Czy wiecie, że należałoby zmieniać pracę co dwa lata, aby nasze zarobki wzrosły średnio o 50% w skali całego życia?
Im dłużej pracujemy w jednej firmie, tym nasza pensja bardziej stoi. Pracodawcy nie są skorzy do sukcesywnego podwyższania pensji pracownikom wraz ze stażem pracy, doświadczeniem, lojalnością, sukcesami. Kiedy zmieniamy pracę na inną – wielce prawdopodobne, że wraz ze zmianą pracy dostaniemy większą pensję. A do tego – zdobędziemy nową wiedzę i kompetencje. Kto więc nas powstrzymuje przed zmianami?
Prawda, której nauczyłam się o zmianach
Pamiętam moją jedną z poważniejszych prac w zawodzie. Pracy przybywało, my stawaliśmy się coraz lepsi w tym co robimy, nasza skuteczność w wykrywaniu niezgodności rosła – ale o podwyżce nie było mowy. Doszło do tego, że nasze zarobki były 2x niższe od tego, ile faktycznie powinniśmy dostawać. Były kompletnie niewspółmierne do odpowiedzialności jaka na nas ciążyła i do warunków pracy.
Złościłam się na to. W pewnym momencie osiągnęłam już taki poziom, że nie było w pracy nic, co mogłoby mnie zaskoczyć, zestresować, stanowiłoby dla mnie jakiekolwiek wyzwanie. Prócz marnych zarobków i poczucia straty czasu ta praca nie dawała mi nic.
Zaczęłam więc zastanawiać się nad zmianą pracy. Rozmawiałam o tym z kilkoma osobami (także z pracy) i za każdym razem słyszałam to samo:
– Po co chcesz zmieniać pracę? Tu jest syf, ale przynajmniej wiesz co robić. – Wszędzie jest takie samo bagno. – I po co? Tu już wszystkich znasz, wiesz kto jaki jest. – Nie zmieniaj… przecież tu nie jest tak źle. – A co jak się nie sprawdzisz? Wrócisz tu? Zostaniesz bez pracy? – A co jak ci nie przedłużą umowy? Będąc tu nic nie ryzykujesz. – Nie przesadzasz trochę?
To czego nauczyłam się w tamtej sytuacji to nie rozmawiać na takie tematy z ludźmi, którzy nie mają z naszym życiem nic wspólnego. Zrozumiałam, że to co powstrzymuje nas przed zmianą pracą, to ludzie, którym jesteśmy obojętni. Których ani ciepli, ani mrozi czy my zmienimy tę pracę, czy nie. Ci ludzie nie chcą dla nas dobrze. Oni nie patrzą na naszą sytuację obiektywnie. Oni dalej będą pracować w tej firmie, dalej będą narzekać na ludzi, na pensję, na warunki, dalej niczego nowego się nie nauczą i dalej będą stać w tym samym miejscu.
Zaryzykowałam! Złożyłam wypowiedzenie nie mając innej pracy w zanadrzu. Raz kozie śmierć! – pomyślałam. Jakoś to będzie! Jeśli nic nie znajdę – pójdę na kursy, szkolenia podnoszące moje kompetencje. A może się przebranżowię i zacznę wszystko od nowa?
Ale znalazłam pracę. W zawodzie. Na jeszcze lepszym stanowisku, z niesamowitą szansą na rozwój i podnoszenie kwalifikacji, z dużo lepszymi warunkami. Znalazłam pracę, która mnie satysfakcjonowała i do której chodziłam z przyjemnością.
POBIERZ BEZPŁATNY #miniporadnik Jak żyć wolniej na co dzień?
Właśnie zapisałaś się do naszego newslettera. Szalenie się cieszę! Zaraz dostaniesz od nas pierwszego maila :)
A więc tak: – Chcę zmienić pracę, bo tu już nie mogę się rozwijać. Jest syf, wiem co robić i tyle. – Nie wszędzie jest takie samo bagno. – A tam wszystkich dopiero poznam. Tu też z początku nikogo nie znałam. – Ale zawsze może być lepiej! – A co jak się sprawdzę? – Nie ryzykuję ale i nie zyskuję. Zmiana pracy pokaże mi w czym powinnam się podszkolić! – Czy przesadzam? Ani trochę!
Zmieniając pracę zrozumiałam jeszcze jedną rzecz: nie ma nic lepszego niż skończyć etat i wrócić do swojego domu, do swojego świata, a wszystko co związane z pracą – zostawić za drzwiami. Szkoda tracić zdrowie na przejmowanie się pracą we własnym domu. Domu, w którym powinniśmy wypoczywać, relaksować się.
Któregoś razu, pewna osoba na wysokim stanowisku w firmie, w której pracowałam, powiedziała: z niewolnika nie ma pracownika. I miała rację. Jeśli czujemy się w naszej pracy źle, jeśli chodzimy do niej jak na ścięcie, jeśli z jakiegoś powodu nasza praca nie daje nam radości w sferze, która jest dla nas bardzo ważna – to nie ma sensu. Nasza wydajność, efektywność i dokładność jest wówczas na bardzo niskim poziomie, my się męczymy i przełożony może się na nas denerwować zamykając to błędne koło.
Pracując w różnych firmach, przyglądając się swoim wyborom i powodom, przez które z tych firm odeszłam, doszłam do wniosku, że mój kres leży tam, gdzie negatywne emocje zaczynają pojawiać się w domu. Jeśli te negatywne emocje, złość, frustracja, bezradność, poczucie niesprawiedliwości – jeśli w domu przeżywam coś co stało się w pracy – to znak, że czas już nie myśleć o zmianach, ale zacząć podejmować działania. Bo najważniejszy – zawsze powinien być dla nas dom – a nie czyjś sukces, na który my się składamy.
Czy kiedykolwiek czułyście, że Wasz szacunek do samej siebie, Wasze wartości nie pozwalają Wam dalej pracować w tej firmie? I co Was powstrzymuje przed zmianą pracą?
SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS?
SKOMENTUJ GO I UDOSTĘPNIJ pokaż innym co jest dla Ciebie ważne
Powiedz mi szczerze: ile razy usłyszałyście, że faceci boją się podejść do pięknej kobiety? Że te sprawiają wrażenie niedostępnej, zbyt silnej, zbyt oziębłej albo za dużej egoistki? Egoistki – bo jest ładna – żeby była jasność. Ja to sobie wyobrażam tak: jest impreza, jest piękna kobieta, która śmieje się, jest swobodna a przy tym jest sobą. Jest kobietą z klasą, znającą swoją wartość. Jest pewna siebie ale lubi się śmiać i bawić. I jest facet, któremu ta kobieta bardzo się podoba! Nie może oderwać od niej wzroku. Ale nie podchodzi do niej. Takich kobiet nie zaprasza się randki.
Pięknych kobiet nie zaprasza się na randki
Często słyszę, że kobieta jest za piękna, za mądra, zbyt pewna siebie by mężczyzna zaprosił ją na randkę. Ponoć takie kobiety budzą dystans, onieśmielają, sprawiają wrażenie dominujących – to zniechęca. Ta kobieta jest za idealna. Słyszę, że faceci lubią zdobywać. Lubią te lekko nieśmiałe. A ty… – ty jesteś zbyt.
Wiecie co? Gdybym ja poszła z Dawidem do klubu i założyła się z nim kto zgarnie więcej numerów telefonów, myślę, że Dawid by wygrał. Jestem pewna, że nie miałby oporów w podejściu do żadnej kobiety! I nie dlatego, że to tylko zabawa, gra. Nie, nie jest zadufany w sobie. Nie uważa się za kozaka, cwaniaka, ani żadnego bosu z Kampinosu. On zwyczajnie nie musi się dowartościowywać.
Kiedy słyszę teksty jak to kobieta swoim zachowaniem, swoją pewnością siebie odstrasza mężczyzn, zastanawiam się – co to są za mężczyźni? Oczami wyobraźni widzę grupkę licealistów z pierwszej klasy, którzy skitrani w kącie obczajają kobiety, które chcieliby poderwać ale nie mają odwagi. Za wysokie progi. Brak jaj. Ale wiadomo – łatwiej jest zwalić winę na kobietę. Przecież co, ja bym jej nie poderwał? Ze mną nie poszłaby do łóżka? Ze mną?! Mną?! No heloł! Nie ma szans.
Kiedyś przeczytałam genialny tekst! Brzmiał tak: Intenet Explorer ma odwagę zapytać Cię, czy może być Twoją domyślną przeglądarką, a Ty nie masz odwagi do niej podejść? Genialny tekst, który dał mi motywację i odwagę do działania na lata!!
Tak właśnie jest! “Mężczyźni” usprawiedliwiają się odwracając kota ogonem i zwalając winę na nas, kobiety. Winę za to, że nie mieli odwagi, że byli onieśmieleni, że czuli się gorsi, nie dość. Dziwi mnie w tym wszystkim tylko jedna rzecz: dlaczego kobiety przejęły tę ich formę usprawiedliwiania się? Dlaczego same potrafią ingerować w to kim one są, dlaczego zmieniają w towarzystwie swoje zachowanie byle dać odwagę mężczyźnie do zagadania? Desperacja? Dlaczego kobieta mówi kobiecie – jesteś zbyt? Do takich kobiet nie podchodzą mężczyźni. – Jakby ta ich pewność siebie, ta wewnętrzna siła były czymś złym.
Nie uważacie, że nie ma co obniżać standardów? Nie ma co kontrolować siebie, bo w innym wypadku on do nas nie podejdzie? Prawdziwy facet, taki normalny, prawdziwy facet z jajami – zwyczajnie podejdzie. Bo on nie ma nic do stracenia. Jego duma nie ucierpi.
Któregoś razu udałam się w poszukiwaniu sukni ślubnej. Szłam akurat na tramwaj gdy podszedł do mnie facet i z wielkim uśmiechem na ustach zapytał, czy nie chciałabym się z nim umówić na kawę. Oczarowałam go nic nie robiąc. Będąc sobą. Wyglądając jak ja. Chłopak był zwyczajny. Ale miał niesamowity zaciesz na buzi! Odmówiłam. Ale do dziś pamiętam go i podziwiam za odwagę. To był właśnie TEN rodzaj faceta – mężczyzny, który nie musi się dowartościowywać, dla którego odmowa nie oznacza ujmy, a życie – toczy się dalej. Spróbowałem – to najważniejsze!
Kiedy słyszę, że jak jakiś facet zwala winę na kobietę za to, że nie miał odwagi do niej podejść, myślę sobie – dzięki Bogu! Najprawdopodobniej właśnie oszczędziłeś kobiecie wielu nerwów i rozczarowań. Przecież kobieta nie będzie całe życie nosiła portków w tym związku, prawda?
Ile razy słyszałyście tekst “mówi nie, ale tak naprawdę tego chce”, albo “ok, możesz iść na imprezę, ale pamiętaj – pilnuj drinka by nikt nic ci do niego nie dosypał”? Ja słyszałam. Od najmłodszych lat rodzice przestrzegali mnie przed tym co może się stać. Starali się zaszczepić we mnie ostrożność i czujność.
Po dziś dzień, kiedy mam spotkać się z kimś wieczorem na mieście – dzwonie po kogoś by po mnie przyjechał, zamiast samej wracać do domu. Bo się boję. Bo nie chcę stać się ofiarą i sprawcą w jednym.
Przemoc seksualna – kiedy NIE znaczy TAK
Amerykańska Organizacja „It’s on us” przygotowała szereg kampanii ukazujących przemoc seksualną wobec kobiet. Co się dzieje, jak bardzo jest to absurdalne i – jak bardzo jest! Jak bardzo jest rzeczywiste i, w pokraczny sposób, logiczne dla sprawcy.
Dlaczego akceptujemy tak absurdalne wytłumaczenia? Czy w innej sytuacji również bylibyśmy tak wyrozumiali? Tak bardzo bagatelizowalibyśmy problem?
Gdyby nagle dorosła kobieta zaczęła sikać do jednego z kibli prezentowanych w sklepie budowlanym – byłoby to dla Was ok? Jak przyjęlibyście jej tłumaczenie: wystawione, wiec logiczne, że korzystam!
Zobaczcie te krótkie filmy!
Jak wymówki sprawców wykorzystania seksualnego kobiet wyglądałyby w innej sytuacji:
O manipulacji błędnie rozumianej jako zgoda. O wymuszeniu, szantażu… – o wielu imionach fałszywej zgody.
Kiedy przeprowadzałam wywiad z kobietą, która przeżyła przemoc seksualną w związku – byłam wstrząśnięta. Jak tak można? Jak mąż może zgwałcić żonę?! Jak mąż, który przysięgał chronić ją, kochać, dbać – może tak krzywdzić?
To było dla mnie, osoby, która nigdy nie doświadczyła przemocy – przerażające.
Gdzieś tam mój umysł wypierał te zdarzenia, te dialogi jako coś nieprawdopodobnego, nierealnego. Jak zdarzenia z innego świata, z którym ja nie mam nic wspólnego.
Częstotliwość pojawiających się spotów reklamowych o przemocy wobec kobiet pokazuje – że problem jest odrażająco realny! Jest okropnie bagatelizowany, spłycany, a ofiary traktowane są jak sprawczynie incydentu. Bo przecież – to niewinny incydent, nieporozumienie. Nie zrozumieliśmy się.
Po obejrzeniu wielu kampanii przeciwko wykorzystywaniu kobiet wiem, że dziś jestem silniejsza. Dziś – nie słuchałabym przerażona, rozstrojona, sparaliżowana – tylko reagowałabym. Zareagowałabym! Chciałabym poruszyć niebo i ziemię by pomóc.
Zastanawia mnie tylko jedna rzecz… – czy jak przestanie boleć ofiara wciąż będzie chciała pomocy? Czy może jednak wróci do tego co zna?
Ps. Wiecie, że jest już newsletter NaSwoim? Postanowiliśmy stworzyć tropikalne, intymne miejsce, które będzie wolne! Wolne od przemocy, agresji, nienawiści, hejtu i oceniania. Które będzie takim miejscem, przy którym my i wy będziemy odpoczywać. To czego nam brakuje obecnie w Internecie, to namiastki dobra. Spokoju. Bycia sobą. Bycia tym, kim jesteśmy gdy jesteśmy sami i nikt nas nie ocenia. Taki jest nasz Newsletter. Jest jak wieczorna ciepła herbata z imbirem, miodem i pomarańczą pita do jezzowej muzyki, w ciepłych skarpetach, książką i kocykiem.
Ile razy tworzyłyście w swoich głowach obraz idealnego partnera? Ile wymieniałyście cech, które powinien posiadać?
Jak byłam małą dziewczynką, mój ideał powinien być dużo wyższy ode mnie – tak mówiły mi gazety. Powinnam móc stawać na paluszkach chcąc dać mu buzi, i nie powinnam być wyższa od niego zakładając szpilki.
Mój ideał powinien być dobrze zbudowany, mieć szelmowski uśmieszek, delikatny zarost i gęste włosy. Powinien mieć fajny styl, najlepiej jakby miał motor albo dobry samochód.
Powinien traktować mnie jak księżniczkę, być uczciwy, płacić za mnie, dbać o mnie, być na każde skinienie, szanować, kochać, tańczyć i recytować. I prać swoje rzeczy.
Idealny facet ma tylko jedno zadanie!
Lista cech idealnego faceta wydłuża się wraz z kolejnym nieudanym związkiem. Nauczone doświadczeniem stajemy się coraz bardziej bezwzględne. Z jednej strony coraz bardziej surowo oceniamy podbijających do nas facetów, a z drugiej – przez ciągłą samotność coraz bardziej pragniemy kogokolwiek – byle – nie byle kogoś.
Idealny facet ma tylko jedno zadanie – wyleczyć nasze kompleksy. Ma udowodnić nam, że ten boski ideał, za którym oglądają się wszystkie kobiety – może być nasz. Ma udowodnić, że jesteśmy piękne i wartościowe bo ktoś taki z nami jest; z tymi pięknymi zębami, włosami, wyglądający jak 10 cud świata w białej koszuli (w której ja i tak wyglądam lepiej od niego).
Ten idealny facet, który otwiera przed nami drzwi, który nie zostawia skarpetek pod łóżkiem, który chwali nas w towarzystwie i nie wstydzi się przedstawić nas kumplom – on ma sprawić, że poczujemy się prawdziwymi, wartościowymi kobietami. Dzięki niemu mamy poczuć, że zasługujemy!
Sparzone już po kilku związkach (totalnych pomyłkach) oczekujemy. Nie ma pisania z innymi kobietami po kątach. Nie ma, że wróci później z pracy kolejny dzień. On zna naszą przeszłość, powinien wiedzieć i rozumieć jak bardzo się teraz boimy i nie chcemy przeżywać tego wszystkiego kolejny raz.
Idealny facet jest tylko na chwilę. Ma przywrócić równowagę, wiarę, że idealni mężczyźni jeszcze istnieją i zamknąć wszystkie rany, które spowodował ex A kiedy już poskłada nas w całość, będziemy pełnym obrazkiem z puzzli 5000 kawałków – zostawimy go – był za nijaki. Był za.
Kobiety znające swoją wartość – nie szukają ideałów. Nie odpychają miłość, która jest blisko w poszukiwaniu mężczyzny z check listy. One wiedzą, że same nie są bez wad i “pozwalają” partnerowi też je mieć.
Nie myślicie, że jest tak, że spotykając się z osobą idealną, bez wad w wyglądzie i charakterze – sami wpędzamy się w jeszcze większe kompleksy? Nie myślicie, że taka doskonałość jest okropnie uwierająca? Może ktoś nam będzie zazdrościł takiego partnera, ale czy my same będziemy czuły się przy nim dobrze?
Dawno nie widziałam filmu, podczas oglądania którego, miałabym tyle podejrzeń jak on się skończy! Był dobry. Bardzo dobry! Ale… ta końcówka. Film ucięty w złym momencie.
The boy – Fabuła
Greata jest młodą, nieśmiałą kobietą, która chcąc oderwać się od swojego codziennego życia postanawia wyjechać i zostać opiekunką. Jak myślała – opiekunką małego chłopca. Ku jej zaskoczeniu, gdy dojechała do posiadłości, w której miała pracować zobaczyła wielki zamek, dwoje starszych ludzi i… lalkę.
Dziewczyna dostała instrukcję do lalki: o której godzinie ma ją budzić, jak dawać jeść, jak kłaść spać. Praca wydawała się być bardzo przyjemną, ale dwie rzeczy spędzały jej sen z powiek: słowa kobiety wypowiedziane w chwili gdy te żegnały się “przykro mi” oraz słowa ojca “pamiętaj, bądź dla niego dobra to i on będzie dobry dla ciebie. Za złe odpłaca się złem”.
W filmie, prócz Grety i lalki, główną rolę gra jeszcze młody mężczyzna – Malcolm, rodzinny pomocnik, dostawca jedzenia. Chłopak przewija się przez cały film. Opowiadał Grecie historię domu i rodziny, u której pracowała.
Lalka miała symbolizować ich syna. Chłopiec podpalił dom jak był mały i nie zdążył z niego uciec. W tęsknocie za dzieckiem rodzice stworzyli lalkę, którą opiekowali się jak synem.
Przez cały czas trwania filmu moja wyobraźnia balansowała między lalką a Malcolmem. Któryś z nich musiał pokazać swoją prawdziwą twarz. Któryś z nich musiał nadać “dynamiki” filmowi. To było tak oczywiste, że w końcu pokażą, że lalka żyje, porusza się, jest w niej duch zmarłego synka. Czekałam, aż okaże się, że lalka to tylko wymysł rodziców, a tak naprawdę Malcolm jest tym “zmarłym” synem.
Do samego końca oczekiwałam jednej z tych dwóch scen.
Film zakończył się dwojako. Z jednej strony mam wrażenie, że film mógłby skończyć się kilka minut wcześniej. Mielibyśmy wtedy pięknie zakończony i rozpoczęty nowy rozdział. Ale pozostałoby pytanie – co dalej. Kto się tym wszystkim zajmie. Co teraz? Jak? Brak odpowiedzi.
Z drugiej strony, ucinając film w tym miejscu, w którym się zakończył – film stał się… takim zwykłym happy endem bez zakończenia. Wciąż możemy zadawać sobie pytanie co dalej, kim była ta osoba, czy miała jakieś powiązania z rodziną, a z drugiej to co najważniejsze – zostało zapomniane, zrzucone na drugi plan. Zakończenie bez zakończenia.
Niby film jest jakich wiele. Młoda kobieta, wielki pałac/dom, starsze państwo, mgła, wielka, zniszczona brama. Ale sam film już typowy nie jest. Fabuła trochę gra widzowi na nosie. Kiedy wydaje nam się, że “no przecież” – okazuje się, że nie. Jeszcze się tego nie dowiemy.
Kim jest pantofel każdy wie! Każdy z nas zna przynajmniej jednego faceta, dla którego zdanie żony jest święte. Który nie wyjdzie na piwo – bo żona. Który nie ma teraz czasu bo musi. Ale nikt nie śmieje się z kobiet, które nie mogą – bo mąż.
Dlaczego facet jest PANTOFLEM a kobieta W TOKSYCZNYM ZWIĄZKU?
W naszym społeczeństwie problem przemocy wobec mężczyzn wciąż jest bagatelizowany. Kobieta znęca się nad facetem? Niemożliwe! Co Ty, facet, jaj nie masz? Przyłóż takiej to będzie wiedziała gdzie jej miejsce w szeregu!
Wśród znajomych wciąż można usłyszeć drwiące komentarze o pantofelku, jak to dał się kobicie omotać. Kocha głupek.
Pierwszy raz, tak dość dobitnie, spotkałam się z pantoflem, kiedy chcieliśmy prosić na ślub. Żona uznała, że nie, nie zgadza się na to by ciocia (jego mama) przekazała im zaproszenie na ślub. Musimy przyjechać osobiście (!) choć… i tak nie przyjdą. Na nic zdały się tłumaczenia siostry męża, matki męża, że przecież Młodzi nie mają czasu, przecież przygotowania, przecież praca na etat a wy nie dość, że daleko mieszkacie to jeszcze i tak nie przyjdziecie. Żona się uparła! Mamy zaprosić ją – osobiście!
W konsekwencji, jako jedyni nie dostali zaproszenia.
Rodzinie jest szkoda faceta. Każdy jego zły ruch kończy się karą; foch, brak seksu, obraza, awantura, ciche dni, wyjdę i nie powiem na jak długo ani gdzie.
Facet ma przesrane – drwią inni. No ale jak pantofelkowi to odpowiada, to ok! – Nie było tematu.
A przypadku kobiet jest inaczej. Gdy kobieta musi żyć pod dyktando męża – żyje w toksycznym związku z tyranem, ze swoim oprawcą. Wszystkim jest jej szkoda i chcą pomóc jej wyrwać się z tego związku. Mówią, tłumaczą, że życie może być lepsze, że może być wolna, że powinna być traktowana jak księżniczka a nie kocmołuch.
Kobiety solidaryzują się w tym jednym przypadku ze sobą, mówiąc, że powinna od niego odejść bo ten facet działa na nią toksycznie. Bo w związku powinniśmy być równi!
Dlaczego więc odwracając sytuacje faceta kpiąco nazywamy pantoflem a o kobiecie mówimy, że jest w toksycznym związku?
Czy przemoc w związku jest tylko w jedną stronę?
Któregoś razu przysłuchiwałam się rozmowie ginekolog z pacjentką, która miała torbiel w jajniku. Lekarka radziła kobiecie aby ta zaszła w ciążę. Tłumaczyła jej, że czasem podczas czasie ciąży torbiel wchłania się samoistnie. Mówiła też, że usunięcie torbieli wiąże się z wycięciem pewnej ilości komórek, przez co później zwiększa się ryzyko problemów z zapłodnieniem.
Na twarzy pacjentki było widać coraz większe przerażenie.
Postanowiłam na ten temat porozmawiać z zaprzyjaźnionym ginekologiem. Ten z podniesionym ciśnieniem powiedział: ciąża nie jest lekarstwem! Nie można zachodzić w ciążę tylko po to by zobaczyć, czy to coś da. Kiedyś była u mnie pacjentka, której też inny ginekolog zalecił ciążę. Ta odpowiedziała mu: to niech pan wypisze mi receptę na tą ciążę. Facet może być na NFZ.
Ciąża nie jest lekarstwem
Będąc w związku kobiety sięgają najróżniejszych sposobów by poprawić swoje relacje z partnerem.
Najpierw milczą w oczekiwaniu, że problem sam się rozwiąże. Później mówią – dużo, codziennie, to samo. A kiedy rozmowy nie pomagają zaczynają się płacze i krzyki. Kobieta nie wie jak wpłynąć na swojego mężczyznę więc zaczyna kombinować, zastanawiać się. I nagle wpada na pomysł: może zmieni go dziecko?Może jak zajdę w ciążę to on w końcu zacznie się mną interesować, przestanie tyle wychodzić z domu – przecież będzie dziecko, będzie miał obowiązek, będzie musiał stać się w końcu dorosły i odpowiedzialny.
9 miesięcy przed dzieckiem
9 miesięcy to szmat czasu. W ciągu 9 miesięcy można dogadać się, nauczyć się z kimś żyć, coś zrozumieć i… można dojrzeć do rozstania. W ciągu 9 miesięcy ciąży ciało kobiety zmieni się, hormony będąc buzować, a będąc w związku, w którym już jest źle – zła relacja może się pogłębić. W ciągu 9 miesięcy możemy mieć poranne mdłości i potrzebować pomocy przy zwykłych, codziennych czynnościach jak założenie skarpetek. 15 minutowy spacer na zakupy może okazać się niemożliwą do pokonania wyprawą.
Po 9 miesiącach, po ciężkim porodzie możemy mieć trudności z dojściem do siebie. Możemy potrzebować pomocy we wstaniu z łóżka, przy jednoczesnym płaczu dziecka. Po 9 miesiącach możemy wciąż mieć złe relacje z partnerem. A może się okazać też, że zostaniemy z dzieckiem, depresją poporodową i złą kondycją zdrowotną same. I nikt nam nie poda herbaty, nikt nie pomoże wstać i nie przewinie za nas dziecka. I tak się zastanawiam: czy będziesz na tyle silna by pokochać dziecko, które miało być tylko lekarstwem na związek z… ex?
Widziałyście kiedyś filmik jak robi się telefony komórkowe? Skąd wydobywa się surowce niezbędne do jego wyprodukowania, jak się je wydobywa i kto to robi? Realia są zatrważające! To, co dla nas jest niezbędne już do życia – dla innych jest codzienną walką o życie.
Jak produkowane są telefony komórkowe
Żyjemy w świecie, w którym liczy się tylko zysk. Koncerny chcą zarabiać coraz większe pieniądze maksymalnie ograniczając wydatki – także na pracowników – na ludzi.
Z fabryk robią się obozy pracy. Zamiast imion – numery.
W kopalniach pracują dzieci i kobiety w ciąży. W 2014 roku miesięcznie ginęło w nich 5 ludzi. Ciał – nie odnaleziono.
Tych biedniejszych, których nie stać na opuszczenie swoich domów, zabija nowotwór – skóry, pęcherza, jelit i okrężnicy. Umierają w wieku ok. 40 lat.
Fairphone – telefony z poszanowaniem praw człowieka
W odpowiedzi do takich koncernów jak Samsung, Apple, LG, Huawei – w Holandii powstała nowa firma telefonów FairPhone. Komponenty do nich wydobywane są z legalnych źródeł z poszanowaniem praw człowieka i środowiska.
Niestety nie wiadomo kiedy ich telefony pojawią się w Polsce. Jedyną odpowiedź jaką dostałam to m.in. “pracujemy nad poszerzaniem kontaktów”. Jednak dobra wiadomość jest taka, że ich telefony SĄ już dostępne na świecie!
Ciekawa jestem czy byłybyście w stanie zrezygnować z telefonu z jednej z wiodących marek, z najlepszym aparatem fotograficznym dla telefonu nieznanej marki, ale która szanuje prawa i życia człowieka?
Jak zapatrujecie się na taki telefon? I co czujecie w związku z filmem? Wstrząsnął Wami? Jak teraz patrzycie na swój telefon. Dajcie znać!
W internecie znajdziecie mnóstwo przepisów jak zrobić sól do kąpieli. W zasadzie – jest to jeden i ten sam przepis, z tymi samymi gramaturami i… tym samym błędem! Czy wiedziałyście, że robiąc sól do kąpieli możecie zaszkodzić swojemu zdrowiu?
Jak zrobić sól do kąpieli
Swoją sól do kąpieli zrobiłam w trzech wariantach kolorystycznych. Chciałam pokazać Wam jak działa barwnik, którym nadajemy soli kolor.
Do przygotowania swoich soli kąpielowych użyłam różowego barwnika spożywczego w proszku, pochodzenia naturalnego.
Sztuczne barwniki (także te do żywności) są – sztuczne; otrzymywane w sztuczny, chemiczny sposób. Innymi słowy – to spożywcza farba.
Ciekawostka: Będąc na studiach mieliśmy laborki właśnie z barwnikami i aromatami. Mieliśmy stworzyć margarynę o określonym zapachu i kolorze. Na całą miseczkę margaryny dodałam czubek małej łyżeczki sztucznego barwnika. Moja margaryna smakowała jak farba, którą maluje się ściany. Ohyda!
Sól morska, barwnik i oliwa
Różowy proszek zabarwił mi sól na kolor różowofioletowy, w zależności jak pada światło. Po dodaniu oliwy z oliwek kolor wzmocnił się.
Sól morska, barwnik i miód
Kiedy zmieszałam sól morską zabarwioną barwnikiem z miodem – otrzymałam sól w kolorze różowym.
Do wykonania swojej soli użyłam miodu gryczanego (ciemnego) a więc mój różowy jest nieco ciemny.
Sól morska i kawa
Trzeci wariant jaki stworzyłam był totalnie naturalny. Wsypałam sól morską do miseczki, w kubku zaparzyłam zmieloną kawę i dodałam do soli 3 łyżeczki esencji z kawy. Całość zabarwiła się na delikatny, brązowy kolor.
Najgorszy popełniany błąd!
Większość wpisów jak widziałam w internecie mówiły o dodawaniu olejków zapachowych, aby nasza kąpiel była przyjemniejsza. Jednakże NIE MOGĄ to być te same olejki, jakie dodajecie do kominków na tea lighty! Te olejki nie są przebadane, nie są przystosowane do kontaktu z ludzkim organizmem, a więc mogą być bardzo szkodliwe.
Pamiętajcie, że kąpiąc się, to wszystko co dodacie do waszej soli kuchennej przeniknie w jakimś stopniu przez skórę do waszego organizmu.
Nie wiemy jakie toksyczne substancje kryją się w nieatestowanych olejkach eterycznych.
Jeśli chcecie by Wasza sól miała aromat – możecie użyć oleju, np. ze śliwki, który ma zapach marcepanowo-migdałowy.
Właściwości soli do kąpieli
Sól morska – bogata jest składniki mineralne, których brakuje soli kuchennej wysokoprzetworzonej. Prócz sodu i chloru, znajdują się w niej także magnez i wapń. Sól ma właściwości zmiękczające i przeciwgrzybiczne.
Oleje
W zależności od oleju jaki wybierzecie, takie nadacie swojej soli do kąpieli właściwości oraz aromat
Olej z pestek malin:
– zawiera silneantyoksydanty chroniąc przed fotostarzeniem się skóry
– pełni funkcję ochronną przed promieniowaniem UV
– łagodzi podrażnienia
– poprawia wchłanialność innych składników
Olej z pestek śliwki
– właściwości nawilżające i uelastyczniające skórę
– odblokowuje pory
– reguluje pracę gruczołów łojowych
Nasz dom staje się coraz bardziej roślinny, ekologiczny, zgodny z naturą <3 Każdego dnia jestem coraz bardziej zachwycona efektem tego, co tworzymy razem!