„Jesteś żoną! A żony są od marudzenia!”

Ostatnie dni były dla nas pełne zmęczenia. Od regularnych wizyt u weterynarza, po Dawida złe samopoczucie i moje przemęczenie. W domu zaczęły pojawiać się góry i doliny ściągniętego z suszarki ale niepochowanego prania, sterty naczyń, których do zmywarki nie włożymy, a które uniemożliwiają mycie czegokolwiek w zlewie – więc w konsekwencji – leżą koło zlewu.
Na stole kilka kubków po porannej kawie i kilka talerzy po wieczornej kolacji.

Godzina 20:30 właśnie skończyło się pranie… .

„Jesteś żoną! A żony są od marudzenia!”

Ostatnie dni były dla nas pełne zmęczenia. Od regularnych wizyt u weterynarza, po Dawida złe samopoczucie i moje przemęczenie. Głowa pełna pomysłów i organizm pełen niedoborów sił. I to nieszczęsne pranie. Mam alergię na mokre pranie pozostawione w bębnie.
Ech, rozwieszę je i idę spać – pomyślałam. Opuszczam jeden sznurek, ściągam suche skarpetki robiąc miejsca mokrym bluzkom. Schylam się do pralki i słyszę jak mąż puszcza jakiś film.
– Co oglądasz? – pytam wyciągając jego bordową bluzę.
– Sensacyjny jakiś. Raczej ci się nie spodoba – odpowiada otwierając pistacje.

 

Następnego dnia zaczęłam rozmawiać z mężem o porządkach w domu. O tej stercie czystych ciuchów, która wala się w sypialni po całej długości komody, a która na co dzień nie przeszkadza, bo drzwi do sypialni zamykamy.
I wtedy mój maż mówi do mnie, że jak następnym razem będę wieszać pranie, to mam go zawołać, słownie złapać za chabety, a on mi pomoże.
I tłumaczę mu wtedy, że ja nie jestem od proszenia. Ba! Nie jestem od kazania mu zrobić cokolwiek. Jestem żoną.
I on przerywa mi wtedy ten mój monolog, moją chęć wytłumaczenia, że związek, że para, że razem, że jedno gospodarstwo, i mówi mi, że żony są od marudzenia.

Tak mnie podsumował mąż.

I ja wtedy zaczęłam się zastanawiać nad stereotypami.
Nad stereotypowym postrzeganiem związku. Nad stereotypowym mężem, który w domu nic nie robi i nad stereotypową żoną, która jęczy, brzęczy i głowę suszy. Nad żartami o polskim domu i polskiej rodzinie. I nad tą cienką granicą między mówieniem żartem, a wiarą w usłyszane słowo. Nad cienką granicą między stereotypem, a prawdziwym życiem.

I kiedy w śmiechu dyskutowaliśmy nad porządkiem w naszym domu, między jednym zaparzeniem kawy a ostatnim łykiem, między „przesuń się” a „widziałeś moje kluczyki?” doszłam do wniosku, że czas zacząć wyraźnie, grubą krechą rysować swoje, nowe zwyczaje! Tupnąć nogą, aż pies zaspane oko otworzy i uchem wzdrygnie jakby komar jakiś przeleciał. Powiedzieć głośne, stanowcze O Nie!, na tyle głośno, aby ból porannego wygramolenia się z łóżka nie popsuł nam humoru na resztę dnia, i na tyle głośno, aby człowiek do człowieka miał ochotę się przytulić.

I kiedy w śmiechu dyskutowaliśmy nad porządkiem w naszym domu, między jednym zaparzeniem kawy a ostatnim łykiem zrozumiałam, że są żarty, które nie powinny nas już bawić. Które stają się niebezpieczne. Które potrafią rozrywać serce, jeśli pozwolimy śmiać się za długo, zbyt wiele razy… .

 

Nie chciałabym przekroczyć w naszym związku granicy, w której staniemy się stereotypowym mężem i stereotypową żoną.

 

Ostatnie dni były dla nas pełne zmęczenia. Od regularnych, codziennych, dzień w dzień przez dwa tygodnie wizyt u weterynarza po tym jak Czarek wdał się w bójkę z trzema innymi psami, po Dawida złe samopoczucie, przez które wylądował dzień wcześniej na SORze i wrócił tego dnia o trzeciej nad ranem do domu,  i moje przemęczenie… .

podobał Ci się ten post?

skomentuj go i puść dalej w świat!

Zatrzymaj się i tańcz | Sum #3

Zatrzymaj się i tańcz | Sum #3

Trzydzieści dni to dużo czy mało? Za każdym razem, kiedy przychodzi koniec miesiąca, kiedy piszę podsumowanie śmieję się z absurdu miesiąca. Trzydzieści dni - przecież to tak niewiele, tak mało. Jeden miesiąc. Jeden miesiąc, kiedy Ty żyjesz już tych miesięcy kilka....

Balkonowe ogródki – sadzimy w doniczkach na balkonie

Balkonowe ogródki – sadzimy w doniczkach na balkonie

Dwa lata temu, moja mama pierwszy raz dała mi kilka doniczek z pomidorkami koktajlowymi. Powiedziała mi wtedy: jak się przyjmą, to będziesz miała pomidorki, a jak się nie przyjmą - to wyrzucisz, co ci szkodzi wziąć? Uśmiałam się, ale moja mama ma właśnie takie...

Czy na pewno żyjesz po swojemu?

Czy na pewno żyjesz po swojemu?

Czy na pewno żyjesz po swojemu? Zdarzyło Wam się kiedyś wyjść z siebie, wpaść w złość, furię, bo miałyście dość udawania? Dość spełniania oczekiwań, grania roli w jaką wpadłyście? Roli, którą same stworzyłyście?  Czy bycie sobą, życie po swojemu możemy nazwać...

0 komentarzy

Wyślij komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Odbierz prezent

Darmowy e-book: Miniporadnik jak żyć wolniej na co dzień