec 2018
fioletowy – zielony – niebieski – żółty
UWAGA!
Pliki są do pobrania tylko do użytku osobistego. Nie wyrażam zgody na ich modyfikowanie, sprzedawanie, rozpowszechnianie i wykorzystywanie w celach komercyjnych bez mojej zgody.
Pliki są gotowe do pobrania w formacie pdf rozmiar A4.
Jak prowadzimy nasz budżet domowy przeczytasz tutaj.
utworzone przez WolnoWolniej.pl | cze 26, 2018 | żyć lepiej
Kiedy byłam mała, często słyszałam od mojego dziadka, że jedzie na bazar. Wracając z niego obładowany był ziemniakami, jajkam, chlebem, pomidorami… . Na tym straganie można było kupić wszystko!
I choć od tego wydarzenia, od tych czasów minęło wiele lat – wciąż znajdziemy tam stoisko obok stoiska, wąskie alejki, że ledwo dwie osoby mogą przejść i ceny – wysokie ceny!
Tylko, czy dziś żywność z bazaru faktycznie jest zdrowsza od tej z supermarketu, a tym samym warta swojej ceny?

Żywność na bazarach gorszej jakości niż w supermarketach!
Moja praca inżynierska dotyczyła świadomości młodych osób pod względem higieny i bezpieczeństwa żywności. Wielu respondentów odpowiedziało, że tak, kupują na bazarach jeśli mogą, i tak, wydaje im się, że ta żywność jest lepsza. Ja kiedyś też tak myślałam. Jednak to nie do końca jest prawda.
Psychologia
Zachęcający wygląd warzyw i owoców na bazarach jest wynikiem przede wszystkim jednej rzeczy – jeden lub dwoje ludzi obsługuje to jedno małe stoisko. Walcząc o klienta dbają o jego estetykę – zraszają żywność wodą, aby produkt wyglądały na rześkie, świeże, kojarzyły nam się jak te, które sami podlewamy konewką. Pracownicy mają też czas na przebieranie swoich produktów i wyrzucanie tych podpleśniałych i zgniłych, na co pracownicy supermarketu nie zawsze mają czas.
Zdrowie
Jednak to, czego nie widzimy, a jest ogromnym problemem na bazarach, to świadomość sprzedawców dotycząca zanieczyszczeń.
Na bazarze koło mojego domu prawie każdy sprzedawca pali papierosy. Wszelkie substancje smoliste, szkodliwe osadzają się na tych owocach i warzywach, a co do poniektórych mogą przeniknąć.
Mnie to zachowanie niemiłosiernie razi! Kiedy często chodziłam na jeden bazar, już wiedziałam kto pali, a kto nie. Zakupy robiłam u tych niepalących. A przynajmniej – nie palących na stoisku!
Higiena
Warunki przechowywania żywności także nie są obojętne na jej wpływ na nasze zdrowie.
Supermarkety mają chłodnie i mroźnie. Choć zaplecze supermarketów nie jest idealne, jeśli mielibyście okazje się po nim przejść, zobaczylibyście, że niektóre produkty leżą na podłodze, nie mają zabezpieczenia (np folią) tylko leżą jeden na drugi zanieczyszczając się. Mam tu na myśli różnego rodzaju produkty gotowe do spożycia bez podgrzania i mycia. Choć jest to bardzo niehigieniczne, to jednak w supermarketach (przez wprowadzone obowiązkowe standardy jakości) ta jakość i higiena jest na wyższym poziomie niż na bazarach, które bardzo ciężko kontrolować.
Niektóre stoiska są też umiejscowione tuż przy ulicy. Codziennie setki samochodów wypuszczają na te warzywa i owoce swoje spaliny, które odkładają się później w produkcie.
Temperatura
Kolejny problem bazarów w przechowywaniu żywności jest brak magazynów.
Wydaje nam się, że sprzedawcy codziennie, co drugi dzień jeżdżą na giełdę po nowy towar, a co niektórzy przywożą prosto z pola. Nie do końca tak jest. Wielu sprzedawców z bazaru przechowuje żywność (warzywa, owoce, jajka) w pobliskich garażach i samochodach, które nie są w żaden sposób kontrolowane – nie sprawdza się tam temperatury, czystości. W garażach obok są samochody, spaliny, z dworu przedostają się myszy – w magazynach supermarketów ten problem po prostu nie istnieje.
Zauważcie też, że na bazarach często są stoiska z samymi jajkami. Jajka te wystawione są najczęściej na dworze tak, aby klient zobaczył jakie ładne jajeczka i kupił – także latem. Czy kilka godzin w upale to dobry sposób na przechowywanie jajek? Czy w domu nie przechowujemy jajek w lodówce?
Niektórzy sprzedawcy magazynują jajka w samochodach, w których temperatura dochodzi do ponad 40stC!
[wc_box color=”primary” text_align=”left” margin_top=”” margin_bottom=”” class=””]
Ze względu na systemy bezpieczeństwa, które są w supermarketach, oraz audyty dostawców swoich produktów, dużo trudniej jest sprzedać przeterminowany produkt – bez względu czy jest to produkt zamknięty w opakowaniu, czy jest to surowe mięso z lady, na wagę.
Inspekcje państwowe, dostawcy żywności przeprowadzają cykliczne kontrole, w których sprawdzają kiedy dany towar został przyjęty, kiedy został sprzedany, czy data przydatności/uboju nie została przekroczona, czy warunki przechowywania są właściwe, itd.
Na bazarach taka kontrola jest szalenie trudna przez (bardzo rzadko, o ile w ogóle) nieprowadzoną identyfikowalność.
[/wc_box]
Opinia
Musicie też pamiętać, że “jeden fałszywy ruch” supermarketu rzutuje na imię całej sieciówki. Te standardy, jakość muszą być tam przestrzegana, jeśli marka chce funkcjonować na rynku i mieć dobre imię.
Na bazarach bardzo trudno stracić “twarz”, gdyż nie jest ona rozpoznawalna – jest lokalna. Dużo łatwiej jest w wyniku skandalu zmienić stoisko, bazar – niż przywrócić marce wiarygodność.
Z takim problemem, braku wiarygodności, złą sławą, walczy pewna sieć, które totalnie nie radzi sobie z polityką jakości. Na ich stoiskach bardzo często znajdziecie przesuszone i pogniecione pieczywo (kajzerki, chleby), ponieważ rozmrażane są najprawdopodobniej w kartonach, w których się gniotą.
Owoce i warzywa bardzo często są zapleśniałe, nieprzebierane przez pracowników.
Odkąd pamiętam i z kim bym nie rozmawiała – nie kupuje warzyw i owoców w pewnej sieci, właśnie ze względu na brak zaufania do marki, do jakości, świeżości, a przede wszystkim – do bezpieczeństwa żywności.
Taki mały ode mnie dla Was bonus:
Kiedy pracowałam jako audytor w supermarketach moim konikiem były pomidorki koktajlowe pakowane w plastikowe opakowanie – czy to “miseczkę”, kubeczek.
Zanim kupicie pomidorki, podnieście opakowanie i zobaczcie, czy na spodzie nie ma zapleśniałych pomidorków.
Owoce i warzywa w supermarketach są pod lampami, które dodatkowo generują ciepło. W sezonie letnim w supermarketach szalenie łatwo o pleśń.
Jesteście zaskoczeni informacjami?
Dajcie znać jak Wasze odczucia i jakie mieliście wcześniej zdanie do zakupów na bazarach.
utworzone przez WolnoWolniej.pl | cze 21, 2018 | żyć lepiej
Macie problem z dietą w czasie urlopu? My mamy okropny! Jak jesteśmy na wyjeździe – totalnie nie chce nam się gotować w wynajmowanym mieszkaniu. Nasza dieta wtedy leży, kuleje, i woła o pomstę do nieba. Zazwyczaj zadowalamy się pizzą z piekarnika i szybkimi kanapkami na śniadanie. Może jakiś kebab wieczorem? Obowiązkowo, jak z grawerów na naszych obrączkach, Dawid zamawia baraninę na ostro, a ja falafela w bułce.
Jednak po kadym wyjeździe mamy wyrzuty sumienia, że znów “przetrwaliśmy” na totalnie śmieciowym, mało odżywczym jedzeniu, co później odbija się na naszym zdrowiu i samopoczuciu… .
I tak wpadliśmy na pewien genialny pomysł!
Dieta pudełkowa alternatywą na wyjazdach!
Postanowiliśmy, że na wszelkie wyjazdy będziemy zamawiać dietę pudełkową. W zależności od planów, od 2 do 3 dań dziennie, aby jednak nie ograniczać się do samej diety pudełkowej, a pozwolić sobie też na spróbowanie czegoś dobrego na miejscu.
W pierwszą rocznicę ślubu planujemy udać się do Wrocławia. Polecono nam już dwie klimatyczne kawiarnie, także już wiemy, że zrezygnujemy z dwóch śniadań, ale za to zamówimy śniadanie na dzień powrotu do Warszawy, żeby przed podróżą zjeść coś treściwego, sycącego, aby nie było potrzeby zatrzymywania się na jakiekolwiek fast foody!
Genialnym pomysłem okazały się obiady! Bez względu czy wrzucimy je do plecaka, czy weźmiemy ze sobą kosz piknikowy – możemy o dowolnej porze zjeść pyszne danie w plenerze.
To było jedno z przyjemniejszych doświadczeń w moim życiu. Dawno nie czułam takiej beztroskości, radości, wolności z jedzenia obiadu na dworze, i to nie w restauracyjnym ogródku.


W czasie studiów, na przedmiocie “style życia” uczyliśmy się jakie role odgrywa wspólne jedzenie posiłków. Słuchaliśmy historii, jak wiele lat temu, profesorowie jedli na stołówce posiłki z profesorami. Każdy mógł zamówić jakieś danie w bufecie, lub przynieść swoje, i przysiąść się do stolika z wolnym miejscem.
Prowadząca szalenie pozytywnie wspominała ten czas i żałowała, że dziś na stołówce jest oddzielny, zarezerwowany stolik tylko dla profesorów. Tęskniła, zwyczajnie tęskniła za przełamywaniem barier wiekowych, światopoglądowych.
Na podstawie tej historii tłumaczyła nam, że wspólne jedzenie posiłków zbliża ludzi, powoduje, że tworzy się między nimi więź. Czujemy przynależność, są zaspokojone nasze potrzeby nie tylko fizjologiczne, ale i społeczne, psychologiczne.
Odkąd zaczęliśmy z Dawidem częściej jeść na dworze – zrozumiałam o czym prowadząca mówiła! Tworzenie jakiej intymności miała na myśli.
Jak szukamy diety pudełkowej na wyjazd
Zamiast wpisywać w przeglądarkę “dieta pudełkowa + miasto” korzystamy z wyszukiwarki diet pudełkowych. Najpierw wybieramy miasto, a później w wyszukiwaniu zaawansowanym zaznaczamy jaki catering, z jaką dietą chcemy zamówić.
Co ważne i bardzo istotne:
Przy każdym cateringu widnieje informacja, czy lokal, w którym wytwarzana jest żywność, przygotowywana jest dieta – został zatwierdzony przez sanepid!
Pamiętajcie, że warunki, w jakich przygotowywana jest żywność, są szalenie ważne! Przez brak odpowiedniego sprzętu, higieny, szkoleń pracowników, świadomości, a przede wszystkim – kontroli, może w bardzo łatwy sposób dojść do zanieczyszczenia żywności bakteriami, na przykład e.coli lub salmonellą, które mogą doprowadzić do dużej niestrawności. Ten problem jest szczególnie ważny w przypadku żywności, której przed spożyciem nie poddajecie obróbce termicznej.

Dajcie znać co myślicie o diecie pudełkowej, w formie zbilansowanej diety podczas weekendowych wypadów za miasto. Ciekawa jestem, czy korzystaliście kiedyś z takiego rozwiązania? Czy może przeciwnie, jesteście kulinarnymi zwierzakami i lubicie próbować różnych dań, poznawać nowe smaki w restauracjach?

/ wpis powstał w ramach współpracy z cateromarket.pl
utworzone przez WolnoWolniej.pl | cze 17, 2018 | żyć lepiej
Kiedy zaczęłam zgłębiać psychologię, relacje damsko-męskie, kiedy chciałam zrozumieć więcej i bardziej dlaczego ludzie tak się zachowują, dlaczego jedni są duszą towarzystwa, a inni, jak ja, lubią stać na uboczu, zobaczyłam, że psychologia potrafi wszystko i wszystkich nazwać. Na dużą skalę zetknęłam się z tym w kontekście toksycznych relacji. Co i raz słyszałam “twój partner jest DDA – odejdź”.
DDA – takim skrótem nazywa się Dorosłe Dziecko Alkoholika

Brak umiejętności porozumienia się zaczęliśmy zwalać na syndrom
Nadawanie człowiekowi łatki sprawiło, że w bardzo łatwy sposób zaczęliśmy rezygnować z konkretnych ludzi i znajomości w naszym życiu. Negatywne zachowania czy wady, zaczęliśmy nazywać syndromami. Zamiast spróbować zrozumieć drugiego człowieka, znaleźć wspólny język, wspólny sposób komunikacji – rozstajemy się, ucinamy kontakt, lub nawet nie podejmujemy próby poznania tej osoby. Brak umiejętności porozumienia się zaczęliśmy zwalać na syndrom współrozmówcy. Co gorsza, przyklejając do kogoś łatkę czy to dziecka alkoholika, rozwodników, awanturników, kogokolwiek – przestajemy zauważać swoje wady. Nie dociera do nas, że (przykładowo) partnera obojętność, bezwzględność względem nas nie jest wynikiem jego “traumy” z dzieciństwa, a po prostu naszego charakteru. To nasz zły charakter, nasza nadgorliwość, nadopiekuńczość, nasz egoizm mogą być (w naszym odczuciu) przyczyną złego zachowania partnera. Bez najmniejszej refleksji potrafimy zrobić z siebie ofiarę, wymagając równocześnie, aby to partner poszedł na terapię, ponieważ to jego dzieciństwo było gorsze – jego dzieciństwo możemy włożyć w ramy i szybko obarczyć epitetem, sobie ine mając nic do zarzucenia, wręcz polepszając swoją samoocenę.
Czy syndrom to coś złego?
Będąc u psychologa, ten słuchając naszych wypowiedzi, obserwując nasze zachowanie, reakcje zaraz przydzieli nam jakąś kategorię społeczną. Kiedy myśleliśmy, że jesteśmy po prostu jacyś: jesteśmy wrażliwi lub wybuchowi, lubimy ciszę lub głośną muzykę – w dużym uproszczeniu psycholog nazwie to syndromem.
W ludzkiej głowie zaraz zaczyna pojawiać się myśl – mam syndrom, to coś złego? Moja osobowość, ja – jestem zły? To źle, że taki jestem? Skoro psychologia wydzieliła to zjawisko, tą cechę, nazwała to, to chyba źle.
Nie lubimy chodzić do psychologów, bo nie lubimy jak przypina nam się łatki. Nie lubimy być napiętnowani. Nie lubimy, kiedy ktoś patrzy na nas przez pryzmat naszych niedoskonałości. Nie lubimy być wytykani, a tym bardziej jako ten, który ma syndrom. Nie chcemy być określani problemem. Chcemy być akceptowani!
Nie chcesz się zmieniać? Pójdź do psychologa!
Kiedy byłam mała, osobami, które mówiły mi co jest dobre, a co złe, byli moi rodzice. To oni tłumaczyli mi, dlaczego źle się zachowałam, to oni poprzez obserwowanie moich reakcji mówili mi, że powinnam zmienić swoje zachowanie, moje reakcja jest nazbyt, nieadekwatna, mimo, że w słusznej intencji, to mogła zostać negatywnie odebrana.
Rodzice pokazywali mi nad jakimi cechami mojego charakteru powinnam bardziej popracować, aby mieć łatwiej w późniejszym, dorosłym życiu. Inspirowali mnie do bycia lepszym człowiekiem, lepszą wersją siebie.
Psychologia, poprzez nadanie łatki, poprzez określenie syndromu ma sprawić, że zaczniemy bardziej rozumieć siebie i swoje reakcje. Ma ułatwić nam proces akceptacji siebie.
Skoro już zarzucono nam kim jesteśmy, dano nam łatkę z jakimś syndromem – po co więc mamy pracować nad sobą? Przecież już zostaliśmy określeni. Mam syndrom – czy mogę być lepszą wersją siebie? Czy syndromu mogę się pozbyć? Czy to co psychologia zbadała i nazwała ja mogę zmienić?
Przez pracę nad sobą mogę stać się bardziej opanowana. Mogę zmienić swój charakter. Mogę zacząć wykonywać pracę nad sobą, która sprawi, że zacznę dostrzegać w życiu więcej plusów, więcej pozytywów. Ale czy mogę pozbyć się syndromu? Nie. Jaką więc mam mieć motywację do pracy nad sobą? Skoro już mnie określono, skoro psychologia już wytłumaczyła mój charakter, skoro nadano mi łatkę – po co mam nad sobą pracować?
Co jakiś czas w telewizji i Internecie pojawiają się filmiki, które mają zmienić ludzi na lepsze. To kampanie społeczne, które uwrażliwiają. Jedną z nich, jaką pamiętam, był młody chłopak, który chciał aplikować na jakieś stanowisko. Przyszedł w garniturze do budynki, w ręce miał swoje CV. Recepcjonistka (?) zaproponowała mu kawę. Chłopak przyjął poczęstunek, jednak niefortunnie kawą pobrudził swoje CV!
Ideą spotu było pokazanie jaki wpływ ma na dzieci to, jak odnoszą się do nich dorośli. Dziecko, które nie jest chwalone, które nazywane jest leniem, pierdołą, “nigdy do niczego nie dojdziesz” – dużo gorzej radzi sobie ze stresem, jest mniej zaradne. To, które od początku było chwalone, które było zachęcane do kreatywności, rozwoju – lepiej przygotuje się do rozmowy kwalifikacyjnej, trudnej sytuacji.
I to ma sens! Bo lepiej na nas wpływa motywacja, pozytywne słowa, dopingowanie, trzymanie za nas kciuków, niż przyklejanie nam łatek, epitetów. Swoje pewne cechy możemy przemienić w zalety. Możemy zrobić atut z wrażliwości, koncentracji, z tego, że lubimy porządek, że utrzymanie porządku sprawia nam przyjemność. Z syndromu trudno jest zrobić zaletę.
Jedna wada – jedna zaleta. Jeden syndrom – mnóstwo wad. O ile trudniej jest zmienić wszystko, niż zmieniać coś po kawałeczku.
To, na co chciałam zwrócić Waszą uwagę, to że czasem warto ugryźć się w język. Lepiej przemilczeć pewną myśl, niż przywalić z grubej rury – czy to dla swojego zaspokojenia ciekawości, czy dla chęci (w dobrej wierze) zwrócenia uwagi na zjawisko, czy po prostu chęć zaszpanowania wiedzą, znajomością przypadku.
Jeśli widzicie, że Wasz facet ma pewien problem, zauważacie u niego powtarzalność pewnych zachowań, które wskazują na dany syndrom – nie mówcie mu o tym. Jeśli chcecie nad tym problemem popracować – zróbcie to delikatnie, bez uświadamiania go. Nadając mu łatkę, on będzie mógł się wycofać, jeszcze bardziej od Was odsunąć, i będzie miał idealny pretekst aby się nie zmieniać i nie pracować nad sobą. Przecież – “ja mam syndrom, sama to powiedziałaś, akceptuj mnie”.
utworzone przez WolnoWolniej.pl | cze 10, 2018 | żyć lepiej
Pamiętacie jak zdawaliście maturę? Ja pamiętam i to za dobrze! Wtedy zaufałam “pani z dziekanatu” i… wyszłam na tym jak Zabłocki na mydle. Miało być dobrze, a wyszło jak zwykle.
Dziś postanowiłam Wam opowiedzieć o moich studiach, o tym jak wygląda studiowanie technologii żywności i żywienia człowieka, co po tym, co daje, jak wygląda rynek pracy, czym ja się zajmuję pracując w zawodzie, i… – czego nie powiedzą Wam na dniu otwartym tego kierunku.
Technologia żywności i żywienie człowieka – czy było warto?
Jak wyglądały studia
Na studiach mieliśmy mnóstwo zajęć z dietetyki. Mnóstwo! Katowali nas wiedzą jakie jest dzienne zapotrzebowanie na mikro i makro elementy: kobiet w ciąży, dziewczynek i chłopców przed i po 13 rokiem życia, kobiet tuż po ciąży, mężczyzn, ludzi w średnim wieku i starszych. Musieliśmy znać jakie witaminy są w jakich produktach, które produkty są kwaśne, które zasadowe. W diecie jaki powinien być udział białka, tłuszczy, cukrów takich, innych. Masakra!
W czasie studiów kpiliśmy, że jak nasze dziecko będzie miało nadwagę, nie będzie mogło jeść ryb, glutenu i nabiału – będziemy w stanie ułożyć mu dietę. Dlaczego kpiliśmy? Bo układanie diet nas kompletnie nie interesowało! Byliśmy na studiach inżynierskich, a zajmowaliśmy się dietetyką.
Z ciekawych zajęć mieliśmy maszynoznawstwo. Na każde zajęcia musieliśmy nauczyć się rysunku “technicznego” maszyny (np. frytkownicy, patelni gastronomicznej, zmywarki, itd), znać zasadę działania, a co najlepsze – musieliśmy później sprawdzić jak te maszyny działają! Więc kiedy poznawaliśmy działanie frytownicy – na zajęciach robiliśmy frytki, które później jedliśmy.
Mieliśmy też przedmiot “suplementy diety”, na którym dowiadywaliśmy się, dlaczego nie warto kupować suplementów.
Specjalistycznych zajęć mieliśmy bardzo mało. Największą specjalistyczną wiedzę wyniosłam ze studiów I stopnia. II stopień dosłownie nie dał nam nic prócz tytułu magistra.
Kiedy słyszałam od innych teksty typu: studia to świetny okres, dużo imprez, to wieczna impreza – zastanawiałam się co oni studiują?! U nas codziennie były jakieś wejściówki na zajęcia, kartkówki. Średnio 2 dziennie. Trzeba było mieć ponad 50% z wejściówek aby zaliczyć ćwiczenia. Jeśli się ich nie zaliczyło – na koniec semestru trzeba było odpowiadać z całego materiału z całego semestru!
Co było wartościowe na tym kierunku
Mnie od zawsze odrzucała pleśń. Jak widziałam w sklepie coś spleśniałego – od razu się “denerwowałam”. Jak tak można?! – dziwiłam się. Na studiach dowiedziałam się jak.
Poznanie procesów produkcyjnych, drobnoustrojów, co robią, w jakich warunkach sprawiło, że jestem czujnym konsumentem.
W poście jak fanatyzm niszczy pasję opowiadałam Wam o bakteriach w sokowirówkach. Takiej czujności i dedukcji nauczyłam się na studiach. Niezachłystywania się pozornie dobrymi rozwiązaniami.
Na studiach mieliśmy też przedmioty związane z bezpieczeństwem żywności, czyli coś co mnie fascynuje! Dowiedzieliśmy się jak przeprowadzać audyty, jakie praktyki są niedozwolone. Moim “bzikiem” jest to, że będąc w restauracji, czy przechodząc koło restauracji, albo będąc w piekarni, sklepie – obserwuję warunki przygotowywania żywności. Patrzę na wygląd kucharzy/ekspedientek, na stan czystości kuchni.
Wiedza ze studiów i obserwacje z życia wysnuły mi jeden wniosek – nie każdy powinien mieć restaurację. Zatrudnia się ludzi z przypadku, nie szkoli się ich, często kelnerzy nie maja pojęcia, że jedzenie łyżeczką lodów na zapleczu z tego dużego pojemnika jest totalnie niehigieniczne! Oni zostawiają wraz z łyżeczką swoją ślinę! A my konsumenci potem to jemy… .
Co po studiach, jak wygląda rynek pracy
Ja studiowałam w Warszawie. To czego nikt nam nie powiedział na dniu otwartym i w czasie toku studiów, to że w Warszawie nie będzie dla nas miejsca. Po technologii żywności i żywieniu człowieka ciężko o pracę. Nie jesteśmy ani dietetykami, ani prawdziwymi technologami od wymyślania receptur, ustalania parametrów maszyn, itd. Jesteśmy między wódką, a zagryzką.
Po technologii żywności i żywieniu człowieka można pracować w kontroli jakości. Jednak jest to stanowisko, które tak naprawdę nie wymaga większej wiedzy.
Możemy być kierownikami restauracji, menagerami. Mamy wiedzę z dobrych praktyk higienicznych, produkcyjnych, wiemy jak przechowywać żywność, jak nie dopuścić do jej zanieczyszczenia mikrobiologicznego. Rozumiemy, dlaczego niektóre restauracje nie godzą się dawać żywność na wynos do swojego pojemnika. Wiemy, jak ważne jest zachowanie odpowiedniej temperatury, ciągu chłodniczego.
Po tym kierunku możemy być audytorami i pełnomocnikami ds jakości. O tym więcej pisałam Wam w poście #myfirst7jobs.
Jednak co jest ważne: wszelkie zakłady produkcyjne są poza Warszawą. Najwięcej jest ich na mazurach i nad morzem. Jeśli jest się z Warszawy i nie chce się wyjeżdżać – trudno o pracę. Prawda jest taka, że te stanowiska nie są rotacyjne. Etat zwalnia się w momencie czyjegoś awansu, zwolnienia lub przejścia na emeryturę.
Audytor: Mało jest firm audytujących, a żeby być audytorem trzeba mieć naprawdę ogromną wiedzę i doświadczenie. Jest to też często praca w rozjazdach.
Pełnomocnik ds jakości: Na jedną firmę przypada jeden pełnomocnik ds jakości. Zobaczcie, na roku jest około 10 grup, każda po około 20 osób. Zakładów produkcyjnych jest mało, a w każdym jest 1 pełnomocnik, który siedzi tam około 7 lat, a każdego roku 100-200 osób kończy ten kierunek.
Pełnomocnik zajmuje się tworzeniem, aktualizowaniem księgi HACCP (czyli obligatoryjnego systemu, wymaganego, który jest systemem analizy i krytycznych punktów kontrolnych), dobrych praktyk produkcyjnych i higienicznych, oraz systemów nieobowiązkowych. Zajmujemy się przeprowadzaniem audytów u siebie w firmie i u dostawców/odbiorców, dbaniem o bezpieczną produkcję,
Próbkobiorca: Po tym kierunku możecie być też próbkobiorcami, i przyjeżdżać do firm po próbki do badań. Jest to niewdzięczna praca, zwłaszcza, że wiąże się z ciągłym siedzeniem w samochodzie, a próby, nierzadko, pobiera się w warunkach okropnego gorąca lub na mroźni. Odrąbanie płata zamrożonego mięsa trochę trwa, a czasem tych kawałków trzeba odrąbać kilkanaście. Bez odpowiedniego sprzętu i stroju – kaplica!
Laborant: Możecie być też laborantami. Póki co do przeprowadzania badań mikrobiologicznychczy fizykochemicznych zatrudnia się ludzi z wyższym wykształceniem. Ale to się zmieni. Wszelkie badania przeprowadza się według instrukcji, krok po kroku. Obstawiam, że niedługo w takim laboratorium będzie 1 osoba z wykształceniem wyższym (kierownik), a reszta będzie mogła mieć chociażby średnie wykształcenie. Studia nie są potrzebne do czytania instrukcji i wykonywania czynności zgodnie z nią.
Gdybym miała polecić ten kierunek studiów – nie poleciłabym. Jak wspomniałam, to kierunek między wódką, a zagryzką. Albo idźcie na technologa, albo dietetyka, w zależności co Was interesuje. Jeśli chcecie być audytorami lub pełnomocnikami, w innych firmach może to się nazywać też “menadżer” od jakości – czyli ten co jest w rozjazdach i robi brudną robotę – wiedzcie, że czeka Was długa droga. Będziecie mieć do czynienia z inspekcjami państwowymi, od was będzie zależało czy zakład dostanie uprawnienia, czy zakładu nie zamkną, czy nie nałożą kary. Wszelkie większe reklamacje – będą kierowane do was. Wszelkie pretensje – będą do was.
To jest naprawdę bardzo niewdzięczny zawód. Ale jeśli nie jesteście wredni z charakteru, jeśli nie wywyższacie się, nie czujecie potrzeby emanowania władzą, stanowiskiem – spełnicie się w tej roli. Zjednacie sobie ludzi będąc po prostu człowiekiem. Jeśli nie oceniacie ludzi przez pryzmat stanowiska – poznacie wspaniałych ludzi! Ale do tego zawodu, tego stanowiska bardzo długa droga.
/wpis powstał w ramach akcji #CoPoMaturze.
utworzone przez WolnoWolniej.pl | cze 5, 2018 | żyć lepiej
Problem braku zainteresowania ze strony partnera jest, wbrew pozorom, bardzo powszechny i dotyka pary z różnym stażem. Pierwszy raz pojawia się po okresie euforii i zauroczenia, jakie towarzyszą nam podczas kilku pierwszych randek. Ograniczamy wtedy częstotliwość spotkań i rozmów, i to jest całkowicie normalne. Przed poznaniem nowej osoby mieliśmy swoje życie i musimy do niego wrócić. Musimy pracować, sprzątać, gotować, odpocząć. Nie da się być cały czas na wysokich obrotach i wysokich emocjach. Potrzebna nam jest równowaga, rytm.
Jednak w przypadku wieloletnich związków, problem braku zainteresowania ze strony partnera jest dużo bardziej doskwierający. To właśnie teraz zostaje zaburzony nasz spokój i rytm życia, poczucie stabilności. W naszych głowach momentalnie załącza się panika! Strach przed rozpadem małżeństwa, strach przed zdradą. Robimy wszystko by zainteresowanie nami wróciło. I bardzo często osiągamy odwrotny efekt do zamierzonego.
Co zrobić, gdy partner traci zainteresowanie nami
Zainteresowania nigdy nie tracimy ot tak, bo tak. To zawsze jest wynik jakichś działań, zachowań, emocji. Żeby wiedzieć jak odzyskać jego zainteresowanie, musimy przede wszystkim dowiedzieć się skąd wynika jego brak? Dlaczego nasz partner się od nas odsunął? Jaka jego potrzeba nie została zaspokojona?
Nie nakręcaj się
Widząc, że facet się od nas odsuwa, nie musimy od razu z nim o tym rozmawiać. Choć w związku trzeba rozmawiać, dobrze jest rozmawiać, to jednak ta rozmowa powinna mieć sens, powinna coś zmienić. W tym wypadku tego sensu nie ma i tylko pogorszy sytuację.
Skoro facet się od nas odsuwa, to znaczy, że chce od nas odpocząć. Zmuszając go do rozmowy wzbudzimy w nim jeszcze większą niechęć do nas i więcej negatywnych emocji będzie czuł względem nas. Wcześniej byłyśmy męczące, a teraz będziemy irytujące. Z deszczu pod rynnę!
Daj złapać oddech
Jednym z moich ulubionych “związkowych” powiedzeń jest: zagłaskać kota na śmierć. Każdy potrzebuje mieć swoją przestrzeń w życiu i w związku. Jeśli partner się od nas odsuwa, może to oznaczać, że jest zmęczony naszą osobą, co nie znaczy, że nas już nie kocha, nie lubi. Jest nas już tak dużo w jego życiu, ciągłe spotkania, smsy, telefony, wspólne mieszkanie i spędzanie czasu non stop razem, że w końcu potrzebuje czasu tylko dla siebie, potrzebuje pobyć sam. Odetchnąć. Jest mu za ciasno w tej relacji.
Podobnie wyglądają relacje z rodzicami: Jeśli mama będzie do nas codziennie dzwonić, przez pierwszych kilka dni może to być fajne i miłe. Krótkie opowiedzenie co u nas słychać, co tam w pracy, jak w domu – jest ok. Ale jak codziennie przez miesiąc będziemy otrzymywać przynajmniej jeden taki telefon – w końcu odechce nam się ich odbierania. Będziemy mieli dość. Nie będziemy mieli szansy pomyśleć o mamie i do niej zatęsknić, bo ta ciągle do nas dzwoni. Zamiast wzbudzać w nas miłe emocje, będzie kojarzyła się z ciężarem, utrapieniem.
Wróć do siebie sprzed związku
Kobiety bardzo często zatracają się w związkach. Zapominają o sobie, swoim życiu, swojej prywatności i zaczynają żyć życiem partnera i żyć partnerem. To ogromny błąd! Nie wolno uzależniać swojego szczęścia od drugiej osoby.
Kiedy partner się od nas odsuwa, to jest to bardzo dobry moment aby przypomnieć sobie jakie byłyśmy przed związkiem. Co lubiłyśmy robić. Jak wyglądały nasze dni i jak my wyglądałyśmy.
Warto zrobić sobie porównanie siebie sprzed, z początków związku i z tego jakim jest się teraz. Może dojdziecie do wniosku, że mniej się śmiejecie, mniej wychodzicie z domu, przestałyście robić coś, co wcześniej sprawiało Wam mnóstwo radości?
Pamiętajcie, że pomimo tego, że jesteście razem, to nie jesteście jednością. Każde z Was jest oddzielną jednostką, która ma też swoje życie i swoje sprawy. To bardzo ważne by o tym pamiętać.