Kontrola budżetu domowego – jak my to robimy

Kontrola budżetu domowego – jak my to robimy

Największą obawą przed pójściem na swoje był strach, czy uda nam się utrzymać. Czy będziemy umieli tak gospodarować pieniędzmi, żeby starczyło nam na rachunki, żywność i na to, co może nas zaskoczyć. Czy jak nagle okaże się, że musimy wydać 1000zł na lekarza, czy będziemy to 1000zł mieć.
Oboje byliśmy zdania, że trudno jest kontrolować budżet tylko wertując historię wydatków w swoim koncie bankowym. W ciągu całego miesiąca ciężko było nam też spamiętać co kupiliśmy i na co wydaliśmy pieniądze.
Postanowiłam to zmienić! Postanowiłam, że w pełni będę kontrolować nasze wydatki. I tak powstał mój własny planner, który sprawdza się idealnie!

Kontrola budżetu domowego – jak my to robimy

Mój planner składa się z kilku części. Część pierwsza dotyczy opłat stałych, druga – wszystkich wydatków jakie ponosimy w danym miesiącu (są to wydatki konieczne i nieplanowane), część trzecia to podsumowanie miesiąca, a część czwarta to wydatki zaplanowane na następny miesiąc. Dzięki takiemu podziałowi na jednej stronie widzę cały nasz budżet z już wyciągniętymi wnioskami, co dla nas, przy planowaniu wydatków na następny miesiąc, jest szalenie ważne!

 

Opłaty stałe

Wszystkie opłaty stałe mam wypisane jako pierwsze. One są priorytetowe, i co by się nie działo muszą być opłacone. Przy każdej pozycji jest kratka, w której mogę postawić krzyżyk, jeśli opłata zostanie uiszczona.

 

Wydatki konieczne

Wydatki konieczne są to wszystkie te produkty, które tak czy siak trzeba kupić, lub kupuje się je cyklicznie. Są to: jedzenie, alkohol, karma dla psa, środki higieny osobistej, kosmetyki, ubrania.

Dzięki kontroli budżetu domowego już po 2-3 miesiącach wiedzieliśmy, ile mniej więcej wydajemy na jedzenie, chemię, itd. Mając świadomość tych wartości, łatwiej jest nam teraz zaplanować następny miesiąc zwłaszcza, gdy planujemy zakup czegoś droższego.

 

Wydatki nieplanowane

Są to wszystkie wydatki, które nas zaskoczyły. To była, na przykład, moja wizyta u optometryka i zakup okularów. To są też wszystkie wizyty u weterynarza, oddanie samochodu do naprawy, ale także zakup książek, kursów, opłacenie hotelu.

Podsumowanie miesiąca

Zapisujemy tu ile zarobiliśmy w danym miesiącu, ile wydaliśmy ogólnie, ile wydaliśmy na rzeczy nieplanowane i ile nam zostało. Wiemy, czy udało nam się coś zaoszczędzić w danym miesiącu czy nie.

Moja mama od zawsze wpajała mi, że zawsze powinnam odkładać pieniądze na czarną godzinę. W przypadku gdyby jedno z nas straciło pracę, gdyby się okazało, że musimy nagle ponieść bardzo duży wydatek – byśmy nie musieli się martwić, szczypać, tylko mieli odłożone grube zaskórniaki.
Dlatego świadomość tego ile wydaliśmy, ile musieliśmy wydać a ile wydaliśmy na przyjemności (bez których moglibyśmy się obejść) jest dla nas bardzo ważna. Bez tego nie wiedzielibyśmy ile zaoszczędziliśmy.

 

Zaplanowane wydatki

Na bieżąco zapisujemy jakie wydatki czekają nas w przyszłym miesiącu.
W tym miesiącu zapisaliśmy wyjazd na czerwcowy seebloggers. Wiemy już, że wyjedziemy do Łodzi na konferencję blogerską i już możemy sobie założyć ile tam wydamy. Świadomość tego pozwala nam lepiej kontrolować budżet z obecnego i następnego miesiąca.

 

Bieżące wydatki

Przez cały miesiąc, od 1 do 31, zapisujemy wszystkie wydatki. W jednej kolumnie zapisujemy dosłownie każdy wydatek, każdą wizytę w sklepie, u specjalisty, a w drugiej kolumnie wydatki z podziałem na kategorie. Moimi kategoriami są owoce, alkohol i higiena.

Na koniec miesiąca z całej lewej kolumny wybieram wszystkie wydatki na ubrania, paliwo, jedzenie, itd i sumę wpisuję w wydatkach koniecznych. To ile wydajemy na owoce, robię dla swojej wiedzy. Zawsze słyszałam, że owoce są drogie, dlatego chciałam wiedzieć ile właściwie one kosztują w całym miesiącu przy takim spożyciu, jakie mam. Ciekawi mnie też ile wydaję na owoce w ciągu całego roku, w różnych porach roku.

Inną rzeczą jaka nas zaciekawiła po trzech miesiącach prowadzenia budżetu domowego, to na jak długo wystarcza nam proszek do prania. Dlatego, między innymi, z całej listy zakupów została wyszczególniona pozycja “higiena”.

 

 

Ja jestem osobą, która lubi czuć spokój i wiedzieć. Dzięki prowadzeniu zapisów budżetu domowego, wiem na czym stoimy. Nie czuję przerażenia, czy będzie nas stać. Jeśli planujemy większy wydatek, wiemy, czy możemy pozwolić sobie na niego w tym miesiącu, czy lepiej przełożyć na następny – dla swojego komfortu. Analizujemy wszystkie wydatki, patrzymy co mamy w planach na następne miesiące i podejmujemy decyzję.
Dzięki regularnym zapisom wiemy, na co idą nasze pieniądze, gdzie przyszaleliśmy, na co wydaliśmy za dużo.

W tym miesiącu, na przykład, okazało się, że Dawid wypalił o 3 liquidy więcej do poprzedniego miesiąca. Nie wierzy. Ale pierwsze dwa liquidy zostały wpisane w budżet na początku maja. W tym miesiącu okazało się też, że przy liquidach muszę wpisywać konkretną datę zakupu – Dawid nie wierzy, że wszystkie liquidy zostały kupione w maju, a nie na koniec kwietnia.

 

Ciekawa jestem czy będziecie wynikiem tak zaskoczone jak my!

Jak idea LESS WASTE sprawdza się w mojej codziennej pielęgnacji

Odkąd pamiętam miałam problemy dermatologiczne z cerą. Jako dziecko używałam najróżniejszych maści, kremów i żeli leczniczych, bardzo mocnych. Kiedy dorosłam – postanowiłam przerzucić się na kremy drogeryjne. Chciałam odżywić moją skórę twarzy po tym, jak poniekąd zniszczyły ją leki.
Najgorzej było pod koniec studiów, kiedy dostałam dziwnego zapalenia, podrażnienia, przez co mój jeden policzek wyglądał koszmarnie! Był wiecznie przesuszony, czerwony i szybko robiły się na nim krostki.
Kupowałam najróżniejsze kremy! Od 50 do 400 zł wierząc, że któryś nareszcie mi pomoże. Koniec końców – zostałam z mnóstwem kosmetyków, których nie używałam, bez kasy i wciąż z problemem.

Teraz mój policzek wygląda dobrze! Lecząc go, wyrzuciłam wszystkie stare kremy, których widok tylko powodował moją frustrację. To były wyrzucone pieniądze!
Dziś mam mniej kosmetyków, generuję mniej śmieci, mam lepszą cerę i więcej pieniędzy zostaje w moim portfelu.

Zobaczcie jak idea LESS WASTE sprawdza się w mojej codziennej pielęgnacji!

Jak idea LESS WASTE sprawdza się w mojej codziennej pielęgnacji

Odpowiedni krem – moja baza!

Kiedy poszłam do dermatolog, ta stwierdziła – trądzik różowaty. Wypisała recepty i tyle po wizycie. Wkurzyło mnie to. Wiedziałam, że co jak co, ale trądzik różowaty to to na pewno nie jest! Udałam się do apteki i poprosiłam o krem marki Oillan, którego wcześniej przetestowałam próbki, które dostałam. I same próbki, po kilku dniach, może 2 tygodniach stosowania – przyniosły widoczny efekt!
Farmaceuta podał mi krem i powiedział – skoro działa na skórę niemowląt, to i do twarzy dorosłego się nada.
To był strzał w 10!

Krem nie był drogi, a bardzo wydajny. Nie ma w nim substancji zapachowych, marketingowych – przez co naprawdę łagodzi, a nie podrażnia mojej buzi.

Cena mojego kremu: 40 zł
Wydajność: rok

Zdrowa cera to mniej zapychaczy

Odkąd mój policzek zaczął wyglądać jak skóra twarzy, a nie plaster pomidora, przestałam w tak dużym stopniu używać fluidów, pudrów, sylikonów, i innych zapychaczy.
Całościowy make up ograniczyłam do ważnych wydarzeń, zdjęć, itp. W pracy i na co dzień – pozwalam skórze oddychać.
Odpowiednia pielęgnacja twarzy sprawiła, że nie muszę wydawać pieniędzy na kryjące kosmetyki, ale też stałam się zwyczajnie szczęśliwsza, bo częściowo pozbyłam się jednego “kompleksu”!

 

Wybieram kosmetyki naturalne

Zamieniłam drogeryjne kosmetyki, pełne barwników, konserwantów, aromatów – na naturalne, a przynajmniej naturalne w 80%. Raz na kilka miesięcy (około raz na trzy miesiące) zamawiam komponenty do samodzielnego zrobienia kosmetyków, lub którymi swój kosmetyk będę mogła wzbogacić. W zależności od kosmetyku, jego zastosowania – formułę ograniczam do 4 składników.
Trzy miesiące nie są przypadkowe – jest to data ważności kosmetyku. Ze względu na brak konserwantów, kosmetyk nie może stać na półce zbyt długo.

Wadą akurat moich kosmetyków jest to, że komponenty przychodzą w małych, plastikowych opakowaniach. Niestety, tego nie da się obejść. Komponenty, jak i sam kosmetyk, nie może być w żaden sposób zanieczyszczony drobnoustrojami, dlatego przechowywanie komponentów oraz sposób przygotowania kosmetyku musi odbywać się w czystych warunkach. 

Cena kosmetyku naturalnego: 25-60zł
Wydajność: 3 miesiące

 

Nie używam płatków kosmetycznych

Od zawsze używałam jednorazowych płatków kosmetycznych do ściągania makijażu i przemywania twarzy tonikiem. W Internecie znalazłam informacje, że można jednorazowe płatki zamienić na takie zrobione z materiału, wielokrotnego użytku. Nie przemawia to do mnie. Tłuszcz i naskórek mimo wszystko w materiale będzie się gromadził, bez względu czy płatek zaraz przemyjemy, czy nie. Odstrasza mnie też nieestetyczny wygląd płatka po kilku użyciach. Nie wierzę, że uda mi się tak wcześniej zmyć tusz do rzęs, że nie zostanie na płatku po nim ślad.
Jakbym miała prać płatki kosmetyczne w pralce – nie mam pojęcia jak dużo musiałabym ich mieć!
Zamiast płatków, makijaż zaczęłam zmywać nanosząc na dłonie olejek różany do mycia twarzy. Idealnie ściąga makijaż i nie podrażnia skóry, a przy tym – nie generuje żadnych śmieci, ani dodatkowego mycia/prania/materiału.

Cena: 0 zł

 

Mydło w kostce

Przez wiele lat w moim rodzinnym domu używało się mydła w płynie. Mama kupowała wielkie plastikowe opakowanie, po czym uzupełniała dozownik. Nawyk ten przeniosłam do swojego mieszkania, aż pewnego dnia postanowiłam zacząć używać mydeł w kostce.
Na wieczór panieński dziewczyny podarowały mi zestaw naturalnych kosmetyków i tam właśnie było takie mydło. Nieopakowane, naturalne. To był HIT!
Mydło ważyło około 100 gram. Przedzieliłam je nożem na pół, aby było wygodniejsze w użyciu. Zaczęłam stosować je równocześnie z napełnieniem 250 ml butelki mydłem płynnym, które używał tylko Dawid.
Kiedy bańska z jego mydłem zużyła się, ja przez ten sam czas zużyłam 1/4 kostki mydła.
Mydło w kostce zaczęłam też używać do mycia twarzy i ciała w czasie kąpieli, dzięki czemu odeszłam od kupowania żeli/mleczek do mycia ciała, które są w plastikowych opakowaniach.

Co ważne przy zakupie naturalnego mydła: zwracajcie uwagę, czy nie ma ono dodatków w postaci, np. płatków kwiatów. Moje mydło ma taki dodatek. Fragmenty tej roślinki są wysuszone, przez co ostre, i wtopione w mydło, co przy używaniu go daje nieprzyjemne uczucie, jakbyśmy “haratali” sobie dłonie.
Zdecydowanie dużo bardziej komfortowe w użyciu są te gładkie, bez “obcych” dodatków.

 

Sole do kąpieli i peelingi

Zaczęłam sama robić sól do kąpieli i peeling do ciała wykorzystując to co mam w domu. Jest to szalenie prosta i oszczędna finansowo sprawa!
Koszt wyprodukowania takich kosmetyków jest tak naprawdę zerowy (!), ponieważ wszystkie potrzebne składniki mamy w domu.

Oszczędzamy nie tylko pieniądze, ale i niepotrzebne opakowania plastikowe, w których zakupilibyśmy sól czy peeling.

 


Tym postem chcę pokazać Wam, że można żyć bardziej przyjaźnie ze środowiskiem, bardziej o nie dbać – nie rezygnując ze zdrowia, z przyjemności, higieny osobistej, a nawet oszczędzając pieniądze.
Ograniczenie marnowania nie jest trudne. Najtrudniejsze jest uświadomienie sobie, że faktycznie tego wszystkiego nie potrzebujemy. Nie musimy używać mydła w płynie. Ono nie wygląda estetyczniej, jeśli dbamy o mydło w kostce – jeśli tego mydła nie przesuszamy, czyli zwyczajnie w świecie używamy go.

Nie musimy mieć każdego kosmetyku do innej części ciała. Wystarczy nam jeden, dwa, ale wydajny, dobry kosmetyk, który działa (!) plus naturalne kosmetyki pielęgnacyjne do wzbogacenia pielęgnacji. Używajmy też takich kosmetyków, których naprawdę potrzebuje nasza skóra.

Nie musimy rezygnować z przyjemności – możemy zrobić je same.

A jakimi historiami Wy opiszecie swoją mamę? 

Czasami mamy z Dawidem rozważania na temat miejsca zamieszkania. Kiedy myślimy o przeprowadzce, myślimy o wyjeździe nad morze, lub o przeprowadzce do miasta pod Warszawą. Jednak to co mnie najbardziej powstrzymuje przed tym ruchem, to odległość od rodziców.
Mamy naprawdę szczęśliwą rodzinę i lubimy się widywać. To jest niesamowite, że możemy wziąć psy na spacer i spotkać się w połowie drogi lub przyjść do siebie na poranną kawę czy kolację z winem i wrócić pieszo.
Jednym słowem – bardzo dobrze czujemy się w swoim towarzystwie!

Poznajcie moją mamę!

A jakimi historiami Wy opiszecie swoją mamę?

Asia, Asia słuchaj…

Ta historia wydarzyła się jak chodziłam do przedszkola. Moja mama, nie wiem dlaczego, ona tego też nie wie, usiadła na skraju mojego łóżka i delikatnie mną szturchając mówiła: Asia, Asia słuchaj, Asia – nie idziesz dziś do przedszkola, możesz spać dłużej.

Tak właśnie pamiętam tą chwilę. Biała kołdra, białe prześcieradło, ja śpiąca głową w stronę drzwi. Pamiętam jakby to było wczoraj. I nie rozumiem.
To jest bardziej zabawne wspomnienie jakie mam z mamą. A napewno takie, przez które najbardziej opadają mi ręce!

 

Jakbyś miała się spóźnić – daj znać

Kiedy byłam dzieckiem, chodziłam do podstawówki/gimnazjum, rodzice wymagali ode mnie jednej rzeczy – chcieli wiedzieć gdzie, z kim i o której wrócę do domu. Jak mówiłam, że będę o 20.00 to o tej porze miałam być. A jeśli miałam się spóźnić – chcieli to wiedzieć, aby się nie martwić.
Pewnego letniego dnia napisałam do mamy smsa: Mamo, spóźnię się. Autobus będzie o 20.00, poprzedni nie przyjechał. – Co było prawdą! W odpowiedzi dostałam od mamy smsa:
– Natychmiast wracaj do domu!

Słowo “natychmiast” jest słowem mojej mamy. Jak była na mnie zła, zawsze mówiła “natychmiast!”.

Wróciłam autobusem o 20.00 do domu i mówię do mamy: mamo, po co mam Was uprzedzać, że się spóźnię, jak i tak jesteś zła? To równie dobrze, mogę nie uprzedzać. Dostanę 1 ochrzan za spóźnienie, a nie 2!
Mama przyznała mi rację.

 

A czy koleżanka miała prawo? 

Jednak czego by nie mówić o mojej mamie – zawsze stawała w mojej obronie! Warunek był jeden – nie mogę kłamać. Jeśli coś się wydarzyło, mama chciała znać całą prawdę, aby nauczycielka nie mogła jej niczym zaskoczyć.
I tak któregoś wieczoru moja wychowawczyni dzwoni do mamy.
– Dzień dobry, tu X Y, wychowawczyni Asi, chciałam z panią porozmawiać na temat incydentu, który miał miejsce dzisiaj w szkole. Asia brzydko odezwała się do koleżanki, nazwała ją…
– Proszę pani, a czy pani wie dlaczego Asia tak nazwała koleżankę? Ja znam tą historię, Asia mi o niej opowiedziała. A czy pani wie jak było? Czy koleżanka miała prawo…?

Historia zakończyła się tym, że to koleżanka musiała mnie przeprosić. A na koniec roku szkolnego – to wychowawczyni przeprosiła mnie za swoje zachowanie.

 

Moja mama jest niesamowita! Zapewnia mi mnóstwo śmiechu, mnóstwo radości, a przy tym zawsze mogę na nią liczyć. Zawsze stawała w mojej obronie, co by to nie było!

Do dziś, kiedy jestem wkurzona, kiedy jest mi przykro – dzwonię do mamy wygadać się. Czasem mama mnie wkurza, kiedy próbuje dać mi dobrą radę, której ja nie chcę, ale dobrze jest ją usłyszeć. Dobrze jest mieć możliwość założenia butów i w 3 minuty samochodem, 10 minut pieszo – znaleźć się już u niej w mieszkaniu i razem napić się kawy w ogródku albo wina. A później wrócić do domu z siatką młodej kapustki, pomidorków koktajlowych, które zawładnęły jej ogródkiem.

Czasem rozważamy przeprowadzkę do innego miasta lub gdzieś dalej. Ale strasznie szarpię się z myślami, bo ciężko zrezygnować mi z tej możliwości szybkiego widzenia się.

A jakimi historiami Wy opisałybyście swoją mamę?

Ps. Jest jeszcze coś, co musicie wiedzieć o mojej mamie, a właściwie o moich rodzicach. Nie tylko zawsze stawali za mnie murem w szkole, ale także w dorosłym życiu. Kiedy opowiadałam im jak jest u mnie w pracy, co się dzieje, co wyczynia kierownictwo – rodzice zawsze zostawiali mi otwartą furtkę. Za każdym razem widząc niesprawiedliwość w mojej pracy, powtarzali mi: Asia, pamiętaj, zawsze możesz się zwolnić. Jakoś to będzie. 
I choć brzmi to jak rozkapryszenie – za to jestem im obojgu najbardziej na świecie wdzięczna – za możliwość. Moja Mama i mój Tata – zawsze powtarzali mi, że zdrowie, także to psychiczne, mamy tylko jedno i jest najważniejsze. Że nie ma co szarpać sobie nerwów, mogę znaleźć inną, mniej ambitną, mniej stresującą pracę – byle bym była szczęśliwa. 
Ten spokój ducha zawsze był dla mnie nieoceniony! I cały czas jest… . 

3 śmieszne zachowania, które czynią nasz związek zajebistym!

Z Dawidem zawsze byliśmy nietypową parą. Począwszy od związku na odległość – przez 10 lat dzieliło nas ponad 300 km, kończywszy na “kłótniach” kto śpi w salonie, bo w salonie mamy wygodniejsze łóżko. To, co czyni nasz związek wyjątkowym, to, co sprawia, że mimo etatu, zobowiązań finansowych, gonitwy jesteśmy bardzo szczęśliwi – to nasze zwyczaje i nasz dystans do siebie!

3 śmieszne zachowania, które czynią nasz związek zajebistym!

Przybijamy piąteczkę!

Piąteczkę przybijamy sobie w najróżniejszych sytuacjach!
Kiedy wpadniemy na genialny pomysł, jakim było, na przykład, kupno całego opakowania lodów w wafelku do domu.
Kiedy poradzimy sobie w “trudnej” sytuacji lub ułatwimy sobie życia. Takim pomysłem było przybicie na działce do drzewa otwieracza do butelek. Dzięki temu nie musimy pamiętać by wziąć z domu otwieracz idąc na ognisko i nie musimy się bać, że zgubimy go podczas sprzątania po ciemku. Ten otwieracz jest tam zawsze i jest to genialny pomysł – polecam!
Przybijamy sobie też piąteczkę, kiedy nam się coś uda – na przykład, za każde wygrane piwo pod kapslem. Wyobraźcie sobie, że ostatnio otworzyłam dla siebie 9 piw (w różnych dniach!) i w każdym z 9 wygrałam piwo. Kiedy otwierałam piwo dla Dawida lub on otwierał dla siebie – nie było żadnej nagrody.

Niby tylko piąteczka, niby nic, a jednak gdzieś tam zawsze jest kontakt fizyczny i wymiana pozytywnej energii. Przyjemne sytuacje, radość z tych samych rzeczy sprawia, że chętniej chce się przebywać w swoim towarzystwie i łatwiej jest stworzyć i utrzymać więź.
Nawet taki niewinny dotyk jest w związku ważny.

 

Zdjęcia tu i teraz

Kiedy pytamy się “gdzie jesteś?”, “za ile będziesz w domu?” w odpowiedzi często wysyłamy do siebie zdjęcie otoczenia, miejsca, w którym właśnie jesteśmy.
Kiedy jedno z nas jest w domu, a drugie w pracy – wysyłamy sobie zdjęcie co właśnie robimy. Potrafię dostać od Dawida zdjęcie, jak ten gotuje rosół.

W poście na facebooku mogliście zobaczyć jak to wygląda. Dawid napisał, że będzie jadł warzywa z grilla (a to typowy mięsożerca!), w odpowiedzi dostał krótki filmik z moją reakcją.

Szalenie lubię to nasze robienie zdjęć tu i teraz. Wyglądamy na nich bardzo różnie, czasami wysyłamy zdjęcia jak bardzo jesteśmy zmęczeni, że źle się czujemy, że właśnie robiliśmy coś na działce i jesteśmy cali umorusani. Ale te zdjęcia pokazują nas, nasze emocje i dają nam mnóstwo radości, chociażby dlatego, że możemy się zobaczyć gdy jesteśmy daleko od siebie. Lub w drugim pokoju.

 

Heheszki i dystans

Bardzo często śmiejemy się z siebie i swojego gapiostwa. Nie tak dawno, będąc na spacerze, Dawid zapytał mnie czy jest przystojny. Popatrzyłam na niego i… wybuchłam śmiechem! Dawid goląc się zostawił wąsy! Pierwszy raz widziałam go w wąsach! Co śmieszne – chodził tak od kilku godzin, a ja nic nie zauważyłam.
Oboje śmieliśmy się z siebie na wzajem. Dawid z mojego niezauważenia, mojej “spostrzegawczości”, a ja z jego wyglądu.

Oboje uwielbiamy luz. Uwielbiamy to, że bez krępacji możemy robić głupie rzeczy, mówić jakieś heheszki, irracjonalne rzeczy, mieć wizje z kosmosu – a drugie wręcz podchwyci temat i pociągnie go.
Czasami potrafimy snuć tak od czapy historyjki i mieć przy tym niesamowity ubaw.

Wspólny śmiech, wspólne wygłupy, brak skrępowania – w związku to jest dla mnie coś nieocenionego. Możemy być 100 procent sobą, 100 procent naturalni.

Wiemy, mamy świadomość tego, że jesteśmy poważnymi, odpowiedzialnymi dorosłymi, ale nie oznacza to, że musimy być ciągle poważni. Dajemy sobie prawo do wygłupów i nieprzejmowania się “problemami”. Kiedy sytuacja od nas tego wymaga – jesteśmy poważni i poważnie rozmawiamy. Ale jednak dni wolimy przeżywać w uśmiechu i radości niż z poważnymi minami.

I w tym momencie właśnie przybijamy sobie piąteczkę – za takie same poglądy!

 

Ps. Na zdjęciu głównym właśnie widzicie Dawida z wąsem! :D

 

A jakie Wy macie takie swoje zachowania? Co tak szalenie lubicie w Waszej relacji? Dajcie znać co czyni Wasz związek tak bardzo udanym!

3 prawdy, które pomogły mi zaakceptować siebie

Kiedy z początku jedna z Was poprosiła mnie o post o akceptacji siebie – w pierwszej chwili pomyślałam, że to świetny temat! Lubię siebie, akceptuję siebie, choć nie zawsze tak było. Wydawało mi się, że napisanie takiego postu to bułka z masłem.
Oh, jak bardzo się myliłam!
Wśród dzisiejszej łatwości w obrażaniu innych, wyśmiewania stylu, wyglądu, błędów ortograficznych, gustu, kolorowaniu rzeczywistości – bardzo łatwo czuć się kimś gorszym, mniejszym, niedość dobrym, zwłaszcza, jeśli jesteśmy świadomi swoich niedoskonałości. Skąd więc ta akceptacja siebie?

Jak mamy akceptować siebie, skąd wziąć poczucie własnej wartości, kiedy zewsząd odczuwamy brak akceptacji ze strony otoczenia czy odbiorców?

Trzy prawdy, które pomogły mi zaakceptować siebie

W szkole, na tym samym poziomie nauczania jedna nauczycielka zachwalała mój styl pisania. Każde moje wypracowanie, rozprawka dla niej były idealne! 4- to była najgorsza ocena jaką u niej miałam. Ale w kolejnej klasie zmieniono nam nauczycielkę. Po wakacjach mój styl pisania okazał się być tragiczny. Jedynki, dwójki to był standard.

Kiedy dla odmiany zdawałam na prawo jazdy – krytykowano mnie za dynamikę jazdy. Jeden egzaminator pochwali mnie za dynamiczną jazdę, wyczucie samochodu, odległości, a drugi powiedział, że właściwie to stwarzam zagrożenie na drodze bo jeżdżę zbyt dynamicznie.

Zewsząd, każdego dnia ludzie mają wobec nas różne oczekiwania, mają odmienne poglądy i kryteria jakimi nas oceniają. Niektórzy próbują dobitnie udowodnić nam, że to oni mają rację i to my powinniśmy się do nich dostosować. Do nich – do każdego z osobna.
A co z nami? Co z tym jacy my jesteśmy? Nie mamy prawa być sobą jeśli myślimy inaczej?

 

Wiem kim jestem

Świadomość siebie, tego jaka jestem, jakie mam cechy pomogła mi zaakceptować siebie. Zanim nauczyłam godzić się z odmiennym zdaniem innych, musiałam dowiedzieć się kim jestem, dlaczego mam takie, a nie inne poglądy. W przeciwnym razie nie umiałabym powiedzieć tej osobie dlaczego się myli.

Dziś wiem, że jestem wrażliwa. Wiem, że nie mogę oglądać filmów, w których katują zwierzę. Wiem, że przez tą moją wrażliwość często reaguję nieadekwatnie do sytuacji. Wiem to, ale nie zawsze mogę coś z tym zrobić. To są emocje, a one bywają ode mnie silniejsze.

Dzięki wiedzy kim jestem, jakie mam wady i zalety wiem nad czym powinnam pracować. I nie dlatego, że ktoś mi każe. Chcę nad nimi pracować bo chcę być lepszą wersją siebie. Chcę się lepiej czuć. Chcę jak najbardziej wyeliminować negatywne emocje z mojego życia.
A czasem najlepszym sposobem na wyeliminowanie negatywnych emocji jest zrozumienie, że nie każdy wie o czym mówi.

 

 

Skupiam się na swoim życiu

Zrozumiałam, że moje życie nie jest ani lepsze, ani gorsze od czyjegoś – jest inne. Każdy z nas wychowywał się w innych warunkach, miał inny dom, inną sytuację i inne doświadczenia życiowe. Nie ma sensu porównywać siebie do kogokolwiek, bo zwyczajnie zaczynaliśmy z różnych miejsc.

Moim guru instagramowym jest Alabasterfox. Ale nie zazdroszczę jej i nie porównuję się do niej. Ada zapracowała sobie na sukces. Od lat ma styl, który ja dopiero próbuję odnaleźć. Nie próbuję kopiować jej stylu, bo nasza codzienność jest inna. Ale szalenie mnie inspiruje do próbowania nowego!

Staram się przemycać do mojego życia jak najwięcej pozytywnych emocji, nowości, radości, a nie tracić czas na życie cudzym życiem i cudzymi osiągnięciami frustrując się, że nie mam tego co ktoś.

 

Daję sobie prawo do niedoskonałości

Wiem, że nie mam figury Instagramowej gwiazdy. Nogi po tacie, brzuch po piwie i zapiekankach z rynku krakowskiego. Co ja na to poradzę, że lubię taki luz? Gdyby moja figura wybitnie mi przeszkadzała – zaczęła bym na serio chodzić na siłownię. Ale póki nie czuję się ze sobą źle, nie chodzę.
Nie jestem też najlepsza w obróbce zdjęć. Ciągle się uczę oglądając Sztukę retuszu. Dowiaduję się o dla mnie nowych funkcjach i możliwościach photoshopa.

Dzięki temu, że daję sobie prawo do niedoskonałości, niewiedzenia wszystkiego – mam czas na próbowanie nowych rzeczy. To co robię jest dla mojej przyjemności i na moje potrzeby. Nie we wszystkim muszę być ekspertem.

Podobnie jest w pracy. Jeśli czegoś nie wiem, czegoś nie rozumiem – pytam i szukam odpowiedzi. Nie muszę wiedzieć wszystkiego. Nie ma nic złego w niewiedzy. Głupotą byłoby udawać, że się wszystko wie.

 

Świadomość tego kim jestem, jakie mam życie, nieskupianie się na czyimś życiu tylko na moim, i prawo do popełniania błędów, do bycia nieidealną sprawia, że nie tylko akceptuję siebie i swoje życie, ale i jestem szczęśliwą osobą. Skupiam się na tym co daje mi radość, a to co mąci mój porządek, co wprowadza negatywne emocje – szybko wyrzucam!

Nie chcę tracić czasu na to co złe. Chcę się cieszyć z każdego dnia i żyć na swoim po swojemu. Skupiać się na tym co dla mnie jest ważne, a nie dla osób, które mogą mnie nawet nie znać.

Nikt za mnie życia nie przeżyje. A ja chcę je przeżyć po swojemu.

Jak zużywać mniej wody

Jak zużywać mniej wody

Kiedy jadę na wieś mijam domy, w których ubikacje są na dworze. Co i raz widzę starszą panią, która z wiadrem chodzi do studni po wodę. Za każdym razem gdy ją widzę, myślę sobie jakie to szczęście, że ja mam bieżącą wodę w domu. W każdej chwili mogę podejść do zlewu czy umywalki i umyć ręce, naczynia, buty. Przekręcam po prostu kurek i nie zwracając na nic uwagi czekam aż zleci zima woda.

Woda, to zdecydowanie jeden z większych luksusów dzisiejszych czasów! Luksus, którego mamy ogromne niedobory, a przez naszą ignorancję “kradnie” z naszych portfeli nawet 600zł.

Jak zmniejszyć zużycie wody w domu i płacić mniej

Czego nie wiesz o wodzie – kilka liczb i faktów

Rocznie, w Polsce marnuje się 9 mln ton żywności, a wraz z nią 1,72 mld m3 wody potrzebnej do jej wyprodukowania! To tak jakby codziennie wylewać do zlewu 100 butelek 1,5 litrowych!

70% powierzchni Ziemim stanowi woda. W tym 2,5% stanowi woda słodka, z czego tylko 0,7% jest dostępne i nadaje się do picia!
Choć żyjemy na planecie, która wydawałoby się składa się w większej części z wody, to mamy jej bardzo niewiele. Według raportu Światowego Biura Wody, Polska, obok Afryki, jest obszarem zagrożonym deficytem wody…

Jak oszczędzić wodę w łazience

1. Nie odkręcaj mocnego strumienia wody
Myjąc ręce, włosy, zęby czy biorąc prysznic – wcale nie potrzebujemy mocnego strumienia wody. Mocny strumień dodatkowo źle działa na nasze włosy, jest dla nich zbyt agresywny. Dokładnie tą samą powierzchnię czy to rąk, czy ciała możemy umyć w tym samym czasie ze zmniejszoną mocą wody.

2. Używaj wody letniej, ciepłej, ale nie gorącej
Według różnych dostawców wody, koszt wody zimnej to około 10zł za 1m3. Koszt wody ciepłej (jej podgrzania) to około 17zł/m3. Ciepła woda jest niespełna dwukrotnie droższa od zimnej.
Zamiast lać gorącą wodę przed kąpielą i czekać aż ona przestygnie – lepiej od razu kontrolować jej temperaturę oszczędzając przy tym czas i pieniądze.

3. Nie kąp się za długo, nie lej pełnej wanny wody
Skracając kąpieli pod prysznicem o 5 minut (5 min ciągłego lania wody) możemy zaoszczędzić około 50 L wody rocznie. Biorąc kąpiel w wannie – możemy nalać 1/3 objętości wanny.
Zimą, kiedy mam ochotę się rozgrzać w wannie – faktycznie – leję więcej wody by się nią bardziej przykryć i wygrzać. Jedak w okresie letnim – 1/3 objętości wanny wystarczy by się szybko umyć i obmyć z potu.

4. Pierz ubrania w trybie “szybkie pranie”
Jeśli pierzecie tylko przepocone, raz noszone ubrania, typu koszulki, sweterki, skarpetki – możecie spokojnie prać je w temperaturze 20stC przez 15-20 minut. Przecież te ubrania nie są brudne i nie wymagają dwugodzinnego cyklu w temperaturze 40-60stC.

5. Zmniejsz objętość wody w spłuczce
Niektóre ubikację mają możliwość spuszczania wody w 2 trybach: szybkim – gdzie zużywa się niewiele wody, oraz pełnym – gdzie ze spłuczki uchodzi cała woda. Możecie zmniejszyć tą ilość wody wkładając do spłuczki pustą butelkę po wodzie. Objętościowo wypełni spłuczkę, przez co będziecie spuszczać mniej wody.
Niektóre ubikacje mają też możliwość “zatrzymania” spuszczanej wody poprzez delikatne naciskanie guzika do spuszczania wody.

6. Wykorzystaj wodę i parę wodną po kąpieli
Kiedy na kafelkach i lustrze osiądzie para wodna – przetrzyjcie je ręcznikiem. Wyczyścicie tym samym płytki/lustro bez konieczności marnowania dodatkowej wody. Wilgoć, która na nich osiadła zrobiła już największą robotę!
Po wyjściu z wanny – macie już też mokrą wannę. Zostawcie trochę wody na dnie wanny i wykorzystajcie ją do umycia wanny.
Wodę z wanny możecie nabrać też do miski, i używać jej do spuszczania w ubikacji.

7. Łap zimną wodę
Czekając aż zleci zimna woda – łapcie ją do miski lub konewki. Można ją później wykorzystać do podlania kwiatków czy dać zwierzakowi do picia.

8. Zakręcaj kran
Podczas mycia rąk, zębów – zakręcajcie kran. W czasie mydlenia rąk czy szorowania zębów – woda wcale nie musi lecieć. Włączcie ją dopiero wtedy, kiedy będziecie chciały zakończyć czynność mycia.
Kiedy Wasi mężczyźni będą się golić – niech nabiorą trochę wody do umywalki. Maszynki nie trzeba płukać pod wodą bieżącą. Wystarczy ta nagromadzona na dnie umywalki.

Zobacz mój e-book:

Oszczędzaj dzięki uważności i życiu wolniej.

W e-booku znajdziesz karty, dzięki którym nie tylko będziesz mogła dokładnie zobaczyć ile wydajesz pieniędzy, ale przede wszystkim – poznasz swoje konsumenckie zwyczaje. 
A ja – podpowiem Ci gdzie szukać oszczędności i jak pozbyć się wyrzutów sumienia sprawiając sobie małe przyjemności.

Jak oszczędzać wodę w kuchni

1. Woda po gotowanych warzywach
Wodę po ugotowanych warzywach możecie wykorzystać do podlewania roślin. Woda po ziemniakach doskonale się do tego nadaje!
Chcąc usunąć zaschnięte ślady z patelni – zalejcie patelnię wodą, w której przed chwilą gotowałyście warzywa. Ciepła woda idealnie pomoże w oderwaniu zaschniętych pozostałości. Dla lepszego efektu – dodajcie detergentu. Dzięki temu nie trzeba marnować ciepłej wody z kranu ani szorować patelni.

2. Płucz naczynia hurtem
Chcąc umyć kilka naczyń – najpierw wszystkie zwilżcie, później wszystkie wyszoruj gąbką z detergentem lub nie (jeśli zabrudzenie jest niewielkie) a później wszystko hurtem potraktujcie wodą bieżącą.
Myjąc każde naczynie, każdy sztuciec oddzielnie marnuje się ogromne ilości wody.

3. Rozmrażaj produkty w lodówce
Nie tylko z oszczędnościowego punktu widzenia, ale także mikrobiologicznego, lepiej rozmrażać mrożonki wkładając je do lodówki i czekając aż różnica temperatur zrobi swoje, niż rozmrażać je w temperaturze pokojowej lub wkładając do miski z wodą.
Wkładając produkt nawet do zimnej wody robimy dokładnie to samo, jakbyśmy wkładali produkt do rozmrożenia do lodówki.

Inne działania

1. Dokręcaj krany
Czy wiecie, że nieszczelny kran potrafi generować do sekundę 1 kroplę wody? W skali roku będzie to 11 000 kropel wody – około nakapanych 80 zł.

Kiedy zakręcamy kurki z wodą na klatce schodowej, za każdym razem nie możemy wyjść z podziwu ile nasi sąsiedzi zużywają wody. Ich wartość licznika jest większa od naszego 300x(!) a ich w domu także jest dwoje.
Dla nas to niesamowite, ile jesteśmy w stanie zaoszczędzić po prostu nie marnując i kontrolując budżet domowy.

Samo skrócenie czasu brania prysznica, ograniczenie ilości wody w wannie, mycie się w niższej temperaturze i lżejszym strumieniem wody – już daje Wam oszczędność na jednej osobie około 350zł. A to tylko prysznic… – 3 kroki z 14 wymienionych.

Ilość sposobów oszczędzania wody może Was przytłoczyć. Może Wam się wydawać, że tego jest bardzo dużo i ciężko Wam będzie zmienić dotychczasowe nawyki. Ale zapewniam Was – nie jest tak. Te wszystkie czynności i tak, i tak wykonujecie codziennie – codziennie myjecie zęby, naczynia, puszczacie pranie – wystarczy po prostu zakręcić wodę, kiedy jej nie używacie, włączyć inny program mycia.

Kobieta bez makijażu jest po prostu brzydka!

Śledzicie czasem media plotkarskie? Ja tak. Nauczyła mnie tego moja mama, kiedy byłam na studiach. Kiedy siedziałam na wykładach i się nudziłam – zaczęłam wchodzić na plotkarskie strony. I wiecie co zauważyłam? Że często pojawiają się tam szokujące wpisy, że dana osóbba pokazała się bez makijażu. Newsy w stylu: prawdziwa twarz X! I te komentarze autora postu: ładna? Podoba Wam się bez makijażu?
– Oczywiście, że NIE!

Kobieta bez makijażu jest po prostu brzydka!

Kiedy braliśmy ślub kościelny, miałam pełen full wypas makijaż. Krem, podkład, fluid, cienie, rozświetlacz, róże i inne bronzery. Byłam zrobiona. Mój mąż natomiast – nawet się nie ogolił; o żadnych pudrach i fluidach nie wspominając.
Wkurzyło mnie to. Ja, żeby dobrze wyglądać, musiałam prosić świadkową o makeup, a ten mój mąż żeby dobrze wyglądać nawet nie musiał się golić. Nie musiał nic robić!
I wiecie, nie dawało mi to spokoju. Siedząc na różnych forach ślubnych, widząc jak dziewczyny wrzucają swoje zdjęcia w próbnych (!) makijażach zaczęłam zastanawiać się po co my to robimy? Dlaczego tak wciąż i wciąż sięgamy po kosmetyki, malujemy się, wydajemy kupę kasy na to wszystko, nie tylko w dniu ślubu, ale i na co dzień, kiedy nasi faceci w najlepszym wypadku użyją wody po goleniu?

I tak wchodząc na taki portal plotkarski zrozumiałam przyczynę.
Hejt akurat padł na żonę Sławomira, tego od miłość, miłość w Zakopanem. Portal postanowił skrytykować ją (już nie pamiętam czy to był ich komentarz, czy postanowili upublicznić czyjś komentarz, nie mniej oni przyczynili się do propagowania wyśmiewania innych) – że bez makijażu wygląda jak facet! Rozumiecie to? Osoba sceniczna, która na scenie ma jakiś makijaż, jest częścią jakiegoś przedstawienia w życiu prywatnym postanowiła pokazać ich życie i siebie bez makijażu, siebie naturalną, od razu spotkała się z obrażaniem – bo nie wygląda jak na scenie!

Wiecie, ja na co dzień chodzę bez makijażu. Maluję się naprawdę od wielkiego dzwonu. Moja awersja do fluidu wzięła się z problemów z cerą, której dodatkowo nie chciałam pogarszać zatykając ją chemią. Mój mąż, moi znajomi, przyjaciele, rodzina są przyzwyczajeni do tego, że ja się po prostu nie maluję. Dla nich ja bez fluidu jestem normalna. Tak wyglądam. Zawsze.
Ale w przypadku celebrytów jest inaczej. W telewizji, na koncertach, w spektaklach widzimy ich w pełnej charakteryzacji. I do takiego ich widoku my, odbiorcy, fani, krytycy jesteśmy przyzwyczajeni. Dla nas – oni medialni są normalni.

Czy wiecie, że potrzebna są 3 dni aby przyzwyczaić się do nowego wyglądu? Bez znaczenia, czy to swojego, czy obcej osoby. Przez pierwsze 3 dni wydaje nam się, że wygląda się dziwnie, a później, po tych 3 dniach, ten wygląd jest dla nas normą. Nasz mózg przestaje jakby “pamiętać”, że wyglądało się inaczej.

 

Wiele kobiet próbuje za pomocą makijażu leczyć swoje kompleksy, dodawać sobie pewności siebie. Czasem – za pomocą fluidu, cieni, rozświetlaczy i bronzerów próbuje zaakceptować swój wygląd. Uwierzyć w siebie, w swoją wyjątkowość, w swoje piękno.
Akceptacja siebie jest szalenie trudna. Kiedy ja patrzę w lustro to widzę, że przytyłam. Widzę te dodatkowe kilogramy i nie muszę w tym celu zakładać starych spodni, które kiedyś były na mnie za duże, a teraz są ok. Ja to widzę.
Ale nie chciałabym by ktokolwiek powiedział mi – teraz nosisz rozmiar 38. Gruba świnia z ciebie. Kiedyś byłaś chudsza, a teraz grubas jesteś.

A tak działają media! Tak działają i media, i social media!
Popijając piwko w upalny dzień, siedząc w mieszkaniu, w którym jest tak gorąco, że człowiek się roztapia, od niechcenia taki “anonim sasa” rzuci komentarz “o kurwa, bez makijażu wyglądasz jak facet!” i przescrolluje stronę dalej. Ale ten komentarz zostaje. I przeczyta go ta osoba. I jakiego by dystansu do siebie nie miała zrobi jej się fest przykro.

Internauci, osoby zza telewizora przywykły do wyglądu scenicznego. Przywykły do sztuczności i pozerki. Ale wielu w życiu codziennym ceni sobie naturalność. Chce naturalnej kobiety, naturalnego wyglądu. To czemu w stosunku do celebrytów oczekujemy ciągłego makijażu? Te osoby nie mają prawa do naturalności?
Czy jeśli na co dzień chodzimy do pracy elegancko ubrani, garsonki, spodnie 7/8 i koszule to znaczy, że po pracy nie możemy założyć dresu?

Ja wiem, że w mediach liczy się wygląd. Lepiej klikalni są ci ładni. Każdy z nas woli oglądać ładne zdjęcia, coś wyjątkowego, niż codzienność. Ale warto pamiętać, że za tym ładnym i zrobionym kryje się normalność. Kryją się przebarwienia skóry, jaśniejsze brwi, krótsze rzęsy, mniejsze usta. Kryją się też boczki pod luźnymi braniami.

Fajnie, że przy zastosowaniu tych wszystkich kosmetyków wyglądamy lepiej. To jest fajne! Ale warto pamiętać, że bez nich – wcale nie jesteśmy brzydsi ani gorsi. Jesteśmy sobą.
Brak makijażu nie ujmuje nam atrakcyjności, tak samo jak (wbrew temu co twierdził mój poprzedni kierownik w pracy) pozytywne nastawienie do świata i dobry humor nie odbiera kompetencji.

[wc_box color=”primary” text_align=”left” margin_top=”” margin_bottom=”” class=””]

Czy wiesz, że…
Jeśli chcesz być powiadamiana o nowych postach – możesz pobrać bezpłatną aplikację MYNASWOIM i dostawać powiadomienia o nowych postach na swoim telefonie :)
Aplikacja jest dostępna na androida i iOS

[/wc_box]

Jak wspierać małżonka w walce z nowotworem – wywiad

Kiedy przeprowadzałam wywiad z kobietą chorą na raka szyjki macicy, ta wspomniała, że do dziś miewa żal do męża za jego postawę w tamtym czasie. Nie wspierał jej tak, jak tego potrzebowała. Mówiłam, że właściwie sama nie wie jak to wtedy powinno wyglądać. – Wstrząsnęły mną jej słowa.

Postanowiłam znaleźć odpowiedź, receptę, rozwiązanie tej sytuacji. Sposób, jak do takich odczuć nie doprowadzać. I znalazłam Kasię, która o nowotworze i wspieraniu mówi tak:

“Kiedy słyszysz diagnozę, że jesteś chora onkologicznie, na tamten moment wydaje Ci się, że Twój koniec jest bliski. Wiesz, że czeka Cię ciężki czas walki o życie, ale nie wiesz, jak długo ta walka będzie trwać. – mówi Kasia. I wtedy, niczym superbohater, silnym ramieniem i źródłem miłości staje się Twój małżonek… .”

Zapraszam Was do przeczytania wywiadu z niesamowitą, inspirującą Kasią, która pokonała nie tylko nowotwór ale i zaczęła zmieniać świat.

Jak wspierać małżonka w walce z nowotworem – wywiad z Kasią RAKietą.

Kasiu, jak to wszystko się zaczęło? Skąd podejrzenie, że to co Cię spotkało to nowotwór?

Miałam wtedy 27 lat, i byłam od 4 miesięcy najszczęśliwsza na świecie – byłam Żoną najcudowniejszego Męża. Zaczęłam pracę w szkole, a tam wiadomo zarazki. Za oknem jesień, która powoli witała się z zimą, więc przeziębienie było czymś nieuniknionym. Zaczęłam się martwić, gdy pierwszy antybiotyk wcale nie pomagał. Straciłam smak i węch – lekarz tłumaczył, że po wyleczeniu zatok wszystko wróci do normy. Był kolejny antybiotyk, który ulgi nie przynosił. Zaczęły mnie boleć stawy, nogi spuchły. Coraz większy problem sprawiało mi poruszanie się, wstawanie z łóżka. I tak znaleźliśmy się 06.01.2017 roku na izbie przyjęć i od tego się zaczęło.
Na studiach wzięłam urlop dziekański. Od osób z mojej pracy otrzymałam niesamowite wsparcie. Pani Dyrektor to cudowna Kobieta, którą zawsze będę dobrze wspominała. Koleżanki z pracy – wszystkim takich znajomych życzę. Panie Pielęgniarki na początku przychodziły robić mi zastrzyki, kiedy ja nie potrafiłam ich sama zrobić – za bardzo się tego bałam. Ci ludzie, pomimo, że znali mnie tak krótko „zalali” mnie falą dobroci, wsparcia i zrozumienia. Odwiedzali mnie, byli obok. Jak sobie o tym myślę, to znowu łzy szczęścia płyną mi po policzkach.

 

W jakich okolicznościach dowiedziałaś się o nowotworze? Czy o nowotworze dowiedziałaś się sama, czy przy diagnozie był Twój maż?

Po prawie 2 tygodniowym pobycie w szpitalu, lekarze zdążyli Nas w jakimś sensie poznać. Widzieli mojego Sebastiana, który był obok codziennie, albo po pracy, albo pracę zabierał ze sobą do szpitala, żeby przy tych trudnych dla mnie badaniach być obok. Był za drzwiami, gdy mi pobierali węzeł nadobojczykowy do badań, był, gdy byłam usypiana do bronchoskopii. Lekarze widzieli Naszą więź, – dlatego, gdy zadzwonił telefon, że są wyniki, żebym przyjechała do szpitala, powiedziano mi, abym przyjechała razem z Mężem. Niewiele pamiętam z tego dnia, wiem, że bardzo dużo płakałam.

 

Jak zareagował mąż na wieść o diagnozie?

Mój Mąż w ułamku sekundy stał się najdojrzalszym człowiekiem na świecie, miał mega szybką szkołę życia. Ja do tej pory jak sobie to przypominam nie wiem jak On to zrobił. Ja słysząc diagnozę momentalnie zalałam się łzami, a On potrafił trzeźwo myśleć – pytać o wszystko. Pytał bardzo konkretnie. Stał się moim osobistym bohaterem.

 

Jakie myśli towarzyszyły Ci na początku? Bałaś się o małżeństwo?

To pytanie uświadomiło mi, że nawet przez myśl mi nie przeszła obawa o moje małżeństwo, o to czy przetrwa. Wiedziałam, że moim Mężem jest najcudowniejszy człowiek na świecie, nie musiałam się, więc bać o to, co z Nami będzie. Nie było w mojej głowie takich myśli, byłam w tej kwestii bardzo spokojna.

 

Jak mąż na początku choroby zachowywał się wobec Ciebie i tematu? Unikał rozmów o nowotworze? A może przeciwnie – chciał mówić? Pytał Ciebie, czego od niego oczekujesz, jakiego zachowania?

Nie można było uniknąć rozmów o nowotworze, przecież to stało się częścią Nas. Nie mogliśmy się od tego odciąć. Staraliśmy się rozmawiać zawsze, kiedy, któreś z Nas tego potrzebowało.
Ja niczego nie oczekiwałam od mojego Męża, nie miałam do tego prawa. Najważniejsze, że był obok, nic więcej się nie liczyło. Wiesz jak kogoś kochasz, to też go znasz najlepiej na świecie i ta osoba wcale nie musi mieć „instrukcji obsługi”, ona po prostu widzi, co się dzieje i wie jak zareagować. I tak było w przypadku mojego Męża. Wiele razy to On o wiele lepiej wiedział, czego potrzebuję niż ja sama.

 

A jak Ty podchodziłaś do tematu nowotworu? Chciałaś o nim mówić, o tym, co się dzieje, czy wolałaś unikać tematu, odsuwać myśli?

Ja na początku temat nowotworu musiałam przepłakać, jednak rozmowa o nim mi pomagała. Czasem może za dużo myślałam, a to nie było za dobre, ale dzięki Pani Psycholog potrafiłam odnaleźć balans. Dzięki Jej pomocy potrafiłam się uporać ze wszystkimi „stworami”, które zagnieździły mi się w głowie. Rozmowa, która początkowo była trudna, zaczęła przynosić ulgę. Zaczęła we mnie powoli kiełkować siła do walki, siła do wzięcia się w garść.

 

Jak przebiegało leczenie?

Teraz jak już mam to wszystko za sobą to wydaje mi się, że ten niemalże rok leczenia zleciał bardzo szybko. Przecież niedawno „obchodziłam” rocznicę usłyszenia diagnozy, a to już jest za Nami.
Leczenie do najłatwiejszych nie należało. Pierwsze dni po „kropelkach życia” (chemioterapii) były trudne. Miałam bardzo mało sił, czasem w ogóle ich nie było. Jednak Nasi najbliżsi mieli „dyżury” przy mnie. Brali wolne dni w pracy i pierwsze dni po podaniu „kropelek” byli ze mną od rana, aż do powrotu mojego Męża z pracy. Z każdym wlewem siły wracały wolniej i już na końcówce, tak naprawdę, kiedy było już lepiej okazywało się, że już kolejny wlew przede mną. Ja panicznie do tej pory boję się pobierania krwi, nigdy wtedy nie patrzę. Bardzo zaciskam wtedy zęby, co doprowadziło do ich „starcia”. Skutki uboczne też dawały o sobie znać. Leczenie nie było niczym przyjemny, jednak najważniejsze, że pomogło. Radioterapia też szybko zleciała, chociaż przy niej towarzyszył mi niesamowity ból w przełyku.

 

Przed chorobą miałaś gęste długi włosy. Jak reagowałaś na wypadanie włosów po chemioterapii?

Włosy wypadły mi chyba po 2 wlewie. Płakałam i krzyczałam na całe osiedle. Nagle dotknęłam głowy i włosy zostały mi na ręce. Cała woda w wannie była we włosach, a ja płakałam i nie dałam rady z niej wyjść. Mój Mąż siłą mnie z niej wyciągną. Bardzo płakałam. Poszliśmy wtedy kupić chustę na głowę, i tak tam płakałam, że jak przyszłam po kolejną to Pani mnie pamiętała –musiałam naprawdę być wtedy w kiepskim stanie, że zapadłam jej w pamięci. Początkowe noce przesiedziałam, bo bałam się, że reszta włosów zostanie mi na poduszce. Było mi niesamowicie ciężko. Kiedy zdecydowałam, że zetnę włosy na łyso, mój fryzjer zamknął salon, żebym czuła się bezpiecznie i nie ściął mi ich na „zero”. Za dobrze mnie znał, wiedział, że to jeszcze nie ten czas. Jestem Mu za to wdzięczna. Ściął mnie na „chłopca”. I tak stopniowo oswajałam się z myślą, że będę łysa. Kiedy w końcu zobaczyłam małe czarne kropki na głowie, które zwiastowały nowe włosy w końcu je ścięłam ?

 

Czy to są w ogóle intymne chwile? Zdjęcia w trakcie zabiegów? Czy nie? Czy właśnie nie ma się czego wstydzić?

Nikt po podaniu „kropelek życia” nie tryska energią. Organizm dostaje wtedy bardzo kolokwialnie mówiąc wielkiego „kopa”. Dla mnie to była wtedy moja rzeczywistość, nie intymność. Z mojego punktu widzenia, takie zdjęcia uświadomiły wielu osobom jak wygląda leczenie, nauczyły pokory i zrozumienia drugiego człowieka.

 

Jak się zmieniła Wasza relacja przed a po/w trakcie walki z nowotworem? Co się u Was zmieniło?

Przewartościowaliśmy Nasze życie, dużo się zmieniło. Dzisiaj jesteśmy „bogatsi” o wszystkie doświadczenia, o nowe relacje.

 

Czy maż przechodził jakieś kryzysy związane z chorobą? Dawał Ci odczuć, że jemu też jest ciężko?

Najszczerzej jak tylko potrafię – nie było takich momentów. Po raz kolejny powiem, że nie mam pojęcia jak On to wszystko ogarnął.

 

Jaką rolę odegrał w leczeniu Twój mąż?

Mój Mąż był i jest wszystkim, co mam. Podczas leczenia był moim Mężem, przyjaciółką, czasem nawet rodzicem. Był i nadal jest wsparciem, opoką, bezpieczną przystanią. To On potrafił wszystkie burze, które się we mnie rozgrywały uspokoić. Gdy płakałam w nocy po pierwszych kropelkach życia (chemiach) siedział ze mną, przytulał, głaskał, uspokajał. Karmił, mył, pracował i gotował. Nagle cały dom i ja byliśmy na Jego głowie, a On ani razu nie powiedział, że ma dość. Ani razu nie nakrzyczał, że znowu jest bałagan. Ani razu nie powiedział, że nie ma sił. Był zawsze i kochał. Kiedy ja nie mogłam na siebie patrzeć, On mówił, że kocha mnie najbardziej na świecie i dla Niego jestem najpiękniejsza.

 

W chwilach Twojego kryzysu – jak on się zachowywał?

Był i uspokajał. To On nauczył mnie, chociaż starać się nie wybiegać myślami do przodu, nie myśleć o najgorszym. Takie męskie spojrzenie na życie. Pozwalał mi w mojej chorobie na chwile słabości i zwątpienia. Nigdy nie dał mi odczuć, że jestem ciężarem. Pozwalał mi się wypłakać, wykrzyczeć i mieć gorszy dzień. Pozwolił mi nie tłumić w sobie tych wszystkich rzeczy, które się we mnie działy.

 

Za co jesteś najbardziej wdzięczna mężowi?

Jakbym miała zacząć pisać, za co jestem Mu wdzięczna to zabrakłoby kartek na świecie <3 Jestem Mu przede wszystkim wdzięczna za to, że był i mnie kochał.

 

Czego nigdy mu nie zapomnisz?

Nie odpuścił na początku Naszego związku, gdy ja zaoferowałam Mu przyjaźń.

 

Założyłaś stronę na facebooku. Dlaczego? Po co?

Zaczęłam spisywać sobie na kartkach swoje myśli i to przynosiło ulgę. Gdy podzieliłam się tym z moim Mężem zaczął mnie nakręcać na założenie bloga. Na początku się wzbraniałam. Kiedy powiedziałam o tym mojej K, to bardzo mnie mobilizowała do spróbowania i tak się zaczęło. Początkowo było to miejsce, dla Naszych bliskich i Rodziny, żeby na bieżąco wiedzieli, co u mnie, a dodatkowo ja mogłam sobie jakoś swoje życie poukładać dzięki pisaniu. I tak powstała RAKieta.

 

Zrobiliście sesje na łódce – dlaczego? Czyj to był pomysł?

Pod jednym z postów RAKieto – Wspieraczka napisała o tym, że żałuje, że nie zrobiła sobie żadnej sesji na pamiątkę. Byłam wtedy w wielkim szoku, bo to było na początku funkcjonowania RAKiety. Nie mieściło mi się to w głowie, że ktoś chce mieć takie zdjęcia i wracać do tego. A teraz wiem, w jakim błędzie byłam. Przyjechał do Nas wtedy Nasz Fotograf ślubny – mega dobry człowiek i zrobił Nam zdjęcia. Po Naszym ślubie między Nami nawiązała się wartościowa relacja. Pół Polski przyjechał dla Nas. I teraz z uśmiechem oglądam te zdjęcia. Pokazują mi, jaka byłam silna. Przypominają o tym, co w życiu jest najważniejsze.

 

Wyobraź sobie, że jesteś w szpitalu i widzisz parę, w której ona ma nowotwór a on sobie z tym nie radzi, nie wie jak się zachować. Co byś mu napisała na takiej małej karteczce, jaką radę byś mu dała? Jednym lub 2 zdaniami?

Napisałabym, że to, co ich czeka to tylko jeden z etapów, które życie przed Nimi postawiło, żeby skupili się na tym, co pięknego zacznie się dziać. Wiem jak to brzmi, ale tak będzie. Żeby byli względem siebie szczerzy i kochali się, a wszystko uda się przetrwać.

 

Jak myślisz – gdyby nie mąż, jego troska, czułość, wsparcie – jak przebiegałoby leczenie?

Nie wiem czy potrafię sobie to wyobrazić. Zdaję sobie sprawę, że byłoby mi milion razy ciężej. Nie potrafię o tym myśleć.

 

Jak ważne jest wsparcie męża w takich chwilach?

Wsparcie Męża jest nieocenione.

 

Jak samemu pogodzić się z naszą chorobą?

Na pewno skorzystać z pomocy psychologa, skorzystać z pomocnej dłoni. Wyrzucić gdzieś daleko stereotypy. Pozwolić sobie na gorsze dni, na płacz i krzyk. I uświadomić sobie, że jest się wartościowym człowiekiem.

 

Co wyniosłaś z tej drogi?

Bagaż pięknych i cennych doświadczeń… .

Niesamowita osoba, prawda?
Muszę Wam powiedzieć, że w czasie tej rozmowy parokrotnie miałam łzy w oczach i gule w gardle.

Miłość jest niesamowita! To niesamowite, i chyba nigdy nie przestanie mnie zdumiewać, jak miłość, wspólnie splecione dłonie potrafią wiele zdziałać! Ile miłość potrafi dodać sił! I jak bardzo odmienić nasze życie. A niejednokrotnie – ocalić nasze życie.

Kiedy masz pomysł, który zmieni świat!

Miałyście kiedyś tak, że wpadłyście na jakiś pomysł, który wydawał Wam się totalnie, kompletnie, bezwzględnie innowacyjny i czułyście, że on zmieniłby świat – ale jakoś nie. Brak wiary w siebie, brak wiary, że taki ja, taki mały, szary człowiek mógłby stworzyć coś swojego, że to małe swoje mogłoby zmienić świat.
Ja tak kiedyś miałam. Wymyśliłam sobie, już jako jeszcze nastolatka, że fajnie byłoby mieć doniczki, które nie wisiałyby krzywo, tylko były “nasadzane” na poręcz balkonu. Kilka lat później taką doniczkę zobaczyłam u swojej sąsiadki z bloku.

Kiedy masz pomysł, który zmieni świat!

Zawsze robiły na mnie wrażenie doniesienia o nadzwyczajnie utalentowanych ludziach. Pamiętam, że kiedyś słyszałam o nastolatce (!!!), która wynalazła metodę leczenia raka trzustki chyba. To było niesamowite! Ale co z tym dalej się stało – nie wiem. Jednakże, zawsze imponowali mi ci ludzie. W świecie, w którym już wszystko zostało powiedziane, pozornie wszystko zostało wynalezione – oni mają pomysł. Oni odkryli coś nowego. Wpadli na nowy pomysł. I to zwyczajni ludzie, nie żadni uczeni.
I tak się zastanawiałam zawsze – ile powstało genialnych pomysłów, które zostały pogrzebane głęboko w szufladzie tylko dlatego, że ktoś nie miał zdolności, nie miał wiedzy, nie miał funduszy? Jak bardzo można byłoby zmienić świat mając tą jedną pomoc?

Z racji mojego wykształcenia, które jest też moja pasją – ważny jest dla mnie temat niemarnowania żywności. W jednym z odcinków Dragons den była para, która wynalazła pomysł, na mechaniczne oczyszczanie wody w krajach trzeciego świata. Coś genialnego! Ale z tego co pamiętam, żaden z Dragonsów nie zainwestował w nich, bo to co pokazali było tylko działającym jednym prototypem.
Ktoś nie znalazł w tym biznesu, zysku, dlatego odrzucono pomysł dostarczania do wiosek czystej wody w krajach trzeciego świata. Czy to nie straszne?

Jednak to wszystko było kilka lat temu!

Dziś jest możliwość zmienienia świata! I każdy z nas ją ma!

Ja postanowiłam zmienić świat pisząc książkę.

Tak jest! Postanowiłam napisać książkę o związkach. O tym CO TO JEST ZWIĄZEK, z czym to się je i przede wszystkim – że dobry związek niebałagan – sam się nie zrobi.
Będzie to najlepsza książka o związkach, o tworzeniu pozytywnych relacji w związku jaka do tej pory wyszła! Skąd ta moja pewność? Bo przeczytałam dziesiątki książek o związkach z psychologicznego punktu widzenia i nie. Czytałam książki, które skłaniają do rozmawiania, do manipulowania, do bycia egoistką. (…) Dlaczego związek to najlepsze co nasz może w życiu spotkać!

[wc_box color=”secondary” text_align=”left” margin_top=”” margin_bottom=”” class=””]Jeśli chcecie być na bieżąco z książką, wiedzieć co się w niej znajdzie – zapiszcie się na newsletter na swoim :)[/wc_box]


Ale Wy też macie możliwość zmienić świat!

Do 26 kwietnia trwają zapisy do SingularityU Poland Global Impact Challenge. SPGIC jest to konkurs, którego celem jest znalezienie takiego start up’u lub prototypu pomysłu, który odmieni życie milionów ludzi! Zwycięzca spędzi w Dolinie Krzemowej blisko dwa miesiące na wdrażaniu prototypu/pomysłu w życie!

Jeśli chodzi Wam po głowie pomysł, który może zrewolucjonizować świat – nie macie nic do stracenia! Weźcie udział w konkursie. Nic nie tracicie, a możecie zyskać wiele. I to nie tylko dla siebie – ale i dla milionów ludzi.

 

Ja postanowiłam zmienić świat, zmieniając myślenie kobiet o związkach poprzez wydanie najlepszą na świecie książki. Ja wiem, że to będzie genialna książka! Bo gdyby ktoś na początku mojej przygody z Dawidem dał mi tą wiedzę jaką mam dzisiaj – wiem, że nasze początku wyglądałyby dużo lepiej. A kto wie, może i wcześniej wzięlibyśmy ślub?
Wiecie, że kiedy miałam 17 lat wyobrażałam sobie jak Dawid mi się oświadcza na swojej studniówce? Ja już wtedy byłam nas pewna! Ale nie oświadczył mi się jak miałam 17 lat, tylko 25. 

A teraz czas na Was! Co Wy możecie dać światu, dać kobietom, dać mężczyznom – co odmieni tego świata oblicze?
Jeśli coś Wam chodzi po głowie – zajrzyjcie na tą stronę: http://media.digitaluniversity.pl/

ODWAGI! Miejcie odwagę zmieniać świat!