Dlaczego nie lubię jeść w restauracjach

Dlaczego nie lubię jeść w restauracjach

Któregoś razu, będąc jeszcze na studiach, pracowałam w biurowcu. Kiedy moja praca polegała na wklepywaniu danych i ich aktualizowaniu – moje koleżanki i koledzy pracowali w kawiarniach. Jak tylko nadarzyła się okazja zatrudnienia się w kawiarni – niewiele myśląc rzuciłam pracę w biurze na rzecz bycia kelnerką.
Wtedy, za czasów studiów, to było moim marzeniem – spróbować swoich sił jako kelnerka. Nie wiedzieć czemu, ale uważałam, że każda dziewczyna powinna raz w życiu być kelnerką! Może na taki pogląd wpływało to, że wszyscy moi znajomi dorabiali sobie w knajpach, tylko “ja jedna” nie? Nie wiem.
Ale wiem jedno – bycie kelnerką w Pijalni Czekolady zmieniło mój stosunek do żywienia się w restauracjach!
To był też ten moment, kiedy zrozumiałam, czym na sto procent chcę zajmować się w przyszłości – chcę dbać o bezpieczeństwo żywności. Chcę edukować w zakresie jakości i higieny.

Bo to co widziałam… – nie mieściło mi się w głowie.
I nie mieści się w niej do dziś… .

Dlaczego nie lubię jeść w restauracjach

Nigdy nie zapomnę tego dnia.
Była niedziela, upalne lato. W naszej pijalni czekolady ruch był cykliczny – wszyscy schodzili się tuż po pełnej godzinie, tak, jak kończyła się msza w pobliskim kościele. Kiedy nie było gości, kiedy lokal świecił pustkami a wszystkie stoliki zostały już przetarte i przygotowane na nowych klientów – wszystkie kelnerki zamykały się w kuchni. Tam zawsze było co robić – jak nie sprzątać, to przygotowywać czekolady na przyszłe tłumy. I to tam, zawsze, można było choć przez chwilę odprężyć się, porozmawiać, odreagować… .

W pijalni czekolady, jak w każdym gastronomicznym lokalu, pracowały same studentki. Część z nas studiowała technologię żywności, część ekonomię, a część marketing, zarządzanie. Wydawać by się mogło, że szkolenie jakie przechodziliśmy z zasad higieny w lokalu, bezpieczeństwa żywności, powinny nas czegoś nauczyć. Ale tak nie było.
My, które studiowałyśmy technologię żywności o bezpieczeństwie żywności wiedziałyśmy bardzo dużo. To czego nauczyłyśmy się na studiach tak bardzo wbiło nam się do głowy, że ciężko nam było łamać te zasady pracując w lokalu. W końcu większość z nas właśnie z tymi zasadami wiązała swoją przyszłość zawodową – i to nie pracując jako kelnerka.
Jednak te dziewczyny, które o bezpieczeństwie żywności wiedziały tyle, ile wymagał od nich test przeprowadzany przez kierownika na początku pracy aby dostać te 50 groszy podwyżki za każdą przepracowaną godzinę – w konsekwencji nie miały pojęcia po co są te zasady.
O ile wiadomym było, że temperatura przechowywania jest ważna, o ile każda rozumiała sens zasady “pierwsze weszło – pierwsze wyszło”, tak na tym świadomość bezpieczeństwa żywności wielu dziewczyn już się kończyła.

Nigdy nie zapomnę tego dnia.
Była niedziela, upalne lato. Jak zawsze, tuż przed pełną godziną, lokal świecił pustkami a wszystkie kelnerki zebrały się w kuchni na pogaduchy. Nigdy nie zapomnę jak jedna z kelnerek oparła się plecami o ścianę, wzięła metalową łyżeczkę i, jak gdyby nigdy nic, odsunęła szklane drzwiczki chłodziarki z lodami i zaczęła je tak po prostu jeść rozmawiając z nami. Łyżeczka po łyżeczce… .

Nie pamiętam już, czy z drugą technolożką zwróciłyśmy jej uwagę czy nie. Pamiętam natomiast moją konsternację, zdziwienie, osłupienie. W głowie mi się nie mieściło jak tak można? Przecież później będziemy te lody wydawać klientom – te poślinione lody. Czym to się różni od naplucia komuś do talerza?

 

Od tamtej pory zaczęłam przyglądać się kucharzom i kelnerom – co robią, jak pracują, jak wygląda kuchnia.
Biżuteria, rozpuszczone włosy, używanie telefonu komórkowego by po chwili przygotowywać dla kogoś posiłek… . Fartuch ochronny, w którym kucharze wychodzą na papierosa… – nie chcę tu jeść. Obrzydza mnie to.

Dla osoby postronnej, nie związanej z bezpieczeństwem żywności, takie rzeczy mogą wydawać się głupie, absurdalne, wyolbrzymione. Jednak dla mnie – te zasady to codziennie spędzone osiem godzin na etacie. To dbanie o to, aby pracownicy wiedzieli – jak ważny jest czepek na głowie i brak włosów w jedzeniu. By wiedzieli, że to co upadło na ziemię nie może pójść na sprzedaż – bo kto z nas chciałby jeść z podłogi…?

 

Nie mam zaufania do gastronomii.
Obserwując branżę gastronomiczną widzę, jak edukacja w zakresie zasad higieny kuleje.
Widzę, jak pracownicy drwią sobie z tego, czego wymaga kierownictwo.
I ja się im nie dziwię – jeśli pracownik nie wie “dlaczego” tak powinien postępować, to zasada jest dla niego głupia, niezrozumiała, bez sensu.
Nie dziwię się też pracownikom, którym nie w głowie przestrzeganie zasad, kiedy wymaga się od nich wydajności ponad siły.
I nie dziwię się też pracownikom, którzy są tylko studentami, których pensja jest groszowa, bo przecież ludzie zostawiają napiwki. A przynajmniej niską pensję tak to tłumaczy pracodawca.

To nie jest tak, że kiedy ktoś zaprasza mnie do restauracji lub kawiarni – to odmawiam, bo. Ale nie czerpię z takich wyjść takiej przyjemności, jak większość ludzi.

Kiedy wychodzimy z Dawidem zjeść coś na mieście, zawsze pierwsze co robię wchodząc do lokalu, to przyglądam się pracy kucharzy i kelnerów – trwa to minutę, może dwie. Przyglądam się co robią, jak się zachowują, jak nakładają produkty, gdzie odkładają narzędzia. Jeśli uznam, że ich zasady pracy są dla mnie akceptowalne – to tam jemy. Jeśli nie – szukamy dalej.

Ja wiem, że na tym punkcie mam małego bzika. Jak to śpiewały Fasolki – każdy ma jakiegoś bzika, każdy jakieś hobby ma, dlatego często staram się też ugryźć w język i pamiętać, że przecież “nie umrę od tego”. Przecież jestem na wakacjach, mogę odpuścić, zrobić wyjątek, nie robić problemów – po prostu wyluzować.
Ale może jednak poszukajmy czegoś innego?

W zero waste nie chodzi o planetę i ratowanie całego świata

W zero waste nie chodzi o planetę i ratowanie całego świata

Któregoś razu mój tata opowiedział mi o pewnej audycji w radio, którą usłyszał tego dnia. To było wtedy, kiedy w Warszawie poziom Wisły był tak wysoki, że groziło zalaniem całej prawej strony Warszawy. Pamiętam poruszenie, jakie panowało wtedy u nas w domu – chowanie dokumentów w reklamówkę, kompletowanie toreb podróżnych na wypadek, gdyby Wisła wylała. Pamiętam jak cieszyłam się wtedy, że mój chłopak mieszka w Zabrzu a nie w Warszawie. Gdyby zalało Warszawę – mogłabym uciec na Śląsk :).

W tej audycji dziennikarka zwróciła uwagę, że aby obniżyć poziom wody, każdy Warszawiak musiałby wypić jeden kubek wody Wiślanej dziennie. Ale Polacy są tacy, że jakby powiedzieć im „musisz to zrobić dla dobra wszystkich, także swojego” pierwszego dnia wszyscy Warszawiacy ruszyli by z kubkami nad Wisłę, drugiego już 90 procent osób, a trzeciego – 70 procent, aż w końcu… – nikt by tego nie robił. Lecz gdyby powiedzieć im, że byłoby dobrze, powinno się, to na pewno nie zostałoby niezauważone, i że ten jeden kubek ma ogromny sens – Polacy byliby dużo bardziej zmobilizowani do tego, aby ten jeden kubek wody z Wisły wypijać. Bo czuliby, że są częścią czegoś większego. Czuli by, że z własnej woli, a nie z przymusu – robią coś dobrego… .
Mając wybór – zjednoczylibyśmy się.

W zero waste nie chodzi o planetę i ratowanie całego świata

Nikt nie lubi być do czegoś zmuszany. Gdyby ktoś mi powiedział, że powinnam dla środowiska robić to i to – pewnie zachowałabym się jak dziecko, które na złość mamie odmrozi sobie uszy. Nie lubię władczego tonu i nie lubię sztywnych nakazów. Nie lubię ich tym bardziej, jeśli godzą w moje poglądy, moją estetykę, moje poczucie bezpieczeństwa. Bo wypicie szklanki wody z Wisły… – na pewno do najzdrowszych nie należy.

Ale gdyby ktoś mi powiedział: “nie musisz tego robić, broń Boże nie, ale jakbyś jednak chciała – zapraszamy do naszej drużyny” – chętniej rozważyłabym tą propozycję. Fajnie jest zrobić razem coś dobrego. Być częścią czegoś większego… .

 

Podobnie negatywne odczucia mam wtedy, gdy ktoś mówi, że powinniśmy żyć w zgodzie z zero waste, ponieważ musimy ratować planetę. Kiedy mówi, że nie mamy już czasu na LESS waste – musi być ZERO.

I podobnie negatywne odczucia mam, kiedy ktoś mówi, że musimy to robić dla dobra planety, która jest tak okrutnie zaśmiecona. Planety – wszystkich kontynentów, oceanów… .
Ja wiem, że nasze polskie śmieci trafiają na inne kontynenty, ja wiem, że wody przenoszą śmieci. Ale litości – ja nawet nigdy nie byłam w Ameryce! Ja nawet nigdy nie byłam na innym kontynencie, a ktoś mówi mi o ratowaniu wszystkich siedmiu kontynentów? Mówi to mi – dziewczynie, która najlepiej czuje się na wsi godzinę drogi od Warszawy?
Jak ja mama ratować cały świat, jak moje decyzje mają wpływać na cały świat, kiedy moje codzienne życie (!) ma promień 60 km (i to też naciągając)…?

Nie, zero waste nie polega na ratowaniu planety!

Moje zero waste nie polega na ratowaniu planety.

Moje zero waste polega na „odśmieceniu” mojego życia. To ja nie chcę mieć zbyt wielu śmieci u siebie w mieszkaniu. To ja nie chcę biegać codziennie do osiedlowego śmietnika. To ja nie chcę generować śmieci, otaczać się śmieciami, otaczać się jednorazówkami.

To mi serce pęka na myśl, że przeze mnie, mój wybór, mój śmieć – jakieś zwierze zrobiło sobie krzywdę.
To ja się czuję źle z tym, że wyrzucam pieniądze, które ciężko zarabiam będąc na etacie. Bo to ja kupuję produkty, których później część (lub całość) ląduje w koszu.

Wiecie jak zaczęło boleć mnie to, że kupuję jednorazowe płatki kosmetyczne? Po przetarciu twarzy jednym płatkiem – ten ląduje od razu w koszu. I tak codziennie kilka razy dziennie… .
Czy to nie absurd wydawać pieniądze na coś, co używa się krócej niż minutę? 
Czy to nie absurd generować taki śmieć…?

Nie chcę w swoim domu mieć śmieci, bo kocham przyrodę. Kocham wieś, kocham przyjeżdżać na wieś, aby odpocząć od miejskiego szybkiego trybu, od miejskiego niechlujstwa i butności.
Kocham wieś, kocham ten zapach, który wydobywa się za każdym razem, kiedy otwieram drzwiczki drewnianego kredensu.
Kocham dźwięk świerszczy o dwudziestej pierwszej, i kocham porę obiadową ptaków o dziewiętnastej.
I jak można nie kochać zapachu lasu?

Jak można nie czuć tej radości z przemoczonych od porannej rosy butów, kiedy idziesz zerwać sałatę i pomidorki koktailowe na śniadanie?

Moje zero waste nie jest po to, aby dbać o planetę. Nie jest po to, aby pingwiny, foki, wieloryby i żółwie morskie miały się dobrze. Boli mnie ich krzywda – ale nie dla nich to robię.

Moje zero waste jest po to, abym egoistycznie to ja mogła cieszyć się przyrodą. Abym egoistycznie to ja mogła czerpać radość z przyrody i z natury. Abym to ja miała czyste sumienie, że nie stwarzam zagrożenia dla zwierząt i przyrody.Nie przyczyniam się do cierpienia tych, którzy dają mi radość.
Moje zero waste jest po to, abym mogła przechadzać się po Parku Skaryszewskim bez widoku wysypujących się z koszy śmieci.
Moje zero waste jest po to, bym mogła odpoczywać otaczając się przyrodą i całym dobrem jakie oferuje. Abym wychodząc na spacer mogła spotkać sarnę… .

 

Nie oszukujemy – jedna osoba świata nie zmieni.
Ale swój najbliższy świat, swoje otoczenie – TAK! Tak, tak, tak!

 

Nie skupiajmy się na tym, aby być radykalnym zero wasteowiczem. Nie chodźmy sfrustrowani, bo czegoś nie kupiliśmy bo było plastiku. Bądźmy szczęśliwi, że udało nam się plastik ograniczyć. Cieszmy się, że MY daliśmy radę. Udało się! Celebrujmy małe osiągnięcia i stawiajmy nowe cele.

Szalenie cieszę się, kiedy widzę efekty mojej pracy w naszym domu. Kiedy widzę jak mało śmieci wyrzucamy. Może kiedy zorganizujemy się lepiej – będziemy śmieci generować jeszcze mniej, kto wie? Ale na chwilę obecną – i tak zrobiliśmy mega postęp. I to właśnie czuję – ogromny postęp i dumę. Satysfakcję.

 

Nie robimy tego, nie ograniczamy śmieci aby ratować świat. Robimy to aby być szczęśliwym. Aby nie mieć wyrzutów sumienia. Aby móc cieszyć się świeżym powietrzem i czystym trawnikiem.

Nie chcę aby zero waste kazało ludziom wypijać szklankę wody dziennie pod niewypowiedzianą groźbą szykanowania.
Chcę, aby zero waste jednoczyło ludzi i dawało szczęście w wypijaniu wspólnie jednej szklanki Wisły dziennie.

Zero waste nie jest po to by zmieniać cały świat.
Zero waste jest po to aby zmieniać swój świat. A to i tak szalenie dużo.

 

Bądźmy lepszą wersją siebie. Stawiajmy sobie cele. Rywalizujmy zdrowo sami ze sobą. Starajmy się. Czerpmy radość z małych osiągnięć. Po prostu. To i tak będzie dużo.

 

Śmieję się, kiedy słyszę, że powinniśmy ograniczyć wyrzucanie śmieci dla ratowania planety. Jeden człowiek – świata nie zmieni – sorry. Ale jeden człowiek – może zapisać się w kartach historii jako ten, co zmienił swój świat. Nawet – jeśli ograniczał się do 60 km.

Jeden człowiek świata nie zmieni – ale może zmienić sposób myślenia najbliższego otoczenia. A potem – to już zachodzi reakcja łańcuchowa.

Czy komuś z Was też przypomniał się właśnie film „Podaj dalej”? Pamiętacie jak Haley Joel Osment mówił: “„Znajdź trzy osoby, którym możesz pomóc w zrobieniu czegoś, czego sami nie mogliby zrobić. W zamian niech oni pomogą trzem następnym osobom, które pomogą kolejnym trzem… – powstanie wówczas piramida dobra…”?

Tak powinno działać zero waste.
Nie zmieniajmy świata – zmieniajmy swoje otoczenie.
Inspirujmy. Rozmawiajmy. Zmieniajmy świat – bez hejtu i krytyki.

Zmieniajmy świat miłością.
Takie – dbam bo kocham.

Czego o związku może nauczyć Cię iRobot roomba

Czego o związku może nauczyć Cię iRobot roomba

Czy dożyliśmy już takich czasów, w których nowe technologie mogą nas czegoś nauczyć, pomóc nam być lepszymi ludźmi? Niektórzy mówią, że technologie nas ogłupiają, rozleniwiają nas. Pewnie i tak jest. Ale w przyrodzie musi być zachowana równowaga. Skoro coś ma swoje wady, musi mieć i zalety. A dla mnie największą zaletą technologii jest to, że daje możliwości.  Bo gdyby nie technologia – może nigdy nie poznałabym mojego męża. Gdyby nie komputery, internet… .

Nowe technologie nie są złe, jeśli potrafimy z nich mądrze korzystać. A czasem – technologie mogą nas bardzo dużo nauczyć – na przykład o budowaniu relacji w związku… .

Czego o związku może nauczyć Cię iRobot Roomba e5

 

60 decyzji na sekundę 

iRobot roomba e5 podejmuje 60 decyzji na sekundę, aby móc dokładnie, bez obijania mebli wysprzątać mieszkanie. Wykonuje 60 analiz, aby zrobić coś dobrze, tak jak trzeba. Tak, aby efekt był zadowalający.
My nie jesteśmy robotem i w ciągu 1 sekundy 60 decyzji nie podejmiemy przed postawieniem kroku. Ale możemy przemyśleć. Możemy się zastanowić.

Są takie sytuacje, kiedy na czymś mi bardzo, bardzo mocno zależy, a mój mąż tego w ogóle nie rozumie. To co dla mnie jest szalenie ważne, dla niego nie jest nawet warte uwagi. I nie mam do męża o to żalu, bo on to nie ja, i rozumieć wszystkiego nie musi. Ale ja robotem też nie jestem – mam emocje, choć tak jak robot staram się podjąć dobrą decyzję. Nim wykonam krok, nim się odezwę, nim ryknę na mojego męża psując nam obojgu do reszty nastrój – zastanawiam się czy to ma sens? Czy warto? Czy mój gniew coś pomoże? Czy rzucenie tym kubkiem pełnym kawy coś zmieni na lepsze?

Związek to decyzje. To myślenie co dalej, co się wydarzy. To podejmowanie decyzji jak najlepszych dla nas.

 

Wirtualna ściana

iRobot roomba e5 ma taką fajną funkcję, której często ludzie nie rozumieją. W zestawie iRobota są takie dwa klocki, które tworzą wirtualną ścianę, przez którą on nie przejdzie. I ta funkcja jest o tyle fajna, że jak ja będę siedziała w salonie na podłodze i plotła makramy, to Roomba zaraz nie przyleci posprzątać mnie i całej mojej pracy, bo ja postawię przed sobą dwa klocki tworzące wirtualną ścianę.

I z tej funkcji i przykładu można się jak najbardziej śmiać, jednak odnosząc ją do związku – powinniśmy być całkiem poważni!
Są takie sytuacje, kiedy chcemy pobyć sam na sam. Te sytuacje mogą być codziennie, na przykład wtedy, kiedy małżonek wraca do domu jako drugi, zmęczony po pracy i zwyczajnie chce odpocząć. I małżonek, na przykład mój, siada wtedy przy komputerze, stawia na blacie sekretarzyka kubek z kawą z mlekiem i cukrem robiąc na sekretarzyku brązowy ślad kawy, zakłada słuchawki na uszy i gra w LOLa lub ogląda filmy na youtube. I robi coś jeszcze – stawia przede mną niewidzialną ścianę.
To jest ten czas, w którym nie ma dla mnie męża, choć jest na wyciągnięcie ręki. To jest ten czas, który on potrzebuje mieć tylko dla siebie.

I mój maż już wie, że kiedy mi jest tak bardzo, bardzo smutno, kiedy jestem zraniona, kiedy cierpię niemiłosiernie bo w telewizji pokazali jak cierpi jakieś zwierze, ja się w domu unoszę gniewem – mój mąż już wie, że postawiłam między nami niewidzialną ścianę. To jest czas, w którym to ja muszę dojść do siebie. Muszę wyciszyć się. Uspokoić. Poradzić sobie z tym sama.

 

Dostosowanie

iRobot roomba e5 potrafi dostosować się do każdej powierzchni. Nie ma dla niego problemu, że teraz sprząta dywan, a zaraz będzie musiał pokonać panele, znów wskoczyć na dywan aby posprzątać płytki w kuchni. Roomba się dostosuje. Po prostu.

I choć żadne z nas robotem nie jest, w związku też musimy nauczyć się dostosowywać. Musimy nauczyć się dostosowywać do zmian, do inności, do humorów – do bardzo wielu rzeczy. Musimy nauczyć się tworzyć związek i zdrową relacje mimo tego, że od dziś:
– jedno z nas będzie miało prace na same noce
– będzie dzieliło nas ponad 3000 km w lini prostej
– będziemy żyć tylko za jedną pensję
– nie ma z nami już dziecka, zostaliśmy sami.

Związek to stałe dostosowywanie się. To obserwowanie reakcji i nastrojów. Krok w przód i krok w tył.
W związku nie można tylko być. W związku nie jesteśmy sami – musimy stale dostosowywać nasze emocje i nasze zachowanie – do zachowania i emocji drugiej osoby.
Mamy sobie pomagać – nie utrudniać.

 

Oczyszczanie

iRobot roomba e5 ma taką świetną funkcję, Dirt Detect, która służy do wykrywanie większych zabrudzeń. Dzięki temu Roomba wie, którym miejscom powinna poświęcić więcej czasu na doczyszczenie.

I gdybym była twórcą serialu Black Mirror – taką właśnie funkcję dałabym każdemu człowiekowi na świecie. Każdy człowiek potrafiłby wykryć, czy druga osoba ma jeszcze żal, czy już nie. Każdy człowiek potrafiłby wykryć, czy wszystko już jest dobrze, czy jeszcze nie, czy jeszcze musimy porozmawiać, coś sobie wyjaśnić.
Czasem myślę, że mój maż ma taką funkcję. Bo kiedy ja już mówię, że wszystko ok – on wie, wyczuwa to, że jednak jeszcze nie jest koniec, jeszcze coś mnie trapi, jeszcze coś mnie boli, coś siedzi. Tylko ja nie mówię mu co, bo jest mi jeszcze zbyt przykro. A on wtedy wie, że po prostu musi poświęcić jeszcze trochę czasu… .

To jest chyba jedna z moich ulubionych cech ludzi w związku – oni zawsze wiedzą. To jest tak niesamowite znać kogoś tak bardzo, bardzo dobrze by wiedzieć.

 

 

Budowanie zdrowych relacji w związku nie jest łatwe. Im dłużej staram się pokazywać Wam mechanizmy budowania relacji, im więcej czasu poświęcam na czytanie o relacjach, obserwowaniu relacji innych ludzi – zastanawiam się jak to jest, że dla jednego sprzętu, jednej rzeczy producent daje instrukcję obsługi, a wchodząc z kimś w związek często nawet nie zadajemy sobie trudu poznania tej osoby.
Czytamy instrukcje obsługi aby skorzystać z urządzenia zgodnie z zaleceniami – aby nie ponieść konsekwencji i nie stracić gwarancji na rzecz nabytą, a nie zadajemy sobie trudu poznania osoby, aby jej nie stracić i nie zranić jej… .

Parametry techniczne sprzętu.
A jakie są Twoje parametry?

 

Wpis powstał w ramach współpracy z iRobot.

Jak w banalny sposób ograniczyliśmy marnowanie warzyw i wędlin w naszym domu

Jak w banalny sposób ograniczyliśmy marnowanie warzyw i wędlin w naszym domu

Macie czasem tak, że klepiecie się w czoło i sami siebie pytacie: matko, dlaczego ja na to wcześniej nie wpadłam?! Ja tak miałam właśnie ograniczając marnowanie warzyw i wędlin w naszym domu. Pomysł banalny, widziany przeze mnie mnóstwo razy w domu mojej babci, jednak on nie dotyczył marnowania żywności, a dogadzania gościom.

Brzmi ciekawie, prawda?

Jak w banalny sposób ograniczyliśmy marnowanie warzyw i wędlin w naszym domu

Największą naszą bolączką było, mimo wszystko, marnowanie warzyw. Kupowanie papryk, pomidorów, ogórków, które miały posłużyć za składnik obiadu do pracy, a w rezultacie albo nie zostały wykorzystane, albo wykorzystane w połowie.
Mimo jedzenia śniadań, mimo obiadów w domu, mimo jedzenia kolacji – warzywa wciąż i wciąż zostawały w lodówce nietknięte.
Największa frustracja dopadała mnie wtedy, kiedy okazywało się, że nim się obejrzeliśmy a produkt był już popsuty.

 

Podobnie było z wędlinami, choć w trochę mniejszym stopniu.
Wędliny kupujemy najczęściej w mięsnym w całości, obwiązane sznurkiem wędliniarskim, niepokrojone w plasterki. Czasem, kiedy nie mieliśmy już ani siły, ani ochoty, kiedy byliśmy zbyt zmęczeni by dać z siebie minimum kulinarne – zostawiało się wędliny i sięgało po coś, czego nie trzeba było kroić, co dało się rozsmarować. Sięgaliśmy po coś na szybko, po lini najmniejszego oporu.

 

Aby jednak ograniczyć wyrzucanie warzyw i wędlin, a co za tym idzie – aby też nie wyrzucać pieniędzy i nie generować śmieci, bezsensownego odpadu, który przecież można uniknąć – wpadliśmy na genialny, fantastyczny pomysł!
Zaczęliśmy kroić!
Tak jest, kroić! Mając w lodówce już pokrojone na porcje ogórki, papryki, rzodkiewki czy wędliny – w chwilach ogromnego głodu czy jeszcze większego lenistwa – zaczęliśmy sięgać po to, co już było naszykowane.

I co ważne: nie kroimy wszystkiego codziennie, tylko co kilka dni, oszczędzając też nasz czas.

 

Czyż to nie jest banalnie prosty sposób na ograniczenie marnowania jedzenia?

W domu mojej babci tak szykowało się plasterki cytryny do herbaty. Kiedy bym do babci nie pojechała, na kuchennym blacie zawsze leżało kilka plasterków cytryny na małym, szklanym spodeczku. Kto chciał – podchodził i brał sobie cytrynę do herbaty, zamiast za każdym razem wyciągać cytrynę z lodówki, sięgać po deskę do krojenia, kroić cytrynę i myć deskę i nóż.
Takie proste!

A tak między nami mówiąc – dla mnie jest to też jakiś sposób na przemycanie warzyw na kanapkach :)

Wielorazowe płatki kosmetyczne – nowy produkt w naszym sklepie

Wielorazowe płatki kosmetyczne – nowy produkt w naszym sklepie

Gdybyście mogli wskazać jeden najważniejszy powód, dla którego nie rezygnujecie z pewnych rzeczy na rzecz wielorazówek – co by to było?
Na przykład w łazience? Dlaczego niektóre produkty wolicie jednorazowe od wielorazowych?

W moim przypadku wielorazowość bardzo często przegrywa po prostu z estetyką.
Choć daleko mi do estetki, jednak gdzieś tam w nie takiej głębokiej głębi mnie, siedzi sobie mała dziewczynka, która lubi pstro. Która lubi ząb czasu, a w szczególności – ząb czasu na butach. Nic tak bardzo nie skrada mojego serca jak znoszone buty. Jak buty, po których widać, że przeszły cały świat! A przy najmniej – były tej wędrówki ogromną częścią.

Jednak choć widok znoszonych butów jest dla mnie rozczulający, tak szalenie razi mnie widok niehigienicznych środków higienicznych. Takich, które wyglądają na brudne. Które po pierwszym praniu wydają się mieć więcej niż sto lat.

Dlatego postanowiłam wyjść zmysłom estetyki na przeciw i stworzyć coś, co wyeliminuje jednorazowość w łazience. Postanowiłam stworzyć wielorazowe płatki kosmetyczne, które zachwycą serca największych estetów.

Wielorazowe płatki kosmetyczne – nowy produkt w naszym sklepie

Czy zastanawiałyście się kiedyś – ile zużywacie płatków kosmetycznych w codziennej pielęgnacji?

Ja nigdy nie liczyłam. Ale za każdym razem, kiedy mój słoiczek z jednorazowymi płatkami kosmetycznymi kończył się i musiałam nurkować do szafki pod umywalką po nową porcję… – trafiał mnie mały szlag poczucia absurdu sytuacji. Znów wyciągałam jedną czwartą opakowania, znów zawijałam ten plastikowy woreczek, znów “wkładałam” go pod resztę wacików i znów chowałam w głąb szafki. I tak cały czas – aż do nowej paczki, aż do powtórzenia wszystkich czynności… .

Mimo całej frustracji jaka wokół tego krążyła – nie mogłam przemóc się, aby zacząć używać wielorazowych płatków kosmetycznych. Te, które widziałam w internecie były często kiepskiej jakości. Nie tylko ich materiał mi nie odpowiadał, ale też sposób wykonania.
Pewnie, oczywiście, że rozumiałam, że rękodzieło nigdy nie zastąpi maszyny. Ale to niedbalstwo jakoś do mnie nie przemawiało. Czułam, że można to zrobić lepiej! Na pewno da się to zrobić ładniej!

Mimo całej frustracji jaka wokół tego krążyła – nie mogłam przemóc się, aby zacząć używać wielorazowych płatków kosmetycznych. Te, które widziałam w internecie były białe. Wiedziałam, że u mnie to nie zda egzaminu. Fluid, tusz do rzęs – te płatki po pierwszym użyciu wyglądałyby nieestetycznie. Nie chciałabym tego robić “brudnym” wacikiem. A jednak pielęgnacja skóry twarzy to coś więcej niż tylko jej mycie. To cały proces, doznania, jakie temu towarzyszą. To czerpanie przyjemności z efektu odświeżenia buzi, uczucie odprężenia, relaksu, czasu tylko dla siebie.

Uwielbiam to uczucie, kiedy przed pewnym wydarzeniem wchodzę do łazienki i zabieram się za pielęgnację cery. Ta czynność daje początek każdemu nowemu etapowi dnia.

Rano – oczyszczam twarz ze snu, szykuję się na ciężki kaliber dnia. Oczyszczam ją, zabezpieczam, ale też daję jej trochę w kość.

Po południu – zmywam z niej pracę. Zamykam drzwi łazienki i odprężam się. Zmywam makijaż, zmywam obowiązki. Przygotowuję się do relaksu. 

Wieczorem – przygotowuję skórę twarzy do snu. Niech czerpie z tych godzin jak najwięcej dobra!

 

Dlatego postanowiłam wyjść na przeciw zmysłom estetyki i stworzyć taki produkt, który swoim wyglądem zachwyci nie tylko najbardziej wymagających estetów, ale będzie też niesamowicie funkcjonalny.

Już niedługo, bo 11 lipca, w naszym sklepie pojawi się nowy produkt – wielorazowe płatki kosmetyczne.

Płatki będą dwóch kolorach: ecri i ciemnoszarym.

Kolor ecri, jest to kolor jasnobeżowy, bardzo zbliżony do białego, a więc do płatków, które bardzo dobrze znamy z drogerii. Jednak jego zaletą jest to, że jeśli nie dopierze nam w stu procentach fluidu – nie będzie tego widać na płatku, dzięki czemu nie będziemy miały wrażenia niedomytego, brudnego płatka.
Ecri płatek kosmetyczny idealnie sprawdzi się do oczyszczania skóry twarzy i ściągania z niej fluidu.

Ciemnoszare płatki kosmetyczne powstały z myślą o tych, które nie wyobrażają sobie życia bez tuszu do rzęs.
Nasze płatki będzie można prać w 60stC dzięki czemu ciemny pigment tuszu powinien w większości się sprać. Jeśli gdzieś na płatku zostanie ślad po tuszu – dzięki swojej barwie płatek wciąż będzie wydawał się nowy. Na białym płatku lub płatku ecri – zostałby szary ślad.
Nie zdecydowaliśmy się też na całkiem czarny płatek kosmetyczny ponieważ jeśli któraś z Was będzie chciała używać ciemnego płatka do całodniowej pielęgnacji skóry twarzy – na czarnym płatku mogłyby zostać przejaśnienia od niedopranego fluidu. Na szarym płatku ta różnica nie powinna być tak widoczna.
Jest to produkt dedykowany zwłaszcza tym, którzy nie chcą mieć dwóch rodzai płatków kosmetycznych w swojej łazience.

To, co wyróżnia nasze płatki kosmetyczne od innych jest też ich materiał.
Zrobiliśmy kilka prób materiałowych płatków i te bawełniane – okazały się być zbyt szorstkie, niedelikatne dla delikatnej skóry wokół oczu. Bawełniany płatek podrażniałby skórę przy ściąganiu makijażu, zmywaniu tuszu do rzęs.

Nie zdecydowaliśmy się też na płatek kosmetyczny bawełniany z domieszką innego, sztucznego materiału. Choć byłby delikatniejszy dla skóry niż czysta bawełna – to byłby sprzeczny z ideą naszego sklepu.
Chcemy aby w naszym sklepie były produkty stworzone w 100% z naturalnego materiału.

Materiał z jakiego uszyte będą nasze płatki kosmetyczne to włókno bambusowe.

Włókno bambusowe jest niezwykle miękkie w dotyku, a za razem bardzo wytrzymałe
Zachowuje swój kolor nawet po wielu praniach
Jest bardzo chłonne, dzięki czemu jest w stanie “zebrać więcej”
Podobnie jak len posiada właściwości antybakteryjne i antygrzybiczne
Nie uczula

 

Jeśli nie chcecie przegapić premiery nowego produktu w naszym sklepie – zapiszcie się do naszego newslettera :) O wszystkim Wam przypomnimy!

 

Ps. Jak Wam się podoba nasz nowy produkt? Miałyście kiedyś do czynienia z wielorazowymi płatkami kosmetycznymi? Używałyście ich kiedyś?
Dajcie znać!

 

Zrobiliśmy to a nawet więcej! SUM #6

Zrobiliśmy to a nawet więcej! SUM #6

Zdajecie sobie sprawę, że właśnie minęło pół roku? Jestem przerażona jak ten czas pędzi, a za razem jestem szalenie szczęśliwa, że to pół roku minęło właśnie w takiej aurze.

Zrobiliśmy to!
A to jeszcze nie koniec!

Zrobiliśmy to a nawet więcej! SUM #6

Sklep MyNaSwoim

Maj i czerwiec były dla nas szalenie intensywne! Mimo dwóch etatów, mimo naszych etatów, mimo prowadzenia bloga, mimo pasji, jakie mamy po godzinach – udało nam się otworzyć sklep mynaswoim!
Nie wierzę, że nam się to udało. Po prostu nie-wie-rzę!
Jeszcze w kwietniu rozmawialiśmy o tym, snuliśmy plany, zastanawialiśmy się jak by to było, gdybyśmy otworzyli sklep – a w czerwcu on już powstał!

Nowy produkt 

W czerwcu zaczęliśmy już prace nad nowym produktem. Lada moment, mam nadzieję, że już w lipcu, w naszym sklepie pojawi się nowy produkt – wielorazowe płatki kosmetyczne z bawełny. Brzmi trywialnie, może ma się ochotę wzruszyć ramionami, bo cóż ekscytującego jest w płatkach kosmetycznych…?

Ale jestem pewna, że zaskoczę Was estetyką i przeznaczeniem poszczególnych płatków!
Jeśli lubicie się malować – to będzie produkt szyty pod Was!

Bo nasze płatki, jak i cały asortyment – szyte są ręcznie, tworzone od zera.

Polskie marki

Czerwiec rozpalił we mnie gorącą, wrzącą miłość do polskich marek. Bez pamięci zakochałam się w koszulkach bawełnianych Animushu. Wysoka jakość materiału, świetne wykonanie i minimalistyczne wzory – takie – pół żartem, pół serio. Czuję, jakby marka powstała z myślą o mnie i moich potrzebach.

Krawiec

Kiedyś, kiedyś, dawno temu usłyszałam, że aby wyglądać dobrze w danym ubraniu, trzeba go oddać do krawca, aby dopasował go do naszej sylwetki. I to tyczyło się skrócenia nogawek spodni, rękawów, długości spódnicy – wszystkiego.
Kiedy pierwszy raz usłyszałam te słowa, pomyślałam: kurcze, kogo na to stać?! 

W czerwcu dojrzałam do oddawania ubrań krawcowi. Zrozumiałam, że lepiej kupić mniej ubrań, ale wychodzić się w nich w stu procentach (!) niż kupować dużo i czuć niezadowolenie, odwiesić je w szafie i… – mieć poczucie wyrzuconych pieniędzy.

Burgery

To zdecydowanie nowość jak na mnie, ale… – w czerwcu jadłam najlepsze na świecie burgery!

Na początku czerwca byliśmy w Łodzi. Chodząc ulicą Piotrkowską, zaglądając w boczne uliczki, dostrzegliśmy przecudną scenerię – aleje kolorowych kapeluszy. Weszliśmy tam, i właśnie tam znaleźliśmy najlepszą burgerownie na świecie! Tam zjedliśmy najlepsze burgery z bekonem.

Jeśli kiedykolwiek będziecie w Łodzi – koniecznie odwiedźcie Gastromachinę, na Piotrkowskiej 89.

Sypialnia

Nareszcie udało nam się urządzić sypialnię! To była moja prawdziwa zmora. Odkąd tu mieszkamy, a będą już 2 lata, nasza sypialnia wciąż i wciąż była nieurządzona. Nie mieliśmy na nią zielonego pomysłu, choć rozważaliśmy już nawet zielone ściany.
Efekty naszej pracy, i mówiąc “naszej” mówię całkiem poprawnie, bo ściany malowaliśmy na zmianę – sześć lub siedem razy, możecie zobaczyć tu: metamorfoza naszej sypialni.

Ludzie

Ach, ludzie! W czerwcu poznałam kilka nowych osób, które skradły mi serce. Po cichu liczę na to, że te znajomości przerodzą się w coś więcej, niż zwykła znajomość, zwykłe cześć i nic więcej.
I choć wiem, że człowiek to nie rzecz, to nie coś, co można odłożyć na półkę, to dojrzałam do tego, aby skupić się na tych, co dają mi radość. Skupić się na tych, co patrzą podobnie do mnie na świat. Skupić się na tych, którzy nie chcą źle.

Posty na blogu

W czerwcu pojawiło się też kilka postów. Jeśli któryś pominęliście – tutaj mała ściągawka:

Zrobiliśmy to a nawet więcej! SUM #6


Mów o uczuciach choćby nie wprost! Choćby...

Mów o uczuciach choćby nie wprost! Choćby…


Nie wszystko ZERO WASTE co bez opakowania - czyli uważaj GDZIE kupujesz do swojego opakowania!

Nie wszystko ZERO WASTE co bez opakowania – czyli uważaj GDZIE kupujesz do swojego opakowania!


Co jest w stanie zranić Twojego faceta?

Co jest w stanie zranić Twojego faceta?


Pierwsza zasada udanego małżeństwa! Albo śpisz na kanapie...

Pierwsza zasada udanego małżeństwa! Albo śpisz na kanapie…


W uznaniu za dobrze wykonaną pracę dostaniesz premię, pilot oklaski, a bloger...?

W uznaniu za dobrze wykonaną pracę dostaniesz premię, pilot oklaski, a bloger…?

A tym czasem – witaj, lipcu.

A jak Wy podsumujecie czerwiec? Czerwiec jakim był dla Was miesiącem? Jak oceniacie to pół roku?
Pochwalcie się co dobrego Was spotkało!

Mów o uczuciach choćby nie wprost! Choćby…

Mów o uczuciach choćby nie wprost! Choćby…

Często spotykam się z pytaniem, jak zmusić faceta do mówienia o uczuciach, albo z problemem – jak obudzić w mężczyźnie emocje, empatię, gest.
I choć sam proces zmiany nawyków jest szalenie długi, bo nawyk, z tego co mówiono nam na studiach, to długotrwałe, utrwalone przez ciągłe powtarzanie zachowanie, jest szalenie proste do wypracowania.
Ten nawyk to nie odmawianie sobie. To nie pragnienie zakazanego owocu. On nie wymaga nawet słów. A może są one wręcz zbędne?

Mów o uczuciach choćby nie w prost! Choćby…

Mówienie o uczuciach jest strasznie kłopotliwe. I kiedy piszę “strasznie” zaraz przypominają mi się słowa taty, który za każdym razem powtarzał mi, że “strasznie nacechowane jest negatywnie, więc nie może być coś strasznie dobre – może być bardzo dobre, albo strasznie złe”. I nie wiem już sama, czy te “kłopotliwe” to taki duży kłopot, i nie wiem, czy powinnam powiedzieć “strasznie” czy “bardzo”.
Bo mówienie o uczuciach wcale nie wymaga od nas zbyt wiele, a na pewno nie wymaga zbyt wielu słów. Nie wymaga głębokiego spojrzenia w oczy, kiedy my boimy się zerknąć choćby ukradkiem. Nie wymaga od nas pięknych słów, kiedy nasze usta same zaciskają się z uczucia.

Mówienie o uczuciach to przybicie piątki z usłyszanego żartu.
To posmeranie po karku, kiedy przechodzisz za.
I głośne zapytanie z sypialni, czy kładziesz się już spać.

Najpiękniej o uczuciach mówi się jadąc samochodem.
W czasie jednostajnej trasy przez las, a także w staniu w korku w godzinach szczytu. To ból głowy po ciężkim dniu pracy i odprężenie po weekendzie na wsi. To patrzenie przez okno na mijane drzewa, domy i odbijające się słońce w bocznym lusterku i popatrzenie na siebie.
Uśmiechnięcie się.

 

Są różne sposoby na okazanie uczuć.  Dla mnie jednym z tych najpiękniejszych jest uśmiech – taki zwyczajny, bez powodu.

– Co tam? – pyta wtedy mój mąż.
– A nic. Dobrze mi jest. Szczęśliwa jestem.

Uśmiech – bez słów, po prostu.

Nie wszystko ZERO WASTE co bez opakowania – czyli uważaj GDZIE kupujesz do swojego opakowania!

Nie wszystko ZERO WASTE co bez opakowania – czyli uważaj GDZIE kupujesz do swojego opakowania!

Bliska jest mi idea zero waste, choć od ZERO bliżej mi do LESS. Popieram ruchy mające na celu eliminację bezsensownego plastiku z naszego życia, jak przy pakowaniu przez producenta pojedynczych warzyw i owoców w plastik, a później, jakby tego było mało, wkładanie go do plastikowej torebki przez kosumenta idąc do kasy.

Jednak im jestem bardziej świadoma problemu zalewającego nas plastiku, tym bardziej frustruję się nie mogąc łatwo dostać powszechnej rzeczy jednak pakowanej w sposób ekologiczny lub – po prostu bez opakowania. Bo czy brokuł naprawdę potrzebuje tej folii?

Na szczęście są sklepy, sieciówki, giganty (!) które umożliwiają pakowanie do własnego opakowania najrozmaitszego asortymentu!

Tylko czy takie działanie ma sens?

Nie wszystko ZERO WASTE co bez opakowania – uważaj GDZIE kupujesz do swojego opakowania!

Szalenie doceniam możliwość kupowania warzyw i owoców na wagę mieszkając w Warszawie. Kiedy idę do sklepu, do hipermarketu – doceniam możliwość wkładania warzyw i owoców luzem, bezpośrednio do zakupowego koszyka lub do swojego lnianego woreczka, kiedy tych produktów jest więcej.

“Czy wiecie, że 54 lata temu wynaleziono plastikową reklamówkę?
Czy wiecie, że co 1 minutę do oceanów trafia zawartość 1 śmieciarki z plastikowanymi odpadami?”

Jednak o ile jestem w stanie ocenić stan warzyw i owoców – jestem w stanie ocenić czy warzywo/owoc są uszkodzone, spleśniałe czy zwyczajnie brudne – tak nie jestem w stanie ocenić jakości produktów sypkich. Produktów, które bardzo często je się bezpośrednio po zakupie, bez konieczności mycia.
I tutaj czegoś nie rozumiem.

W przypadku produktów sypkich, takich jak makarony, orzechy, rodzynki, migdały – szczególnie powinno dbać się o higienę. Tak jak wymagają tego przepisy, wszystkie produkty, które są do bezpośredniego spożycia powinny być oddzielone od klienta. W tym celu najczęściej używa się plastikowych pojemników z klapką. Dzięki takiemu rozwiązaniu, jeśli jakiś klient kichnie, kaszlnie – zarazki (wirusy, bakterie) nie powinny dostać się na żywność.

Takie rozwiązanie ma sens, jeśli do produktu dołączona jest łopatka i żywności nie trzeba nakładać brudnymi rękoma… .

W przypadku produktów sypkich, takich jak makarony, orzechy, rodzynki, migdały – zużywa się wyjątkowo dużo plastikowych torebek. W Auchan co kilka centymetrów wisi kartka z prośbą, aby nie mieszać produktów sypkich nawet jeśli mają tę samą cenę.
Jeden produkt = jeden foliowy woreczek.

W przypadku produktów sypkich, takich jak makarony, orzechy, rodzynki, migdały – zużywa się wyjątkowo dużo plastikowych torebek. W Auchan co kilka centymetrów wisi kartka z prośbą, aby nie mieszać produktów sypkich nawet jeśli mają tę samą cenę.
Chcąc kupować bez plastiku – kupuję produkty do swojego opakowania. Kupuję więcej, bo wiadomo, nie chcę chodzić do sklepu codziennie, zwłaszcza, że orzechy czy makaron mogą trochę poleżeć. Kupuję więc kilogram – czasem dwa, trzy… .
Cieszę się, że kupuję do swojego opakowania. Cieszę się, że daję przykład innym! Cieszę się, że dziś, po raz kolejny – uchroniłam moją planetę przez plastikiem!

W dużych ilościach kupuję orzechy w karmelu, które kocham do szaleństwa! Kupuję też pistacje, które kocha mój mąż tak bardzo jak pierogi ruskie. Kupuję też dużo ryżu i trochę mniej makaronów. Uwielbiam też nerkowce i orzechy laskowe. I te brazylijskie też!
7 reklamówek – siedem plastikowych torebek mogę zaoszczędzić robiąc zakupy raz w tygodniu. Raz na dwa tygodnie. Siedem to całkiem dużo. W skali roku – zbyt dużo!
I w skali miesiąca też.

Ale szlag jasny mnie trafia, kiedy sklepy sobie z nas drwią. Kiedy sklepy dają mi fałszywą nadzieję ratowania Ziemi. Bo w obecnych czasach ograniczanie plastiku to już nie jest fanaberia, kaprys, moda. To są działania, które muszą być podjęte czy nam się to podoba czy nie.

“Czy wiecie, że 80% plastikowych odpadów zanieczyszczających oceany to śmieci wyrzucone na lądzie
Czy wiecie, że 12,7 mln ton plastikowych śmieci trafia każdego roku do oceanów
Czy wiecie, że w ciągu 1 roku produkowane jest około 330 mln ton plastiku
Czy wiecie, że 90% morskich ptaków ma plastik w swoich wnętrznościach
Czy wiecie, że 38 miliardów kawałków plastiku znaleziono na niezamieszkałej wyspie na południu Pacyfiku”

Dlatego szlag jasny mnie trafia, kiedy sklepy sobie z nas drwią. Kiedy sklepy dają mi fałszywą nadzieję ratowania Ziemi. Kiedy te wszystkie sypkie produkty na wagę pochodzą z jednostkowych opakowań w folii. Tych opakowań, które leżą tuż pod plastikowym pojemnikiem dającym możliwość kupowania bez plastiku – do swojego opakowania.

Czy wiedzieliście, że produkty sypkie, te na wagę, te w plastikowych pojemnikach pochodzą z tych produktów jednostkowych, leżących tuż pod nimi?

Auchan nie kupuje 20 kg worka migdałów, aby móc uzupełniać plastikowy pojemnik migdałami. Kupuje opakowania kilogramowe w dużych ilościach. I kiedy pusty pojemnik jest częściowo pusty – pracownicy sklepu otwierają takie opakowanie jednostkowe i wsypują jego zawartość do plastikowego pojemnika kładąc bardziej lub mniej dyskretnie etykietkę na pojemnik.

Bo prawo takie jest – musi być identyfikacja. W przypadku kontroli musimy dojść do tego, jaki numer partii jest w pojemniku. Dlatego na plastikowych pojemnikach są plastikowe fragmenty opakowań jednostkowych, lub, w przypadku tych bardziej leniwych – całe puste opakowania.

I szlag jasny mnie trafia, kiedy takie sklepy reklamują się hasłami sprzyjającymi idei zero waste. Co z tego, że mogę kupić coś do swojego opakowania, skoro nie ma różnicy między tym, czy to ja wyrzucę opakowanie po 1 kg migdałów czy sklep?

Co z tego, że mogę kupić coś do swojego opakowania, skoro grono ludzi sięgnie po reklamówkę i wsypie do niej kilka garści, może kilogram, produktu na wagę? I zmarnuje przy tym dwa plastikowe opakowania… .

W hipermarketach nie kupisz produktu na wagę. Kupisz hipokryzję, czyste sumienie.
A później zobaczysz szyld, reklamę: “u nas kupisz do swojego pojemnika”, ale nie przeczytasz już, że do swojego pojemnika kupisz to, co my rozerwaliśmy i po prostu wsypaliśmy do większego pojemnika, durny kliencie – i pamiętaj – choć produkty mają tę samą cenę – nie mieszaj ich – weź nową reklamówkę.

No proszę Was.


ZOBACZ NASZ ZERO WASTE SKLEP!


Co jest w stanie zranić Twojego faceta?

Co jest w stanie zranić Twojego faceta?

Wiecie za co najbardziej cenię nasz związek? Za prawdę o nas.
Znamy się milion lat. Dorastaliśmy razem. Pamiętam te nasze rozmowy do bladego świtu na gadu-gadu. Pamiętam, jak Dawid kazał mi jeść kanapki, kiedy ja od paru dni nic nie jadłam przez anginę.
– Musisz zjeść chociaż jedną kanapkę dziennie. – Mówił, troszcząc się o mnie.

Pamiętam te nasze rozmowy do bladego świtu. Wracałam ze szkoły i nie liczyło się nic innego prócz gadu-gadu. Prócz rozmowy do bladego świtu.
Do dziś pamiętam jak mój tata budził się w nocy, a może wstawał już o siódmej nad ranem, a ja wciąż rozmawiałam z Dawidem. I to zdziwienie taty – dlaczego ja jeszcze nie śpię? Czy ja w ogóle spałam? Dziecko, nie przesadzasz…? 

Co jest w stanie zranić Twojego faceta?

Uwielbiam nasz związek. To niesamowite być ze sobą przez tyle lat.
Wciąż pamiętam jak byliśmy pierwszy raz na wspólnych wakacjach. Ach, co ja mówię. Wtedy pierwszy raz zobaczyliśmy się na żywo! Mieliśmy tylko trzy dni na miłość.
Nigdy nie zapomnę tych trzech zdań, jednego gestu, które przeżyliśmy w opuszczonym ośrodku wypoczynkowym. Siedząc na rozpadającej się ławce, wśród zdewastowanych czasem domków, zbliżyliśmy się do siebie. Wyjawiliśmy sekret.

Uwielbiam nasz związek. To niesamowite być ze sobą przez tyle lat.
Znać każdą swoją wadę i zaletę. Swoją historię. Wiedzieć, co sprawia, że jesteśmy najsilniejsi i co sprawia, że jesteśmy najsłabsi na świecie.
Znamy siebie. Jak nigdy nikt.

Każde z nas wie co zrobić, co powiedzieć aby ranić.
Każde z nas wie, jakie drugie ma słabe punkty. Czułe punkty.
Każde z nas to wie.

Ale kto o to dba?

Nie dbamy o to co nas zrani. Nie myślimy o tym, ile asów mamy w rękawie. My nie mamy żadnych asów.

Wiedzieć, co może zranić drugą osobę to wiedzieć, czego nigdy nie zrobić. Wiedzieć, czego nigdy nie powiedzieć. Czego nigdy nie wyrzucić. O czym nigdy nie pomyśleć – nawet w złości.

Uwielbiam nasz związek. To niesamowite być ze sobą przez tyle lat. To niesamowite śmiać się i wygłupiać mimo wiedzy. Mimo znania siebie. Znania swojej historii.

Partner – to jedyna osoba przy której możesz być sobą i wiesz, że nic ci nie grozi.

I żeby nie zostawiać postu tak w pół zdania, dopowiem jeszcze trzy grosze o kłótniach.
W związkach zdarza się tak, że czujemy się bardzo zranieni. Czujemy, że partner nie ma dla nas dość czasu, dość uwagi, że nasze potrzeby są niezaspokojone. W związkach zdarza się tak, że jedno z partnerów wychowywało się inaczej – nie miało rodzeństwa lub miało samych braci, czy same siostry, wychowywało się bez rodziców, z jednym rodzicem lub w pełnej rodzinie. Czasem w związkach zdarza się tak, że choć dzieliło nas za czasów randkowania tylko kilka klatek bloku – byliśmy wychowywani w zupełnie inny sposób.
I ten sposób – nie powinien być asem w rękawie.
Nie można wytykać komuś, że jest pieprzonym jedynakiem.
Nie można wytykać komuś, że tak, jeszcze się napij, nachlaj się, tak jak twój ojciec chlał.
Nie można prowokować kogoś i sobie drwić, mówić: no uderz mnie, po tatusiu to masz.
Nie można.

W związku nie można wykorzystywać przeszłości do zranienia drugiej osoby.

Nie po to budujemy wspólną przyszłość, aby przeciwko sobie wykorzystywać przeszłość.

Będąc razem zaczynamy tworzyć swoją rodzinę – najlepiej jak potrafimy.

A reguła jest taka, że jeśli facet będzie chciał Cię zranić, to zrobi to z dokładnością do trzydziestego siódmego miejsca po przecinku.
Nie jesteś górą bo powiedziałaś coś, co wiedziałaś, że go zaboli.
Nie jesteś górą bo go zgasiłaś.
Przegrałaś – bo on nie wyciągnął swoich asów z rękawa, kiedy ty zrobiłaś to bez mrugnięcia okiem… .


Bądź na bieżąco z nowymi wpisami!