utworzone przez WolnoWolniej.pl | paź 1, 2018 | żyć lepiej
Mamy kolejny miesiąc więc czas na nowy budżet domowy – październik. Mam nadzieję, że już jesteście wprawieni w jego prowadzeniu. A jeśli jeszcze nie wiecie jak z niego korzystać – wskazówki niżej.
Enjoy!

Budżet domowy do druku – październik 2018
Jak korzystać z pliku budżetu domowego
Opłaty stałe
Tu zapisujemy wszystkie zobowiązania finansowe oraz stałe miesięczne wydatki:
– opłata za telefon
– internet
– prąd
– czynsz
– fryzjer – jeśli chodzicie do niego przynajmniej raz w miesiącu
W naszych opłatach stałych znalazły się też cztery tankowania samochodu oraz zakup czterech liquidów do e-papierosów.
Zapisywanie kiedy i ile liquidów kupujemy pomogło Dawidowi ograniczyć ich palenie. Okazało się, że kupując tą samą ilość liquidów rzadziej – pali mniej, niż jakby kupił wszystkie na raz.
Po zrealizowaniu każdej płatności – pozycję odhaczamy. Pozwala to nam kontrolować zobowiązania względem aktualnego budżetu jaki mamy.
Wydatki stałe
Wydatki stałe to wszystko to, co normalnie kupujemy, a wiec:
– jedzenie
– środki do higieny osobistej
– ubrania
– karma dla psa
Po zsumowaniu wszystkich wydatków jakie robimy w ciągu miesiąca – zapisujemy konkretne kwoty jakie przeznaczyliśmy na daną kategorię. Dzięki temu możemy porównać czy w danym miesiącu wydaliśmy na żywność więcej czy mniej, jak często (co ile miesięcy) kupujemy nowe ubrania i ile na nie przeznaczamy.
Wydatki nadprogramowe
To są wszystkie nasze przyjemności i sytuacje kryzysowe jak:
– wyjście do teatru
– wizyta u dentysty
– wizyta u weterynarza
– czyjś ślub (pralnia, zakup prezentu, taksówka)
– dodatki do domu
Zapisujemy tutaj wszystko to, co jest wydatkiem nieregularnym, nieokresowym, który stanowi potencjalne źródło zaoszczędzenia.
Podsumoawnie
Nasze podsumowanie jest bardzo matematyczne: zapisujemy ile wyniosła nasza pensja w danym miesiącu, ile kosztowały nas wydatki stałe, ile nadprogramowe i ile udało nam się zaoszczędzić. Czarno na białym wiemy jak wyglądał nasz budżet w tym miesiącu.
Prawa strona
Zapisujemy tutaj totalnie każdy wydatek! Każdą złotówkę.
Aby łatwiej było nam liczyć i sumować poszczególne kategorie – podobne rzeczy zapisujemy obok siebie po przecinku.
Zakupy spożywcze w jednej linijce, jedzenie Czarka w kolejnej, wszystkie tankowania w następnej, itd. Taka forma zapisu jest zdecydowanie dużo łatwiejsza przy późniejszym sumowaniu wydatków, niż szukanie wszystkiego po całej kartce.
Dla naszej ciekawości z boczku wypisywaliśmy jeszcze kwoty konkretnych produktów, np. ile wydaliśmy na owoce, alkohol, słodycze… .
[eltdf_button size=”” type=”” text=”pobierz plik” custom_class=”” icon_pack=”font-awesome” fa_icon=”” link=”http://mynaswoim.pl/wp-content/uploads/2018/10/budzet-domowy-październik-2018.pdf” target=”_self” color=”” hover_color=”” background_color=”” hover_background_color=”” border_color=”” hover_border_color=”” font_size=”” font_weight=”” margin=””]
Jeśli chcecie dostawać na maila powiadomienia o nowych plikach do pobrania, nowych szablonach kontroli budżetu domowego – wystarczy, że zapiszecie się na budżetowy newsletter :)
[eltdf_button size=”” type=”” text=”zapisuję się do newslettera” custom_class=”” icon_pack=”font-elegant” fe_icon=”” link=”https://landing.mailerlite.com/webforms/landing/y4c6a8″ target=”_self” color=”” hover_color=”” background_color=”” hover_background_color=”” border_color=”” hover_border_color=”” font_size=”” font_weight=”” margin=””]
utworzone przez WolnoWolniej.pl | wrz 27, 2018 | żyć lepiej
Znacie to powiedzenie „kobiety nie zmienisz, możesz zmienić kobietę, ale to nic nie zmienia”? Ono mnie zawsze bawi. Że niby wszystkie jesteśmy takie same: tak samo marudne, jęczące, męczące i wiecznie niezadowolone, a fochami strzelamy jak Houdini najlepszymi sztuczkami.

Możesz zmienić kobietę, ale to nic nie zmienia
To powiedzenie, to taki męski odpowiednik na nasze „wszyscy faceci są tacy sami” i “dlaczego trafiam na samych dupków?”.
Mam wrażenie, że my, ludzie, strasznie komplikujemy sobie związki. Jak koń pod górę, jak pies do jeża zabieramy się do nich. O ile początki związku są fajne, o tyle im dalej w las to więcej rzeczy nas uwiera. Dla dobra związku nie mówimy o tym partnerowi, przecież nie chcemy psuć, jeszcze nas zostawi, obrazi się czy coś. Później jest tylko gorzej! Nierozwiązane żale jak kula śnieżna robią się coraz większe i większe, i wywołują lawiny.
Lawiny oczekiwań i pretensji, żądania zmian.
Będąc w związku często oczekujemy od partnera. Mamy wyobrażenie o naszym domu, o związku i pod to wyobrażenie chcemy aby nasz partner się wpasował. Wymagania nie są niczym złym, dobrze je mieć! Lepiej mierzyć za wysoko niż za nisko, ale nie można oczekiwać od partnera, że ten się dostosuje. Będzie facetem nadzwyczajnym, będzie nosił na barkach ciężar całego świata, a przy tym będzie rozważny i romantyczny, odpowiedzialny i szalony, spontaniczny ale i obowiązkowy. Taki trochę łobuz, bo łobuz kocha najbardziej, ale tak naprawdę niech będzie dobry.
Uch, facet to nie buty, które rozciągną się aby dopasować się do naszej stopy!
A potem wszyscy są źli i tacy sami
Wymagania są dobre i warto je mieć ale muszą być realne i względem siebie. Jeśli będziemy ciągle i ciągle mrugać partnera bo u ciotki się źle zachował, bo nie powinien tak głośno się śmiać, bo, uch, puchu marny palisz papierosy jak jakiś margines społeczny i chyba coś z nim jest nie tak, skoro wciąż nie potrafi zapamiętać, że mleko to ja piję ale bez laktozy, bo tak sobie teraz wymyśliłam – to każdy obecny i następny będzie zły i taki sam.
Nikt nie lubi być krytykowany, a już na pewno nie za głupoty. Każdy, (a zwłaszcza kobiety, prawda?) chce być akceptowany taki jaki jest, dlaczego więc na siłę wymuszać na partnerze zmiany?
Choćby stawał na rzęsach powstrzymując śmiech – arystokratą się nie stanie. Choćby zaharowywał się na śmierć, prał, sprzątał i gotował, wyręczał cię we wszystkich obowiązkach domowych – twój status społeczny nie zmieni się, a krew nagle nie zrobi się błękitna.
Będziesz mówić “wszyscy są tacy sami”, “on nie umie, nie rozumie”, “nie ma dla mnie czasu”, “prostacko się zachowuje” – ale ileż można grać, spełniać czyjeś oczekiwania?!
Każdy potrzebuje przestrzeni, oddechu – być po swojemu. Choćby w garniturze prał i prasował, z pędzelkiem zbierał okruszki po każdym twoim kęsie ciasteczka – wieczorem pójdzie z kumplami na to piwo choćbyś miała jajo znieść ze złości! I wypije ich sześć! A później zostawi cię – jak tych czterech poprzednich.
Związek to duet, to drużyna. W nim trzeba razem, a nie przeciwko sobie. Nie jest tak, że jedno jest najlepsze, a drugie najgorsze. W związku jesteśmy równi.
Jeśli nieodpowiada Ci ta równość, którą masz, nie podoba Ci się jak wygląda ten związek – pogadaj o tym z facetem. Nie każdy zdaję sobie sprawę z tego co robi źle – ani on, ani ty. Z pokorą wysłuchajcie co macie do powiedzenia, bez strzelania fochów, i albo przyjmiecie to z pokorą chcąc popracować nad sobą, albo się rozejdźcie.
Nie da się być szczęśliwym nie mogąc być sobą. No nie da się.
utworzone przez WolnoWolniej.pl | wrz 24, 2018 | żyć lepiej
Spotkałyście się kiedyś z tekstem, że często powtarzane „kocham cię” powszednieje i traci na wartości? Ojej, ja to słyszałam miliony razy! I wciąż, za każdym razem gdy to słyszę – przewracam oczami, biorę głęboki wdech i spuszczam na to kurtynę milczenia… .
Często powtarzane traci na wartości?
Zastanawiałyście się kiedy WY najczęściej mówicie facetowi „kocham cię”? My, o ironio, mówimy to sobie zawrotnie często. Kiedy wychodzę do pracy, Dawid zamykając za mną drzwi mówi „kocham cię, jedź ostrożnie”. Ja będąc już w połowie drogi do windy krzyczę „będę, ja ciebie też!”.
Kiedy idziemy spać zawsze przed zaśnięciem wtulając się w kołdrę i siebie, choćby stópkami, mówimy sobie „kocham cię”. Tak na wszelki wypadek jakbyśmy jutro mieli się nie obudzić, i tak dla przyjemniejszego snu. Bo miło jest zasnąć wiedząc, że ta paskudka obok ciebie, którą tak szalenie kochasz też ciebie kocha.
I kiedy oglądamy Lombard życie pod zastaw wtuleni w siebie – dajemy sobie buzi mówiąc „kocham cię”.
Widząc kłócącą się parę mówimy do siebie „jak dobrze, że my tacy nie jesteśmy” i już, myk, pada „kocham cię”. A i jadąc na zakupy, siedząc koło siebie w samochodzie, obrączka obok obrączki, nie sposób nie powiedzieć do siebie tych słów.
Każda wspólnie spędzona chwila może być jak randka
Wiecie, jest tyle okazji, w których czujemy wdzięczność za to, że się spotkaliśmy, że jesteśmy razem, że ten wspaniały facet, ta wspaniała kobieta jest ze mną… . Doceniamy to kim dla siebie jesteśmy i ogromną radość daje nam mówienie tego.
Kiedy mówimy „kocham cię” zawsze jest to szczere i przepełnione uczuciem. To nie jest obojętnie rzucone „dzień dobry” nie wiadomo komu wchodząc do sklepu. To nie jest spławianie obcego w rozmowie.
Czasem zastanawiam się jaki jest powód, dla którego kobiety mówią „często powtarzane traci na wartości”? Czy tak próbują usprawiedliwić to, że ich facet im tego nie mówi mimo, że tak bardzo by tego chciały? A może same oszukują się, że są w szczęśliwych związkach i zwyczajnie nie czują potrzeby tego mówić, ale brak im odwagi by przyznać się do nieudanego związku?
Są ludzie, którzy nie czują potrzeby uzewnętrzniania się i mówienia o uczuciach. Nie każdy musi być wylewny. Nie ma w tym nic złego. Wszak nie jesteśmy identyczni i to jest piękne! Ale na litość, nie wmawiajcie mi, że gdy dwoje ludzi się kocha, to często powtarzane traci na wartości. Codziennie coś do tego mojego faceta czuję i codziennie nie traci to na wartości – bez względu czy o uczuciu mówię głośno czy nie. Często powtarzane nie sprawi, że uczucie osłabnie a słowa stracą wartość.
Słowa „kocham cię” mają tyle znaczeń w zależności od okoliczności ich wypowiedzenia, że trudno tu mówić o „przejedzeniu”. Nie mam racji?
utworzone przez WolnoWolniej.pl | wrz 19, 2018 | żyć lepiej
Jakbyście miały wskazać jedną, główną przyczynę “wszystkich” problemów w związku, co by to było?
Często gęsto słyszę, że za całe zło w związku odpowiada mężczyzna. Bo to mężczyźni nie słuchają, nie domyślają się, nie widzą. To oni są tacy zimni i surowi. Bezwzględni. Że nie liczą się z nami, naszymi potrzebami.
Ech, trudno jest to przyznać ale nierzadko za właśnie takie zachowanie mężczyzny odpowiada kobieta.
Ironizując, można by powiedzieć, że dla kobiety mężczyzna to powinien być, wiadomo, wysoki, ale nie za wysoki, i silny, ale dość silny i niezbyt umięśniony. Powinien móc, ale nie powinno być po nim widać, no chyba, że troszeczkę, ale nie za bardzo, ale też nie, że wcale.
I klasa. Powinien mieć klasę, ale być sobą, bo takiego go kochamy, ale w towarzystwie, choć go akceptujemy i w ogóle, to jednak być bardziej.

Jak o mało nie zniszczyłam naszego związku
Kobiety są dziwne – zwłaszcza na początku związku. Ale takim początku po którejś randce. Mam teorię, która mówi, że kobiety testują mężczyzn. W pewnym momencie, świadomie lub nie, odbija im! Chcą tego faceta bardziej, częściej, więcej i więcej! Gdyby mężczyzna był ciastkiem, ona cierpiałaby na kompulsywne objadanie się. A w miarę apetytu, rosną nasze wymagania.
Po pewnym czasie zaczynamy oczekiwać. Jest nam dobrze, nawet bardzo, ale wciąż chcemy więcej uwagi, więcej romantycznych gestów, więcej klasy lub łobuzerstwa. Ciągle czegoś chcemy. I obrażamy się, strzelamy fochy, nakręcamy się gdy tego nie otrzymujemy.
Ja kiedyś też tak miałam. Wiedziałam jaki powinien być mój mąż, wiedziałam, jakiego chcę faceta. Och, przecież tyle razy słyszało się “zrób listę cech….”. I ja, głupia, robiłam tę listę. Wiedziałam kim ja chcę być, wiedziałam co mi się podoba, ale nie wiedziałam, że pięknie wyglądający tort nie zawsze jest smaczny. A po zjedzeniu 30-tej bezy zwyczajnie robi nam się niedobrze.
Pamiętam jak jechaliśmy samochodem. To wtedy uświadomiłam sobie, że to nie mój chłopak jest zły, tylko ja. To ja psułam ten związek. Miałam oczekiwania, których spełnienie nic by nie zmieniło. Chciałam stworzyć idealnego chłopaka, zapominając, że przecież z jakiegoś powodu z nim jestem. Skoro spodobał mi się t a k i to co ja chcę zmieniać? Dla kogo? Po co?
Dziś gdy sobie o tym przypominam, przewracam oczami, biorę głęboki wdech, kiwam zaprzeczająco głową zrzucając to na błędy (głupotę) młodości. Nie potrafiłam wtedy w pełni samodzielnie myśleć, więc próbowałam różnych bzdur, które wyczytałam. Ale prawda jest taka, że żaden poradnik, żadna książka nie jest w stanie powiedzieć jak powinien wyglądać nasz związek. Żadna książka nie jest w stanie powiedzieć nam jakie powinnyśmy być. To jest niemożliwe bo każdy z nas jest inny; ma inne potrzeby, inny charakter. Nie możemy mierzyć partnera swoją miarą, bo on to nie my. Nie możemy próbować zmienić cech partnera. My mamy akceptować go takim jaki jest. Ale (!) jako partnerzy, w związku powinniśmy chcieć być lepsi. Związek powinien motywować nas do bycia lepszą wersją siebie – nie do zmiany partnera w kogoś lepszego.
Zawsze powinniśmy patrzeć na siebie. Oceniać nasze postępowania przez pryzmat wartości jakimi my się kierujemy, tego co jest dla nas ważne, a nie przez pryzmat partnera, jego zalet lub wad, a już na pewno nie otoczenia. Nie powinniśmy porównywać się z innymi parami, dążyć do przez nas wymyślonej wizji idealnej pary, tylko tworzyć swoją – realną, taką jaka jest. Ona jest dobra o ile damy jej szansę.
utworzone przez WolnoWolniej.pl | wrz 16, 2018 | żyć lepiej
Kiedy półtora roku temu urządzaliśmy nasze gniazdko, nie myśleliśmy o jego stylu. Trzymaliśmy się kilku zasad jak urządzić mieszkanie, aby wyglądało spójnie, abyśmy mogli w nim naprawdę wypocząć, zwłaszcza psychicznie, ale o stylu w żadnym wypadku nie myśleliśmy. To miało być mieszkanie do mieszkania. Miało być funkcjonalnie i samo się sprzątać.
Ale takiego wystroju to my się nie spodziewaliśmy!

Urban Jungle – tak zmieniło się nasze mieszkanie po roku
Zaczęło się niewinnie, od jednej, dużej rośliny – palmy areki. Palma miała zapełnić pustkę między kanapą a stołem, nic więcej. Jednak drzewko szybko zaczęło rosnąć i “wchodzić” nam na kanapę. Musieliśmy zmienić jej miejsce, a między meblami znów pojawiła się przestrzeń, której długo nie potrafiliśmy zapełnić.
W między czasie do naszego mieszkania dochodziło coraz więcej roślin. Pojawiły się fikusy, które zaczęły zdobić sekretarzyk, oraz najbardziej PRLowska roślina – paprotka. Dziś dumnie zdobi naszą meblościankę, która bez roślin była jak żołnierz bez karabinu. Bo kto z nas nie pamięta tych paproci u babci w mieszkaniu? Codzienne doglądanie paproci sprawia mi największą radość ze wszystkich roślin. To jest dla mnie najtrudniejsza w pielęgnacji roślinka! Jej pod żadnym pozorem nie mogę zostawić “samopas”.
W naszym domu pojawiło się też kilka sukulentów. Aloes, który rośnie jak szalony i tylko rozsadzamy go do następnych doniczek, haworsja, sansewierie: ‘Honey Boney’, zeylanica oraz cylindrica ‘Mini Rocket’.




Pełnię szczęścia w naszej miejskiej dżungli dopełniły dwa pieniążki – pilea peperomioides. Jest to tak wdzięczna roślina, tak piękna, że aż nie można się nie uśmiechnąć na jej widok. Szczęście w najczystszej postaci! O dziwo, choć są z tej samej “matki” rosną diametralnie odmiennie! Jedna pięknie, a druga – kapryśnie nie rośnie.

Te wszystkie, i inne rośliny które mamy sprawiły, że pomysł z zagospodarowaniem pustej ściany stał się banalnie prosty! Obrazy z tropikalnymi grafikami od MyScandi! Cóż innego mogłoby być? Zieleń przełamana brązem, szarością oraz różem.
Grafiki staraliśmy się dobrać tak, aby kolorem nawiązywały do kolorystycznej bazy naszego mieszkania, były spójne z wnętrzem, a nie dobrane przypadkowo, oraz aby ich widok przenosił człowieka w inne miejsce.


To jest coś, co jest dla nas szalenie ważne – nasze mieszkanie ma być naszą odskocznią od rzeczywistości. Ma być naszym światem, ma nas relaksować i odprężać. Tu mamy być u siebie. Po swojemu. Nie chcieliśmy zwykłego, “bezpłciowego miejskiego” mieszkania. Chcieliśmy mieć coś, co oddaje nas. W czym widać nasze charaktery.
Kocham patrzeć na te czarne, ciemne kolory, za którymi stoi Dawid, i na zieleń – którą wybrałam ja. Całe nasze mieszkanie to przemycanie elementów kobiecości i męskości. Przeplatanie dwóch sił i charakterów – dwóch osób. Nas.
To jest wspaniałe, że żyjąc razem nie szukamy jednego, wspólnego stylu, nie próbujemy być jednością, nie szukamy czegoś, co pokazywałoby n a s jako całość, tylko tworzymy całkiem nowy styl łączący nasze osobiste upodobania. To jest najlepsza “rzecz” jaka może nas spotkać w związku: bez względu jak długo jesteśmy razem, wciąż pozostajemy sobą. Żyjemy razem, ale każde z nas ma też swoje życie.
Instagram: mynaswoim
utworzone przez WolnoWolniej.pl | wrz 10, 2018 | żyć lepiej
W dzisiejszych czasach ślub potrafi być tematem bardzo kontrowersyjnym. Jego zwolennicy, nie wyobrażają sobie życia bez ślubu, przeciwnicy – nie wyobrażają sobie być “czyjąś własnością”. Gdy słyszę “po co ślub? to tylko papier” trochę się z tego śmieje, a trochę się “burzę”. Choć nigdy nie byłam przeciwniczką ślubu, to jeszcze 2 lata temu też myślałam “po co nam ślub?”. Byliśmy razem już jedenaście lat! Cóż mogłoby się zmienić w ciągu tych piętnastu minut w urzędzie?
A jednak zmieniło się. Długo nie wiedziałam co, długo nie wiedziałam dlaczego. Było inaczej. Patrzyliśmy na nasze obrączki i czuliśmy, że łączy nas teraz coś więcej. Ale co?
Aż pewnego razu jadąc z moim mężem samochodem, ten powiedział jedno zdanie, które wyjaśniło wszystko… .
Po tych słowach byłam pewna, że dobrze wybrałam
Chciałabym powiedzieć, że pamiętam to jakby wydarzyło się dziś, ale to nieprawda. Te słowa zrobiły na mnie tak ogromne wrażenie, że wszystko inne przestało mieć znaczenie. Dokąd jechaliśmy? O czym wcześniej rozmawialiśmy? Nie wiem. Ale pamiętam jak mój mąż chcąc wytłumaczyć mi swoją postawę powiedział patrząc mi prosto w oczy – co by się nie działo, czego by nie zrobił, czy to pochwalam, czy nie – jesteśmy rodziną, a rodzina jest najważniejsza.
Te słowa zapamiętam na zawsze. Były piękniejsze od niejednej przysięgi. Wspaniale było usłyszeć co o małżeństwie, o rodzinie myśli mój mąż.
Niektórzy mówią, że ślub to tylko kartka papieru, że nic się nie zmienia. Ale po tych 15 minutach w urzędzie, nie byliśmy już tylko parą. Nie byliśmy już parą, która zostawia sobie furtkę do ucieczki. Która zakłada, że zawsze może się rozstać bez problemów, urzędów i kosztów rozwodowych; można tupnąć nogą i odejść, bo coś nam się nie podoba. Jadąc wtedy samochodem, zrozumiałam, że dla mojego męża nie byliśmy też tylko małżeństwem, świstkiem, złożonymi podpisami na kartce papieru. Staliśmy się rodziną. Mówi się, że rodziny się nie wybiera, ale my ją wybraliśmy wybierając siebie. Sami zdecydowaliśmy, że to my będziemy od dziś dla siebie największym wsparciem. Że to my będziemy stać przy drugim murem, choćby cały świat legał w gruzach.
Kiedy stałam w białej sukience w Urzędzie Stanu Cywilnego w Zabrzu, wiedziałam za kogo wychodzę. Wiedziałam, że ten facet jest szalenie wartościową osobą. Byłam pewna, że to była najlepsza decyzja jaką mogłam podjąć. Ale kiedy usłyszałam te słowa, kiedy powiedział mi czym dla niego jest rodzina – nie potrzebuję już nic więcej.
Ta obrączka na palcu i magia, która unosi się wokół ślubu, to co czujemy, że nastąpiła jakaś zmiana choć nie potrafimy jej nazwać – to rodzina. To wszystko to, co kryje w sobie rodzina.
utworzone przez WolnoWolniej.pl | wrz 6, 2018 | żyć lepiej
Kiedy zobaczyłam mieszkanie Anety – przepadłam! Tak pięknego, ciepłego wnętrza dawno nie widziałam. Ilość kolorów, faktur, styli, kontrastów idealnie przeplatają się ze sobą. Jednak największym zaskoczeniem oraz zagwostką, były dla mnie co i raz nowe aranżacje pokoju. Zastanawiałam się jak oni to robią? Gdzie przechowują te wszystkie dodatki: kilka par zasłon, poszewek, figurek?
Zapraszam Was do przepięknej, inspirującej kawalerki Anety oraz jej męża! Zobaczcie jak Aneta poradziła sobie z przestrzenią i ciągłymi zmianami.
34m2 ciągłych zmian – przechowywanie dodatków w kawalerce
Jesteśmy młodym małżeństwem i wspólnie dzielimy 34 m2. Jestem artystką baletu, pracuję w Polskim Balecie Narodowym oraz prowadzę blog o codziennym życiu tancerki w teatrze i nie tylko. Mój mąż jest managerem jednego z warszawskich klubów oraz pasjonatą gry na gitarach (dlatego mamy ich w mieszkaniu tak wiele).
Nasza kawalerka ma wydzielone strefy, abyśmy bez przeszkód oboje mogli komfortowo w niej funkcjonować. Priorytetem było wydzielenie najmniejszej choćby sypialni. Wynika to z faktu, że oboje prowadzimy odmienne tryby zycia- ja pracuję w dzień, śpię w nocy, natomiast mój mąż pracuje w nocy i odsypia przez pewną część dnia. Sypialnia jest oddzielona od pokoju dziennego jedynie zasłoną, ale spełnia ona nasze oczekiwania. Ponieważ pomieszczenie na sypialnię jest naprawdę małe (4m2) postawiłam na biel na ścianach. Dzięki temu światło dzienne odbija się od nich i nawet tak małe pomieszczenie wydaje się być przestronne i bardzo jasne.







Pokój dzienny to mój konik. Ma 15m2 i sam również podzielony jest na strefy – TV, wypoczynkową oraz część ze stołem, przy którym wspólnie spożywamy posiłki. Lubię misz-masz we wnętrzach, dlatego absolutnie nie toleruję wszelkiego typu meblościanek czy wszystkich mebli z jednej serii. Elementem nr 1 naszego pokoju jest odrestaurowana witrynka po mojej ukochanej Babci. Na ścianach mamy szarą farbę, ponieważ uważam, że jest to jeden z najbardziej uniwersalnych kolorów bazowych, które możemy zastosować w mieszkaniu (obok bieli i delikatnego beżu). Dzięki temu mogę bawić się dodatkami i kolorami tekstyliów, których u nas nie brakuje.
Dodatki najczęściej przechowuje w witrynce w pokoju – jest dość pojemna. W niej trzymam wszystkie dekoracje, które akurat nie są na wierzchu. Zasłony w szafce nad łóżkiem, a rzeczy sezonowe jak kurtki, szaliki, zimowe buty trzymamy pod łóżkiem w pojemnikach prozniowych i pudełkach.






Kuchnia jest mała i nie ma w niej okna (obecna kuchnia i mała sypialnia powstały po podzieleniu pierwotnie dużej kuchni na pół) dlatego wiedziałam, że muszę w niej umieścić jasne meble. Ściany także są białe dlatego z łatwością mogę zmieniać wygląd kuchni dodatkami. Kuchnia ma niecałe 4m2, ale posiada wszystko co niezbędne (poza zmywarką).

I jak Wam się podoba wnętrze Anety? Ja jestem zakochana! Aneta pokazuje, że mimo kawalerki, mimo małej powierzchni da się stworzyć piękne wnętrze, kolorowe, i da się pomieścić wszystkie dodatki. Urządzając kawalerkę raz, nie można zamykać się na jeden wystrój. Nasze mieszkanie jak my – zmienia się – czy to ze względu na porę roku, czy nastrój.
utworzone przez WolnoWolniej.pl | wrz 2, 2018 | żyć lepiej
Odkąd wzięliśmy ślub cywilny dwa lata temu, drugi września stał się dla nas datą przełomową. To od tego dnia liczymy rok. To jest nasz taki mały sylwester, szczególna data, która dała nowy początek naszemu związku. Data, z którą wiąże się dużo więcej emocji i wspomnień, niż z najbardzej spektakularnym pokazem sztucznych ogni o północy.
Dwa lata po ślubie – co się zmieniło od poprzedniej rocznicy
Ludzie
W ciągu tego roku poznaliśmy mnóstwo ludzi, którzy odcisnęli na nas niesamowity ślad i jestem pewna, że zostaną z nami na lata. Którzy wielu rzeczy nas nauczyli i wiele pozwolili zrozumieć. Którzy otworzyli nas na nowe i dodali otuchy. Wielu z nich przełamało stereotypy, wielu pokazało, że sukces zawodowy wcale nie musi nas zmienić. To od nas zależy gdzie postawimy granicę. Czy ulegniemy otoczeniu, próżności – czy pozostaniemy sobą.
W tym roku, jak nigdy przekonałam się, że to kim się otaczamy, jakimi ludźmi – to jest wyłącznie nasz wybór. f
Kariera vs rodzina
Ten rok pokazał nam, że nie chcemy skupiać się na karierze (blogowej). Chcemy skupić się na naszym życiu, na nas, na otoczeniu. Na ludziach, którzy nas otaczają. Blog – dziś jest, jutro może go nie być. Blog pewnie nie będzie z nami do końca życia, choć bawi mnie wizja mnie, mającej 73 lata, która pisze tekst na blog, a mój 75 letni mąż robi mi zdjęcia do najnowszego postu.
Chcemy, aby blog był dodatkiem do naszego życia, a nie podporządkowywał sobie nasze życie.
W tym roku mój mąż powiedział “co by się nie działo – rodzina jest najważniejsza”. I z tą myślą chcemy iść teraz przez życie. Najpierw my – potem cała reszta.
Moje Urban Jungle
W tym roku odkryłam pasję do roślin! Zaczęło się niewinnie, od jednej kupionej palmy na nowe mieszkanie, aby zapełnić pustkę między kanapą a stołem. Dziś czerpię ogromną radość z czytania o roślinach, przesadzania ich do nowej ziemi, obserwowania czy nie żółkną im liście, czy nie pojawia się nowa łodyżka.
Zaczęliśmy też hodować nasze własne pomidorki koktailowe oraz papryczki na balkonie. Myślicie, że to był mój pomysł? Nie! Był Dawida. Który ku mojemu zaskoczeniu wkręca się w “ogrodnictwo” coraz bardziej!
Zero Waste i świadomy konsumpcjonizm
Od wielu lat bliski mojemu sercu był temat niemarnowania jedzenia. Ale dopiero w tym roku zaczęliśmy przykładać też wagę do innych zakupów. Zaczęliśmy prowadzić zapiski z budżetu domowego, którego arkusz możecie co miesiąc pobierać w formie darmowego pdfu. Dzięki temu wiemy ile, na co wydajemy, i na co możemy sobie pozwolić.
Ograniczyliśmy marnowanie wody i prądu w naszym domu. Zakupy staramy się pakować w swoje torby przyniesione z domu, bez potrzeby kupowania jednorazówek.
Udało nam się też zmotywować sąsiadów do zbierania korków, które później zanosimy do sklepu, który je zbiera.
Ale nie popadamy w paranoje! Nie zmieniamy życia na zero waste. Nie chcemy tego.
Jesteśmy zdania, że lepiej robić niewiele, cokolwiek – niż nic. Czy to usprawiedliwianie swojej wygody? Nie. Nie chcemy zmieniać naszego stylu życia, ale jeśli drobne zmiany przyczynią się do poprawy (choćby niewidocznej) środowiska – to robimy to.
Pierwszy samochodowy wypadek
W tym roku, już pod sam jego koniec, zaliczyłam swój pierwszy wypadek samochodowy. Uderzył w nas taksówkarz bez ważnego prawa jazdy. Ze środkowego pasu postanowił skręcić w prawo zahaczając o nas.
Tym samym zdarzeniem musieliśmy pożegnać się z naszym seatem arosą, który dzielnie towarzyszył nam we wszystkim wyjazdach.
Najlepszy samochód jaki miałam!
Zdrowie i dieta
Na własnej skórze przekonaliśmy się, jak ważne są regularne badania! Za punkt honoru postawiliśmy sobie regularne wizyty u dentysty, ginekologa i badania krwi. W naszych czasach, w czasach, w których obecnie żyjemy – każdy jest w grupie ryzyka bez względu na tryb życia.
Od niedawna zaczęliśmy ograniczać mięso. Nie przechodzimy na wegetarianizm, ale chcemy próbować nowych smaków, nowych rozwiązań, połączeń. Postanowiliśmy żywić się zdrowiej i świadomiej.
Gdybym jednym słowem miała określić ten, drugi rok naszego małżeństwa – określiłabym je mianem r o z s ą d n e g o.
W tym roku podjęliśmy wiele zmian, które zdecydowanie wyszły nam na zdrowie, a które były głosem rozsądku.
Plany na przyszły rok: żyć bez presji.
Robicie sobie czasem podsumowania Was i Waszego związku? Zastanawiacie się nad tym jak bardzo zmieniło się Wasze wspólne życie przez ostatnie 365 dni?
Gdyby się tak zastanowić… – to co byście napisały?
Dajcie znać w komentarzu jakie macie przemyślenia!
Ps. plik do pobrania budżetu domowego na wrzesień: [eltdf_button size=”” type=”” text=”klik” custom_class=”” icon_pack=”font-awesome” fa_icon=”” link=”http://mynaswoim.pl/wp-content/uploads/2018/09/budzet-domowy-wrzesien-2018.pdf” target=”_self” color=”” hover_color=”” background_color=”” hover_background_color=”” border_color=”” hover_border_color=”” font_size=”” font_weight=”” margin=””]
utworzone przez WolnoWolniej.pl | sie 28, 2018 | żyć lepiej
Zawsze uwielbiałam czerwone wino i długie rozmowy, wieczorne spacery. Z fascynacją i zaciekawieniem małego dziecka słuchałam opowieści ludzi z pasją. Tym większą – im pasja była mi bardziej obca. Uwielbiałam słuchać i “przekładać” to na siebie, wyobrażać sobie czy ja bym się w czymś takim odnalazła. Uwielbiałam próbować nowych rzeczy i wyciągać z nich lekcję.
Kiedyś, przechadzając się po centrum handlowym, zobaczyłam stoisko z przepięknymi rzeczami. Okazało się, że wszystko było w pół ręcznie robione, techniką decoupage. Zakochałam się w niej bez pamięci! Spędziłam trzy dni na oglądaniu różnych filmików na ten temat, aż w końcu kupiłam cały ekwipunek! Milion farb, pędzli, drewnianych chusteczników, pudełek, niciarek… . To było coś niesamowitego! Robiąc jedno pudełko schodziło mi się nad nim kilka godzin. Wspaniale było móc się przy tym wyciszyć, odciąć od świata, problemów. Być samemu ze sobą.
Do dziś lubię takie robótki. A co by było gdybym postanowiła dołączyć do miłośników rękodzieła?
Nie chcę być utożsamiana z tą grupą społeczną!
Na studiach dużo uczyliśmy się o gospodarce żywności. Uczyliśmy się ile z roku na rok marnuje się jakiej żywności. Uczyliśmy się jak marnować mniej. O możliwościach przekazywania żywności na cele społeczne pisałam pracę magisterską. Szczęśliwa byłam, że powstało wiele grup, w których mogę dzielić się swoimi pomysłami na niemarnowanie, z których mogłabym czerpać nawet nie inspirację, ale motywację do kontynuowania swojej przygody. W której, tak jak ja, byli ludzie zainteresowani problemem marnowania. Przebywając w tych grupach zobaczyłam, że problem ogólnego marnowania przedmiotów jest ogromny! Dużo większy niż mi się zdawało. Zaczęłam czytać o tym co się dzieje z foliówkami, plastikiem, ile generuje się niepotrzebnego plastiku. Uśmiechałam się sama do siebie, gdy czytając postępy ludzi w zero waste, zdawałam sobie sprawę, że u mnie w domu od zawsze tak się robiło. Tata od zawsze chodził z koszykiem na zakupy, zamiast brać 30 torebek. Od zawsze luzem do wózka wkładał owoce i warzywa – zamiast chować wszystko do oddzielnych torebek. Często też kupował produkty lokalne.
Cieszyłam się, że to, czym ludzie są teraz zachłyśnięci ja wyniosłam z domu.
Ale nie chcę być kojarzona z tą grupą społeczną!
Nie chcę by ludzie myśleli, że jestem zero waste’owym świrem! To nie są ludzie, z którymi chciałabym być utożsamiana. Jestem ogromną zwolenniczką świadomego życia. Życia zgodnie ze swoimi zasadami, pasjami, potrzebami. Chciałabym, aby idąc na zakupy ludzie zastanowili się, czy faktycznie potrzebują tych foliówek. Może faktycznie wystarczy jedna duża wygodna torba? Może faktycznie lepiej kupić ryż sypany, niż 4 woreczki po 250 g? Może faktycznie zamiast kupować soki jednodniowe, lepiej będzie kupić marchewki i ukręcić sok samemu?
Chciałabym żeby ludzie sami dochodzili do takich wniosków, niż byli obrażani.
Obrażani? Tak!
Kiedy przeczytałam na jednej z grup, że ci co jedzą mięso są hipokrytami w tym całym zero waste, zrozumiałam, że tego już za wiele! To jest ponad moje nerwy i siły. Chcę żyć po swojemu! Chcę robić tyle, na ile jestem gotowa, na ile mogę. Chcę robić. Chcę! Ale nie chcę być przy tym obrażana ani wyzywana. Nie chcesz jeść mięsa? To nie jedz. Ale nie zmuszaj mnie do jego eliminacji z diety. Nie obrażaj mnie, bo nie chcę z niego zrezygnować. Daj mi żyć moim życiem.
Fascynował mnie ruch zero waste. Ale nie chcę uczestniczyć w wyścigu do miana tego naj – co najmniej marnuje, najmniej wyrzuca, najmniej ma, najmniej kupuje, najwięcej robi sam. Chcę żyć po swojemu. Chcę sama decydować o tym, z czego zrezygnuję, a z czego nie. Chcę czuć się dobrze podejmując takie decyzje. I nie chcę otaczać się ludźmi, którzy oceniają mnie przez pryzmat tego w jakim opakowaniu kupuję mleko. Mleko – no tak, ono też jest złe – przez zero waste’owców i tu zostałabym skrytykowana, czy ja w ogóle wiem jak się produkuje mleko? Zostałabym pouczona, że nikt nie potrzebuje pić mleka, prócz noworodków. Uch, koszmar! Sio wampiry ode mnie! Dajcie mi żyć po mojemu! Dajcie mi otaczać się ludźmi, którzy są serdeczni, którzy rozumieją, że nie wszyscy musimy być identyczni, dla których ważne jest to jakim jestem człowiekiem, a nie co jem, co mam, na co mnie stać. Nie chcę otaczać się ludźmi, którzy będą oceniać każdy mój zakup. Nie chcę otaczać się toksycznymi ludźmi. Chcę otaczać się ludźmi z pasją, którzy mają jasno postawioną granicę między swoim, a moim życiem. I nie będą ingerować w moją wolność. Chcę się otaczać ludźmi, którzy widzą we mnie człowieka, a nie idee.
Wiecie, martwi mnie to, że za szlachetnymi gestami, za wielkimi ideami – potrafi stać tyle nienawiści, szyderstwa, agresji. Żałuję, że osoby, które dopiero dowiadują się o tym nurcie, o tym, że można żyć bardziej świadomie – uciekają!
Wielu mówi, że zero waste to ideologia, że bycie less waste to kpina i pobłażliwość. Że tylko zero waste ma sens. A ja się zastanawiam – gdzie w tej ideologii miejsce na drugiego człowieka? Na szacunek do człowieka? Na naukę?
Przecież dobry maratończyk też zaczynał od chodzenia przy meblach, niezdarnego stawiania pierwszych kroków, a po dwóch robił bęc na pupę. Każdy z nas uśmiercił kilka roślin nim nauczył się jak o nie dbać. I nie każdy z nas jest w stanie zrezygnować ze swojej rutyny, przyzwyczajeń, które dają mu poczucie bezpieczeństwa.