Jego zainteresowanie – to ostatnie czego powinnaś chcieć

Wiecie czego tak mocno, mocno nie znoszę? Męskiego kołczowania kierowanego do kobiet na temat związków. To nie tylko powielanie stereotypowych bzdur, ale też robienie okropnej krzywdy kobietom, które szukają wytłumaczenia i pomocy. Jakiś facet okazuje im zainteresowanie mówiąc głośno to co czują, mówiąc, że to co czują ma sens i jest dobre, a przy tym nie dość, że ten koleś nie pomaga, to jeszcze mówi, że to jest ok. A nie jest!

zainteresowanie

Jego zainteresowanie – to ostatnie czego powinnaś chcieć

Ostatnio natknęłam się na naprawdę beznadziejny tekst, który porwał serca nieszczęśliwych w związku kobiet. Facet wypisał co robią kobiety, jak bardzo się poświęcają, jak bardzo starają się i są dobre dla swojego faceta. Wypisywał cechy toksycznych kobiet. Kobiet, które kochają za bardzo. Które nie widzą świata poza swoim facetem, i które nie mają swojego życia. Podawał przykłady jak: “ona z zamkniętymi oczami może powiedzieć gdzie masz pieprzyki, robiąc dwie kawy próbuje obu (!) i daje ci tą smaczniejszą, zbiera porozrzucane twoje skarpetki, pierze, sprząta i gotuje abyś ty (…)”.

I ten facet wystosował apel do mężczyzn. Powiedział “Stary, jedyne czego Twoja kobieta chce, to byś zainteresował się nią, okazał zainteresowanie”, zwrócił na nią uwagę.

Bzdura jakich mało!

Tak wyglądają rady faceta.
Kobieto, zapierniczasz w domu? Pierzesz, sprzątasz, gotujesz, jesteś na każde skinienie, robisz w domu wszystko aby tylko ten Twój facet był szczęśliwy i naprawdę jedyne czego chcesz to zainteresowania? Usłyszeć “co słychać, jak w pracy, jak się czujesz”? Albo (wg autora) chcesz by Twój facet kupił Ci ulubioną czekoladę bo masz okres?

Bzdura jakich mało! Apel do facetów powinien w tym wypadku brzmieć: Stary rusz dupę i pomóż jej! 
Żadne zainteresowanie, żadne miłe słowo i czekolada z marketu nie zastąpią zwykłej pomocy. Odciążenia jej w tych obowiązkach. To jest najlepsza forma zainteresowania i zauważenia ileż ona dla faceta robi. Ale tego – żaden facet przecież nie powie. Bo któż nie lubi jak się go wyręcza? Lepiej kupić ulubioną czekoladę i czekać, aż ona puści i rozwiesi pranie robiąc przy tym obiad.

 

Kobieto, daj spokój

Drogie Panie, dajcie spokój. Miłość nie ma nic wspólnego z usługiwaniem. Jestem przekonana, że żaden facet nie wyjął z szafki tłuczka do ziemniaków i na mocy nadanej mu przez siebie nie mianował Was główną służącą tego gospodarstwa domowego. Dlaczego Wy to wszystko robicie? Dlaczego same sprzątacie całe mieszkanie, pierzecie, gotujecie? Najpierw – zapewne z miłości, chciałyście go uszczęśliwić. Teraz – bo tak się przyjęło. Bo jak nie wy, to on nie. Przegapiłyście moment, w którym wychowałyście sobie lenia. Ale nic nie stoi na przeszkodzie aby zmienić nigdy nie ustalane zasady gry.

 

Zainteresowanie – to ostatnie czego powinnaś chcieć

W codziennym życiu powinniście oboje czas dzielić na trzy:
1) na ten, w którym sami się relaksujecie, odpoczywacie po pracy, oddajecie swoim przyjemnościom,
2) ten, który spędzacie razem, razem idziecie na spacer, razem oglądacie filmy wieczorem, razem rozmawiacie, opowiadacie sobie co się dziś wydarzyło
3) na ten, w którym dbacie o miejsce, w którym żyjecie – na sprzątanie, pranie, gotowanie. A kto czym będzie się zajmował albo wyjdzie naturalnie, albo to ustalicie.

Nie może być tak, że nie ma zachowanej równowagi między tymi sferami życia. Nie da się być szczęśliwą, jeśli czuje się niesprawiedliwość. Nie da się! Tam gdzie jest poczucie niesprawiedliwości, tam jest żal. A na nim nie da się nic stworzyć.
Jeśli będziecie miały zainteresowanie ze strony faceta, ale nie będziecie mieć z jego strony żadnej pomocy – cóż Wam po zainteresowaniu? Wyobrażacie sobie sytuację, w której szef zamiast osoby do pomocy, zamiast podwyżki klepie Was po ramieniu i mówi “dobra robota”? Albo zapyta “co słychać, jak się czujesz” a przy tym dorzuci kolejne zadanie? W domu nie jesteście pracownicami. Nie macie być wdzięczne za zainteresowanie – ono w związku powinno być naturalne. Ale ciężko jest interesować się kimś, kto chodzi nadąsany, zmęczony i zapomina o sobie.

Chcesz zainteresowania? To daj jego powód. Samo “jestem i robię za ciebie wszystko choć nigdy ode mnie tego nie wymagałeś” to za mało… .

Rutyna w moim życiu jest ważna! A w Twoim?

Pewnego ranka, jak każdego, zadzwonił mój budzik. Jak każdego ranka dodałam “jeszcze tylko 10 minut” zanim wstałam. Jak każdego ranka, już z lekkim uniesieniem kącików ust, odłożyłam telefon na suszarkę do prania stojącą przed drzwiami sypialni. I jak każdego ranka poszłam do łazienki umyć się.
Jak każdego ranka zaparzyłam herbatę i wróciłam się do sypialni po okulary. Z rozbawieniem o 4:50 nad ranem, odstawiłam śniadanie z herbatą na sekretarzyk by móc zapalić w salonie światło. Bawi mnie to, bo za każdym razem jest tak samo. I za każdym razem zastanawiam się – dlaczego nie zapalę tego światła póki mam ręce wolne, np. idąc z łazienki, tylko gimnastykuję się szukając wolnego miejsca między roślinami.
Wybija 5:30 – czas wychodzić do pracy. To też czas, w którym zaczyna dzwonić Dawida budzik. Szybka wymiana zdań, buzi na dzień dobry i do widzenia, przez drzwi rzucone “jedź ostrożnie” i ” ty też, pa!”

Tak wygląda moja codzienna, poranna rutyna.

Rutyna w moim życiu jest ważna! A w Twoim?

Często słyszałam, że rutyna jest zła. Że w związku, rutyna powoduje frustracje, pretensje, oddalenie się partnerów. Popycha nas w zdrady. Sprawia, że zaczynamy szukać atrakcji w innej piaskownicy. Ale to nie prawda! Rutyna nie ma nic wspólnego z tym co czujemy. To tylko powtarzające się sekwencje.

Rutyna nie musi być nudna!

Lubię rutynę, ale nie lubię się nudzić. Lubię to uczucie, tą świadomość, że moje życie jest spokojne, poukładane. To daje mi poczucie bezpieczeństwa. Wiem, że moje życie nie jest zagrożone. Brzmi śmiesznie? Ale wyobrażacie sobie co było w czasie okupacji? Brak pewności o jutro. Ja wiem jak będzie wyglądało moje jutro. Wiem, że znów włączę drzemkę, że znów zaparzę herbatę i znów nie będę miała trzeciej ręki aby zapalić światło w salonie. Moja rutyna sprawia, że idę spokojnie spać, bo wiem, że jutro zjem. Bo wiem, że nie będzie kolejnej awantury w domu. Obudzę się szczęśliwa, z poczuciem, że wygrałam życie! Mam wspaniałe mieszkanko, które jest nasze, dla nas, urządzone przez nas – które pokazuje to jacy jesteśmy i czujemy się tu dobrze. Mamy siebie – bez względu czy w zdrowiu czy chorobie. Mamy siebie, kochamy się, uszczęśliwiamy. Dbamy o siebie, troszczymy się o sobie. Wiem, że jutro i każdego następnego dnia będzie dokładnie tak samo, dokładnie jak dziś.

Lubię tą rutynę, w której zbieram Dawida skarpetki spod łóżka. Kocham to! Dla mnie to taka wisienka na torcie wspólnego życia. Takie poczucie, że jesteśmy sto procent sobą u siebie.
Kiedy wieszam swoją torebkę albo Dawida plecak na komodzie w korytarzu – ja wiem, że jak tylko on to zobaczy, to zwróci mi uwagę. Dawid nie lubi, kiedy nie może otworzyć szafki bo “znów coś tu powiesiłaś, a prosiłem”. Wieszając te klamoty ja już słyszę te słowa w głowie. Ale, mimo, że ten się na mnie boczy, kochamy to! Żyjemy tu razem i to widać. My to widzimy.

Często powtarzane

Niektórzy twierdzą, że często powtarzane “kocham cię” traci na wartości. My mówimy to sobie przynajmniej dwa razy dziennie, jak nie trzy. Od lat. I wiecie co? Każdego dnia wartość tych słów jest coraz większa i większa! To właśnie poprzez tą rutynę, te wszystkie powtarzające się cyklicznie gesty – nasze uczucie do siebie umacnia się, rozkwita.

Rutyna nie musi być nudna. Nie musi powodować w nas gniewu ani frustracji, bo nic się nie zmienia. Jeśli jest dobrze, to co ma się zmienić? Jest dobrze, jesteśmy szczęśliwi! Nie chcemy by to się kiedykolwiek skończyło. Cieszymy się naszym życiem. Nie chcemy zmian.

Tak, chodzimy do pracy. Tak, codziennie z niej wracamy, spędzamy kilka godzin w domu i idziemy spać. Ale bez poczucia, że nasze życie to tylko praca-dom, bo to dom jest dla nas najważniejszy. Nasza rutyna, nasze powroty, nasze trzecie i następne “kocham cię”, nasze wygłupy i smutki każdego wieczora. Kilka chwil razem przed pracą i kilka godzin po niej – najlepsza rutyna na świecie .

 

Nigdy nie sądziłam, że rutyna będzie tak ważna w moim życiu jak dziś.

 

Co czujesz o 21:05?

Czy Wy też od poniedziałku do piątku jesteście na etacie? Ja jestem. Moja praca jest dość specyficzna – wymaga ode mnie pełnego skupienia przez cały czas, a czasem są i takie dni, kiedy muszę przyjść do pracy w weekend. W takie dni – mam zwyczajnie dość, padam! Jestem tak zmęczona i wyczerpana ciągłym ganianiem, “gaszeniem kryzysów”… . Gdy wracam do domu, pierwsze co robię wychodzę z Czarkiem, a zanim Dawid wróci z pracy, szybko ogarniam mieszkanie, tak po łebkach – chowam rzeczy ze śniadania do zlewu, poprawiam koc na łóżku, który pod naszą nieobecność wymemłał pies, puszczam zmywanie, pranie… .
Kiedy Dawid już wróci do domu – czas spędzamy razem. A przynajmniej do wieczora…  .
Bo wieczór każdy spędza po swojemu.

Co czujesz o 21:05?

W tym całym pędzie, w tym wariactwie jakie mamy w pracy i po niej, w zgiełku obowiązków – zawsze znajdujemy chwilę dla siebie, sam na sam ze sobą. Chwilę dla swoich pasji, dla swoich przyjemności. Nie musimy siedzieć obok siebie, nie musimy rozmawiać. Możemy po prostu być sobą i robić to, co daje nam odprężenie. Tu i teraz. Przy zgaszonym świetle w salonie, w rogu z zapaloną lamką.

I wtedy nadchodzi ta chwila. Coś pięknego. Coś, co pokazuje mi, że mamy wszystko!
Odprężona oddająca się przyjemności, popijając ciepłą herbatę bez cukru, zrelaksowana, wyciszona odwracam się. Spoglądam na kanapę i widzę mojego męża – ma nogi wyciągnięte, jak zwykle siedzi na narożnej części kanapy, z laptopem na kolanach. Widzę, jak bardzo jest skupiony. Pewnie ogląda joemonstera. A koło niego leży Czarek, nasz pies – pilnuje pana, bo jakże inaczej.
I kiedy tak patrzę na ten obrazek przy zgaszonym świetle, w rogu z zapaloną lampką – czuję, że wygrałam życie!
Nie ma nic lepszego od spokoju. Od możliwości wrócenia do swojego domu i wyciszenia się w nim. Odnalezienia siebie. Od obecności osoby, która nie musi cię ani akceptować, ani nie musi lubić twoich wad – ona po prostu jest z tobą i nie myśli o tym jaka jesteś. Ty jesteś – i to jest najważniejsze. Ty, cała ty.

Wieczór to wspaniały czas na snucie długich rozmów, odkrywanie myśli. To wieczorem wszystko przybiera swoją prawdziwą twarz, gdy minie już pęd zasłaniający to co ważne. Gdy minął nerwy, stres, obowiązki. Zostanie tylko tu i teraz. Czas się zatrzyma, a Ty zobaczysz rzeczy takimi jakie są naprawdę.

Kiedy ktoś mi mówi, że jest “sam ale nie samotny”, że “do szczęścia nie potrzebuję faceta” – wiem wtedy jedno – ta osoba jeszcze nigdy tak nie kochała. Bo żadni przyjaciele, choćby byli najlepsi na świecie, choćby można było z nimi konie kraść – nie dadzą nam takiego szczęścia, takiego poczucia spokoju, czystej radości – jak widok tej ukochanej osoby i świadomość, że jest dobrze, jest szczęśliwy, i ty jesteś szczęśliwa. Nie ma nic lepszego od usłyszenia w takiej chwili:
– Kochanie… idziemy spać?
I zwieńczenie tej cudownej chwili zaśnięciem w swoich ramionach. A przynajmniej dotykając się stópkami.

 

A Ty, co czujesz o 21:05 gdy jesteś już sobą?

Młodzi na swoim nie są targetem dla polityków

Polityka ma do nas taki sam stosunek jak my do niej – bardzo ambiwalentny. Z jednej strony interesujemy się polityką, mniej więcej (choć bardziej mniej) wiemy co się dzieje w naszym kraju. Może nie znamy wszystkich polityków, nie wiemy kto od czego jest, ale zmiany, które mogą nas dotyczyć śledzimy. Wyrabiamy takie polityczne minimum.

Politycy traktuje nas podobnie. Wiedzą, że istniejemy i na tym zainteresowanie się kończy.

Młodzi na swoim nie są targetem dla polityków

W dobie ostatnich ulg, zmian i zapomóg, zaczęliśmy z mężem rozmawiać o profitach jakie teraz mają młodzi oraz rodzice.

 

Młodzi na swoim

Młodzi mogli dostać dodatek do mieszkania, tańsze mieszkanie w programie “mieszkanie dla młodych”. To był bardzo dobry program, patrząc przez pryzmat cen mieszkań i możliwości młodych. Jednak my, jak wielu, nie mieściliśmy się w wymaganiach programu. Aby pójść na swoje – sami musieliśmy na to zapracować.
Wymagania programu były różne. Nie można było posiadać dziecka, trzeba było mieścić się w odpowiednim przedziale wiekowym, nie można było mieć żadnego mieszkania na własność.
Wymagania były o tyle “dziwne”, że dyskwalifikowały osoby z malutkimi dziećmi (ale nie w ciąży), oraz dyskwalifikowały tych, których żyjący jeszcze dziadkowie, rodzice zrobili ich właścicielami mieszkania – na zaś, aby uniknąć później rodzinnych konfliktów po ich śmierci.
Poród, przezorność – skreślały młodych z dofinansowania.

 

500+

Rozumiemy, że naród się starzeje. W obecnej sytuacji, gdzie tylu ludzi wyjeżdża do szkoły za granicę, do pracy, za granicą zakłada rodziny, osiedla się – to jest duży problem. Polacy powoli opuszczają Polskę. Co zrobić aby zatrzymać tych ludzi? Dać im 500zł na kolejne dziecko.
No właśnie. Na kolejne. Tym, którym urodziły się bliźniaki – super! 500 plus na pewno się przyda! To jest dwa razy więcej pracy, wydatków w jednym czasie. Ale jeśli różnica między rodzeństwem jest rok – brawo rodzice. Macie już ubranka, macie łóżeczka, mebelki – nie musicie się urządzać. Jedyne o co musicie zadbać to pampersy i jedzonko.

 

Darmowe podręczniki i 300+

Kiedy dzieci podrosną, trzeba wyprawić je do szkoły. Fakt, tornistry kosztują. Kredki, sredki i zeszyty też. Całe szczęście, że podręczniki dla klas pierwszych są darmowe.

 

No dobra, ale co z nami? 

Ostatnimi czasy ciągle słyszymy o dodatkach na dzieci, rodziny dwudzietne i wielodzietne. Słyszymy o kolejnych pomysłach rządu na “zachęcenie” do zakładania coraz liczniejszych rodzin. Ale co z nami?

Skończyliśmy studia mając 25 lat. Jedni robili sobie roczną przerwę między studiami a pracą, a inni od razu poszli do pracy. Mało kto, z naszych znajomych, trafił na taką pierwszą pracę, w której siedziałby kilka lat, a przynajmniej 33 miesiące. 33 miesiące – tyle trzeba czekać, aby prawnie dostać umowę na czas nieokreślony.
Część z nas, młodych, po skończeniu studiów zmieniała prace jak rękawiczki. Podłapywała doświadczenie i szła dalej. Przecież, ile można być kelnerką? Czas poszukać czegoś przyszłościowego, ambitnego. W wieku 25-30 lat zbieraliśmy doświadczenie. Rozwijaliśmy się. Nie decydowaliśmy się na dziecko, bo wiemy, jak trudny jest rynek pracy. Nie decydowaliśmy się na dziecko, bo wiedzieliśmy, że za te dwie pensje nie zapewnimy mu dobrego bytu. Nie decydowaliśmy się na dziecko – bo wiedzieliśmy, że nie będziemy mieli do czego wrócić. 33 miesiące.

Kiedy więc zdecydujemy się na dziecko? Kiedy znajdziemy pracę, w której będziemy odpowiednio zarabiać, która będzie nas odpowiednio satysfakcjonować, w której będziemy dłużej niż 33 miesiące, a pracodawca będzie chciał nas zatrzymać.

Na dziecko zdecydujemy się mając 35-40 lat. Kiedy będziemy mieć taką wiedzę zawodową, takie doświadczenie, które po okresie wychowawczym pozwoli nam wrócić na rynek pracy minimalizując ryzyko bezrobocia.

 

Kiedy będziemy mieć 80 lat, nasze dzieci będą w tym samym punkcie, w którym my zaczynaliśmy powiększać rodzinę. Oni też będą myśleć o pierwszym dziecku. Oni, nie będą mogli liczyć na pomoc starych dziadków. My – jeszcze tak.

Kiedy słuchamy o coraz nowszych “dofinansowaniach” na kolejne dziecko, na jeszcze większą rodzinę – zaczynamy mieć poczucie jakbyśmy byli frajerami bez dzieci. Becikowe, wychowawcze, kasa na kolejne dziecko, kasa na wyprawkę, kasa za opiekę, emerytura za wychowywanie dzieci… . Głupi jesteśmy, że zamiast robić dzieci na potęgę i myśleć “jakoś to będzie”, my kształcimy się, zdobywamy wiedzę, doświadczenie i rozwijamy się.

My, młodzi, świeżo na swoim, z kredytem za mieszkanie – nie jesteśmy targetem dla polityków.

Jak zmniejszyliśmy rachunki za prąd

Kiedy kupowaliśmy mieszkanie, już nie pamiętam czy to był deweloper, czy nasza administratorka – osoba ta poleciła nam dostawcę prądu, który blisko naszego wytęsknionego mieszkania miał swoją siedzibę. My podekscytowani, właśnie odebraliśmy klucze do naszego mieszkania (!), na złamanie karku lecieliśmy do tego punktu. Jak najszybciej chcieliśmy zacząć remont!
Ku naszemu zaskoczeniu punkt był nieczynny. Pozostała po nim tylko kartka – teraz mieścimy się “tu”. Pojechaliśmy tam. I tam właśnie poznaliśmy część naszych sąsiadów… .

jak oszczedzac na pradzieJak zmniejszyliśmy rachunki za prąd

 

Światło

Ledy 
Kiedy Dawid wprowadził się do mnie i moich rodziców, był zaskoczony, że używamy “zwykłych” żarówek, a nie ledowych. Chcąc przekonać moich rodziców do ledów, wyliczył ile przepłacają za prąd każdego miesiąca.
W naszym mieszkaniu, na swoim – mamy tylko oświetlenie ledowe.

Oświetlenie punktowe
Wieczorową porą oglądając razem film, nie zapalamy głównego, górnego światła, a jedynie lampkę ustawioną między meblami. Jest taniej i znacznie bardziej nastrojowo!

Podobnie jest w łazience – zazwyczaj zapalam światło, które jest nad umywalką lub na suficie. Palenie obu jest po prostu bez sensu. Kiedy mam ochotę na relaksującą kąpiel – zapalam tylko to nad umywalką, które daje ciepłą, spokojną poświatę.

Kiedy siedzę przy sekretarzyku pisząc posty, korzystam z lamepeczek, które przymocowałam do sekretarzyka. Dają mi wystarczającą ilość światła do stukania na klawiaturze.

Nawyk gaszenia światła
To, co czasami denerwuje Dawida, to mój nawyk gaszenia światła. Kiedy Dawid na chwilę wychodzi z pokoju (nie wiem, że wychodzi na chwilę) ja od razu gaszę za nim światło.
W ciągu dnia, kiedy jest jasno – staramy się też unikać niepotrzebnego palenia światła.

 

Elektronika

Listwy z włącznikiem/czasomierzem
Większość sprzętów stacjonarnych podpięliśmy do listew z możliwością ich wyłączenia. Istnieją też takie “przejściówki”, na których ustawia się dzień tygodnia i przedział czasu w jakim ma płynąć prąd. Szczególnie z tego korzystałam gdy miałam telewizor w pokoju w rodzinnym mieszkaniu. Większość czasu w nim przesiadywałam, więc przejściówkę miałam ustawioną tak, by od 16 do 23 działała – w godzinach, w których siedzę w pokoju i oglądam TV. W godzinach kiedy byłam w szkole – TV był odcięty od prądu.

Ładowarki z kontaktów
Z racji tego, że dużo czasu spędzam na komputerze, bardzo często komputer stanowi moje źródło prądu do ładowania telefonu. Jednak w chwilach, kiedy nie korzystam z ładowarki, już naładowałam telefon – wyciągam z kontaktu ładowarkę.
Takie drobne gesty jak wyjmowanie ładowarki z gniazdka rocznie daje oszczędność nawet X zł dla jednego urządzenia.

Nie używasz? Odłącz.
Tak zrobiliśmy z drukarką. W domu drukujemy bardzo rzadko. W zasadzie nie mamy potrzeby drukowania czegokolwiek, ale drukarkę mamy. Na co dzień jest ona całkowicie odłączona z prądu.

Brzęczyki
Kiedy robię coś w domu, sprzątam, piszę post – lubię jak w tle gra mi jakiś brzęczyk. Kiedyś był to telewizor. Dziś – filmy lub muzyka z komputera.
Godzina komputera w trybie pracy pobiera X energii. Telewizora – Y.

 

Gotowanie 

Lej mniej
Gotując czy to wodę w czajniku elektrycznym, czy gotując wodę na ziemniaki – staramy się lać taką ilość wody, jaka faktycznie jest nam potrzebna. Chcąc zaparzyć 2 herbaty lejemy do czajnika minimalną ilość wody. Oszczędzamy przy tym czas i pieniądze. Tak mała ilość wody zaparza się dużo szybciej od pełnego czajnika.

Sól i pokrywka
Gotując obiad (mając kuchenkę indukcyjną lub elektryczną) delikatnie solimy wodę i gotujemy pod przykryciem. Oba te czynniki przyspieszają zagotowanie się wody skracając czas gotowania.

(A tak przy okazji: jak się u Was mówi – pokrywka czy przykrywka?)

 

 

Nasze tu i teraz mimo dwóch i pół etatu

Ostatnio przeczytałam, że żyjemy w czasach, w których nie można nic nie robić, być bezproduktywnym – ciągle trzeba mieć jakieś zajęcie. Przeczytałam też, że ludzie buntują się przeciwko temu pędowi i presji, i pozwalają sobie na odpoczynek, celebrowanie chwil, robienie czegoś dla siebie.  Robią sobie takie cykliczne wyłączenie od życia, od obowiązków dla złapania oddechu i równowagi.

To co mnie “uderzyło” w tym tekście to trzy sformułowania: nie można nic nie robić, pozwalają sobie na odpoczynek i robią wyłączenie od życia.
Nie na tym powinno polegać nasze życie, aby praca, pracowanie, zapracowanie było czymś oczywistym, a każda chwila wytchnienia wymagała usprawiedliwienia i zaplanowania… .

tu i teraz

Nasze tu i teraz mimo dwóch i pół etatu

Z Dawidem jesteśmy typową parą. Każdego dnia, codziennie, od poniedziałku do piątku chodzimy do pracy na 8 godzin. Codziennie kilka razy dziennie wychodzimy z psem na spacer. Codziennie gotujemy obiad, kolację. Jak wiele par opłacamy rachunki i pilnujemy nasz budżetu domowego.
Pod tym kątem nasz związek niczym nie różni się od innych. Wyróżnia nas coś innego.

Mamy “tu i teraz” cały czas!

Mimo, że żyjemy pod jednym dachem, zdajemy sobie sprawę, że każde z nas jest inne i ma inne potrzebny. Choć tego nie widać, to w głowie każdego z nas coś się dzieje. Nie mówimy o tym. Jesteśmy. Po prostu. Każde z nas wykonuje swoje czynności mając coś w głowie, o czymś myśląc, próbując rozwiązać jakiś problem, coś przeanalizować. Jesteśmy. Pozwalamy sobie być – tu i teraz. Sami ze sobą, swoimi myślami, w swoim tempie.

Mieszkając razem nie musimy wcale dużo rozmawiać i spędzać każdej wolnej chwili aktywnie razem. Nie musimy być wiecznie w ruchu! My żyjemy powoli. Po swojemu. Bez presji osób, których i tak nie obchodzimy. Robimy to na co mamy ochotę. Jeśli ktoś mówi nam, że to jest złe, powinniśmy inaczej, mówimy, hej, dla mnie to jest dobre! Robię to co daje mi przyjemność, czego akurat potrzebuję. Co w tym złego?
Nic.

Nawet – jeśli tym czego potrzebuję jest siedzenie w piżamie cały dzień, oglądanie filmów i zamówienie pizzy, bo komu by się chciało gotować. Dla kogoś to może być zmarnowany dzień. Ale jeśli ten dzień pozwala mi utrzymać równowagę, zdrowie – biorę to! I kompletnie nie czuję się z tym źle!

Zaleta etatu

Mamy z Dawidem to szczęście, że oboje pracujemy na etacie. O pracy myślimy tylko osiem godzin w ciągu dnia. Kiedy wracamy do domu – pracę zostawiamy za drzwiami. Pytamy siebie “jak tam było” i tyle. Bez wdawania się w nieistotne szczegóły, co i tak niczego w pracy nie zmieni.
Będąc w pracy układamy sobie czas tak, aby najpierw zrobić to co najważniejsze, a na końcu zająć się tym co może poczekać do jutra. Jak się nie wyrobimy z robotą – trudno, zrobimy ją jutro rano. Bez nerwów, spokojnie. W pracy, mimo, że czasem mamy zapierdziel, wracamy do domu wkurzeni i padnięci – staramy się zachować równowagę. Kiedy chcemy odpocząć – idziemy do kuchni. Sami. Parzymy kawę lub herbatę i zastygnięci próbujemy zebrać myśli, uspokoić je. Siedząc za biurkiem zakładamy słuchawki i nie ma nas. Odcinamy się od tego hałasu, który jest dookoła, który tylko męczy i wytrąca. Wyciszamy się.

 

Witaj domku

Jednak w całej tej harmonii, w wewnętrznym spokoju, w świadomości, że mogę żyć tak jak JA chcę – pomaga mi pewna rzecz. Jestem szczęśliwa z mojego życia i mojego domu. Codziennie wracam do miejsca, w którym czuję się dobrze, bezpiecznie. W którym mogę być sto procent sobą! W którym nie muszę spełniać niczyich oczekiwań. Nie muszę puszczać prania jak mi się nie chce, nie muszę odkurzać, bo ktoś ode mnie tego wymaga, bo co ludzie powiedzą. U siebie jestem. Po swojemu.

Etat, prowadzenie bloga, obowiązki domowe i chwila dla nas i dla siebie – to dużo do zmieszczenia w 24 godzinach. Ale żyjąc po swojemu, powoli, znając siebie i swoje potrzeby – szalenie łatwo jest żyć tu i teraz cały czas. Rozkoszować się każdą chwilą, tym czym się otaczamy, nawet, jeśli tego jest tak niewiele. Mając świadomość swoich wartości, jak wartościowymi osobami jesteśmy, doceniając jak wspaniałą osobę mamy obok siebie – wszystko inne, wszystkie nerwy i stresy schodzą na ósmy plan. Są kroplą w morzu tego co się dziś wydarzyło, nieistotną, aby się na niej skupiać i psuć sobie humor.

 

 “Tu i teraz” mamy cały czas

Cały czas dbamy o nas, o nasz związek, nasz dom. O to, abyśmy byli szczęśliwi, nawet wtedy, kiedy drugiego coś trapi. My wiemy, że życie jest szalenie krótkie i nie ma sensu tracić go na smutki i zmartwienia. Na rozpaczanie, bo mamy mniej niż byśmy chcieli.
Mamy siebie. Możemy być razem, przytuleni kiedy chcemy. Możemy być osobno, kiedy tego potrzebujemy. Ale ciągle mamy siebie. Ciągle możemy na sobie polegać.

Czy nie o to chodzi w “tu i teraz”? O wewnętrzny spokój i radość z naszego życia?

Nie musimy celebrować wolnych chwil. Nie musimy zapisywać w kalendarzu “dziś mam wolne, dziś nie pracuję, dziś jest dzień przyjemności!” i zakreślić datę czerwonym flamastrem. Po co to? Czyż nie lepiej po prostu zwolnić? Zająć się sobą i żyć po swojemu? W czyje ramy, jeśli nie swoje, chcemy pasować? Co jest na tyle warte pędu, że “nic nie robienie” postrzegane jest jako coś złego? Co jest ważniejsze od naszego dobrego samopoczucia?

Warszawa nie pędzi. W Warszawie jest dużo ludzi, ale Warszawa nie pędzi. Pędzą ludzie, którzy nie potrafią cieszyć się chwilą, Którzy wychodzą za późno, którzy dążą do ideału, który ktoś obcy wymyślił. Pędzą ci, którzy chcą zaimponować innym obcym. Tylko po co? Czym imponować? Tym, że później musi ustawić sobie przypomnienie w telefonie “odetchnij”, “zwolnij”, “ej, ty też jesteś ważna, zrób teraz coś dla siebie”?
To żart?Ps. A jeśli to co da Wam radość będzie wiązało się z koniecznością uprania później koca – to go upierzecie. Wrzucicie do pralki, nastawicie program i tyle. Nie odmawiajcie sobie przyjemności, nie rezygnujcie z chwil, które Was uszczęśliwią tylko dlatego, że później obowiązek. Tych kilka minut (godzin) przyjemności ZAWSZE jest warte kilku minut sprzątania. A nie oszukujmy się – puszczenie prania to nie jest coś ponad nasze siły, przez co warto rezygnować z relaksu.

So nie?

Sypialnia w stylu botanicznym – intuicja i wyczucie

Kiedy kupiliśmy nasze mieszkanie, nie wiedzieliśmy w jakim stylu chcemy je urządzić. Wszystko robiliśmy na czuja. To było nasze pierwsze wspólne mieszkanie, więc urządzając je, tak naprawdę dopiero się poznawaliśmy. Mimo 12 lat razem, 12 lat związku, nie wiedzieliśmy czego oczekujemy. Jak chcemy by ono wyglądało? Jaki jest nasz styl?

Jednak panująca moda na scandi, a później na botanikę – uświadomiła nam, że to jest to, co chcieliśmy osiągnąć, ale nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy! Nie potrafiliśmy tego zdefiniować, ale moda nam w tym pomogła. Choć w naszych wnętrzach jeszcze jesteśmy ostrożni, zachowawczy, są tacy, którzy potrafią zaszaleć na całego!

Zobaczcie jak pięknie można urządzić 17m2 sypialni.

Sypialnia w stylu botanicznym – 17m2 zachwytu!

Oto co o tym magicznym wnętrzu mówi jego autorka, cudowna Ania D., po której opisach czuję, jakby czytała mi w myślach, mówiła moimi myślami:

sypialnia w stylu botanicznym

Dużo rzeczy robię “na oko”, chociaż ja to wolę nazywać intuicją i wyczuciem:-). Jeśli jestem sama, to obrazy też tak wieszam. Mierzenie i sprawdzanie cm mnie męczy:-). Dlatego ta sypialnia jest przemyślana intuicyjnie. Wiedzielismy na pewno, że  meble będą dębowe, z widocznymi sękami, prawdziwe. I takie zamówiliśmy. Bardzo je lubię,  kocham drewno.

Dodatki kupuję raczej impulsywnie, jak te dwa rogacze, które uwielbiam, bo myślę sobie że to ja i mój  K. Są drewniane (dla odmiany :-)) i upolowane :-) na fb. Zdarza mi się kupić coś w sklepach internetowych,  tak jak poduszki i osłonki na doniczki. Gdyby to było możliwe, pewnie wyszperałabym je na targu staroci:-).

Są tu przedmioty z targów staroci,  jak choćby manekin czy krzesło przy biurku. Obrazki gdzieś wyszperane, ale też namalowane przez moją 17 letnią córkę Zuzę.

Uczę się zajmować żywymi roślinami,  za co moja monstera mi się pięknie odwdzięcza.

Z technicznych rzeczy to wielkość sypialni to ok. 3,5×5 m. Okna mamy na dwóch ścianach. Gdzieś niedaleko będzie wschód i zachód,  bo jak się budzimy promienie słońca wpadają do sypialni,  a wieczorem możemy oglądać zachody słońca nad Warszawą. Mają tu niesamowite barwy.

Kocham las, więc tapeta jest moim pomysłem i wiem, że był dobry :-) (na ogół nie jestem taka nieskromna).

I jak Wam się podoba leśna, botaniczna sypialnia Ani? Ja jestem przezachwycona! Mając taką sypialnię – nie można być skromnym! Po prostu nie-mo-żna!

Kiedy zobaczyłam Ani sypialnię w Internecie, nie mogłam oderwać od niej oczu. Różne odcienie brązu, naturalne tworzywa, drewno, żywe rośliny, połączenie zieleni, brązu i szarości… – coś niesamowitego. Zachwyciła mnie! I ta, tak bardzo niespotykana, ciemna podłoga! Zwróciłyście na nią uwagę? Mało kto decyduje się na tak mocną podłogę.

 

Jesteśmy z Dawidem przed urządzaniem naszej sypialni i czuję, że poprzeczkę mamy bardzo wysoko postawioną :).

 

Ania – bardzo, bardzo, bardzo dziękuję za podzielenie się zdjęciami!

Kupuję żywność w plastiku, zwłaszcza latem!

Kiedy ktoś chce zacząć swoją przygodę z niemarnowaniem, z zero waste, często jako pierwszy nawyk do zmian poleca się rezygnację z folii i plastiku. I faktycznie! Kiedy się tak zastanowić, wiele wyrzuconych reklamówek można było uniknąć.
Dopóki zero waste nie stało się modne, nie miałam pojęcia, że, poniekąd, żyjemy zgodnie z tą ideą. W supermarkecie zawsze warzywa i owoce wkładaliśmy do koszyka luzem, naklejając bezpośrednio na owoc/warzywo naklejkę z wagą i ceną. Na bazarze – zawsze wkładaliśmy wszystko do swojego koszyka. Ale są produkty, których bez folii, bez plastiku nie chcę kupować.

Kupuję żywność w plastiku, zwłaszcza latem!

Wiecie, niektórzy kpią sobie z tematu. Ale tak to jest, jak się przez 5 lat studiuje żywienie, a później pracuje się w zawodzie, który wymaga od ciebie mieszczenia się w bakteryjnych normach. I ja jestem tego książkowym przykładem! Widzę potencjalne ryzyko zanieczyszczenia żywności bakteriami, i staram się tego ryzyka (spożycia takiej żywności) unikać.

 

Mięso

Mięso surowe jak i wędliny staram się kupować w opakowaniu, o ile nie pochodzą z zaufanego źródła (!) Z prostej przyczyny – mięso w opakowaniu pakowane jest (najczęściej) w fabryce. Mówię tu o mięśnie, które ma naklejkę producenta, a nie sieci sklepu. Mięso pakowane przez producenta, bardzo często pakowane jest w modyfikowanej atmosferze, która może nie jest najzdrowsza patrząc na skład, ale też zapobiega rozmnażaniu się bakterii. Któregoś razu byłam świadkiem jak w jednej sieci hipermarketów, panie z działu mięsnego rozmawiały wyrzucając z wielkiego, plastikowego wora las piersi z kurczaka na ladę mówiły:
– Kierownik kazał ostatnio nakładać klientowi pierś widełkami
– Ale to niewygodne!
– Wiem, mi też niewygodnie. Dlatego będę nakładać ręką jak go nie ma.

Inna sprawa, że wysypując te piersi, z tego worka, kilka piersi zawsze trafi na podłogę. Podłogi nie są tak często myte, aby mikroflora była na nich uboga. Buty pracowników też nie są bez skazy, zwłaszcza, że w większości przypadków, mimo zakazu wychodzenia w służbowych butach na zewnątrz, pracownicy to robią. Z wygody.
W tych workach mięso też dużo szybciej się zaparzy, może być wyczuwalny zapach kwasu mlekowego. Tylko kto wącha takie mięso w sklepie, mając je w folii i zaklejone etykietką?

Na bazarach też nie kupuję mięsa na wagę. Fartuchy to zmora pracowników, zwłaszcza, sklepu mięsnego. Zauważycie, że pracownicy/handlarze, często mają na sobie fartuchy. Problem w tym, że zadaniem fartucha nie jest chronienie pracownika przed pobrudzenie, a chronienie produktu przed bakteriami przyniesionymi z zewnątrz. Jak widzę, że pracownik sklepu mięsnego lub żywności gotowej do bezpośredniego spożycia wychodzi w fartuchu na zewnątrz budy, opiera się o nią, zapala papierosa, wyciera łapy o fartuch, w które właśnie kichał – nie! Nie, nie, nie! Ja tam nie kupuję!

Ktoś by powiedział – przecież nie jesz mięsa na surowo. Nie jem! Ale nie da się uchronić przed przeniesieniem bakterii z mięsa na powierzchnie znajdujące się w domu. Nie da. A z dwojga złego – wolę przenieść tych bakterii mniej.

Ktoś inny by powiedział – nie jedz mięsa! Mięso to zło! – Uhhh! Skoro jem, to znaczy, że chcę jeść i nie chcę lub nie mogę z niego rezygnować. Koniec tematu.

 

Chleb

Chleb jemy rzadko, ale kiedy już go kupujemy, zawsze jest zapakowany w folię od producenta. To co mnie szczególnie zraża, i któregoś razu zwróciłam wkurzona pewnej klienteli uwagę, to obmacywanie każdego bochenka.
Któregoś razu będąc w sklepie wielopowierzchniowym, widziałam rodzinkę: mama, tata, dwójka nastolatków. Najpierw przeszła mama i nacisnęła kilka kajzerek sprawdzając, czy są dość. Później przeszedł tata i też ponaciskał te kajzerki. A na końcu przeszli synowie – obmacali jeszcze większą ilość bułek i poszli nie biorąc żadnej!
Zwróciłam im uwagę mówiąc, że hej, obmacaliście tyle kajzerek, macie brudne ręce (nawet dotykając wózek, biorąc koszyk na produkty mamy już ogrom obcych bakterii na rękach) i teraz co, ktoś inny ma to zjeść?! Skoro podotykaliście – to teraz kupcie!

Nie kupili. Ale to jest powód, dla którego my nigdy nie kupujemy w hipermarkecie pieczywa odpiekanego. I choć rażą nas foliówki, chcielibyśmy generować mniej śmieci – nasze zdrowie jest dla nas najważniejsze. Jeśli jakiś produkt jest do spożycia bez poddania wcześniejszej obróbce cieplnej – zawsze wybierzemy ten bezpieczniejszy dla organizmu wariant.

 

Produkty sypkie na wagę

W hipermarketach bardzo często to, co kupuje się na wagę (słodycze) wsypywane są do opakowania zbiorczego z małych saszetek. Tak jest zwłaszcza w przypadku, gdy macie produkty “luzem” a zaraz obok możecie to samo kupić na wagę. To jest ten sam produkt. Jak dokładniej popatrzycie wokół stoiska, to znajdziecie skrawki opakowania jednostkowego, na których będzie napisany numer partii produktu.
Wydaje nam się, że kupując na wagę generujemy mniej śmieci, bo bierzemy do naszego opakowania lub do zwykłej torebki foliowej, którą ponownie wykorzystamy. Nic bardziej mylnego! O ironio, produkt z folii wkładamy do kolejnego opakowania.

Powodem, dla którego ja nie kupuję produktów sypkich na wagę (także owoców suszonych) w hipermarketach jest to, że:
1. ludzie, którzy akurat nakładają dane produkty potrafią tam kichać, kasłać, wycierać nos, i tą samą brudną ręką nakładać produkt sobie do opakowania zanieczyszczając wszystko wokół
2. kiedyś zadałam pani w sklepie pytanie, jak często te pojemniki i łopatki do nakładania produktu są czyszczone – nie potrafiła mi na to odpowiedzieć.

 

Dlaczego zwłaszcza latem?

Każda bakteria ma swoje optimum temperaturowe. To jest taki zakres temperatur, w którym najchętniej bakteria się rozmnaża/dzieli. Najczęściej jest to między 20 a 45 stC.
Latem bardzo łatwo o przekroczenie dopuszczalnej temperatury przechowywania żywności. Lady chłodnicze, które od strony sprzedawcy nie mają zamknięcia, często nie nadążają za chłodzeniem przy ciągłym otwieraniu lub przy tak dużej różnicy temperatur między środkiem, a otoczeniem.
Produkty, które przez lenistwo, głupotę ludzką zostaną dodatkowo zanieczyszczone, powodują dodatkowy i niepotrzebny rozrost bakterii.
Zimą, kiedy dla bakterii temperatura jest niesprzyjająca, powodująca, że są one w stanie “hibernacji”, rozmnażają się, ale bardzo, bardzo powoli – nie boję się, że produkt, który kupiłam tak szybko się zepsuje, skwaśnieje.

 

 

Problem śmieci, nadprodukcji śmieci, foliówek, zanieczyszczenia środowiska jest ogromny! Każdy człowiek, świadomy konsument powinien zwracać uwagę na to w jaki sposób dokonuje zakupu. Jak najbardziej popieram pakowanie zakupów do swojej wielorazowego użytku torby na ramię, kupowanie na wagę do swojego woreczka – niż ładowania ich do reklamówek. Ale (!) dopóki będzie liczył się pieniądz, dopóki główne skrzypce gra marketing i zysk, a nie bezpieczeństwo żywności i edukacja pracowników oraz (w dużej mierze) klientów – dla mnie na pierwszym miejscu zawsze będzie zdrowie moje i mojej rodziny. Jeśli poprzez kupowanie chleba w folii zapobiegnę chorobie męża – będę kupować chleb w folii. Bo nigdy nie wiemy kto dotykał tego pieczywa wcześniej. Jakie bakterie na nie przeniósł.

I niektórzy mogą mówić, że to paranoja, kretynizm, itd. Ale od każdej mody, każdej idei i każdego kaprysu – ważniejszy jest zdrowy rozsądek i brak klapek na oczach. Każdy z nas chciałby kupować zdrową żywność; żywność, która nie jest produkowana na spleśniałych formach, której data ważności nie minęła kilka dni temu. Ale dopóki tak jest – wolę chuchać na zimne.

Tak, to co robimy teraz, co kupujemy i wyrzucamy swoje konsekwencje będzie miało za ileś lat. Ale dla mnie, egoistycznie, najważniejsze jest zdrowie mojej rodziny tu i teraz.

Ps. Idealistyczne przekonania, nie muszą iść zgodnie w parze z tym co się powinno. Papier zniesie wszystko! Każdą procedurę, każdy wymóg. Ale nie każdy pracownik, nie każdy sklep będzie te procedury szanował. I to jest ogromny problem.

Śmieszy Cię podążanie za modą?

Spotkałyście się kiedyś z wyśmianiem tych, którzy idą za modą? Z wyśmianiem grupy dziewczyn, bo każda w białych tenisówkach i czarnych leginsach, z wyśmianiem tych, co salony malują na biało, szaro, z dodatkiem turkusu i żółtego? A może spotkałyście się z wyśmiewaniem tych, co jak jeden mąż zachłysnęli się ideą zero waste i minimalizmu – bo przecież to są teraz modne tematy.

Ja się z tą kpiną i drwiną spotkałam milion razy! Na każdym forum, na którym jestem, ludzie szydzą sobie z tych, co za modą poszli. Tylko czy to zawsze jest bezmyślne? Czy modzie ulegają tylko tępe dzidy bez swojego zdania? Tak – bo i z takimi określeniami można się spotkać. Że za modą idą idioci bez swojego zdania i swojego stylu.

Tylko, czy aby na pewno?

Śmieszy Cię podążanie za modą?

Moda

Posiadanie swojego stylu to coś wspaniałego! Zazdroszczę wszystkim tym, którzy go posiadają. Których styl jest charakterystyczny, inny niż wszystkich. Którzy potrafią bawić się modą! Ja nie potrafię. Będąc tuż przed 30-tką, tak naprawdę dopiero odkrywam co lubię w ubraniach, jakie kroje, style, fasony, w czym czuję się dobrze. Obserwując dziewczyny chodzące podobnie ubrane – wyrabiam sobie zdanie. Czy to jest dla mnie? Raz tak, raz nie. Ale do zakupu tych rzeczy nikt mnie nie zmusza.

Jednak moda to jest “najlżejszy” temat, jeśli chodzi o, omen nomen, modę.

Wnętrza

W kontekście urządzania wnętrz, na forach co i raz, jeśli nie cały czas (!) czytam: znów te białe meble, znów szare fronty, znów turkusowe dodatki, rzygać się chce od żółtych dodatków! Ludzie, nie macie swojego gustu?
A ja się wtedy zastanawiam: ileż ci ludzie mają mieszkań, w ilu mieszkaniach oni byli, że wszędzie jest tak samo?!

Wiecie, ja nie chodzę za dużo po mieszkaniach innych ludzi. Ale jeszcze nigdy nie spotkałam dwóch mieszkań totalnie sobie obcych ludzi, którzy mieliby je podobnie urządzone. Nigdy! I choć na forach dostrzegalny jest trend, forsowanie danego koloru – w codziennym życiu tego nie widać.

Tylko czy jest sens szarpać sobie nerwy, bo X obcych sobie osób w Internecie ma szare ściany i turkusowe podkładki?

Minimalizm

Ale całość modowej gównoburzy zamyka się w minimalizmie. Na nią też jest hejt! Nagle wszyscy stali się minimalistami z nudnymi wnętrzami. Nagle każdy chce żyć według slow life, life balance i innych angielskich słów. Tylko czy to rzeczywiście jest moda, czy może zmęczenie wcześniejszym pokoleniem? Chęć diametralnej zmiany? Wyrażenia 100% siebie!?

Kiedy patrzę na mieszkania wcześniejszych pokoleń, dominują tam ciężkie meblościanki. Ci co z meblościanek zrezygnowali – przerzucili się na “ciężkie”, ciężkowyglądające meble. Takie masywne. Mimo odświeżenia wnętrz – wciąż każde pomieszczenie jest w innym kolorze, często bardzo intensywnym, jaskrawym. Wciąż dominują też wzorzyste, w liczne geometryczne kształty. Kicz? A może zmiana na to co jest znane?

Moje pokolenie jest trochę inne. Buntujemy się! Mamy dość tej ciężkości! Potrzebujemy zmiany, odcięcia pępowiny od tego, w czym nas wychowano!
Potrzebujemy spokoju, chcemy mieć mniej. My nie musimy chomikować przedmiotów – jeśli będą nam potrzebne, w każdej chwili możemy je kupić. Nie musimy malować ścian na żaden kolor! O naszym statusie, znajomościach nie świadczy to co mamy, co możemy pokazać. My możemy to nabyć w każdej chwili. Nie musimy nic udowadniać przedmiotami na półkach.

Tak, był czas kiedy człowiek zachłysnął się i kupował dużo – bo mógł. To stąd myślę, w wielu domach jest tyle bibelotów. Kupię to, i to, a zobacz jakie to ładne. Choć do niczego nie podobne, do niczego nie pasuje – kupię bo jest, bo mogę. My teraz kupować nie musimy. Nie chcemy. Mamy dość kurzołapów! Chcemy spokoju. Chcemy mniej. Chcemy tylko tego co jest nam potrzebne.

Lubię modę. Lubie nowe trendy. Cieszę się, że moje wesele przypadło na modę na styl rustykalny, choć samo przyjęcie rustykalne nie było. Cieszę się, że miałam możliwość zrezygnowania z przepychu, który w dzisiejszych czasach o niczym nie świadczy.

Cieszę się, że w końcu możemy żyć tak jak chcemy. Po naszemu. Możemy podpatrywać, inspirować się, próbować i szukać rozwiązań dla nas najlepszych.
Mnie zachwycił styl skandynawski. Zrozumiałam w ów czas, że kocham się w drewnie! Pierwszy raz zobaczyłam, że wykorzystanie naturalnego drewna we wnętrzu daje oszałamiający efekt! Że to jest coś, co jest mi szalenie bliskie, choć tego wcześniej nie rozumiałam (?), nie miałam świadomości, że to jest TO. Ale to rośliny w tym stylu skradły moje serce. Gdyby nie styl skandynawski, do dziś mogłabym nie wiedzieć, że to botanika, mała urban jungle mnie uspokaja. Że to w niej znalazłam siebie. W roślinach – od których tak zawsze stroniłam – bo nigdy nie widziałam ich w takiej formie, w takiej aranżacji.

Moda to JEST coś wspaniałego! Pozwala nam lepiej poznać siebie. Rozwinąć się! Gdyby nie panująca moda na minimalizm, nie dostrzegłabym piękna estetyki. Gdyby nie moda na skandynawię – mogłabym nigdy nie poznać botaniki. Moda to wspaniała rzecz, o ile potrafimy patrzeć na nią przez pryzmat siebie – a nie innych.

 

torebka: Ali nr 9 – spodnie: H&M – bluzka: mango