utworzone przez WolnoWolniej.pl | wrz 19, 2017 | żyć lepiej
Jaki macie stosunek do pasji swojego faceta? Macie wspólne zainteresowania czy raczej każdy z Was lubi coś innego? U nas Dawid jest zakochany w samochodach. Ja – znam się na nich średnio. Właściwie, to nie znam się w ogóle.
Kiedy Dawid powiedział mi: Asia, we wrześniu jest zlot samochodowy – lupo i arosa – jedziemy? Zgodziłam się bez wahania! Bez wahania – bo termin był odległy. Ale kiedy już siedzieliśmy w samochodzie – obleciał mnie strach.

Przełam się!
Dla mnie wyjazdy do dużego grona obcych ludzi są strasznie niekomfortowe. Nie mam łatwości w nawiązywaniu nowych relacji, jestem nieśmiała i siedzę cicho. Ja lubię rozmawiać z jedną osobą, ale nie dwudziestoma! I to z dwudziestoma, którzy mają pojecie o czymś, o czym ja totalnie nie.
Weekend inny niż wszystkie
Jednak takie zloty są genialnym sposobem na inne spędzenie weekendu. Inne niż zazwyczaj. Inne, niż siedzenie w domu czy wyjazd we dwoje w nowe miejsce. Bo gdzie byśmy nie pojechali – zawsze jesteśmy razem. Zmienia się tylko otoczenie a my wiemy czego się po sobie spodziewać.
Na zlocie natomiast, poznajemy mnóstwo ludzi. Każdy kto przyjeżdża na taki zlot jest pozytywnie nastawiony. Nie ma lepszych, gorszych, z większymi lub mniejszymi umiejętnościami. Spotyka się grupa osób, która ma te same samochody i robi wspólnego grilla. Wszyscy rzucają jedzenie na stół i częstujcie się! Czy może być coś wspanialszego od tak ogromnej serdeczności obcych ludzi?
Plusem takich zlotów jest to, że zawsze robione są poza większymi miastami. Jest cisza, spokój, a ludzie, którzy tam akurat są – tak jak my są nastawieni na relaks, zabawę i odpoczynek. Dla mnie – miłośniczki świętego spokoju – wypicie kawy na przestrzeni jest czymś nieocenionym! Możliwość wyjścia w piżamie na dwór – kocham! To jest dla mnie kwintesencja wolności, szczęścia i radości. Kiedy na zlocie obudziliśmy się z Dawidem o 6 rano i po ulicach Uniejowa chodziłam w piżamie w myszki miki – ambrozja.
Wyobrażacie sobie wyjść w piżamie przed blok w Warszawie, Krakowie czy innym mieście? Tak akurat na spacer? Ja nie.






Na zloty zawsze jeżdżę z ogromną obawą jak to będzie. Ale kiedy trzeba wracać – jestem przeogromnie szczęśliwa, że tam byłam.
To zdecydowanie był inny weekend niż wszystkie! I wiecie co? Takie weekendy odkrywają przed nami kim jesteśmy. Ja dowiedziałam się o Dawidzie totalnie niesamowitych rzeczy! Na przykład – że Dawid, mój osobisty mąż, który zawsze stronił od zwierząt – chce mieć psa!
A Wy kiedy ostatnio spędziliście weekend inaczej? I jak go spędziliście? Opowiedzcie co nie co :)
utworzone przez WolnoWolniej.pl | wrz 13, 2017 | żyć lepiej
Kiedy miałam naście lat, nie bardzo lubiłam wychodzić ze znajomymi, nad czym ubolewała moja mama. Wolałam spotkać się z jedną osobą, porozmawiać z nią, wymienić się poglądami niż imprezować. Lubiłam spokój i spokojne życie.
Mama marudziła. Dziecko, wyjdź do ludzi! Poznaj nowe osoby! – mówiła. No więc wyszłam. I poznałam. I nie zawsze kończyło się to dobrze.

W hermetycznym środowisku nie rozwijają się bakterie
Dziś mamy internet. Mamy facebooka. Możemy pisać kiedy chcemy i co chcemy do ludzi, których nie znamy. Możemy hejtować i wyśmiewać bez palenia buraka na buzi, bez wstydzenia się za siebie, bez zastanawiania się co ta osoba o nas pomyśli i czy nie wyjdziemy na idiotów. Możemy, bo kto mi zabroni? Mi – cesarzowej internetu!
Woman is new man!
Kiedyś pół żartem pół serio kobiety śmiały się z mężczyzn, z tego ich: ja wiem wszystko najlepiej, wszystko najlepiej potrafię zrobić, sam skręcę komodę z IKEI i nie potrzebuję do tego żadnej instrukcji. Śmiałyśmy się z tego ich głupiego udowadniania wszystkim niezainteresowanym jacy oni są PRO. Jakby dostali od życia dożywotnią kolorową gwiazdkę na fotka.pl
Ale my kobiety mamy dziś internet. Mamy facebooka. Możemy pisać kiedy chcemy i co chcemy do ludzi, których nie znamy. Dziś, my kobiety mamy głos! A wraz z głosem – odebrało nam rozum, dystans i klasę.
W poprzednim poście napisałam Wam, że Dawida językiem miłości jest język służby. Widzę, jak Dawid reaguje, jak jego oczy się świecą, kiedy rano budzę go mówiąc: Kochanie, kawa już jest. Wstawaj.
I wiecie czego dowiedziałam się od królowej Polskiego Księstwa Facebookowego? Że mam w domu okropnego lenia! I żal mnie tej kobiecie, bo za byle słowo (?) daję się wykorzystywać i żebrzę wręcz o Dawida atencję. Taka psychoanaliza po jednym zdaniu.
Na forach ślubnych jest porównywalnie dużo durnego hejtu co w grupach o madkach. Nikt ci tak nie przypierdoli jak inna panna młoda.
1. W tej sukience twoje ramiona wyglądają grubo, schowaj te pelikany, weź suknię z długim rękawem. Sorry ale krzywdzisz się tą suknią.
2. Bierzesz najpierw ślub cywilny a potem kościelny? Ty hipokrytko. Co z ciebie za wierząca, skoro chcesz żyć w grzechu przez 2 lata? Taka z ciebie katoliczka a ślub kościelny dla wesela bierzesz. Żal mi cię. Będziesz smażyć się w piekle!
3. Robisz ślub w stylu boho? Bosh! Zero kreatywności, pomysłu na siebie. Ja byłam w Ameryce pierdyliard lat, i tam styl boho był modny 30 lat temu. To powinien być kochana twój najpiękniejszy dzień i zrób go po swojemu. Ma oddawać was – nie kopiuj.
Spierdalaj mała hejterko
W dobie internetów bardzo łatwo zatruć sobie życie. Wystarczy powiedzieć coś nie tak, nie doprecyzować a zmieszają cię z błotem. Momentami, naprawdę strach jest się odezwać.
Kiedyś usłyszałam “lepiej jak się ktoś wyżyje w internecie, niż miałby się wyżywać w domu na żonie/mężu/dziecku”. Gówno prawda. Nie ma żadnej różnicy między żoną a obcą osobą z internetu. Jeśli dla jednych jesteście kulturalni a dla drugich nie – macie ze sobą poważny problem. Rozdwojenie level master!
Kiedy na jakimś forum internetowym, grupie dyskusyjnej publikuję post – oczekuję kulturalnej wymiany zdań – tak jak w realu. Jeśli widzę, że grono kobiet zaczyna szydzić, prowadzić rozmowę nie na temat albo wręcz nieprzeczytawszy całej treści – komentować – usuwam taki post albo komentarz. Bo nie będą mi obce babska pluć jadem, działać na mnie przygnębiająco i toksycznie a przede wszystkim oczerniać mnie. Tak samo jak nie kontynuowałabym takiej rozmowy w realnym życiu – tak samo nie będę tolerować jej w internecie. Internet nie rządzi się swoimi prawami. W internecie, tak samo jak w kawiarni czy w parku – jesteśmy wśród ludzi. A wśród ludzi obowiązuje kultura.
W moim świecie nie ma miejsca dla emocjonalnych wampirów
Nie mam zamiaru chodzić zdołowana ani podnosić sobie ciśnienia bo jakieś babska nie radzą sobie z emocjami. Masz problem – to do specjalisty; on cię nauczy radzenia sobie z nerwami. Ja natomiast mam zamiar przeżyć swoje życie szczęśliwie. Chcę by ociekało szczęściem na przemian z rzyganiem tęczą. I takimi ludźmi chcę się obracać – którzy będą budzić we mnie pozytywne emocje.
Mówią, że hermetyczne grupy, hermetyczny świat nie jest dobry. Nieprawda. Jest bardzo dobry! Bo w naszym hermetycznie zamkniętym świecie to MY decydujemy o tym, kto będzie jego częścią i to MY stawiamy w nim granice. Bez względu czy ten świat dzieje się w realu, czy w internecie.
Wy nie czujecie przesytu, nie macie dość tej nienawiści w internecie?
utworzone przez WolnoWolniej.pl | wrz 11, 2017 | żyć lepiej
Kiedy mieliśmy 16-18 lat, pamiętam jak dziś, Dawid na mnie warknął! Poszliśmy w Iławie na domowe hamburgery. Dawid je, omomom, a ja chciałam go pogłaskać po plecach czy tak położyć mu na plecach dłoń. Taki wiecie – gest czułości. Dawid ryknął na mnie czy muszę go dotykać jak on je? Zdębiałam. Było mi mega przykro. Przecież nie chciałam źle, chciałam dobrze, chciałam miło… .

Dlaczego mężczyźni nie doceniają a kobiety się wściekają
To czego nie wiedziałam wtedy, a wiem dziś, to to, że istnieje coś takiego jak różne języki miłości.
Miłość możemy okazać (a więc i otrzymać) na 5 różnych sposobów (języków).
1. Język akceptacji, słowa
Język akceptacji polega na słownym zwracaniu uwagi. Jako ciekawostkę powiem Wam, że jest to najczęstszy język miłości mężczyzn (!)
Ci, u których dominuje język akceptacji, czują się kochani poprzez bycie chwalonym. Poprzez zwrócenie uwagi na to co zrobili.
Mąż posprzątał mieszkanie – kochanie jak tu jest pięknie!
Ugotował obiad – mmm jakie to pyszne! Dziś obiad wyszedł ci przegenialny!
Zamontował kontakt w ścianie – ależ ty mężu jesteś mądry, zaradny.
Brzmi śmiesznie, brzmi zabawnie ale tak jest! Niektórzy mówią “nie liczą się słowa, liczy się gest”. Guzik prawda! Dla tych, których językiem dominującym jest język akceptacji – liczą się słowa.
Pamiętacie nasz wpis o manipulacji mężczyzną poprzez komplementy? No właśnie.
2. Język spędzania czasu
To jest bardzo częsty język miłości kobiet. Osoba, która ma rozwinięty ten język miłości, czuje miłość poprzez towarzyszenie jej. To jest właśnie powód dla którego kobiety tak bardzo nalegają na wspólny spacer. Na wspólne rozmowy. Na wspólne obejrzenie filmu i które narzekają na swoich mężczyzn, że ci wolą spędzić czas z kolegami niż siedzieć z nią w domu i… robić nic. Po prostu być.
Rzadko kiedy mężczyźni mają ten język dominujący.
W ogóle ten język jest strasznie problematyczny. Mężczyźni lubią przestrzeń, nie lubią być osaczeni, a kobiety które czują miłość właśnie poprzez wspólne spędzanie czasu, często nie potrafią dać temu mężczyźnie trochę swobody, wolności.
3. Język prezentu
Niektórzy czują się kochani jeśli coś otrzymają. Coś namacalnego, nie koniecznie drogiego. Są kobiety, które oburzają się na to, że ich mężczyzna nie kupuje im kwiatów. One czują miłość poprzez to, że dostaną kwiaty.
Ja w kwiatach widzę tylko kwiaty. Gdyby Dawid mi je kupił – powiedziałabym: spoko, dzięki – i wstawiła do wazonu zachwycając się jak ładnie teraz wygląda stół/salon, ale nie przywiązując wagi do tego, że dostałam je od Dawida.
Podobnie jest z rocznicami. Dla mnie – otrzymanie prezentu z okazji rocznicy ślubu, urodzin jest obojętne. Ok, fajnie, miło jak mi coś dasz – ale jest mi to obojętne. Wystarczy sms “sto lat” i już. Ale są tacy, którzy poczują mega radość, wzruszenie, miłość – jeśli otrzymają jakiś prezent. Choćby najdrobniejszy – ale od ciebie.
4. Język służby
To jest (tak mi się wydaje) język miłości Dawida! Słuchajcie, nie zobaczycie Dawida szczęśliwszego, niż jak zaparzam mu rano kawę.
Język służby polega na tym, że robisz coś za kogoś dla kogoś.
Normalnie Dawid sam zrobiłby sobie kawę. Ale to, że robię ją JA – jest dla niego po prostu wyznaniem miłości na miarę Romea i Julii, królika Bugsa i braci Worner. Dawid widzi miłość poprzez wdzięczność, poprzez docenienie tego, że zrobiłam ją ja – choć nie musiałam.
5. Język dotyku
To jest mój język! Mój język w związku rzecz jasna. Ci, którzy czują miłość poprzez język dotyku – czują miłość poprzez kontakt fizyczny. To jest powód dla którego ja co noc gniotę Dawida. Dla którego przytulam się do niego, wtulam, dla którego muszę choćby stópką, choćby małym paluszkiem czuć jego obecność.
Dlatego tak bardzo nie rozumiałam, jak on mógł się oburzyć, że dotykam jego pleców jak on jadł. Przecież to było istne wyznanie miłości!

Wiecie, rzadko kiedy zdarza się tak, aby będąc w związku dwie obce sobie osoby miały ten sam język miłości. Już Wam to mówiłam milion razy – nie jesteśmy tacy sami, a tym bardziej nie jesteśmy połówkami tej samej pomarańczy. Nasze języki miłości są (zapewne) różne.
Mnie bawi to, jak Dawid jest szczęśliwy, że parzę mu rano kawę, bo dla mnie to jest nic. Wstawiam sobie płatki na mleku, to załączę tą wodę w czajniku. A Dawid nie rozumie jak ja mogę się do niego tak kleić w nocy. Dla niego to “weź, idź na swoją połowę łóżka bo ja już spadam!” a dla mnie – to miłość w najczystszej postaci. Dawid to wie, więc toleruje i znosi cierpliwie.
Ale właśnie to jest tak bardzo ważne w związku: wiedzieć jaki jest nasz i naszego partnera język miłości. Byśmy nie czuli się źle, nie było nam przykro bo mąż nie docenia. On może doceniać. Tylko my możemy tego nie dostrzegać.
A na Was co działa? Jaki jest Wasz język miłości? Jesteście typowymi kobietami czy jednak nie? :)
Ps. Wiecie, to w sumie jest ciekawe. Bo w związku moim językiem miłości jest dotyk, dotyk i jeszcze raz dotyk. Ale w relacjach takich koleżeńskich – słowa. To zaproszenie mnie gdzieś, to powiedzenie czegoś miłego. Też tak macie? Że rozgraniczacie język miłości partnera od innych osób?
utworzone przez WolnoWolniej.pl | wrz 9, 2017 | żyć lepiej
Kiedy chcesz być dobra w swojej dziedzinie, kiedy chcesz zrozumieć jakieś zjawisko – poświęcasz temu dużo czasu. To logiczne. Chcesz być dobrym fotografem – czytasz o kompozycji, o doborze barw, o parametrach i w końcu – sama robisz zdjęcia. Analizujesz je. Uczysz się na swoich i cudzych błędach. Ze związkami jest tak samo. Jeśli chcesz stworzyć DOBRY związek – musisz obserwować, wyciągać wnioski a później – wcielać swoje obserwacje w życie.
Mnie relacje damsko-męskie szalenie interesują! Poświęcam naprawdę mnóstwo czasu na słuchanie i obserwowanie kobiet. Czasem jestem przerażona jak bardzo kobiety są niesprawiedliwe wobec swoich mężczyzn i jak bardzo to one przyczyniają się do rozpadu związku!

Jak kobiety niszczą swoje związki
1. Kobietom wydaje się, że jak są w związku to powinny być na pierwszym miejscu. Najpierw ja potem Bóg, królowa Anglii i cała reszta. A facet, partner – to nieważne. Liczysz się TY.
Wśród wielu kobiet panuje bzdurne przekonanie, że będąc w związkach powinnyśmy być księżniczkami. Najpierw byłyśmy córeczkami tatusiów a teraz jesteśmy księżniczkami swoich chłopów. Ten biedny, Bogu ducha winny chłop powinien cieszyć się z każdej sekundy z nami spędzonej. Powinien cieszyć się jak głupi do sera na myśl, że za kilka sekund nas zobaczy. Nas – swoją ukochaną.
Nieważne czy facet jest zmęczony, czy zmartwiony – powinien się cieszyć. Jak kocha to powinien. Nie może nie.
2. Według niektórych kobiet, nasz własny, osobisty mężczyzna mając do wyboru wieczór z nami lub wyjście na piwo z kolegami – powinien wybrać nas. W końcu – jacyś tam kumple nie powinni być ważniejsi od kogoś kogo kocha. No, chyba, że kłamie, że kocha. Tak czy owak – to powód do zrobienia jazdy. A najlepiej – do zerwania z nim!
Będąc w związku powinniśmy każdą wolną chwilę spędzać razem. On powinien tego chcieć.
3. Są też takie kobiety, które żyją dla małżeństwa. Są też takie, które będą wmawiać ci, że zwlekanie z oświadczynami znaczy tylko jedno – on się tobą bawi. Wiesz co powinnaś wtedy zrobić? Zerwa z nim. Powinnaś znaleźć kogoś, kto będzie chciał twojego szczęścia. A jeśli ślub cię uszczęśliwi – weźmie go z tobą. Choćby dziś!
4. Jednak najgorszym typem kobiety są te, które myślą za dużo. Które dorabiają ideologię do każdego możliwego zachowania mężczyzny. Które doszukują się w każdym spojrzeniu, każdym słowie i czynie podstępu, zdrady, kłamstwa i oszustwa. Robią swoim facetom dzikie jazdy, drą się, kłócą, wyzywają ich – bo coś sobie wymyśliły.
Mają tak z dupy wyobrażenia o związku, o miłości, których nie jest w stanie nikt spełnić. Każda marzy o księciu z bajki, ale jak już trafi im się rycerz królewskiego pochodzenia – zostawiają go; bo nudny. Za słodko im.

Jest mnóstwo kobiet, które są w nieszczęśliwych związkach. Które co noc płaczą przez swoich ukochanych w poduszkę. Uważają, że są w toksycznych związkach a ten ich facet to żenada. Ale kochają – więc nie odejdą. Ale siły do nich już nie mają.
Ja mam apel do tych wszystkich pań. Taki mały, niewinny – by wyjęły kij z dupy. By dały tym Bogu ducha winnym mężczyznom odetchnąć. By przestały mieć wobec nich chore, egoistyczne oczekiwania. Przestały nimi dyrygować i oddały im jaja.
Powiem Wam, że jak ktoś mi ciągle marudzi, ma pretensje i wąty – też nie chce mi się dla tej osoby nic robić. Właściwie, to nie chce mi się z tak problemową osobą przebywać. I nie dziwię się w tym momencie tym wszystkim mężczyznom, że wolą spędzić wieczór na piwie z kumplami, niż z tą swoją kobietą. Bo ileż można?! Ileż można skakać wokół kogoś i ciągle być gnojonym?
Drogie panie,
Należy Wam się dokładnie tyle, ile same dajecie. Pamiętajcie, że nie jesteśmy identyczni. Facet – nie kobieta. To, że Was uszczęśliwi spacer o blasku księżyca nie znaczy, że on będzie równie w niebo wzięty jeśli taki spacer zaproponujecie Wy.
Drogie panie, potrafimy być równie toksyczne jak mężczyźni. Jeśli nie bardziej.
utworzone przez WolnoWolniej.pl | wrz 7, 2017 | żyć lepiej
Często słyszy się podśmiechujki czy mity o studentach psychologii i medycyny. Są to dość powszechne, znane kierunki. O studentach technologii żywności mówi się mało, ale jak już się słyszy – to ręce opadają!
Zobaczcie z jakimi mitami spotkałam się studiując technologię żywności i żywienie.

Znamy skład wszystkich potraw
Już na pierwszym semestrze studiów ludzie pytali mnie czy wiem co jest w składzie hamburgerów i z jakiego mięsa są kebaby. Studiując technologię żywności “powinniśmy wiedzieć” co jemy i jak to się otrzymuje.
Nic bardziej mylnego.
Zdrowo się odżywiamy
Nie wszyscy. Część studentów to faktycznie żywieniowe freak’i, jednak opakowania po fast foodach w wydziałowych koszach na śmieci to norma.
Na technologię żywienia ludzie idą z różnych powodów. Nie koniecznie interesuje nas zdrowe odżywianie.
Ciekawostka: Wiecie, że wydział technologii żywności na SGGW ma najgorszą stołówkę? Nawet profesorowie chodzili do budynku Ogrodnictwa lub Weterynarii aby zjeść smaczny, zdrowy obiad.
Będziesz dietetyczką!
Psikus! Po naszym kierunku studiów nie można być dietetykiem!
Po technologii żywności można pracować w laboratorium żywnościowym, można układać diety w różnego rodzaju placówkach żywienia zbiorowego, można być kontrolerem jakości w zakładach produkcyjnych czy też pełnomocnikiem do spraw jakości, który nadzoruje funkcjonowanie całej fabryki pod względem bezpieczeństwa żywności. Można być technologiem żywności i opracowywać receptury nowych produktów. Można projektować całe lokale gastronomiczne – gdzie co ma być, w jakich odległościach, jaki musi być dostęp światła, ile toalet, itd. Jest ogrom możliwości!
Mogłabyś ułożyć mi dietę?
Na pewno się na tym znasz. Zajmie ci to chwilę… .
Najgorsze pytanie jakie słyszałam! Nie mogę. Nie lubię układać diet. Nie interesuje mnie to. Pójdzie mi to tak samo opornie jak tobie. Nie wybrałam specjalizacji “dietetyka”. Ja poszłam na “jakość” żywności i jej bezpieczeństwo. Chętnie opowiem ci o bakteriach i higienie pracy.
Pewnie lubisz gotować!
Technologia żywności to nie szkoła gastronomiczna. Na samych studiach gotowania i bawienia się produktami jest niewiele. Dla mnie to bardzo dobrze bo ja – gotować nie lubię.
Dzięki studiom wiem jak dany produkt zastosować, czego użyć aby uzyskać konkretny efekt. Poznawaliśmy “kuchnię” od tej chemicznej i bardziej technologicznej strony.
Ile kalorii ma wątróbka, migdały i sezam?
Nie wiem. Serio. Nie uczyliśmy się tablic wartości odżywczych na pamięć. Wiem ile kalorii ma pączek i jabłko, i na tym moja wiedza się kończy.
Ktoś, kto układa diety regularnie w końcu zapamiętuje wartości odżywcze poszczególnych produktów, ale to jak ze wszystkim. Robisz coś codziennie to siłą rzeczy się tego uczysz, zapamiętujesz. Robiąc od sasa do lasa – nie.
To czego musieliśmy się uczyć na pamięć, to jakie zapotrzebowanie na witaminy i składniki mineralne mają mężczyźni, kobiety, dzieci, ciężarne, itd. Musieliśmy też wiedzieć jakie skutki są przez nadmiar lub niedobór danych elementów oraz jakie są ich główne źródła.
Mamy zaburzenia odżywiania
Jesteśmy za grubi lub za chudzi dlatego idziemy na technologię żywności aby móc samemu kontrolować swoje ciało i doprowadzić swoją wagę do normy.
Tak samo jak lekarze idą na medycynę bo są chorzy i sami chcą się wyleczyć, a nawet wymyślić lek.
Tam samo jak przyszli psycholodzy, którzy nie radzą sobie ze sobą, swoimi problemami dlatego idą na psychologię by lepiej zrozumieć siebie.
Pewnie niejeden student technologii żywienia miał zaburzenia odżywiania. Jednak w dzisiejszych czasach – mnóstwo ludzi je ma.

Dziewczyny, a wy co studiowałyście i jakie mity słyszałyście o swoim kierunku studiów? Jest coś co szczególnie was irytowało albo bawiło?
Pochwalcie się :) Poznajmy tą drugą stronę naszych kierunków!
utworzone przez WolnoWolniej.pl | wrz 5, 2017 | żyć lepiej
Macie jakiś cel w swoim życiu, który szalenie chciałybyście osiągąć? A może znacie kogoś (bardziej lub mniej) kto odniósł ten wasz sukces? I co gorsza, to ta osoba jest, na przykład, w tym samym wieku co Wy i osiągnęła już to do czego wy tak uparcie dążycie?
Ja mam takie cele i, o zgrozo, znam osoby, które już je osiągnęły!

Toksyczna inspiracja
Te osoby szalenie lubię! Podziwiam je za to co osiągnęły, ale przede wszystkim podziwiam je za to – kim są. Za to, że są pogodne, dobre, pomocne mimo swojego statusu, poziomu, sukcesu, ciężkiej, samodzielnej pracy. Takim zachowaniem budzą moje niesamowite uznanie! Te osoby mnie inspirują.
Jednak czasami zapominam o sobie. Przestaję skupiać się na tym co jest tu i teraz, a za dużą uwagę przywiązuje do podpatrywania ich ścieżki i zastanawiania się czy jeszcze nie jest za późno abym. Abym zapisała się na kurs, szkolenie, rozwinęła nową pasję, zmotywowała się, zmieniła coś.
Potrafię złapać się na tym, że mija mi ileś dni, tygodni na totalnej bierności a nawet frustracji! Próbuję coś zmienić w swoich zachowaniach, zmusić się, próbować iść ich ścieżką i nie wychodzi mi. Nie czuję się w tym dobrze – jakbym była w nieswoich butach.
I w jednej chwili, z mega zainspirowanej, pogodnej, energicznej osoby – staję się stłamszona. Brakuje mi sił, chęci. Rozleniwiam się. Mój umysł zaczyna być pusty. Zero kreatywności, inicjatywy!

Ostatnio po rozmowie z Karoliną doszłam do wniosku, że bez względu na dziedzinę – nie uda nam się odnieść sukcesu jeśli nie będziemy sobą!
Wiecie jak to jest – to jest tak, jak idziemy z koleżanką na ciuchowe zakupy. Ona coś przymierza i pyta nas czy dobrze w tym wygląda. No kurcze – wygląda dobrze! Ale ona! Ja bym tego nie założyła.
Tak samo jest z inspiracjami. Możemy kogoś podziwiać, może nas ta osoba szalenie inspirować swoimi osiągnięciami. Ale te osoby są jedyne w swoim rodzaju. Te osoby robią to co kochają i są szczęśliwe – bo są sobą.

Myślicie, że to jest klucz do sukcesu i bycia szczęśliwą osobą? Robić po swojemu. Robić tak – by to co robimy nam się podobało.
utworzone przez WolnoWolniej.pl | wrz 4, 2017 | żyć lepiej
Kiedy braliśmy ślub cywilny, nie do końca traktowaliśmy go na serio. Wiedzieliśmy, że za rok bierzemy ślub kościelny i to ten kościelny, sakramentalny ślub miał być tym najważniejszym; tym, którego rocznicę będziemy obchodzić.
Po roku, w rocznicę ślubu cywilnego przekonaliśmy się, jak bardzo się w ów czas myliliśmy!

Rok liczymy od września!
Pijąc w sobotni poranek kawę rozmawialiśmy o naszej pierwszej rocznicy ślubu. Za godzinę miał nam minąć równo rok – równo o 10:40.
Wspominaliśmy ten dzień, jak od razu po ślubie, ja jeszcze w sukience ślubnej, pojechaliśmy do Krakowa. Miasta, w którym tak naprawdę narodziły się nasze ślubne plany.
Niewiele myśląc rzucam do Dawida: Ty, jedziemy dziś do Krakowa?
Nie minęła godzina a my już byliśmy w drodze.
Chodząc tymi samymi uliczkami co rok temu, odwiedzając te same restauracje zorientowaliśmy się jak dużo zmieniło się w ciągu tego czasu. Jak bardzo błędnie wydawało nam się, że nasze życie płynie powolutku swoim rytmem.
W ciągu ostatniego roku:
1. Kupiliśmy mieszkanie i zamieszkaliśmy na swoim
2. Zorganizowaliśmy ślub kościelny i wyprawiliśmy wesele
3. Zmieniliśmy pracę
4. Rozwinęliśmy blog
5. Nawiązaliśmy niesamowite blogowe przyjaźnie
Sylwester nigdy nie był dla nas jakimś szczególnym dniem. Nie umieliśmy robić rocznych podsumowań ani planów na następny rok. Wszystkie te podsumowania roku wydawały nam się bez sensu. W końcu – dzień jak co dzień, noc jak noc. Z wrześniem jest inaczej! Drugi dzień września jest naszym dniem. Jest datą, od której wszystko liczymy i od której zaczyna się nasza przyszłość. Nasz sylwester jest we wrześniu!
Niesamowicie było wspominać siebie sprzed roku siedząc w tej samej cukierni, na tym samym miejscu.
Będąc na barce wspominać jak z przejęciem robiliśmy zdjęcia na instagram. Jak metodą prób i błędów dochodziliśmy do “ładnych zdjęć”.
Ze zdumieniem rozmawialiśmy o zmianach jakie zaszły na naszym blogu. Od zwykłych wpisów o relacjach damsko-męskich przeszliśmy do zarywania nocy – bo ktoś chciał się nas poradzić co ma zrobić ze swoim partnerem, jak go zrozumieć. To jest tak bardzo niesamowite!
Macie tak, że wspominacie co robiliście rok temu? Porównujecie te dni?
My chodząc po Krakowie mówiliśmy:
– rok temu było tak ciepło, a dziś pada
– rok temu rodzice w tym czasie byli w Brukseli, a dziś są w domku
– rok temu tu był kebab, teraz jest McDonald
– rok temu też był półmaraton
– ej rok temu nie było tego!
Jesteście sentymentalne? Ja trochę tak :)
Gdzie byliście w swoją rocznicę ślubu? Co polecacie?
utworzone przez WolnoWolniej.pl | sie 31, 2017 | żyć lepiej
Winietki z naszego wesela wykonaliśmy sami. Zależało nam na tym, aby to nie była zwykła karteczka z imieniem i nazwiskiem. Szukaliśmy czegoś co połączyło by ze sobą podziękowanie dla gości i winietkę. Zdecydowaliśmy się na ciasteczka w woreczkach celofanowych zawiązanych wstążką pasującą kolorystycznie do całego wystroju wesela.

Nasze woreczki celofanowe okazały się dość małe. Nasz pierwotny pomysł włożenia do nich kruchych ciasteczek, które sami byśmy wykonali – nie wypalił.
Winietki zaczęliśmy robić dość późno, bo 2 dni przed weselem! Nie mając zbyt dużych możliwości wzięliśmy ze sobą jeden woreczek celofanowy i pojechaliśmy do sklepu szukać odpowiednich ciastek.
Zdecydowaliśmy się na jedno ciastko prostokątne, które stanowiło by podstawę winietki. Im wyżej – tym ciastko mniejsze.


To co teraz zmieniłabym w naszych winietkach jak i zaproszeniach ślubnych – to imię i nazwisko gościa zdecydowanie wypisałabym ręcznie! To jest jedyna rzecz, której brakowało mi na naszym weselu. Teraz wiem, że ręcznie wypisane winietki zdecydowanie bardziej cieszą oko.
Dla 65 gości potrzebowaliśmy:
1 x kuleczki a’la rafaello
1x markizy
2 x kwadraciki z serduszkami

Więcej winietkowych inspiracji znajdziecie tutaj: winietki na stół weselny.
Dajcie nam znać jak Wam się podobają nasze winietki :) W końcu Dawid się przy nich dość napracował!
Tak, tak – to Dawid je robił :)
Hej, czy wiesz, że stworzyliśmy nową grupę na fejsie? Zapisz się do grupy “życie we dwoje NaSwoim” i dziel się wiedzą, doświadczeniem i inspiracjami na tamat urządzania mieszkania, wspólnie spędzanego czasu, wycieczek, randek z mężem! Grupa dla świeżych żon, które zaczynają życie NaSwoim!

utworzone przez WolnoWolniej.pl | sie 30, 2017 | żyć lepiej
Pamiętacie co Was najbardziej wkurzało w podstawówce? Albo czego jako dzieci, czy nawet teraz, jako dorośli, nie potrafiliście zrozumieć?
To co mnie okropnie wkurzało to soczki w kartonikach. Dyrekcja zarządziła, że dzieci tylko w takim opakowaniu mogą przynosić napoje do szkoły. I nie byłoby w tym nic złego gdyby nie to, że nauczyciele zabraniali nam trzymania na biurku czegokolwiek innego – jak piórnik i podręcznik, z którego właśnie korzystamy. O żadnych napojach nie było mowy! One rozpraszają naszą uwagę. O piciu na lekcji już nie wspominając.
Zdarzali się nauczyciele, którzy potrafili zabrać dziecku niewypity do końca soczek stojący na biurku – i wyrzucić go do kosza!
Obecnie w niektórych szkołach nauczyciele rozdają właśnie w takim kartoniku ze słomką mleko. U mnie w szkole też je rozdawali. A czy wiecie ile nabiału marnuje się rocznie w Polsce? I ilu ludzi można by było nim wykarmić?!
Czego nie wiesz o marnowaniu produktów mlecznych
Trafiłam na badania z 2014 roku, w których sprawdzano straty produktów mlecznych (mleko, jogurty, itp) w 117 sklepach. To jest takieś 0,1% wszystkich sklepów w Polsce. Badania wykazały, że w tych obiektach, w sumie, zmarnowano 3650 kg produktów o łącznej wartości kalorycznej 4 077 343 kcal!
Można zatem założyć, że we wszystkich sklepach, łącznie, marnuje się 3,5 miliarda kcal.
Przyjmując, że osoba dorosła w ciągu dnia potrzebuje spożyć ok 2448 kcal – to z tych wszystkich zmarnowanych, wyrzuconych do śmieci 3,5 miliarda kcal można by pokryć dzienne zapotrzebowanie energetyczne 3 917 osób!
Szokujące, prawda?
A teraz wyobraźcie sobie, że sklepy “produkują” najmniejsze straty żywności. Raptem 5% wszystkich powstających strat pochodzi ze sklepów.
Najwięcej żywności marnujemy my – ludzie, konsumenci – we własnych domach.
Szacuje się, że rocznie, każdy człowiek wyrzuca do śmieci około 76 kg jedzenia.
Gospodarstwa domowe wyrzucają co roku 38 mln ton żywności do kosza, co stanowi (uwaga!) 47% wszystkich strat.
Drugim sektorem, w którym marnuje się najwięcej żywności są jej producenci. To są między innymi “odpady”, z których “nic się nie da zrobić”, które nie pasują do wymogów, standardów, nie spełniają oczekiwań nas – potencjalnych klientów.
W sumie producenci żywności marnują rocznie 35 mln ton żywności.
Badania z 2014 roku (sprzed 3 lat) wykazały, że każdej nocy co 8 człowiek zasypia z uczuciem głodu. Szacuje się, że w krajach rozwijających się co 6 sekund umiera z głodu jedno dziecko poniżej 5 roku życia. W ciągu godziny z głodu umiera 600 dzieci.
To straszne biorąc pod uwagę, że (szacuje się) rocznie produkuje się tyle żywności, że można by pokryć dwukrotnie zapotrzebowanie żywnościowe świata. Wszystkich ludzi!
Kiedy pierwszy raz przeczytałam te wyniki badań, zobaczyłam liczby – byłam w szoku! Na co dzień nie widzimy, nie zdajemy sobie sprawy ile jedzenia wyrzucamy do kosza. A to zgniło nam jabłko, jogurt jest już po dacie ważności, a ten sok stoi otwarty już nie wiemy jak długo. I wylewamy. Wyrzucamy.
A wystarczyło kupić mniej. Kupić tylko to na co mamy ochotę.
Zdawaliście sobie sprawę z tych liczb? Z tego jak wielki problem stanowi marnowanie żywności w Polsce i na świecie?