utworzone przez WolnoWolniej.pl | cze 17, 2019 | żyć lepiej
Zastanawiałyście się kiedyś, jaka jest pierwsza zasada udanego małżeństwa? Ja, jak najbardziej, tak!
W zależności od okoliczności, w zależności od tego w którym miejscu znajduje się moje małżeństwo, o takiej pierwszej zasadzie myślę.
I to trochę jest zabawne, że kiedy mówimy o udanym małżeństwie, to tych pierwszych zasad jest, tak naprawdę, milion! I każda z nich jest równie ważna. I bez chociaż jednej – małżeństwo zacznie kuleć, chwiać się, sypać.
Dziś myślę o zasadzie bardzo ważnej, choć może i bardzo błahej. O zasadzie, która sprawia, że będąc dopiero u progu mieszkania można już ścielić sobie kanapę w salonie.
Pierwsza zasada udanego małżeństwa!
Jest taka zasada, którą powinni przestrzegać wszyscy – bez względu na łączące ich relacje. Bez względu, czy to dotyczy dzieci i rodziców, żony i męża, wnucząt i dziadków.
Ale w małżeństwie, ta zasada jest szczególnie ważna – bo nigdy z mężem (żoną) nie będzie łączyć nas tak silna więź, co z rodziną, co z rodzicem.
Żaden krzyk i żadna pretensja w rodzinie, nie pociągną ze sobą tylu negatywnych emocji co w małżeństwie. Mimo wszystko.
Gdybym miała wskazać pierwszą zasadę udanego małżeństwa, powiedziałabym, że jest to zaczynanie każdego spotkania z miłym słowem.
Kiedy budzisz się rano – powiedz czule dzień dobry kochanie.
Kiedy wracasz z pracy zmęczony – skup się na tym co dobre w domu. Powiedz coś miłego. Poświęć czas, uwagę.
Kiedy przychodzisz ze mną porozmawiać – zacznij od miłości. Nie wypinaj klatki piersiowej. Nie cofaj szyi i głowy. Nie rozchylaj ramion. Nie atakuj. Nie broń się.
Gdybym miała wskazać pierwszą zasadę udanego małżeństwa, powiedziałabym, że jest to zaczynanie każdego spotkania bez awantur. Bez pretensji. Bez przypierdalania się. Bez agresji.
Bo jeśli raz, drugi, trzeci, od progu stojąc w drzwiach, tuż po słodkim buziaku i ciepłym uścisku, tuż po miłych słowach “nareszcie w domu”, tuż od progu zapytasz mnie dlaczego tego nie zrobiłaś, czemu to tak jest, jeśli tuż od progu będę musiała ci się z czegoś tłumaczyć… .
Gdybym miała wskazać pierwszą zasadę udanego małżeństwa, powiedziałabym, że jest to brak agresji.
Brak przygnębienia, że zaraz wróci z pracy. Brak strachu, co zaraz może się wydarzyć. Brak niepewności.
W małżeństwie – nie muszę ci się z niczego tłumaczyć. W małżeństwie – mogę z tobą porozmawiać – jak równy z równym.
utworzone przez WolnoWolniej.pl | cze 13, 2019 | żyć lepiej
Czuliście kiedyś przygnębienie, smutek, rozdarcie, ponieważ w pracy dawaliście z siebie więcej, dużo więcej, a Wasza praca nigdy nie została należycie doceniona? Miło jest usłyszeć słowa pochwały, ale cóż z tego, skoro pensja stoi w miejscu? Czujesz, że się rozwijasz, Ty widzisz postęp, jaki zrobiłaś na przestrzeni czasu – ale co z tego, skoro fizycznie nic się nie zmieniło? Skoro docenienie było jednorazowe, chwilowe, w przypływie emocji?
W uznaniu za dobrze wykonaną pracę dostaniesz premię, pilot oklaski, a bloger…?
Podoba mi się zwyczaj oklaskiwania pilotów po wylądowaniu. To jest ten czynnik ludzki, który przełamuje bariery. Który pokazuje, że nie tylko dla pilota ta praca jest ważna. Podoba mi się zwyczaj oklaskiwania pilotów po wylądowaniu, bo w momencie, w którym ich pensja lub kariera będą stać w miejscu, znajdzie się ktoś, ktoś z zewnątrz, ktoś spoza, kto z czystą radością, z szerokim uśmiechem i świecącymi się z emocji oczami pokaże, że to co robisz jest super! Będziesz widział, że twoja praca jest widoczna! Samolot nie leci sam – stoi za tym tych dwóch wspaniałych gości, którzy dosłownie mają w rękach nasze życie!
Klaszczemy, dziękujemy, dajemy znać.
Widzimy i doceniamy – za każdym razem!
Wzrusza mnie zwyczaj oklaskiwania pilotów po wylądowaniu. To jest ten czynnik ludzki, który przełamuje bariery. Przez jedną chwilę przestajemy wykonywać swoje zadania, my przestajemy być obcymi sobie pasażerami, a oni – niewidzialnymi pilotami schowanymi za drzwiami kokpitu, i przez tą jedną chwilę stajemy się jednością. Tłum obcych ludzi jednoczy się w oklaskach, cieszy się z bezpiecznej podróży, a znajdą się i tacy co z poczucia szczęścia zagwiżdżą i wydadzą się z siebie okrzyk radości.
I wyjdą wtedy oni – główni bohaterowie. Wyjdą zza drzwi anonimowości i zobaczą ilu ludziom dali szczęście. Ilu ludziom sprawili radość. I uśmiechną się bardziej lub mniej szeroko, w zależności ile kto ma w sobie pewności siebie. I przez tą jedną chwilę zobaczą – zobaczą ludzi. Zobaczą dla kogo to wszystko. Zobaczą, że przez tych kilka godzin nie pilotowali samolotu, nie wykonywali pracy – dawali radość. Spełniali marzenia. Wywoływali emocje.
A w tłumie wszystkich ludzi, przez jedną chwilę zobaczą i tego, który strasznie się bał. Ale już jest dobrze, już wylądowaliśmy. Jest ok.
Każdy z nas czuje potrzebę bycia docenianym za to co robi. Każdy z nas chce dostać wynagrodzenie za wysiłek, jaki wkłada w swoją pracę. I każdy z nas potrzebuje czynnika ludzkiego. Potrzebuje widzieć, że to co robi jest też dla innych ważne. Inni to widzą. Doceniają.
Kiedy my, blogerzy, kiedy ja piszę teksty na blog – staram się przekazać myśl, przekazać wartość. Staram się pomóc, pokazać, wskazać drogę. Być podpowiedzią z końca książki przy trudnym zadaniu z gwiazdką podręcznika od matematycznego związku.
I choć w statystykach bloga widzę, że ktoś tu był, widzę, że ktoś przeczytał, że ktoś wsiadł do mojego samolotu – czasem zastanawiam się, czy widzi mnie i moją pracę za drzwiami kokpitu. I czasem brak mi tego przełamania barier, stania się jednością i zobaczenia tych ludzi, Was, i usłyszenia Waszych oklasków po wspólnie przebytej podróży w postaci kciuka w górę, serduszka – takiego wirtualnego zamiennika szerokiego uśmiechu i radości.
W pracy za dobrze wykonaną pracę dostaniesz premię.
Pilot samolotu po zakończonym locie dostanie oklaski.
Pokaż nam, niewidzialnym blogerom, że to co robimy jest dla Ciebie ważne, jest przez Ciebie doceniane – kliknij like, kliknij serduszko. Skomentuj. Udostępnij. Wyraź emocje. Pokaż, że nas widzisz, a to co robimy nie jest dla Ciebie obojętne.
W wirtualnym świecie, zwłaszcza tym, w którym najgłośniej krzyczą hejterzy, czynnik ludzki, miłe słowo, jest droższy od złota.
A może to już czas by przestać się bać i być sobą?
Może to już czas, aby dobrym sercem, dobrym słowem i przede wszystkim – dobrą emocją przepędzić hejterów?
Nie może być tak, że zaczniemy żyć w świecie, w którym będziemy bali się stanąć w obronie, pochwalić, docenić. Nie może być tak, że zaczniemy żyć w świecie, w którym przestaniemy zauważać te dobre rzeczy.
Czy to już ten czas, w którym musimy nauczyć się doceniać na nowo?
utworzone przez WolnoWolniej.pl | cze 9, 2019 | żyć lepiej
Odkąd zamieszkaliśmy na swoim, urządzenie sypialni stanowiło dla nas ogromny problem. Nasza sypialnia jest za mała, aby móc wstawić do niej “coś jeszcze”, a za razem za duża – wszędzie są puste, niewykorzystane przestrzenie.
Urządzenie jej w taki sposób, aby była funkcjonalna, a za razem estetyczna, miejscem relaksu, wypoczynku, wyciszenia się… – stanowiło nie lada wyzwanie!
Metamorfoza naszej sypialni – mała oaza spokoju w wielkomiesjkim chaosie
Zanim pokażę Wam jak teraz wygląda nasza sypialnia, zobaczcie co było:




Kolor niebieski wybraliśmy inspirując się jedną z wizualizacji w Ikei. Jednak po kupieniu farby okazało się, że nasz niebieski bardzo różni się od tego, który widzieliśmy w sklepie. Nasz niebieski, nasz granat, był zbyt jasny – białe meble wbrew pozorom nie kontrastowały z nim, a gubiły się.
Największą przeszkodą w stworzeniu naszej wymarzonej sypialni, okazały się ciemne żaluzje. One były zbyt ciemne, do tak jasnej podłogi. To przez nie – białe meble na białej ścianie wyglądały bardzo źle. Przemalowanie ściany z komodą na szary niewiele dało.
Dopiero po ściągnięciu żaluzji odkryliśmy potencjał pokoju!


W pierwszej kolejności obrazy zastąpiliśmy słomianymi kapeluszami. To one stały się punktem wyjścia do całej aranżacji.
Ciemne, ciężkie żaluzje – zastąpiliśmy firanką i zasłoną z naturalnego lnu.
Całość dopełniły bawełniane makramy i rośliny.
Zależało nam aby sypialnia była tym miejscem, w którym będziemy mogli odpocząć. Wyciszyć myśli. Zwolnić.
Zależało nam na takim miejscu, w którym zapomnimy o całym świecie! W którym zatrzyma się czas.
Na co dzień staramy się żyć powoli, po swojemu. Sypialnia miała stać się przeciwwagą do tego, co jest na zewnątrz – do pędzących samochodów, betonu, ulic, miejskiego chaosu.
Miała być naszą małą, miejską oazą w środku Warszawy.

Makramy – wolnowolniej
Makramowy uchwyt na doniczkę – wolnowolniej
meble – ikea
zasłony – ikea
pościel – lidl
lampa – obi
utworzone przez WolnoWolniej.pl | maj 20, 2019 | żyć lepiej
Byłyście kiedyś w toksycznej relacji?
Byłyście kiedyś w związku, który zamiast dawać Wam radość i szczęście – wysysał z Was całą energię?
Kiedy nadchodził czas końca pracy – czułyście taki niepokój, kołatanie serca, niechęć, gorzki smak w ustach na myśl, że wracacie do domu, do niego?
Znacie to dziwne uczucie między radością z bycia wolnym, a… przygnębieniem po rozstaniu?
Jak zacząć żyć na nowo po toksycznej relacji
Jest takie powiedzenie, Erich Osterfield kiedyś powiedział te słowa, że kobieta jest najsłabsza, gdy kocha, a najsilniejsza – gdy jest kochana.
Kiedy mówimy o toksycznych związkach – to nie jest prawda. Kobieta, która kocha, a która nie jest kochana – jest najsilniejsza na świecie! Kobieta, która kocha, a która nie jest kochana – jest w stanie znieść największe upokorzenie, największe upodlenie. Często – jest w stanie znieść wyzwiska, obelgi, przemoc, obojętność.
Kiedy mówimy o toksycznych związkach – mamy do czynienia z równie silnymi co słabymi psychicznie kobietami. Silnymi – by znieść największe ciosy zadane przez miłość, słabymi – by móc uwierzyć w siebie, w życie bez podniesionego ciśnienia, bez strachu, krzyków, niepokoju.
Ale kiedy już powiemy dość!, kiedy znajdziemy w sobie odwagę by odejść od toksycznego partnera, wpadamy z deszczu pod rynnę. Pokładamy nadzieję i szukamy wsparcia wśród ludzi, którzy są na podobnym etapie życia co my. Szukamy siły wśród równie cierpiących kobiet. Wśród kobiet, które również zostały zranione, zdradzone i oszukane przez miłość.
W pierwszej chwili jest cudownie! Możemy wyrzucić z siebie wszystkie emocje, które przez lata kisiłyśmy w sobie. Możemy bez obaw powiedzieć, ba, wykrzyczeć (!) co czujemy, wypłakać się – bez strachu przed krytyką, oceną, wyzwiskami. Bez strachu, że powiemy o słowo za dużo… .
W pierwszej chwili jest cudownie! Możemy wyrzucić z siebie wszystkie emocje, które przez lata kisiłyśmy w sobie. Ale musimy być w tym czujne. Nim się obejrzymy może okazać się, że środowisko, które miało dać nam radość, szczęście, które miało uwolnić nad od toksycznych emocji – sprawia, że nasze myśli wciąż i wciąż krążą nad negatywnymi doświadczeniami. Zamiast uczyć się żyć na nowo, zamiast odkrywać radość z wolności, z możliwości jakie teraz mamy – zostajemy w bezpiecznym środowisku toksycznych emocji, w bezpiecznym – bo przez ostatnie miesiące, może lata?, takie emocje były dla nas codziennością. Rozmawiamy o toksyku, dzielimy się tymi wszystkimi strasznymi przeżyciami, dzielimy się wciąż i wciąż naszym doświadczeniem, naszą przeszłością – wciąż myślami żyjąc w związku. Niby jesteśmy silne – bo przecież już nie razem, bo przecież żyjemy same – ale wciąż psychicznie się od tego związku nie oderwałyśmy.
Jak więc żyć na nowo, kiedy nic się nie zmieniło? Kiedy w naszym życiu wciąż i wciąż są te same negatywne emocje – tylko zmieniła się osoba, która je powoduje?
Aby zacząć w końcu żyć, aby uwolnić się od przeszłości i toksycznej relacji – przede wszystkim trzeba skupić się na sobie.
Dowiedzieć się – kim my właściwie jesteśmy? Co lubimy? Kiedy czujemy się naprawdę wolne? Co jest nasze, co jest naszym zdaniem, a do czego przywykłyśmy, co sobie wmówiłyśmy?
Aby zacząć w końcu żyć, aby uwolnić się od przeszłości i toksycznej relacji – trzeba zmienić środowisko. Zacząć odkrywać dobre emocje, spokój, głośny, beztroski śmiech. Trzeba zacząć nauczyć się żyć na nowo – na nowo poznawać smaki, na nowo odkryć swoje miasto, na nowo nauczyć się rozmawiać z innymi kobietami. Na nowo popatrzeć na siebie.
Aby w końcu zacząć na nowo żyć – wszystko co złe, wszystkie złe przeżycia i emocje – trzeba zamknąć za sobą.
Tak, one wciąż będą w nas i będą częścią nas. Ale nie będą już tematem numer jeden naszego życia.
Jeśli jesteś w toksycznym związku i szukasz pomocy: polecam grupę Jak wychodzić z toksycznych związków, w której pod okiem i warsztatem Alicji Lewandowskiej nauczysz się budować poczucie własnej wartości i dostrzegać pozytywne emocje.
utworzone przez WolnoWolniej.pl | maj 15, 2019 | żyć lepiej
I kto by pomyślał, że ostatnie sceny Gry o tron wzbudzą tak silne emocje?
Jest jeden taki akt, jeden gest, który mówi o uczuciach więcej, niż cokolwiek innego. Więcej niż słowa i wiersze. Więcej niż wspólne czytanie wieczorem.
Jest jeden taki akt, jeden gest, który mówi o uczuciach więcej, niż cokolwiek innego. Więcej niż nagość i namiętne pocałunki. Więcej niż całkowite oddanie się sobie bez reszty.
Jest jeden taki akt, jeden gest, który mówi o uczuciach więcej, niż cokolwiek innego. Który pokazuje największą na świecie miłość. Który wzrusza mnie najmocniej na świecie!
Jest jeden taki gest, który mówi o uczuciach więcej niż cokolwiek innego
Jest taki jeden gest, który wykonuje mężczyzna, kiedy kobieta jest cała w nerwach. Jeden taki gest, który wykonuje, kiedy kobieta wpada w histeryczny płacz.
Jest taki jeden gest, który wykonuje mężczyzna, aby uspokoić kobietę. Ukoić nerwy. Wyciszyć. Odepchnąć złe.
Taki jeden gest, który w chwilach najgorszych, najcięższych, chwilach, w których traci się grunt pod stopami, przestaje wierzyć i widzieć sens – przywraca spokój.
Jest taki jeden gest, który, choćby człowiek zapierał się tak mocno jak tylko może, powoduje przymknięcie oczu, spokojny oddech. Ten gest sprawia, że wszystko dookoła przestaje mieć znaczenie.
Nie liczy się to co tu i teraz. Nie liczy się przeszłość, ani przyszłość. Nie ważne co się wydarzy i jak to się zakończy.
Liczy się tylko ciepło. Rozpiętość palcy u dłoni.
Jest taki jeden gest, który wykonuje mężczyzna.
Kobieta wtedy krzyżuje swoje ręce na klatce piersiowej.
Kiedy mężczyzna wykonuje ten gest, kobieta często też nie pozostaje przy nim dłużna. Najczęściej robi to w nocy, w łóżku, pod wspólną kołdrą.
Jest jeden taki gest, który mówi o uczuciach więcej niż cokolwiek innego – to objęcie. Uścisk. I że cię nie puszczę aż do śmierci… .
Nie ma nic piękniejszego od mocnego objęcia.
Od mocnego zapewnienia, że wszystko będzie dobrze.
Od mocnego zapewnienia, że jestem przy tobie.
Kocham cię.
Przytul. Koniecznie dwoma rękoma.
utworzone przez WolnoWolniej.pl | maj 13, 2019 | żyć lepiej
Czy Wasz związek dopadają czasem gorsze dni? A może macie czasem tak, że nie chce Wam się już rozmawiać, tłumaczyć, mówić…?
My czasem tak mamy.
Na co dzień prowadzimy spokojne życie. Pracujemy na etacie, a pracy do domu nie przynosimy. Nie wyładowujemy się na sobie, bo w pracy był gorszy dzień.
Ale czasem zdarza się tak, że nasz związek przeżywa gorsze dni.
Rośnie w nas irytacja.
Nie rozumiemy się.
Przeginamy.
Gubimy się – i wtedy popełniamy małe błędy… .
Dlaczego związek jest jak umowa o pracę na zlecenie
Choć na co dzień dogadujemy się z Dawidem bardzo dobrze, potrafimy w równie prosty sposób mówić o tym co nas uszczęśliwiło i co sprawiło przykrość, są dni, kiedy mamy dość. Gubimy się we własnych myślach, potykamy o zdania niewypowiedziane i odbijamy o opuszczone ręce jak o ścianę.
Choć na co dzień dogadujemy się z mężem bardzo dobrze, są dni, kiedy mamy dość. Kiedy nie jesteśmy sobą. Nie potrafimy się odnaleźć wśród otoczenia, bodźców, obaw. Coś chcę, coś mi przeszkadza, coś zaprząta myśli, ale nie wiem co – a ty jesteś pod ręką… .
W jednym z takich gorszych dni, leżąc już wieczorem na łóżku, wyciszeni, spokojni, szczęśliwi, że ten dzień dobiega końca – zaczęliśmy rozmawiać o tym, jaki jest związek. Jacy powinniśmy dla siebie być w związku.
I od słowa do słowa do szliśmy do wniosku, że związek jest jak umowa o pracę na zlecenie.
Nie ma od związku urlopu.
Nie jest tak, że możesz rzucić wszystko w cholerę, wyjechać, odpocząć, odpuścić, a kiedy poukładasz wszystkie myśli – wrócić. Jak gdyby nigdy nic wrócić.
W związku, zwłaszcza w tym małżeńskim, jest się cały czas. Bez dnia urlopu.
Albo w nim jesteś – albo nie.
Nie ma płacy bez pracy.
Nie jest tak, że możesz rzucić wszystko w cholerę, wyjechać, odpuścić, a kiedy poukładasz wszystkie myśli – liczyć na to, że wszystko będzie dobrze. Że wystarczy miłości do końca miesiąca, od jednego uśmiechu do drugiego.
W związku, zwłaszcza w tym małżeńskim, jeśli nie pracujesz – nie pijesz szampana. Jeśli cię nie ma, jeśli nie wkładasz w niego pracy i wysiłku – nie zbierzesz owoców.
Musisz stawić czoło urazom, przykrym sytuacjom, przykrym słowom i gestom. Musisz – inaczej nie otrzymasz wynagrodzenia – nie otrzymasz szczęśliwego związku, nie otrzymasz poczucia bezpieczeństwa – że bez względu na wszystko – będziemy razem. Że byle kłótnia nie sprawi, że zaraz na stole pojawią się papiery rozwodowe, pierścionek zaręczynowy, klucze od domu.
Dopiero się uczysz.
Bycie w związku to ciągłe zbieranie doświadczenia. Możesz być teoretykiem, możesz doskonale wiedzieć “co powinno się zrobić, gdy…”, możesz przeczytać stos książek, poradników, prac naukowych o komunikacji w związku – ale tak na prawdę – związek to emocje. To umiejętność panowania nad słowami i nad emocjami. Nauka szanowania drugiej osoby w chwilach największej (!) złości.
To umiejętność, którą należy wypracować, uczucie, które musimy nauczyć się stawiać na pierwszym miejscu – bez względu na buzującą w nas krew.
A kiedy już wydaje nam się, że wszystko już wiemy i umiemy, kiedy wydaje nam się, że w naszym związku gotowi jesteśmy na umowę na czas nieokreślony, umowę o pracę, samotny wyjazd, czas dla siebie, zostawienie drugiego na imprezie bo dobrze się bawi, a ty chcesz do domu – na naszej drodze pojawią się nowe problemy. Nowe problemy, które dadzą nam dosadnie do zrozumienia, że wciąż jeszcze uczymy się. I dużo tej pracy przed nami… .
utworzone przez WolnoWolniej.pl | kwi 29, 2019 | żyć lepiej
Odkąd zaczęłam prowadzić luźne zapiski z najważniejszych wydarzeń danego miesiąca, nie mogłam uwierzyć jak dużo pozytywnych chwil jest w naszym życiu. Uwierzyliśmy do tego stopnia, że codzienność to tylko praca-dom, że przestaliśmy zauważać tego co najważniejsze – tego co między domem a pracą, w chwilach dla nas.
Sprawy zawodowe do tego stopnia zawładnęły naszymi umysłami, do tego stopnia zaczęliśmy w myślach pracę do domu przynosić, że zapomnieliśmy pomyśleć o nas. O naszej przyszłości, naszej pasji.
Aż pewnego chłodnego, kwietniowego dnia, siedząc z tatą na działce w kurtkach zapięci na ostatni guzik, z czapka na głowie bo uszy marzną, wystawiając twarz do słońca, które próbowało przebić się przez jeszcze zimowe niebo, tak luźno zaczęliśmy sobie rozmawiać… .
Od luźnej rozmowy do spełnienia marzeń
Rozmawialiśmy o górskich szlakach turystycznych, choć miłośnikami gór nie jesteśmy. Zaczęliśmy rozmawiać o imprezach, choć żadni z nas królowie parkietu. Zaczęliśmy rozmawiać o tym, co daje ludziom szczęście – co nam daje szczęście, co lubimy, jak chcielibyśmy by wyglądała nasza codzienność.
I bez dwóch zdań mogę powiedzieć – to była najlepsza rozmowa mojego życia!
Maszyna do szycia
W kwietniu kupiłam maszynę do szycia! Spełniłam swoje marzenie z dzieciństwa, choć w dzieciństwie nigdy nie szyłam. Ale moim marzeniem od zawsze było zrobić sobie dom. Móc uszyć sobie poduszki takie jakie ja chcę, a nie jakie oferuje mi sklep. Móc robić swoje zasłony, swoje narzuty na łóżko i pościele.
Kupiłam maszynę do szycia i zaczęłam szyć swoje woreczki na żywność! Takie woreczki, które nie tylko będą spełniały swoją funkcję, czyli umożliwiały mi zakup “drobnicy” bez używania plastikowych siateczek, ale także będą ładne, estetyczne, naturalne.
A kiedy już uszyłam kilka woreczków – przyszedł czas na zakup własnych metek! Eksplozja szaleństwa, radości, wisienka na torcie spełnienia marzeń!
Zmiana myślenia i ubierania
Kwiecień wywrócił mój sposób myślenia do góry nogami. Zakochując się w naturalnych surowcach: w drewnie i lnie, w bawełnie – przestałam zachwycać się tym, co oferują sieciówki. Z uśmiechem na ustach mijałam wzrokiem tytuły maili mówiące o rabatach i promocjach.
Zakochałam się bez reszty w naturalności i teraz tylko tego szukam! Bawełnianych bluzek, bawełnianych sukienek i skarpetek… . To jest mój cel na najbliższe lata – wymienić szafę. Pozbyć się tego w czym już nie chodzę, co sztuczne – a zastąpić tym co naturalne, wyprodukowane w Polsce.
Zdecydowanie od prestiżu marki bardziej pokochałam pasję i odwagę do zrobienia czegoś swojego.
Firma i polskie marki
Kwiecień nawinął nam pomysł otworzenia własnej nierejestrowanej firmy, działalności gospodarczej. Luźna rozmowa zaowocowała całym biznes planem! Od słów rzuconych na wiatr, od bredzenia trzy po trzy, od snucia nierealnych planów – do działania!
Postanowiliśmy otworzyć sklep zbliżający do przyrody. Przez ostatni miesiąc pokazywałam Wam co się w nim znajdzie, a już w maju sklep ujrzy świat. Ujrzycie Wy!
W sklepie znajdą się:
Len – woreczki na żywność w dwóch kolorach: granatowo-szarym i beżowym i w trzech rozmiarach
Bawełna – makramy, które niesamowicie ocieplają wnętrze (!) zrobione na naturalnym drewnie
Drewno – podkładki z drewna, świeczniki, plastry.
Większość komponentów, które używamy do produkcji naszych wyrobów pochodzą z Polski – głównie z Łodzi. Z łódzkiej manufaktury mamy nici do szycia worków i metki. Od Warszawiaków – bawełnę na makramy.
Chcemy by w naszym sklepie było jak najwięcej Polski i natury! Aby było domowo.
Dwa razy Z
W kwietniu i nasz związek rozkwitł. Nie wiemy co się stało, co się w nas takiego zmieniło, ale zmieniło się bardzo dużo! Dużo więcej się śmiejemy, dużo więcej wygłupiamy. Jesteśmy szczęśliwsi; bliżsi sobie.
Może to zasługa Zabrza?
Ach, bo jak święta to i Zabrze! W kwietniu odwiedziliśmy teściów z okazji Świąt Wielkanocnych. Pogoda była przepiękna, więc większość czasu spędziliśmy na dworze – na spacerach po działkach i po osiedlowych uliczkach. Na rozmowach, planach i wygłupach. Na wspólnym chodzeniu za rękę i w objęciu.
W kwietniu też więcej razy pytaliśmy się “czy wszystko w porządku?”. Może to właśnie to pytanie dało nam tyle radości w tym miesiącu?
Cieszę się, że jesteś szczęśliwy. Cieszę się, że jesteś szczęśliwa.

Sypialnia
Koniec kwietnia to początek remontów! W końcu wzięliśmy się za przemalowanie sypialni, co okazało się nie lada problemem. Pokrycie granatowej farby białą przypominało walkę z wiatrakami. Ile razy malowaliśmy pokój – 5? 6? Już sama nie wiem.
Pozbyliśmy się w końcu ciemnych żaluzji, a zastąpiliśmy je lnianymi zasłonami. Tymi zasłonami – które sami, własnymi rękami cięliśmy i skracaliśmy!
Obrazy roślin zastąpiły słomiane kapelusze. A i abażur się zmienił.
A co będzie dalej? Zobaczymy w maju.

To zabawne jak często wydaje nam się, że w naszym życiu nic się nie dzieje.
Marzec faktycznie był dla nas byle jaki, jakbyśmy żyli w jakimś letargu. Ale wiedzieliśmy, że i taki miesiąc jest potrzebny – na odpoczynek, na zebranie sił, na przetasowanie tego co się kłębi i przygotowanie miejsca na nowe. Ale za to kwiecień… – ach, kwiecień! Kwiecień obudził nas do życia. Przyniósł dużo nowego i dużo dobrego.
To był zdecydowanie szczęśliwy miesiąc, choć niby tak wiele się nie wydarzyło.
A jak Wasze podsumowanie miesiąca?
Jak Wam minął kwiecień?
Co się w Was zmieniło w kwietniu?
utworzone przez WolnoWolniej.pl | kwi 17, 2019 | żyć lepiej
Kiedy zamieszkaliśmy z Dawidem na swoim, pierwsza rewolucja, jaką przeprowadziliśmy, dotyczyła zakupów spożywczych. Choć w naszych domach nie marnowało się jedzenia, choć żyjąc w pojedynkę potrafiliśmy odpowiedzialnie gospodarować żywnością, choć byliśmy parą już tyle lat (!) to codzienność we dwoje pokazała nam, jak trudno jest z dwóch elementów zrobić jeden. Jak trudno jest pogodzić dwa odmienne style żywienia, sposoby robienia zakupów – w jeden. Nasz.
Frustracja z marnowanego jedzenia i pieniędzy sprawiła, że bardzo szybko udało nam się wypracować wspólny, jeden model zakupów spożywczych.
Gorzej, natomiast, było z chemią. Z chemią do domu i kosmetykami… .
Minimalistycznie i zero wasteowo w łazience – jak ogarnęliśmy chemię i kosmetyki
Próba uporządkowania łazienki, a pod pojęciem łazienki mam na myśli także wszelkiego rodzaju kosmetyki do pielęgnacji ciała i twarzy, wszelką chemię do podłogi, płytek i szampon dla psa, nie była bezbolesna. Problemy z cerą naczynkową oraz comiesięcznymi wypryskami też nie ułatwiały zadania.
Ale najgorsze w tym wszystkim były dwie rzeczy: stare nawyki i sprawnie działający marketing kosmetyczny!
Przyjemnie było mi kupować nowe kremy do twarzy, tym bardziej, że z każdym zakupem nowy wybór wydawał mi się być lepszym od poprzedniego. Cieszyłam się widząc jak stan mojej cery poprawia się, choć nie do końca jestem pewna czy to był efekt kremu, zmiany pory roku, miejsca zamieszkania, i wielu, wielu innych czynników.
Jeden tonik, drugi płyn do demakijażu, bo ten nowy ma w sobie śluz ślimaka a ten poprzedni to takie byle co.
Szkoda słów.
Zachłyśnięcie się naturalnymi kosmetyki, robieniem kosmetyków samemu.
W konsekwencji – mnóstwo buteleczek, mnóstwo kiedyś otwartych, w połowie zużytych półproduktów.
W konsekwencji – nigdy ich już nie użyję. Część się przeterminowała, części bałabym się użyć.
Szkoda było wyrzucić te wszystkie kosmetyki i pieniądze.
Ale tak trzeba było postąpić.
Bez żalu!
Kupując nowe kosmetyki – wciąż chodziłam i chodzę po omacku. Nie znam się tak dobrze na składach kosmetyków, jak na składach żywności, ale wiem jedno: małymi kroczkami można podbić świat!
Kupując nowy szampon zwracam uwagę, aby był wegański lub wegański i nietestowany na zwierzętach. Do tej pory nie znalazłam idealnego szamponu nietestowanego na zwierzętach, ale za to znalazłam super szampon wegański!
Mały krok – ale za to jaki znaczący.
Mydło używamy w kostce.
Obecnie na rynku jest tyle pięknych mydeł, które nie dość, że spełniają swoją funkcję, to jeszcze pięknie zdobią łazienkę. A estetyka przy zero waste jest dla mnie bardzo ważna. Nadaje charakteru i indywidualności.
Jednak są produkty, z których nie możemy zrezygnować – lubimy je, używanie ich dają nam przyjemność, tak po prostu. Dla nas dobrym rozwiązaniem stały się większe opakowania. A zawartość dużego opakowania – ze względów estetycznych przelewamy do mniejszej buteleczki.
Jednak największym sukcesem okazało się świadome kupowanie. Kupowanie wtedy, kiedy coś się skończy.
Dzięki tej zasadzie, dzięki trzymaniu się jej tak bardzo kurczowo, jak dziecko kurczowo trzyma się rączką spódnicy mamy, nie kupujemy pod wpływem impulsu, reklam, zachcianki.
Dopóki mamy coś, dopóki używamy, dopóki jest otwarte – nowego nie kupujemy!
Nie kupujemy też wtedy, kiedy mamy. Nie kupujemy nowego kremu do twarzy, jeśli wiemy, że gdzieś tam w szufladzie, w koszyczku, mamy kilkanaście próbek danego kosmetyku.
Zanim zaczęliśmy interesować się zero waste, nie zdawaliśmy sobie sprawy z bezsensowności próbek. Tych małych saszetek z jedną lub dwoma porcjami kremu. Nim się obejrzeliśmy okazało się, że tych próbek mamy szalenie dużo!
Zużywamy je. Chcemy wyjść z tymi zapasami na zero.
I choć skończył mi się krem do twarzy, choć kobiecy chochlik siedzi na ramieniu i szepce do ucha “no kup sobie ten krem, no zamów go sobie” – rozum podpowiada aby zaczekać. Aby zużyć to co mamy. Bo jeśli tego nie zrobimy – i tak je wyrzucimy… .
Podwójne marnotrawstwo.
Starając się wprowadzić do naszego życia więcej ekologii, więcej natury – postawiliśmy na małe kroczki.
Robienie wielkich rewolucji kończyło się u nas zawsze tak samo – fiaskiem. Braliśmy na siebie za dużo, zbyt duże chcieliśmy wprowadzić zmiany, co powodowało, że się gubiliśmy. To co miało nam przynieść lekkość, spokój – powodowało w nas olbrzymią frustrację.
Nie da się wszystkich nawyków zmienić w jeden dzień. Dlatego my – robimy to stopniowo. Na luzie.
Wraz z każdym zakończonym starym opakowaniem – nowe kupujemy już po przemyśleniu. Po wybraniu najmniejszego zła. Po wybraniu takiej opcji, która zadowoli naszą chęć życia bardziej świadomie, z korzyścią dla środowiska i naszego portfela. Bo tak, pieniądze są dla nas ważne przy próbie życia bliżej natury w mieście. Staramy się znaleźć złoty środek, który zadowoli obie strony, choć ta druga dziś nam o tym nie powie. Ale za to za kilka lat – odwdzięczy się nam.
Natura doskonale wie, że nic na siłę. Wie, że mimo chęci w dwa dni z nasionka nie będzie wielkiego dębu. I my też wiemy, że w jeden dzień nie zmienimy naszych nawyków. Dlatego pokornie, jak natura, czekamy. Czekamy aż na każdy kosmetyk, każdą nową decyzję przyjdzie odpowiedni czas. Aż skończymy jedno opakowanie, i dopiero wtedy podejmiemy próbę znalezienia lepszego rozwiązania.
A największym naszym zaskoczeniem jest to, że mając malusieńką łazienkę okazało się, że w zupełności wystarczy nam jedna szafka pod umywalką. Jesteśmy w stanie zmieścić tam całą chemię z jakiej korzystamy w domu, łącznie z kosmetyczkami i zapasem papieru toaletowego.
Tak dużo, a tak mało.
Najważniejsza dla nas zasada: miej tylko to, z czego korzystasz. A każdy następny zakup niech nie będzie gorszy od poprzedniego.
utworzone przez WolnoWolniej.pl | kwi 15, 2019 | żyć lepiej
Często słyszę zdania, w których ktoś mówi o Warszawie, że ta pędzi. I kiedy mam taki bardzo, bardzo dobry humor, śmieję się pod nosem, bo przecież Warszawa niby pędzi a jednak od lat w tym samym miejscu. Ale kiedy przychodzi wieczór, kiedy wracam zmęczona z pracy do domu, kiedy wrócę ze spaceru z psem i z zakupów, które chciał czy nie – zrobić musiał – wiem co mają na myśli.
A później wchodzę do domu i zamykam drzwi… .
Jak ukoić nerwy mieszkając wśród nerwowych klaksonów samochodów
Lubię ten moment, kiedy siedząc na kanapie patrzę na nasze mieszkanie. To jest ten czas między włączeniem telewizji, między powrotem męża z pracy a wypiciem świeżo zaparzonej kawy.
Czas dla mnie. Dla odprężenia. W ciszy.
Czas, w którym mogę wyciszyć się, odtajać, złapać równowagę.
O ten czas dbam szczególnie. Tuż po powrocie do domu staram się w jak najkrótszym czasie zrobić jak najwięcej. Szybko ogarnąć kuchnię, zanim napełni się kubek kawą. Szybko ogarnąć stół, bo czasu to nie zajmie dużo, a pozwoli lepiej się wyciszyć. I przykucnę na chwilkę potarmosić psa – po nosie, po uszach i brzuszku.
Żeby móc odpocząć od pędu Warszawy, staram się otaczać roślinami. Codziennie podpatrywać moją małą, zieloną urban jungle. I jaka potrafi być moja radość, kiedy okazuje się, że opuncja puściła nowy owoc.
Z roślinami tak już jest – masz wrażenie, że nic się nie zmienia, aż pewnego dnia zmienione jest wszystko! Nawet orchidea wypuściła trzy łodyżki, a już myślałam, że jedyne co z niej będę miała to grube, zielone liście.
To jest ten czas, w którym zastanawiam się, a robię to bardzo poważnie, czy gleba nie jest za sucha? Czy pila rośnie jak należy? A może czas już przyciąć fikusa?

Lubię też ten czas, w którym mogę oddać się swojej pasji. Mogę siedzieć na komputerze przez kilka godzin w poszukiwaniu nowych wykrojów, sposobów na zrobienie czegoś samemu, znalezienie zamiennika. Czas, w którym jestem tak bardzo skupiona, że nie docierają do mnie żadne dźwięki.
To mój czas na rozwój mnie i moich przyjemności.
A kiedy minie kilka godzin, kiedy przejrzę milion filmików i przeczytam siedemset poradników – podejmuję decyzję. Robię to! Dam radę! I rzucam się w wir prób i błędów, porażek i sukcesów.
Nie wszystko co robię musi mieć cel. Nie wszystko co robię musi dać mi jakąś większą korzyść. Wystarczy, że daje mi szczęście. Że na tą chwilę – jestem szczęśliwa. Odkrywam świat.
A kiedy przychodzi wieczór, kiedy widzę, jak mój mąż wyłącza komputer, tak wymownie wstaje i odwraca się w moją stronę – ja już wiem co się święci. Będziemy oglądać film.
Idę po koc.
To będzie czas dla nas.
Bo w ciągu dnia – nie wchodzimy sobie w drogę. Każde z nas oddaje się swoim przyjemnościom, swoim sposobom na odreagowanie po dniu. Ale wieczory – zawsze są dla nas!
To jest ten czas, w którym dla innych Warszawa pędzi, ale dla nas – zatrzymał się cały świat.
Ps.
A na co dzień – nie spieszę się. Wstaję godzinę wcześniej, jadę 10 km wolniej, idę zatrzymując się przy tych obłędnie, bezbłędnie pachnących drzewach.
Nie spieszę się.
Zdążę.
A jakie Wy macie sposoby na zwolnienie w ciągu dnia?
Na złapanie równowagi między pracą, obowiązkami, a tym, co daje Wam ukojenie?