Dlaczego zwlekaliśmy ze ślubem aż 10 lat!

Kiedy zaczynaliśmy się spotykać z mężem, mało kto traktował nas poważnie. I nie ma co się temu dziwić – kto traktowałby poważnie związek piętnastolatki z siedemnastolatkiem mieszkającym trzysta kilometrów dalej?
Każdy wyjazd do siebie, każde spotkanie – przez innych traktowane było jak coś uroczego. Nic poważnego. Młodzieńcze zakochanie. Podnosili brwi ze zdumienia na informację, o kolejnym spotkaniu. I kolejnym. I kolejnym… .

Później zaczęły się podniesione tętna. Czy oni tak na poważnie? Jakby możliwość bycia z kimś na odległość była czymś abstrakcyjnym, absurdalnym, złym.

Tak. My tak na poważnie.

Na pewno nie.

Dlaczego zwlekaliśmy ze ślubem aż 10 lat!

Niektórzy mówią, że odwlekanie decyzji to oznaka braku męstwa, tchórzostwo. Niektórzy mówią, że jak się kogoś (naprawdę) kocha, to decyzja o ślubie nie powinna przerażać. Nie powinno być żadnych wątpliwości. Taka kolej rzeczy.

My nie mieliśmy żadnych wątpliwości. Byliśmy przekonani, że chcemy spędzić ze sobą resztę życia. Ale nie jako małżeństwo. Jeszcze nie.

Choć nie wyobrażaliśmy sobie życia bez siebie, wiedzieliśmy, że takiego życia jakie mieliśmy wtedy – nie chcemy mieć – bez poczucia bezpieczeństwa.
Nie chcieliśmy być z tych małżeństw, które kłócą się, obwiniają i mają do siebie pretensje. W którym żyje się niby razem a osobno. W którym co i raz następuje próba sił, forsowanie swojego zdania. Nie chcieliśmy być małżeństwem, które nie potrafi się dogadać. Które nie potrafi powiedzieć w prost.

Biorąc ślub chcieliśmy mieć pewność, że możemy czuć się przy sobie bezpiecznie – fizycznie i psychicznie.

Do tej pory znaliśmy się tylko od tej prawdziwej strony. Dzięki odległości jaka nas dzieliła, wiele nocy przeminęło nam niezauważenie na długich rozmowach. Tuż po lekcjach, gdy tylko wróciliśmy do domu odpalaliśmy komputer, gadu-gadu i rozmawialiśmy – dopóki nie nastał nowy dzień, dopóki niebo nie zaczęło zmieniać swoich kolorów, nim granat nie zaczął przemieniać się w czerwień, żółć i błękit, a ptaki nie zaczęły porannego trelu.
Tak, doskonale wiedzieliśmy jacy jesteśmy, kiedy nikt nie patrzy. Wiedzieliśmy kim jesteśmy w głębi siebie.

Ale nie zawsze byliśmy prawdziwymi sobą przy sobie.

Nigdy nie zapomnę tych wakacji, wyjazdu na Mazury gdy mieliśmy po piętnaście i siedemnaście lat. Nasza pierwsza poważna rozmowa twarzą w twarz. Pierwsze otworzenie się na siebie. Drugi dzień pierwszego spotkania. Siedzieliśmy razem, we dwoje, na żółtej ławce na terenie opuszczonego ośrodka wypoczynkowego. Dookoła nas las i małe domki w wyblakłych kolorach, z poniszczonymi barierkami, wybitymi szybami w oknach i z wyłamanymi drzwiami. To było tak abstrakcyjne, tak nierealistyczne a jednak byliśmy tam. I rozmawialiśmy. Mówiliśmy o uczuciach, choć nie były to uczucia do siebie. Mówiliśmy o strachu.
I wtedy Dawid dał mi swoją bluzę, choć nie było mi zimno.

Musiało między nami minąć wiele lat, nim znaleźliśmy w sobie odwagę do zrzucenia zbroi, jaką musieliśmy nosić na co dzień, a której nie widzieliśmy przez odległość. Musiało minąć wiele lat, nim nabraliśmy do siebie takiego zaufania, aby móc po ciężkim dniu być sobą przy sobie. Aby móc popłakać się z bezradności, trzasnąć drzwiami z wkurzenia i nie wzbudzać w sobie strachu.

Musiało minąć kilka lat, kilka kłótni abyśmy zrozumieli, że nie musimy się siebie bać. Aby być pewnym, że żadne nie zrobi drugiemu krzywdy. Nie podniesie ręki. Potrzebowaliśmy kilku lat aby nauczyć się, że przy sobie nie musimy podnosić nawet głosu.

 

Bezpieczeństwo – tego musieliśmy się nauczyć.

(Visited 371 times, 1 visits today)