Salon w stylu botanicznym – metamorfoza naszego salonu

Kiedy urządzaliśmy salon, wiedzieliśmy jak on ma wyglądać. Miał być ciepły, miał nastrajać, sprawiać, że chce się w nim być. Mimo ogólnego zadowolenia z efektu – czegoś nam brakowało. Białe ściany i białe żaluzje nie dawały nam spokoju. Było za biało, za jasno, za mdło. Ta sterylność nie pasowała do reszty mieszkania. Brakowało w nim czegoś, co nadawałoby wnętrzu charakter. Sprawiało, że będzie on jedyny w swoim rodzaju. I nagle nas olśniło!

Mieszkanie w stylu botanicznym

Salon w stylu botanicznym

Inspiracją do stworzenia botanicznego salonu były dla nas aranżacje z Salonów Agata. Próbując stworzyć wyjątkowy salon, taki, który będzie nas zachwycał, który sprawi, że nie chce się z niego wychodzić, w którym można się zrelaksować i odpocząć – zaczęliśmy analizować ich aranżacje.

Skupiliśmy się przede wszystkim na kolorystyce, doborze kolorów i ich łączeniu.

Mieszkanie w stylu botanicznym

Kolory ziemi

Podłoga imitująca drewno idealnie łączy się z kolorami ziemi – z czernią, brązami i zielenią. Całość przełamana jest kontrastującymi dodatkami w odcieniach żółci i złota, dzięki czemu pokój wygląda na przytulniejszy.

Świeczki, których i u nas nie mogło zabraknąć, sprawiają, że z takiego pokoju nie chce się wychodzić. Niesamowicie nastrajają i koją głowę po ciężkim dniu.

Mieszkanie w stylu botanicznym

Mieszkanie w stylu botanicznym

Dwie powyższe aranżacje najbardziej nakreśliły nam kierunek, w który chcemy pójść. Jest jasno i przestronnie, co przy naszym małym salonie jest szalenie istotne. Na tym chcieliśmy się skupić – na takim rozmieszczeniu dodatków, aby nie zagracić sobie pokoju. Ciemna zieleń roślin idealnie kontrastuje z jasnymi ścianami, co postanowiliśmy w pełni wykorzystać. Kontrasty stały się podstawą naszej metamorfozy.

Zauważyliśmy, że nawet w tak jasnych pomieszczeniach nie trzeba bać się ciemnych (czarnych) elementów.

Metamorfoza naszego salonu

Sterylną biel postanowiliśmy przełamać czarnymi półkami, które idealnie komponują się z ciemną kuchnią i korytarzem. Nie mogliśmy znaleźć odpowiedniej wielkości półek (50 cm szerokości) dlatego kupiliśmy dwie deski 2m, bejcę i sami zrobiliśmy półki. Deski nie są dokładnie pomalowane, dzięki czemu w licznych miejscach prześwituje ślad drewna, idealnie podkreślając botaniczny charakter naszego salonu.

Dwie górne półki zapełniliśmy zielenią pasującą do roślin z wyspy kuchennej i kompozycji z sukulentów nad sekretarzykiem. Dolna półka pełni funkcję stoliczka.

Mieszkanie w stylu botanicznym

Mieszkanie w stylu botanicznym

Pustą przestrzeń między kanapą a stołem przełamaliśmy dużym drzewkiem palmowym, które stanowi połączenie między paprocią i figowcem (roślinami z salonu) z drzewkiem bonsai i liwistoną znajdującymi się na drewnianej wyspie kuchennej.

Mieszkanie w stylu botanicznym

kompozycja z sukulentow

Całość dopełnia mały aloes na stoliczku kawowym. Zdecydowaliśmy się na małą roślinę a nie cyklicznie kupowane cięte kwiaty, aby nie zasłaniać obrazu telewizora oraz aby roślina posłużyła nam na dłużej.

Mieszkanie w stylu botanicznym

Dajcie koniecznie nam znać jak podoba Wam się końcowy efekt!

Ja jestem szalenie dumna z metamorfozy! Małym kosztem stworzyliśmy totalnie inny klimat! Nasze mieszkanie nabrało stylu i charakteru. A wszystko to dzięki roślinom i sprytnym połączeniem kolorów.

Szalenie zachęcam Was do kombinowania, kreatywnego podejścia w urządzaniu mieszkania i do odwagi. Dzięki nietypowym połączeniom można osiągnąć niezmiernie zadowalający efekt!

My jesteśmy oczarowani naszym salonem. Stworzyliśmy coś co jest totalnie inne i przede wszystkim – nasze.

#MeToo – akcja ujawniająca hipokryzję kobiet

Zapewne kojarzycie hashtag #MeToo. Kobiety z całego świata, które kiedykolwiek były molestowane seksualnie, na swoim profilu na facebooku piszą #metoo, przyznając się tym samym do tego, że kiedyś i je to spotkało. Nie zabrakło także licznych wpisów od Polek.

metoo

#MeToo – akcja ujawniające hipokryzję kobiet

Najbardziej wstrząsający wpis jaki przeczytałam brzmiał tak:

“Masz 9 lat. Na przeglądzie stomatologicznym dentysta znajduje ubytek. Zabiera się za borowanie bez znieczulenia. Protestujesz i słyszysz że “wszystkie baby to jednak histeryczki, nawet te małe”. Zaczynasz protestować głośno i wyrywać się z fotela. Na to wpada mama, robi awanturę dentyście i zabiera Cię na prywatną wizytę.

Masz 13 lat. Jesteś na wycieczce szkolnej w Warszawie. W autobusie na Powązki ścisk jak w puszce z sardynkami. Jesteś wygadaną prymuską tym większym zaskoczeniem jest, że kiedy mężczyna za Tobą zaczyna się o Ciebie ocierać wręcz zamarzasz. Nie reagujesz w ogóle mimo, że wiesz doskonale w teorii co się dzieje. O rozmnażaniu i życiu płciowym przeczytałaś dwie książki, jeden prawie podręcznik z graficznymi ilustracjami. Kiedy czujesz rękę na pośladku chcesz jedynie wymiotować. Nie mówisz nikomu.

Masz 15 lat.
Jesteś na kolonii nad morzem. Z kilkoma koleżankami przystajecie przed plakatem reklamującym koncert w najbliższy weekend. Ruszacie za resztą grupy kiedy z krzaków wyskakuje mężczyzna w trenczu, rozchyla go i zaczyna się masturbować. Uciekacie i mówicie od razu opiekunce grupy. Dostajecie burę za zostawanie w tyle.


Masz 21 lat.
Po raz pierwszy z grupą przyjaciół wyjechaliście za granicę zarobić na kolejny rok studiów. Wracając z pracy w zatłoczonym autobusie czujesz to samo co wtedy w Warszawie. Ocieranie się i chwilę potem erekcję między pośladkami. Chwilę potem rękę. Odwracasz się i patrzysz prosto w oczy mężczyzny w długiej białej szacie. Po angielsku prosisz żeby się odsunął i przestał się o Ciebie ocierać. Słyszysz że masz paranoję i masz sobie nie pochlebiać. Za moment sytuacja się powtarza. Zaczynasz mówić podniesionym głosem. Robi się trochę miejsca, bo ludzie wysiadają na przystanku, więc mężczyzna Cię odpycha i zaczyna coś krzyczeć w nieznanym Ci jezyku. Gotuje Ci się krew i po kolejnym popchnięciu go policzkujesz. Przez chwilę jest szok, potem wybuch agresji. Kilku pasażerów staje po Twojej stronie. Ktoś proponuje wezwanie policji i sprawdzenie zapisu cctv. Na najbliższym przystanku mężczyzna wyskakuje i ucieka. 

Masz 29 lat. W szpitalu badanie ginekologiczne przeprowadza pan ordynator. Po przeczytaniu Twojej karty mówi, że może diagnostyka niepłodności jest niepotrzebna. On ma kilkoro dzieci, może niech mąż z nim pogada “hahaha”, a Ty możesz z panią Beatką, też ma kilkoro i lubi seks “hahaha”. Patrzysz na panią Beatkę, udaje że nie słyszy. Mówisz ordynatorowi, że kolejną taką uwagę zgłaszasz od razu do rzecznika praw pacjenta. Od tamtej pory mówi do Ciebie tylko per “szanowna pani”.

Kilka dni później Twoja współlokatorka z pokoju, maleńka 14 latka wraca z badania zapłakana. Wychodzicie do barku szpitalnego. Kupujesz jej pierwszą w życiu kawę i ciastko i udaje Ci się poskładać obraz sytucji. Pan ordynator pomimo zgłoszenia że jest dziewicą zbadał ją metalowym wziernikiem, strasznie ją bolało, poleciała krew. Kiedy się rozpłakała powiedział, że tak tak panny zawsze na początku płaczą a potem im się robi przyjemnie. Namawiasz ją na ściągnięcie rodzica i zgłoszenie tego do rzecznika praw pacjenta. Nie zgłaszają.”

 

Czytając go, czułam jak krew odpływa mi z nóg. Nie wierzyłam. Nie mogłam, nie byłam w stanie sobie tego wszystkiego wyobrazić. Czytając to czułam, jakbym stanęła obok siebie. Jak tak można?! – brzmiało w mojej głowie, choć nawet nie zastanawiałam się nad odpowiedzią. To po prostu nie mieściło mi się w głowie!

 

Druga historia, która mną wstrząsnęła, brzmiała tak:

“Nie będzie to opowieść o molestowaniu ze strony faceta. Owszem, nie raz słyszałam gwizdy, cmokanie ze strony przypadkowych mężczyzn na ulicy, ale nie traktuję tego jako molestowanie tylko jako, hmmm, prymitywne komplementy, które spływają po mnie jak po kaczce. Dwa razy doświadczyłam molestowania ze strony kobiety. Pierwszy raz miał miejsce na weselu. Poszłam do łazienki skontrolować czy dalej wyglądam tak pięknie jak kilka godzin temu czy już alkohol zdążył odcisnąć piętno na mej urodzie. Nawet nie zdążyłam przyjrzeć się sobie w lustrze bo jakaś głupia pinda stwierdziła, że dalej jestem piękna i zaczęła łapać mnie za tyłek i ciągnąć do kabiny. Strzeliłam w tleniony łeb i wyszlam. 
Drugi raz miał miejsce w gabiniecie lekarskim. Kilka lat temu mialam problem ze skurczami mięśni w okolicach żeber, czasem bylo to bolesne. Pani doktor, która mnie badała, nie mogła skumać, że boli mnie koło 10 cm pod biustem a nie piersi. No chyba, że aż tak mało znam się na anatomii i żebra mam w piersiach. Owszem, rozumiem, że powinna sprawdzić także te okolice, ale byłoby miło, gdyby badała także miejsce, które jej wskazałam. Kilka dni później poszłam do lekarza faceta, potraktował mnie super i niedługo problem z żebrami był rozwiązany. Natomiast pani doktor okazała się niespełnionym ginekologiem.”

 

Zastanawiacie się pewnie gdzie w tym wszystkim jest hipokryzja kobiet. Otóż powiem Wam – w ich reakcji.

Pod postami autorki drugiego tego wpisu pojawiły się komentarze sugerujące, że ona przesadza! Przecież “lekarz ma obowiązek sprawdzić także piersi – ból może być przecież promienisty”. Nie były istotne słowa autorki postu mówiące, że przecież “nie samych piersi powinna badać!”. Pierwsze komentarze jakie zabrzmiały – były krytyką w stronę autorki!

Dla mnie to było nie do pomyślenia. Jak kobieta może zwalić winę na kobietę?! 

 

Miliony kobiet solidaryzuje się ze sobą umieszczając hashtag “MeToo”, wzbierają w sobie kolosalne pokłady odwagi aby opowiedzieć swoją historię, opowiedzieć innym kobietom, opowiedzieć na forach poświęconych TYLKO kobietom – i w odpowiedzi dostają od tych kobiet cios. Pouczanie.

 

Przeraża mnie jak w internecie kobiety przybierają rolę mężczyzn. Jak krytykują, mówią, że “pewnie same sobie byłyście winne”.  Kobieta kobiecie. Jak umniejszają zdarzeniu wagę mówiąc “e tam, norma, mnie to spotkało już 2 razy”. Czy dwukrotnie zgwałcona kobieta powiedziałaby, że gwałt to norma? Bo przecież – już dwa razy.

W tym momencie czuję się zagubiona

Z jednej strony kobiety wychodzą walczyć o swoje prawa. Z jednej strony solidaryzują się, nagłaśniają problem przemocy seksualnej (!) chcą walczyć z nim razem i na całym świecie. A z drugiej strony same siebie krytykują i umniejszają sprawie rangi. Same powodują, kobiety wśród kobiet, że strach jest się odezwać i powiedzieć o swoich przeżyciach, doświadczeniach.

Podziwiam te wszystkie kobiety, które nie boją się mówić. Które nie dość, że nie boją się krytyki, to mają siłę by powiedzieć na głos, i odwagę, by wziąć na klatę wszystkie negatywne komentarze.

Zewsząd słyszę głosy, że państwo, władza, mężczyźni, ludzie – powinni zmienić swój stosunek do kobiet. Słyszę to od mężczyzn i kobiet, że ludzie powinni spojrzeć na nas, kobiety, naszymi oczami. Powinni zrozumieć, że dla nas to nie jest normalne paradować z odkrytymi sutkami ot tak, niczym mężczyzna w upalny, miejski dzień. Nie rozumiem jak kobiety mogą kobietom kłaść kłody pod nogi. Jak mogą je dołować, upokarzać, umniejszać ich cierpieniu i to w tak delikatnej sprawie. Nie rozumiem jak ma zadziać się rewolucja w państwie, w którym kobieta jest kobiecie… .

Szalenie podziwiam kobiety, które mają w sobie odwagę powiedzieć o tym co je spotkało. I szalenie mi wstyd za kobiety, które tym kobietom odbierają wiarę w siebie, w swoją kobiecość i swoje prawa. Nie rozumiem jak kobieta nie może stanąć za kobietą.

 

 

8 cech, które w sobie lubię!

Dziewczyny, ale szczerze: czy będąc ostatnio na ciuchowych zakupach i po przymierzeniu jakiegoś ubrania czułyście lekką goryczkę? Nie przeszedł Wam przez głowę taki mały, malusi smuteczek, że ciuch fajny ale nie dla Waszej figury? Albo, że tak dziwnie układa się w boczkach?

Nie zdarza Wam się coś takiego?

Kiedyś takie sytuacje powodowały u mnie małego doła. Jak miałam gorszy dzień i nie daj Bóg przymierzyłam kolejną śliczną sukienkę, w której wyglądałam jak urwana z choinki – czułam jak popadam w kompleksy. Za duże biodra, za mały biust i nogi po tacie. Odechciewało mi się dnia.

Dziś już tak nie jest! W końcu wpoiłam sobie, że jest tyle kobiecych sylwetek, że nie sposób we wszystkim wyglądać dobrze! Może ta sukienka nie była dla mnie, może w tej sukience wyglądałam źle, ale przecież mam wiele innych atutów! I to właśnie na tych atutach powinnam się skupiać i od nich uzależniać swój humor, swój nastrój – a nie od źle dopasowanej kiecki!

8 cech, które w sobie lubię

1. Bezproblemowość 

Kiedy byłam na studiach i chciałam spędzić ze znajomymi czas inaczej niż nad Wisłą, Nowym Świecie czy u kogoś w mieszkaniu – oni zawsze kręcili nosem. Pojechanie gdzieś dalej nie wchodziło w grę – nie chciało im się. Za każdym razem dziwiłam się jak tak można?! Ile fajnych rzeczy ich omija bo we wszystkim widzą problem: a bo daleko, a bo pociągiem, a samochodem to paliwo drogie, a komary, a kleszcze. – Wszędzie widzieli minusy.

2. Stópki 

Choć uważam stópki za najohydniejszą część ludzkiego ciała – lubię swoje stópki. Są wąskie, zgrabne przez co mają śmieszne paluszki. Lubię też jak wyglądają w półtrampkach (stópki, nie paluszki).

3. Dziecinność 

Czasem jestem dziecinna. Czasami dostaję na blogu komentarze, że jestem niedojrzała. Wręcz niedojrzała na małżeństwo! Ale lubię to. Lubię to, że w tak codziennych, błahych sprawach potrafię dostrzec odrobinę szaleństwa. Że codziennie śmiejemy się z Mężem i przybijamy żółwika obrączkami.

4. Wrażliwość

Potrafię wzruszać się kilka razy dziennie! Wszystko mnie wzrusza. Starsza para trzymająca się za ręce, mama głaszcząca dziecko, mama ptak karmiąca małe, widok mężczyzny przepuszczającego panią w kolejce. Wzruszają mnie takie małe akty dobroci. A najbardziej wzrusza mnie mówienie o miłości. Miłość jest cholernie wzruszająca!
Dzięki mojej wrażliwości wydaje mi się, że świat, który tworzę jest szczęśliwszy, bardziej dobry, mniej nudny u złośliwy.

5. Fascynacja światem

Na instastory pokazywałam Wam nasze lampeczki na balkonie. Wyobraźcie sobie, że ptaki upodobały sobie różowe kuleczki i właśnie te różowe są podziobane i wychodzą z nich nitki. Dla mnie to fascynujące, dlaczego akurat różowe?! Przecież są jeszcze żółte i zielonkawe?
Często gdy coś widzę zastanawiam się DLACZEGO tak się dzieje. Co czymś kieruje, co jest czego powodem. Fascynuje mnie to co jest dookoła dzięki czemu mój świat nie jest nudny.

6. Cieszę się z osiągnięć innych

Szalenie lubię tę moją cechę! Nie zazdroszczę innym zaprzyjaźnionym blogerkom ich osiągnięć. Nie czuję się gorsza, bo im coś wychodzi czy mają lepsze zasięgi od moich. Należało im się to! Wręcz cieszę się, że są moimi koleżankami i mogę od nich czerpać wiedzę!

7. Widzę pozytywy gdzie ich nie ma

Tego nauczyła mnie w dzieciństwie moja mama – widzieć dobre strony. Kiedy patrzę na siebie, swoje włosy, swoje baby hair tuż po deszczu – myślę sobie: jeju naprawdę moja buzia wygląda jak duży niemowlak co jest dla mnie dość zabawne.
Czasem, gdy przeszkadza mi mój mały biust, myślę sobie – kurcze koleżanka ma wielki biust i ją często strasznie bolą plecy. Na szczęście ja tego problemu nie mam.

8. Lubię spędzać czas sama

Lubię to, że nie potrzebuję być w centrum uwagi by być szczęśliwa. Dobrze czuję się sama w domu, sama z książką, sama z filmem. Nie widzę problemu gdy Dawid gdzieś chce wyjść czy wyjechać. Ja wtedy mam czas dla siebie, który dobrze wykorzystuję.

co w sobie lubie

Dziewczyny, szczerze, co w sobie lubicie?
Patrzycie na siebie i co widzicie? Z czego jesteście zadowolone? Podajcie 8 cech!

 

Wpis powstał w ramach akcji #umiem_liczyc_do_8, której celem jest pozytywne spojrzenie na siebie! Zewsząd dobiega nas hejt i krytyka przez co zapominamy o tym co dobre. Zmieńmy to! spójrzmy na siebie łaskawszym okiem i pogadajmy o tym co w nas dobre :).

“Najlepsze związki to te, w których…”

Śmiać mi się chce, kiedy czytam “najlepsze związki to te, w których…”. Chichoczę sobie na myśl, że związek, relację, możemy stopniować niczym przymiotnik. Bo związek może być dobry, lepszy i najlepszy. Może być też zły, gorszy i najgorszy. Ale nie może być związkiem. Zwykłym, normalnym związkiem. Kotów też nie ma zwykłych. Są bardziej koty i mniej koty. Mogą być koty najkotsze ze wszystkich kotów!

najlepsze zwiazki

Najlepsze związki to te, w których…

Ostatnio przeczytałam, że “najlepsze związki to te, w których nie musimy kłamać”. Najlepsze (!) to te, w których nie musimy (!). Idąc tym tropem, w normalnych związkach kłamiemy bo tak, bo lubimy. To co robimy w najgorszych związkach? Mówimy prawdę?

Zastanawiałyście się kiedyś kto jest targetem takich tekstów? Jaka jest ich grupa docelowa? Są to kobiety, którym brak!
Brak im ciepła, miłości, uwagi, zrozumienia ze strony partnera. To kobiety, które mają w sobie ogromny żal. Które czują się nierozumiane przez teoretycznie najbliższą im osobę. Te kobiety czują potrzebę wyrzucenia z siebie tego co je boli, poprzez napisanie “tak, to prawda, kochana, doskonale cię rozumiem bo mój facet też ciągle kłamał”.

 

Problem polega na tym, że związek to rzeczownik, którego się nie stopniuje. Nie można być bardziej ani mniej w związku; ani w związku dobrym, lepszym i najlepszym. Związek albo jest, albo go nie ma. Albo jesteście razem – razem mieszkacie, razem okazujecie sobie zrozumienie i szacunek, albo łudzicie się, że coś was łączy choć tak naprawdę jesteście po prostu współlokatorami, dwojgiem osób w dziwnej relacji.

 

W zdrowym związku, normalnej relacji – nie musimy i nie czujemy potrzeby kłamać. W normalnym związku jesteśmy sobą. Mówimy co chcemy i robimy co chcemy bez skrywania się po kątach i balansowania między tym co prawdziwe a co wypada.
Będąc w gimnazjum, w obawie przed konsekwencjami, nie mówiliśmy rodzicom, że piliśmy piwo. Będąc dorosłym, kłamiemy – bo nie chcemy słuchać gadania. Bo chcemy spokoju. Bo jest nam wszystko jedno.
Ani w najlepszych związkach, ani w dobrych, ani normalnych związkach – nie jest nam wszystko jedno. W normalnym związku tak zwyczajnie, po ludzku zależy nam na sobie i się nie boimy.

Związek, w przeciwieństwie do przymiotników, jest zero-jedynkowy. Albo jest, albo go nie ma. Jeśli jest zły – to nie jest związkiem a zwykłą, toksyczną relacją. Żyjąc z kimś nie możemy zadowalać się półśrodkami. Będąc z kimś, ten ktoś jest dla nas najlepszy. Nie “musi być”. On – jest! I dlatego to jest tak piękne.

#MyFirst7Jobs – moje pierwsze 7 prac!

#MyFirst7Jobs – moje pierwsze 7 prac!

Kiedy pierwszy raz usłyszałam o akcji #MyFirst7Jobs myślałam, że nie będę w stanie nic napisać. No bo – co to były za prace? Ale kiedy przysiadłam do tego “na serio” – na serio sama zaczęłam się śmiać.
Wiecie jak to jest z tymi pracami – najważniejsze, by KTOŚ dał nam SZANSĘ!

#MyFirst7Jobs – moje pierwsze 7 prac!

1. Ulotki i Kupieckie Domy Towarowe
Swoje pierwsze groszówki zaczęłam zarabiać w gimnazjum. Kolega z podstawówki zapytał mnie, czy nie chciałabym spędzić kilku godzin na rozdawaniu ulotek. Było lato – więc czemu nie? Do dziś pamiętam jak oboje kucaliśmy przed kupieckimi domami centrum i tylko wystawialiśmy rękę do góry z ulotką. I wiecie co? Działało! Ludzie brali – chętniej, niż jak staliśmy i “och, może ulotkę? och, zapraszamy”.
Kiedy poszłam do naszego “szefa” po nowe ulotki, ten powiedział mi: siedź tu, i jak ktoś będzie chciał coś kupić to sprzedaj. Czapki są po tyle, to po tyle. Ja wychodzę i niedługo będę. Za każdą sprzedaną rzecz masz X zł. Byłam mega zestresowana!
Do dziś się zastanawiam – kto normalny powierza cały butik dziecku?!

2. Hostessa
Pracowanie jako hostessa było fajne! Ale wiecie co? To jest strasznie przykre, ile dostaje się kasy za ładny wygląd (wtedy ważyłam dobre -10kg) a ile zarabia się w swojej pierwszej, drugiej pracy po studiach. To jest chore! Do dziś na rękę na etacie nie zarabiam tyle, co jako hostessa.
Choć dzięki pracy jako hostessa poznałam niesamowitych ludzi, mega inspirujących, miałam przyjemność brać udział w różnych konferencjach i jeść niesamowite pyszności!

3. Wprowadzanie danych
To był mój kierat w czasie studiów. Na 7 rano chodziłam do pracy, by później lecieć na 15:00 na zajęcia. Z początku pracowałam tak 5 dni w tygodniu, ale fizycznie już nie dawałam rady. Szkołę kończyłam o 21, o 22 byłam w domu, około 24-2 szłam spać by o 5 wstawać. A w międzyczasie jeszcze nauka na kolokwia.
Mimo wszystko bardzo dobrze wspominam ten czas. Jeżdżąc tyle po Warszawie nadrobiłam ogrom książkowych zaległości!

4. Kelnerka
Nie uwierzycie ale zawsze chciałam popracować jako kelnerka!
Wiele moich koleżanek i kolegów dorabiało sobie jako kelnerzy a ja nigdy. Byłam strasznie ciekawa jak to jest być kelnerką. I wiecie czego nauczyła mnie ta praca? Nigdy nie wkładajcie serwetek do szklanek, filiżanek czy pucharków po lodach! Nie ma nic bardziej upierdliwego jak wydłubywanie ich.

5. Firma audytująca hipermarkety
Moja pierwsza praca w zawodzie!
Jeżuniu jaka ja byłam dumna z siebie, że dostałam tam pracę! Czułam się jakbym złapała Pana Boga za Jego cudne nóżki. Dzięki tej pracy poznałam jak funkcjonują niektóre hipermarkety i czego broń Boże nie kupować.
W tej pracy, pierwszy raz musiałam skonfrontować to, czego mnie uczono jak książkowo wyglądają pewne rzeczy – z codziennością, z bieżącą produkcją, pracą.

6. Kontroler jakości w piekarni
Jeszcze do niedawna pracowałam w piekarni na stanowisku kontrolera jakości. Moim zadaniem było dbanie o jakość kajzerek, bułek, chlebów i bagietek.
Wiecie co było dla mnie z początku najtrudniejsze? Pogodzenie się z tym, ile marnuje się pieczywa! Były momenty, że po kajzerkach my po prosu chodziliśmy!!

To chore. Ale straty na takiej produkcji są przeogromne!
W tej pracy przekonałam się, że czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal.

I wiecie co? Nigdy nie byłam z siebie tak dumna, jak z rzucania tej pracy!

7. Pełnomocnik do spraw jakości
Piekarnię rzuciłam przez totalny brak możliwości rozwoju. Mój kierownik powiedział mi w prost: uważam, że jesteś zbyt energiczna do tej pracy. Więc znalazłam nową pracę – na jego stanowisku!

Jestem odpowiedzialna za cały zakład produkcyjny, nadzoruje w nim jakość, dbam o to, by zakład przeszedł kontrole inspekcji państwowych.
Kiedyś marzyłam o tym by mieć staż u boku kogoś takiego. Dziś – to ja pełnię tą rolę.
Jak byłam na studiach marzyłam o pracy raz, że w zawodzie, a dwa – w jakości, kontroli jakości, w systemach bezpieczeństwa żywności. To jest coś, co mnie szalenie interesuje! Po ukończeniu studiów byłam mega załamana jak ciężko w Warszawie o pracę na podobnym stanowisku. Nie oszukujmy się – Warszawa nie jest najlepszym (najtańszym) miejscem na fabryki. A ja, wtedy z Warszawy, nie chciałam wyjeżdżać.
Dziś nie dość, że mieszkam w Warszawie, to jeszcze mam pracę, do której chodzę z ogromną przyjemnością!
Niektóre, poprzednie prace dały mi mocno w kość. Ale dzięki nim dzisiaj pracuję spokojnie.

A jak Wasze ścieżki kariery? Macie tak, że z małym uśmiechem/śmiechem wspominacie jakieś swoje dawne prace? Pracowaliście w jakiejś firmie, która dała Wam mocno popalić?

Uchylcie rąbka tajemnicy i powiedzcie czym się zajmujecie na co dzień :) Cóż za specjalistów mamy tu na swoim! :)

Muffiny czekoladowe – najszybszy przepis świata!

Macie tak, że czujecie się źle po zjedzeniu kupnych ciastek? Ja tak mam. Po zjedzeniu sklepowych delicji, ciastek z galaretką, ciastek polanych czekoladą boli mnie brzuch.

Zainspirowana informacjami z Food and Health Conference zorganizowanej przez doktor Anię postanowiłam upiec babeczki, aby mieć coś słodkiego, naturalnego do porannej kawy.
Przepis i wykonanie są niesamowicie proste! To takie: babeczki w 5 min, gdy usłyszysz, że goście zaraz będą a ty nie masz w domu nic słodkiego.

muffinki czekoladowe przepis

Muffiny czekoladowe

[wc_row]

[wc_column size=”one-third” position=”first”]

Składniki suche:
350g mąki
cukier waniliowy
2 łyżeczki proszku do pieczenia
3 łyżki kakao

[/wc_column]

[wc_column size=”one-third”]

Składniki mokre:
1 jajko
125 ml oleju
1 szklanka mleka

[/wc_column]

[wc_column size=”one-third” position=”last”]

Dodatkowo:
1/3 tabliczki czekolady

Opcjonalnie:
130g cukru

[/wc_column]

[/wc_row]

Sposób przygotowania:
W misce mieszam wszystkie składniki suche. Jako, że ja jestem wyjątkowym leniuszkiem kulinarnym i staram się ograniczyć wszelkie czynności do minimum – składniki mokre od razu leję do słoika. Słoik zakręcam i wytrząsam wszystko aż się połączy i dodaję do miski ze składnikami suchymi.

Kiedy produkty już się połączą dodaję pokrojoną w grube kosteczki tabliczkę czekolady. Ja wybrałam czekoladę studencką ze względu na dużą zawartość kakao, rodzynek i orzechów.

Całość daje dość gęstą masę, którą przekładamy do foremek.

czas pieczenia: 25 min
temperatura: 180stC

muffiny czekoladowe

muffinki czekoladowe

Zdecydowanie najlepiej smakują w weekendowy poranek do kawy!

 

Jak dobrze mieć sąsiada

Pamiętacie, kiedy pierwszy raz usłyszałyście głos swojego faceta? Ja miałam 12 lat (!) jak pierwszy raz usłyszałam głos Dawida. Rozmawiałam akurat przez telefon z Dawida kolegą. Kolega przerwał na chwilę rozmowę ze mną, ale nie rozłączył się, przez co mogłam usłyszeć:
– Hej.
– Joł.
– Ziom, masz trochę cukru?
– Cukru?
– Nooo… mama piecze ciasto, wiesz, i jej cukru zabrakło. Hehe.
– Hehe, ile chcesz?
– Daj do tej szklanki.

dobre relacje z sasiadami

Jak ważne są dobre relacje z sąsiadami

W całym swoim życiu mieszkałam w 3 miejscach, ale za każdym razem w bloku. Mieliśmy totalnie różnych sąsiadów! Z jednymi, pierwszymi, do dziś mamy kontakt. Są dla nas jak rodzina.
Kiedy byłam małym dzieckiem ich mieszkanie traktowałam jak przedłużenie swojego. Wchodziłam bez pukania, trzaskałam drzwiami wychodząc, wchodziłam do nich i wychodziłam milion razy dziennie.
Mieliśmy to szczęście, że całe osiedle było pełne dzieci. Kiedy chciało ci się siku albo pić – biegło się do pierwszego lepszego mieszkania. To było tak normalne (!)
Najlepszy czas!
W drugim bloku też mieliśmy zaprzyjaźnione rodziny. Nigdy nie zapomnę jak poszłam do sąsiada o 22 prosić go aby… upiekł mi sernik. Dacie wiarę?
Tego wieczora miał przyjechać do mnie Dawid. Chciałam go zaskoczyć, zrobić dla niego coś miłego, specjalnego ale pech chciał, że wywaliło nam gniazdko, a ja z mamą nie umiałyśmy sobie poradzić – a ciasto czekało na wypiek.
Sąsiad, mimo małego dziecka w domu i późnej godziny, wypiekł nam sernik. Następnego dnia przynieśliśmy mu kawałek ciasta w podziękowaniu.
dobre relacje z sasiadami
Kiedy natomiast koleżankę z górnego piętra zatrzasnęli w domu rodzice – ta rzuciła na mój ogródek swoje klucze bym mogła ją uwolnić.
Innym razem sąsiad dostał od znajomych kawę w ziarnach. Nie mając młynka do kawy poprosił nas o jej zmielenie.
Dobre relacje z sąsiadami są też bardzo ważne, kiedy jesteśmy już dużo starsi. Wyobraźcie sobie, że moja babcia ma u siebie na piętrze zaprzyjaźnione inne babcie. Codziennie dzwonią do siebie, chodzą, robią sobie zakupy i sprawdzają czy nic się nie stało.
Któregoś razu będąc u babci usłyszałam pukanie do drzwi. Nie otwierałam, bo przecież – to na pewno nie do mnie. W pewnej chwili drzwi otwierają się a do środka zagląda starsza pani. Widząc mnie mówi:
– Ach, Asiu ja przepraszam, że tak zaglądam, ale słyszałam telewizor, nikt nie otwierał, bałam się, że może babcia zemdlała, coś się stało. 
To było mega szalenie fajne!
Wiecie, w domu spędzamy jednak dużą część swojego czasu. Mijamy się na klatkach, w garażu, czasem spotykamy w osiedlowych sklepach. Czasem będziemy mijać się tak długie lata. Dobrze by było być dla siebie życzliwym. Nigdy nie wiadomo, kiedy będzie nam potrzebna pomoc sąsiada. A zawsze to milej zamienić kilka słów jadąc razem w windzie niż wbijać wzrok w podłogę.
A jakie jest Wasze najprzyjemniejsze wspomnienie z sąsiadem w roli głównej? Opowiedzcie swoje historie! Czuję, że możecie mnie porządnie zaskoczyć! :D

NFZ – robisz to dobrze!

Wielu Polaków (jak nie wszyscy) narzeka na narodowy fundusz zdrowia. Źe długie kolejki, że długo się czeka, że chamsko, niekulturalnie i niesmacznie. Gdy dziś spędziliśmy pół dnia w przychodni – zrozumiałam. NFZ zaorał pole! Stworzył taki biznesplan, którego nie powstydziłby się niejeden uczestnik programu Dragon Den!

Typowy dzień w NFZ

Recepcja. 

Aby do niej dojść trzeba wejść po schodach. Nie ma podjazdu. Dla osoby młodej to pikuś, ale dla starszej pani poruszającej się o kulach – to niemiłosierny trud.

W recepcji pani – jak to w państwówce:
– Dowód – w domyśle – poproszę dowód osobisty. – Budynek 4.
Aha. Ok, dzięki. 
– A… gdzie jest budynek 4?
– Widzi te drzwi? Na końcu korytarza w lewo.

Idziemy przez korytarz. Stare kafelki, obdrapane drzwi, pękający, odpadający tynk. Drewniane ławki po bokach korytarza złączone drewnianą deską. I ten smród moczu… . Ohyda!

narodowy fundusz zdrowia, nfz

Budynek 4.

Do budynku nr 4 było kilkaset metrów. Droga prowadzi kolo kasztanowca. Cały chodnik, ulica w kasztanach i łupinkach po nich. Dla osoby młodej nie ma problemu by po nich przejść. Dla osoby starszej, która nie jest tak zwinna – strach. Czy się nie poślizgnie, nie nadepnie, nie przewróci się? Czy kasztan nie trafi w głowę spadając z drzewa?

W budynku nr 4 widać tylko ochroniarza:
– Przepraszam, mam tu skierowanie od lekarza, czy jest tutaj jakaś recepcja?
– Nie ma. Proszę pójść do pielęgniarek, to 2 drzwi po prawo.

W pokoju socjalnym są 3 pielęgniarki. Jedna z nich bierze skierowanie i informuje mnie, że lekarz jest w budynku nr 4a. Tam musimy się udać.

Budynek 4a.

Budynek był zamknięty na klucz. Pielęgniarka otworzyła go i wpuściła nas wraz ze starszą panią. Po kilku minutach przyszedł lekarz. Po obejrzeniu pacjentki powiedział:

– Tu jest skierowanie na zatrzymanie pani w szpitalu. Proszę udać się znów do recepcji, zarejestrować się i wrócić do budynku nr 4.

narodowy fundusz zdrowia, nfz

narodowy fundusz zdrowia, nfz

napis na drzwiach: proszę zamykać drzwi !!! bo nam zimno, podpisano (gołębie)

narodowy fundusz zdrowia, nfz

narodowy fundusz zdrowia, nfz

I wtedy zrozumiałam! NFZ miał najlepszy biznesplan w historii! Logika:

1. Stwórz instytucję, na którą będzie trzeba obowiązkowo płacić – by później móc mówić, że jest za darmo.
2. Stwórz takie miejsce pracy, do którego nie chce się chodzić, które jest przygnębiające i nie rodzi w tobie potrzeby rozwijania się.
3. Stwórz miejsce, w którym odechciewa ci się żyć, wszystko staje się obojętne, o wyleczeniu nie wspominając.
4. Stwórz limity miejsc tak, by nikt nie mógł się dostać zmuszając go do korzystania z prywatnej, innej firmy wciąż i tak płacąc tobie.

narodowy fundusz zdrowia, nfz

Któregoś razu słuchałam audycji jednego z psychologów, który mówił o wpływie wystroju. Mówił, że kiedy mieszkamy w nowym bloku – dbamy o części wspólne (klatki schodowe), o swoje mieszkanie. Jest ładnie – i chcemy otaczać się ładnymi rzeczami. Ale kiedy zamieszkamy w obskurnej kamienicy – nie chce nam się dbać o jej wygląd, czystość, porządek, zapach i bardzo często też mieszkania w takich kamienicach nie wyglądają najlepiej; bo wnętrze klatki schodowej, otoczenia bloku tak właśnie na nas działa.

 

Jak więc pacjent ma wrócić do zdrowia, dobrej kondycji, kiedy będąc na swojej sali widzi popękane ściany, brudną biel, a na korytarzu śmierdzi moczem, jest ciemno, ponuro, ławki są poprzybijane do siebie dechami?

 

Chciałoby się Wam wracać do zdrowia w takim miejscu? Albo w nim pracować dzień w dzień?

DIY: Dekoracja z sukulentów

Pierwszym meblem jaki kupiłam do naszego mieszkania był sekretarzyk. Tak bardzo chciałam go mieć, że kupiłam go jeszcze chyba przed kupnem mieszkania. Jednak odkąd sekretarzyk dzielnie służy mi za stanowisko pracy – tak długo ja nie umiałam go zagospodarować. Wszystko co na niego stawiałam było złe, nieodpowiednie, wyglądało brzydko, tworzyło wizualny bałagan.

Mając już totalnie dość nijakiego wyglądu postanowiłam postawić na nim coś dużego, co zajmie mi przynajmniej połowę powierzchni. I tak wpadłam na pomysł doniczki z sukulentami!
Dacie wiarę, że spędziłam w sklepie ponad godzinę na wybieraniu odpowiednich sukulentów i doniczki? Ale było warto! Zobaczcie same:

kompozycja z sukulentow

Co musisz wiedzieć tworząc kompozycję z sukulentów

. Sukulenty potrzebują specjalnej ziemi. W sklepach ogrodniczych możesz szukać tej do kaktusów.
. Sukulenty lubią nasłonecznione miejsca.
. Wzmożony okres podlewania przypada na wiosnę. Zaleca się podlewać sukulenty około raz na dwa tygodnie.
. Nie nawozimy świeżo przesadzonych sukulentów.
. Nie podlewamy świeżo przesadzonych sukulentów.

 

dekoracja z sukulentow

dekoracja z sukulentow

Jestem totalnie zakochana w tej dekoracji! Zainspirowała nas do wprowadzenia zmian w naszym mieszkaniu. Efekty pokażę Wam niebawem.

 

Jak Wam się podoba nasze DIY?