Co byś zrobiła na moim miejscu?

Czasem, jak dziś, gdy pogoda za oknem jak pod psem, gdy od powrotu do domu nieustannie deszcz uderza o szyby mam ochotę porozmawiać. Zgasić światło, zapalić tylko lampkę – nastrój zrobić. Wyłączyć telewizor i włączyć muzykę – ale cicho, tak tylko w tle, żeby nie zagłuszała naszych słów. W taki wieczór jak dziś mam ochotę nakryć się kocem, oprzeć ramieniem o brzeg kanapy i otworzyć butelkę czerwonego wina. Przy czerwonym rozmawia się najlepiej.
Gdyby minęła już godzina, gdybyśmy byli po rozmowie o rzeczach nieistotnych, chciałabym zapytać o coś.

Co byś zrobiła na moim miejscu?

Co byś zrobiła na moim miejscu?

Ostatnimi czasy działo się u nas dużo stresujących rzeczy. W ciągu jednego, może dwóch miesięcy aż trzy razy wylądowałam na SORze. A i w grudniu jeszcze nas czeka – najtrudniejsza wizyta w szpitalu.

Ostatnio, inaczej niż zwykle spędzamy też wolny czas. Więcej spacerujemy, więcej siedzimy koło siebie choćbyśmy o niczym nie rozmawiali. Dużo tańczymy. Tak powolutku, w domu, miedzy kuchnią a salonem bo tylko tam jest miejsce. Załatwiamy też kilka ważnych spraw. Nasz związek zmienia się. Zmienia się szybciej niż dotąd zielony od lata liść zdąży zmieszać się z jesiennym deszczem na trawie. Zaliczamy wszystkie pory roku naszego związku.

Uśmiecham się gdy słyszę rady by korzystać z życia, bo przecież pierwsza miłość nie bywa ostatnią. Przecież kiedy wszystko się już o sobie wie, wkrótce skończy się spijanie miodu z dziobków. Uśmiecham się bo my wciąż odkrywamy się na nowo. Zmieniamy się, doświadczamy. Stajemy się dorośli i odpowiedzialni w obliczu nowej sytuacji. Od jedenastu lat.

 

Któregoś razu wracałam z pracy do domu. Przede mną jechał samochód zahaczając raz o prawy, raz o lewy bok jezdni. Balansował między wpadnięciem do rowu a pod samochód z naprzeciwka. Wolno jechaliśmy. Samochód wpadł do rowu. Nie zatrzymałam się.
Mijając go widziałam, że trzyma w ręce telefon. Ech, smsował. – pomyślałam.

 

Bardzo często słyszy się, że należy się zatrzymać i udzielić pomocy. Że to mój obowiązek, tym bardziej jako kierowcy. Ale ja nie byłam w stanie się zatrzymać. Nie byłam w stanie zdjąć ręki z kierownicy by zmienić bieg. Jedyne co mogłam to mocno trzymać kierownicę i spoglądać w lusterko. Ktoś się zatrzymał.

 

Nie lubię słuchać rad “ja na twoim miejscu”. Tym bardziej ich nie lubię, gdy są bez większego kontekstu. Na podstawie kilku słów człowiek zostaje zgnieciony w kulkę jak kartka papieru z głupim pomysłem, bo mógł się zachować inaczej. Bo ktoś zachowałby się inaczej. Bo ktoś to na kopach by drania z domu wyrzucił. Bo ktoś podszedłby i zdzielił tą gówniarę co pali z drugą mądrą przy bezbronnym dziecku. Bo ktoś to by zapamiętał gdzie raki zimują i ktoś na pewno by się zatrzymał. Znieczulica. Ludzie pędzą a innych w nosie mają – dodadzą.

Kiedy proszę o radę nie chcę słuchać co byś zrobiła na moim miejscu, bo na nim nie jesteś. Nie jesteś mną. Nie chodzisz w moich butach. Nie myślisz o tym co ja. Nie martwią nas te same rzeczy, choć z tych samych możemy się śmiać.
Kiedy proszę o radę – nie proszę o ocenę. Proszę o wskazówkę. O pomoc w rozwiązaniu problemu. O kilka pytań, które może nakierują mnie na właściwy trop i kilka głośno rzuconych myśli tak niby do siebie, niby do mnie, niby w przestrzeń. Kiedy proszę o radę chcę mieć o czym myśleć gdy skończymy rozmawiać. Kiedy skończy się wino, deszcz przestanie padać a ja zamienię koc na kołdrę, kanapę na łóżko.

Kiedy proszę o radę, kiedy ni z gruszki ni pietruszki zadaję pytanie – nie chcę się tłumaczyć. Jest mi i tak już ciężko.
Gdybyś była na moim miejscu – ale nie jesteś. Decyzja musi być moja.

Kiedy jesteś szczęśliwa z mężem ale to o TAMTYM ciągle myślisz

Wiecie co najbardziej kocham robić w wolnym czasie? Spotykać się w małej grupce z ludźmi i rozmawiać. Poznawać ich spojrzenie na daną sytuację. Pytać dlaczego tak, dlaczego nie inaczej, skąd tak drastyczna rada? Skąd ta bezwzględność i chłód? Skąd to zero-jedynkowe podejście do związków i uczuć, które z logiką niewiele mają wspólnego – jak uczucia i emocje.

Kiedy słyszycie kobietę, kiedy dowiadujecie się, że będąc w szczęśliwym związku, mając zakochanego w niej po uszy męża ta wdycha do innego – co myślicie? Jaką radę byście jej dali?

Kiedy jesteś szczęśliwa z mężemKiedy jesteś szczęśliwa z mężem ale to o TAMTYM ciągle myślisz

Może to ironia, może na pewno, ale wiecie, ja szalenie nie lubię słuchać rad. Nie cierpię, kiedy ktoś mówi mi, że na pewno powinnam tak zrobić, bo na pewno on/ona/ono i już po temacie, pozamiatane. Nie lubię, kiedy ktoś mówi do mnie jakby uczucia i emocje były twierdzeniem matematycznym, prawa równa się lewej, a tu jest iks, którego szukałaś. Nie lubię tego!
Uczucia, emocje to coś więcej aby przypisywać im logikę. To strach i obawa, to radość, zaufanie i brak wstydu przy najwstydliwszych rozmowach. To obnażanie siebie z każdej myśli i łzy. To odwaga w byciu sobą.

Czasem zdarza się, że będąc w szczęśliwym związku nasze myśli krążą wokół innego. Czasem mamy jakieś niedokończone sprawy i kiedy ten facet znów staje na naszej drodze – myślimy już tylko o nim. O tym uśmiechu i szelmostwie. O błysku w oku i ciepłym głosie.
Czasem zdarza się tak, że będąc w szczęśliwym związku poznajemy kogoś. Widzimy się z nim raz na jakiś czas, ale ten czas jest wart westchnienia. Jest wart szybszego bicia serca. Ciarek na rękach. Imponuje nam wiedzą, troską. W bufecie powie coś mimo chodem co sprawi, że nasze serce na tą chwilę należy do niego. On nie wie jak bardzo go rozumiemy. Mimochodem.

 

Kiedy będąc w szczęśliwym związku ze wspaniałym mężem przyjdzie chwila, w której zaczniemy mimowolnie wzdychać do innego nie dawajmy żadnych rad. Nie mówmy “odejdź od męża bo to znaczy, że męża nie kochasz”. Miłość do męża nie ma nic wspólnego z chwilową fascynacją. Nie mówmy “daj się ponieść chwili, miej z nim romans” bo chwilowe przyjemności często kończą się długim cierpieniem. Nie mówmy “zapomnij, nie myśl o nim” bo jak zapomnieć gdy nie można przestać myśleć?

 

Ale kiedy poczujemy, że ktoś inny sprawia, że miękną nam kolana, zastanówmy się – jak bardzo jesteśmy w stanie się obnażyć. Jak bardzo jesteśmy w stanie zaufać. Czy w najtrudniejszej dla nas chwili ten facet będzie przy nas? Odważymy się obnażyć z największych sekretów? Poprosić o pomoc i dostać ją? – Skoro odwzajemnia uśmiechy, przecież flirtuje z nami i prawi komplementy.

Fascynacja inną osobą jest całkowicie normalna. Kiedy ktoś osiąga to co jest dla nas ważne, do czego my dążymy, kiedy ktoś ma wiedzę, której my pragniemy, ma styl, którego my szukamy, gest, którego okazuje się, że nam brak – łatwo jest się zatracić. Ale warto wtedy pamiętać, że tej osobie nie powiemy wszystkiego. Nie powiemy nic. Nie musimy mieć o niej tak dobrego zdania. Nie musi być tak dobrą osobą jak piękny ma uśmiech. Nie musi być taką osobą, jaką sobie wyobrażamy. Nie musi mieć takiej wrażliwości jak my.
Warto wtedy przypomnieć sobie, że osoba, przy której jesteśmy 100% sobą jest przy nas. Śpi u naszego boku. Pyta, co zjemy na kolację i śmieje się licytując, kto dziś wychodzi z psem, kto szuka filmu na wieczór, czyja kolej odkurzania.
Zamiast kierować myśli ku innemu, porozmawiajmy z tym tu. Przecież jemu nic nie brakuje. On zwyczajnie może nie wiedzieć czego nam brak – i to nie jest jego wina.

 

Fascynacje – prędzej czy później miną.
Bezpieczeństwo – tego nie zdobędzie się nawet za najbardziej czarujący uśmiech.

Jedna rzecz, której NIGDY nie robimy w weekend

Piękny sobotni poranek, wstajesz wypoczęta, uśmiechnięta bo dziś nie musisz iść do pracy. Za oknem jest jak jest, ale machasz na to ręką bo w końcu weekend! Wiążesz włosy, myjesz buzię i zęby, i parzysz kawę – w piżamie. Włączasz telewizor, siadasz na kapanie i jesz śniadanie. Weekend!!

Czy coś może pójść nie tak i przerwać te chwile beztroski i wolności?

Jedna rzecz, której NIGDY nie robimy w weekend

Uwielbiam weekendy i ten brak obowiązków. To jest czas, kiedy możemy wypocząć i o nic się nie martwić. Możemy wyłączyć telewizor, włączyć muzykę, pogadać, powygłupiać się, pójść na spacer. Możemy odwiedzić znajomych, albo pojechać na wieś – choćby na chwilę, choćby w tą i z powrotem. Pooddychać świeżym powietrzem, puścić psa aby się wybiegał. Z herbatą gorącą w ręce przejść się nad rzekę. Weekend to zdecydowanie czas, w którym każdy jeden pomysł spędzenia kreatywnie, inaczej dnia jest najlepszym pomysłem na świecie!

Jedno jest wtedy pewne – w weekend nie zaprzątamy sobie głowy niczym! W weekend problemy nie istnieją.

 

W weekend odpoczywamy i przeżywamy życie.

Jesteśmy jak dwuosobowa banda łobuziaków, która jest na bakier z dorosłością. Przez te dwa dni nie sprzątamy i nie ogarniamy mieszkania. Nie puszczamy prania, nie zmywamy, nie odkurzamy. Wszystkie odpowiedzialne i dorosłe obowiązki robimy w tygodniu.

 

Wypracowaliśmy sobie nawyk szybkiego ogarniania mieszkania tuż po pracy. Nim usiądziemy na kanapie, nim pójdziemy na spacer i uzupełniamy zmywarkę, puścimy pranie, przetrzemy kurz na jednym meblu, może dwóch – ten drugi to przy okazji, w przelocie. Nie mamy harmonogramu sprzątania i nie rozpisujemy kiedy kto co ma robić. Sprzątamy jak najdzie nas ochota lub potrzeba.
Ogarniając mieszkanie codziennie, co drugi dzień, jesteśmy w stanie mieć taki porządek, aby nie biegać z wywieszonym językiem, gdy mama zadzwoni domofonem krzycząc radośnie “niespodzianka!”.

Tych kilka minut szybkiego puszczenia prania, pozbierania ciuchów czy odkurzenia sprawia, że nie czujemy byśmy w ogóle tracili czas na sprzątanie. Mamy czysto ale bez spiny i bez wysiłku. Bez odkładania przyjemności na potem. Dzięki takiej organizacji dni w tygodniu – weekendy możemy mieć już tylko dla siebie.

Czyż nie tak powinno być?

I nie oszukujmy się – na co dzień milej spędza się czas w czystym, posprzątanym domu niż w nieładzie i chaosie, którego mamy nadmiar za dnia, w pracy, na ulicy. Miło jest wejść do swojego przytulnego kącika – na swoim.

 

 

Dlaczego powinniśmy nauczyć się patrzeć NIE dalej niż na czubek własnego nosa

Wieczór. Siedzimy razem na kanapie w salonie i rozmawiamy o tym co nas czeka w najbliższym czasie. W tym miesiącu czeka nas jeden ślub, a w listopadzie kolejny. Na sylwestra może spotkamy się z małżeństwem. A wiesz, że ci są już po ślubie? – mówi Dawid scrollując fejsa.

Mija trochę czasu i natrafiam na jednej z grup wylane żale dziewczyny, która pisze, że jest nieszczęśliwa. Zazdrości innym kobietom mężów i dzieci, i tej radości.

Dlaczego powinniśmy nauczyć się patrzeć NIE dalej niż na czubek własnego nosa

Jesteście w stanie zliczyć ile razy usłyszałyście w dzieciństwie “powinnaś patrzeć dalej niż czubek własnego nosa”? Ja to słyszałam miliony razy. W szkole, w domu, w programach telewizyjnych, na placach zabaw… – wszędzie dorośli tłumaczyli dzieciom, że nie można myśleć tylko o sobie, że nieważne, że ja – ważne co inny, co możemy innym.
Setki razy słyszałam “bierz przykład z…” i porównania do innych – Bo skoro Gosia może i Marcinek też, to dlaczego Ty masz być gorsza?

Gorsza. Dlaczego zaraz gorsza?

Żal tej dziewczyny na tyle nas zadziwił, że zaczęliśmy rozmawiać nad tym co dzieje się dookoła nas. Faktycznie, coraz więcej naszych znajomych jest już zamężna. Co i raz dowiadujemy się, że któraś z naszych koleżanek jest w ciąży lub właśnie urodziła. Coraz więcej par przerzuca się z wynajmowanego mieszkania do swojego własnego. Faktycznie.

Kiedy tak zaczęliśmy o tym rozmawiać byliśmy w coraz większym szoku uświadamiając sobie jak bardzo zmieniło się nasze życie przez te kilka lat. Jak bardzo skupiliśmy się na sobie i swoim życiu, jak bardzo ograniczyliśmy świat do swojego, naszego czubka nosa, zamiast robić to czego uczono nas od dzieciństwa – obserwowania innych i robienia tego co większość, sugerowania się innymi. Zdaliśmy sobie sprawę, że żyjąc naszą codziennością, kompletnie przestaliśmy zwracać uwagę na życie ludzi dookoła nas. Wszelkie “doniesienia” o czyjejś zmianie stanu cywilnego, powiększeniu rodziny, awansie, przeprowadzce puszczaliśmy mimo uszu nie przykładając do tego wagi – w końcu – nas to nie dotyczyło.

Życie ograniczyliśmy do naszego czubka nosa.

Do tego co faktycznie dotyczy nas, jest blisko nas i w zasięgu naszej ręki. Wiemy, że nie złapiemy wielu srok za ogon, dlatego dbamy o te, które trzymamy. Spośród wszystkich bardziej i mniej codziennych spraw my wybieramy te, które są dla nas szczególnie ważne i to na nich staramy się skupić. I tak było zawsze – także wtedy, kiedy byliśmy sami.

Dzięki tej “krótkowzroczności” nie mamy poczucia, że osiągnęliśmy coś za późno lub wcale, nie czujemy się źle, bo nie mamy jeszcze dzieci i nie podróżujemy po świecie. Nie żal nam tego czego nie mamy a moglibyśmy mieć lub robić bo inni.

 

Świadomość tego co jest dla nas ważne sprawiła, że nie patrzymy na innych. Każdy z nas, każdy człowiek ma inne priorytety, inne rzeczy dają mu radość i spełnienie. Nas podróżowanie nie uszczęśliwi tak bardzo jak wyjazd na wieś, dlatego nie zazdrościmy tym, którzy podróżują.
Nie specjalnie lubimy też siedzieć w kinie, dlatego nie szczególnie zazdrościmy tym, co do kina chodzą przynajmniej raz w miesiącu. My odnajdujemy się pod kocem, z grzańcem w ręce i stópką obok stópki. W ściągnięciu okularów ze zmęczenia i “chodź Miś, padasz już, chodź do wyrka”. 

 

Nasz świat kończy się tam gdzie czubek naszego nosa. Podejmujemy decyzje nie pod wpływem otoczenia, a naszych potrzeb, uczuć i emocji. Podejmujemy decyzje, które dadzą nam szczęście, a nie wzbudzą zazdrość wśród otoczenia. Staramy się doceniać to co mamy i szukać jak najwięcej plusów naszej sytuacji. Staramy się wyciskać jak cytrynę możliwości, które daje nam  t a  chwila. Tym bardziej, że spełnione pragnienie nie zawsze musi być takie, jak tego oczekiwaliśmy… .

Dzieciom wmawia się, że mają być jak, mają być, mają. Potem mówi im się, że “ja w twoim wieku to”. Od najmłodszych lat wmawia nam się, że powinniśmy zachowywać się jak pokolenie wstecz lub jak nasi rówieśnicy – jak większość. W białych rękawiczkach wmawia nam się, że zachowując się inaczej jesteśmy gorsi, niepasujący, coś z nami nie tak… .

Jednak większość – nie zawsze ma rację, nie jest nami i nie musi wiedzieć co dla nas jest najlepsze.

A dobrze jest móc być sobą. Bez względu na okoliczności.

 

5 lekcji jakie wynieśliśmy prowadząc domowy budżet

Kiedy zaczęliśmy prowadzić zapiski z domowego budżetu nie przepuszczaliśmy, że tak bardzo w nie wsiąkniemy! Z każdym miesiącem nasze wydatki rozbijaliśmy na coraz drobniejsze kategorie. Doszło do tego, że wiedzieliśmy już ile wydajemy na owoce, ile na “ogólne” jedzenie, ile na papier toaletowy. Brzmi śmiesznie? Ale nas to zaczęło po prostu ciekawić!

W pierwszej chwili to wszystko brzmi jak wiedza bezużyteczna, musisz kupić to kupujesz, ale czy na pewno?

prowadzenie budzetu domowegoCzego nauczyliśmy się prowadząc domowy budżet

 

Rozważniej 

Widząc ile pieniędzy wydajemy na głupotki, zaczęliśmy rozważniej podchodzić do spontanicznych zakupów. Teraz, zamiast kupować “bo a nuż się przyda” – zastanawiamy się czy faktycznie tego potrzebujemy? Czy faktycznie ta rzecz nam się podoba i będzie użyteczna? Czy za 5 minut nie znajdzie się zapomniana na dnie szafy?

Ta zasada ma szczególnie zastosowanie przy zakupie odzieży, dodatków do domu oraz narzędzi!

 

Na dłużej

Widząc ile wydajemy na produkty, które wydawało nam się, że są niezbędne – zaczęliśmy korzystać z rzeczy wielokrotnego użytku. Szczególnie mam tu na myśli ręczniki papierowe, których zużywaliśmy na potęgę! Tu jeden płatek, tam drugi… – i nagle trzeba było kupić kolejne opakowanie.
Dziś do niektórych czynności wykorzystujemy ściereczki, które później pierzemy.

 

Bez marnowania

Strasznie frustrowało nas wyrzucanie jedzenia. W naszych rodzinnych domach nigdy się go nie wyrzucało, a jednak odkąd razem zamieszkaliśmy – nie potrafiliśmy nie marnować.  Co i raz zdarzało nam się wyrzucić zapleśniały jogurt, ser żółty (!)
Siłą rzeczy – zaczęliśmy planować posiłki na 3 dni do przodu. Idąc na zakupy ja już wiedziałam co zabiorę ze sobą do pracy, wiedziałam co mam w domu a co muszę kupić. Nasza lodówka na co dzień wyglądała na pustą, ale tak naprawdę mieliśmy dużo jedzenia – a na pewno na kilka dni.

Ku zaskoczeniu zaczęliśmy jeść ciekawiej, różnorodniej, zaczęliśmy próbować nowych smaków – jednocześnie wydając mniej na jedzenie. Planowanie posiłków sprawiło, że kupujemy to czego naprawdę potrzebujemy, wszystko zjadamy, nic nie wyrzucamy – a więc nie musimy bez sensu dokupować produktów. Przestaliśmy robić też zapasy! Nie kupujemy na zaś, bo a nuż będę miał ochotę.

Nasze wydatki na żywność spadły o 40%!!

 

Promocje

W plannerze budżetu domowego zaczęliśmy spisywać daty otwarcia/pierwszego użycia. I tak dowiedzieliśmy się na jak długo wystarczają nam tabletki do zmywarki, papier toaletowy, szampon, mydło, herbata, kawa, pasta do zębów, proszek do prania, itd. Zaczęliśmy też zapisywać kiedy daną rzecz kupiliśmy na promocji. Okazało się, ze promocje na tą samą rzecz pojawiają się dość cyklicznie, dlatego niektóre produkty, które częściej nam schodziły, zaczęliśmy kupować w takich ilościach, aby wystarczyły do następnej promocji.

Zapisywanie tego kosztowało nas tak naprawdę  n i c  a pozwoliło oszczędzić pieniądze.

 

Naprawiamy

Wydatki na odzież były na dla mnie najgorsze. Nie wydawaliśmy na nie jakoś dużo, ale widząc te sumy i ilość rzeczy (dużo wydane, mało kupione) zaczęliśmy naprawiać. Zamiast kupować nowe buty – oddaliśmy do naprawy stare.

Naprawiając to co już mamy zaoszczędziliśmy 900 zł na przygotowaniach do jesieni/zimy!

Prowadzenie zapisów z budżetu domowego, wertowanie kartek, porównywanie miesiąców do siebie pokazało nam jak łatwo jest trwonić pieniądze. Jak potrafimy je wydawać i nawet tego nie zauważyć.
Podejmowaliśmy wiele prób oszczędzania, ale nigdy nam się to nie udawało. Dopiero widząc czarno na białym ile mamy, ile na co wydajemy, jesteśmy w stanie znaleźć nasze słabe punkty i bez wyrzeczeń naprawić je.

I to co nas zaskoczyło – wcale na owoce nie wydajemy tak dużo jak nam się wydawało. Myśleliśmy, że wydajemy na nie zdecydowanie więcej! W końcu – one tyle kosztują. Ale… kupując raz na jakiś czas kilka sztuk – cenowo wcale dużo to nie wychodzi.

 

A Wy wyciągnęliście jakieś wnioski prowadząc zapiski Waszych wydatków?

 

Ps. Jeśli chcecie nabyć nasz planer budżetu domowego – zapiszcie się do budżetowego newslettera :)
Będziecie w nim informowani o przedsprzedaży, pierwszych wydrukach oraz promocjach!

[eltdf_button size=”” type=”” text=”zapisz mnie do budżetowego newslettera” custom_class=”” icon_pack=”font-awesome” fa_icon=”” link=”https://landing.mailerlite.com/webforms/landing/y4c6a8″ target=”_self” color=”” hover_color=”” background_color=”” hover_background_color=”” border_color=”” hover_border_color=”” font_size=”” font_weight=”” margin=””]

Więcej o tym co znajdziecie w środku przeczytacie tutaj: budżet domowy – pierwszy taki planer

Co miesiąc możecie także pobrać darmowy arkusz zapisów z budżetu domowego: październikowe wydatki

Zmieńmy to, na co zawsze jest za późno…

Zmieńmy to, na co zawsze jest za późno…

Zbliża się koniec roku, listopad, a wraz z nim niechybne podsumowanie, w którym media będą sporządzać czarno-białe listy osób, których już z nami nie ma. Będziemy oglądać krótkie filmik, urywki z ich życia, będziemy słuchać jak wspaniałymi byli osobami. My będziemy słuchać… .

Zmieńmy to, na co zawsze jest za późno…

Wiecie co mnie zawsze zastanawiało? Czy ci ludzie, którzy w telewizji tak wzruszająco, tak dobrze wypowiadają się o zmarłych – kiedykolwiek im to wszystko powiedzieli?
Kiedy zmarła Anna Przybylska, wszyscy, jak jeden mąż, powtarzali jak wspaniałą była osobą. Zastanawiałam się czy choć połowa z tych osób – kiedykolwiek powiedziała jej to? Tak zwyczajnie. Czy Anna Przybylska wiedziała, jak dobre zdanie mają o niej te konkretne, bliskie osoby? Czy wiedziała ile dla nich znaczyła?!

 

Zastanawiałyście się kiedyś co by było gdyby dzisiejsze rutynowe pożegnanie z mężem przed pracą było już tym naprawdę ostatnim pożegnaniem?
Wyobrażacie sobie sytuację, w której budzicie się rano i okazuje się, że… jest już za późno? W której nagle okazuje się, że odbiera się Wam możliwość przeproszenia, przytulenia, powiedzenia tak wiele dla mnie znaczysz? Powiedzenia kocham cię…?

Kiedy słucham rad kobiet, aby nie mówić co się czuje, bo to jest jak otworzenie furtki do nieszanowania nas (!) i traktowania jak pewniak, jak “coś” o co nie trzeba się już starać, aby nie mówić często “kocham” bo wiadomo – często powtarzane traci na wartości – nóż mi się w kieszeni otwiera.

D l a c z e g o ?!

Czyż to nie jest straszne tłamsić w sobie uczucie, bronić się przed cukrem i lukrem aby później, tak nagle, nie móc już nigdy tego powiedzieć? Czyż to nie jest straszne nie móc już nigdy więcej powiedzieć, gdy powiedzieć chciałoby się tak wiele?

Czy to nie jest miłe mówić ludziom miłe rzeczy? Czy nie jest Wam miło, kiedy ktoś Was chwali, komplementuje? Czyż to nie jest miłe wiedzieć jak wiele dla kogoś znaczymy, jak bardzo ceni sobie naszą przyjaźń, obecność?

 

Zmieńmy to!

Nie bójmy się mówić ludzim miłych rzeczy. Nie bójmy się ich pochwalić czy skomplementować. To nie jest trudne powiedzieć koleżance w pracy “hej, ładnie dziś wyglądasz”, “tato, dobrze cię widzieć!”, “Kasia, ale ładnie urządziłaś mieszkanie, jest bosko!”. Mówmy dopóki nie jest za późno. Mówmy im, do nich! Sprawiajmy radość dopóki możemy. Bo cóż nam po tych wszystkich miłych słowach, gdy  t a  osoba już ich nie usłyszy…?

 

Happysad – mów mi dobrze

Dlaczego świat nie zrezygnuje z plastiku

Ostatnimi czasy bardzo głośno jest o akcji “do własnego kubka” oraz “bez słomki”. Coraz częściej też słyszy się o kupowaniu do własnego opakowania i szykanowaniu plastiku. Na zero wasteowych grupach wrze od informacji o plastiku w wodach i “producentach idiotach” bo sprzedają w plastiku. Co i raz ktoś rzuci pomysłem, aby napisać do producenta prośbę aby zaprzestał procederu.

Tylko czy faktycznie możemy zrezygnować z plastiku? Czy nas na to stać? Czy my tego chcemy?

świat nie zrezygnuje z plastiku

Dlaczego świat nie zrezygnuje z plastiku

Z mężem wynieśliśmy ze swoich domów szacunek do pieniądza i przyrody. Nie jesteśmy z superzamożnych rodzin, w naszych domach był szacunek do chleba, do jedzenia i dbało się o niemarnowanie go. Do szkoły chodziliśmy pieszo lub jeździliśmy autobusem, a rodzice tłumaczyli nam, że nie wolno śmiecić, o przyrodę należy dbać. O przyrodę – o naszą planetę, którą mamy jedną. Mamy o nią dbać. A później dorośliśmy; i zrozumieliśmy, że każdy jest tylko człowiekiem… .

 

Niepełnosprawność

Niedawno na jednej z grup pojawił się raban o ofoliowane opakowanie obranych, osobno poukładanych pojedynczych części mandarynki ułożonych na plastikowej tacce. Pojawiły się komentarze, że producenci to idioci, że co za debil to sprzedaje, a jeszcze większy kupuje i żeby zbojkotować firmę. Przecież “cała radość jest właśnie w obieraniu mandarynki!” – pisali.

Tylko świat nie jest czaro-biały. Jest grono ludzi, w imieniu których walczy się o ich lepsze życie. O niewykluczenie. Są chorzy, mają upośledzone ruchy. Każdy rodzić martwi się o przyszłość swojego dziecka, jak to będzie jak mnie zabraknie. Ci ludzie nie są w stanie sami obrać mandarynki, nie mają dość siły, dość koordynacji, ale potrafią samodzielnie włożyć ją do buzi!

Są ludzie, którzy mają problem bądź nie mogą własnoręcznie obrać i pokroić marchewki – ale są w stanie rozerwać opakowanie i zjeść taką marchewkę surową lub wrzucić ją do garnka.

Są ludzie, którzy nie są w stanie napić się bez użycia plastikowej słomki. Bo metalową dać to trochę strach… .

 

Zagrożenia

Gdybyśmy chcieli wyjść na przeciw przeciwnikom plastiku i sprzedawać żywność (na skalę masową) w innym opakowaniu niż plastik, musielibyśmy zmierzyć się z innym problemem – higieny i świeżości produktów, a także cen.

Moglibyśmy kupować ryż i inne produkty sypkie na wagę, zamiast brać jednokilogramowe opakowanie. Musielibyśmy natomiast poradzić sobie z problemem czystości mikrobiologicznej i fizycznej takich produktów. Magazynowanie czy dystrybucja takich produktów w opakowaniu papierowym/luzem wiązała by się z dużym ryzykiem zapleśnienia i rozprzestrzeniania się moli (które i tak jesteśmy w stanie przynieść do domu mimo foliowego opakowania!). Szybko rozprzestrzeniające się pleśń i robactwo zwiększyłoby skalę utylizacji żywności, której i tak już bardzo marnuje się.

 

Osobiście mam też ogromny opór przed kupowaniem produktów na wagę, które są do bezpośredniego spożycia. Świadomość konsumentów, klientów, ludzi jest wciąż bardzo mała jeśli mówimy o przenoszeniu bakterii/wirusów i zagrożeniach jakie one niosą.

Anegdotki:

  1. Któregoś razu w sklepie widziałam osobę, która kichnęła przy otwartym pojemników suszonych śliwek na wagę. Ohyda! Później ktoś te śliwki zje!
  2.  Zapytałam raz panią ze stoiska na sypkie produkty (ryż, makaron…) jak często myją te pojemniki. Nie potrafiła odpowiedzieć. Nie wiedziała czy w ogóle są myte.
  3. Innym razem widziałam rodzinkę, gdzie po kolei, jeden za drugim, idąc gęsiego naciskali ot tak kajzerki. Nie wiem kto był wtedy bardziej zdziwiony – ja ich zachowaniem, czy oni moim zwróceniem uwagi.

Zanim wymusimy na producentach i sklepach sprzedaż produktów na wagę – nauczmy konsumentów zasad higieny. W przeciwnym razie będzie wzrastać ryzyko różnych epidemii.

 

A czy wiecie, że w drewnianej desce do krojenia i drewnianych przyborach kuchennych rozwija się więcej bakterii niż w plastikowych?

Czas

Opakowania jednorazowe, plastikowe pozwalają nam zaoszczędzić czas (i pieniądze). Dzięki nim kupujemy szybko i kupujemy małe porcje ograniczając marnowanie żywności. Jeśli teraz denerwujemy się, gdy przed nami w kolejce stoi 10 osób a wszystkie kasy są zapełnione – czy nie będziemy się denerwować czekając w kolejce aż każdy kupi na wagę to co chce?
Czy w dobie gdzie wiele osób daleko dojeżdża do pracy – będziemy chcieli tracić czas na stanie w kolejkach zamiast spędzania go z rodziną?

Osobiście szalenie podziwiam osoby, które jeżdżą po Warszawie po różne produkty. Wiedzą, że tutaj kupią mozarellę na wagę, a siedem kilometrów dalej masło na wagę. Mi – szkoda na to czasu i nerwów. Nie chce specjalnie jeździć po Warszawie, stać w korkach tylko po jeden produkt. Wolę kupić kilka małych porcji w plastiku i mieć zapas w lodówce z plastikowymi półkami.

 

Ceny

Kiedyś na jednej z grup zadałam pytanie co dla nich jest ważniejsze – cena czy zero waste. Większość odpowiedziała, że cena.

W dobie osób, która musi wyjechać za granicę do pracy, która ledwo wiąże koniec z końcem, w dobie osób, których nie stać na wyprowadzenie się, samodzielne życie – wzrost cen jest zawsze odczuwalny. Kiedy będziemy chcieli ograniczyć plastik, przerzucić się na szkło lub papier – ceny wzrosną jeszcze bardziej!

Obranych marchewek, mandarynek nie sposób zapakować inaczej niż do plastiku w modyfikowanej atmosferze tak, aby mogła przetrwać produkcję, transport, magazynowanie, transport, magazynowanie, sprzedaż, konsumpcję (zakładając najmniejszy łańcuch dystrybucji dla dużego sklepu). Te produkty bardzo szybko popsułyby się. Moglibyśmy zapakować je w szkło – ale koszt opakowania znacznie zwiększyłby koszt produktu.

Transport plastiku jest znacznie tańszy niż szkła (plastiku przewieziemy znacznie więcej w tym samym tirze), jego podatność na uszkodzenia też jest dużo mniejsza. Te wszystkie koszta związane z produkcją, dystrybucją, magazynowaniem i licznymi uszkodzeniami (wywrócona paleta, uderzenie wózkiem widłowym, upuszczenie w sklepie) pokrywałby konsument. Czy nas na to stać?

 

Zaufanie

Chcemy ratować planetę, chcemy kupować żywność do swojego opakowania, ale czy mamy zaufanie do sprzedawcy? Czy jesteśmy pewni, że to co on sprzedaje na pewno jest świeże, czyste, przygotowywane w przyzwoitych warunkach? Czy jesteśmy pewni składu?

Anegdotka:

Któregoś razu postanowiliśmy kupić w Tesco wędliny na wagę. Jako konsumenci mamy pełne prawo zapoznać się ze składem danego produktu kupowanego na wagę. Niektóre sklepy mają segregator z etykietkami producenta, który jest ogólnie dostępny, inne przy nazwie produktu mają skład. A w jeszcze innych skład jest schowany a pani poda nam go na życzenie – i tak też było w tej historii.
Wędlina wyglądała ładnie, więc zapytałam o zawartość mięsa – 20%. Następna – 16%! Inna – 27%. Żadna wędlina o którą zapytaliśmy nie miała więcej niż 35% mięsa (!)
Odpuściliśmy. Poszliśmy kupić wędlinę w plastikowym opakowaniu, w plasterkach, i znaleźć tą, której zawartość mięsa byłaby powyżej 90%!

 

Dalej: czy będziecie mieć pewność, że ten ryż, który kupujecie na wagę, nie rozsypał się w sklepie i nie został nabrany na szufelkę i ponownie wrzucony do pojemnika? Czy wierzycie w to, że sprzedawca uczciwie pozbędzie się zysku dbając o Wasze zdrowie? Czy jako konsumenci wierzycie, że to Wy jesteście najważniejsi; a nie zysk?

Zdumiewają mnie osoby, które bez zawahania kupują świeżowyciskane soki z automatów wolnostojących, albo mleko z mlekomatów. Nie wiem jak często te maszyny są czyszczone, ale nie wierzę, że są czyszczone tak często jak powinny. A człowiek jest tylko człowiekiem. I jeśli ktoś nad nim nie będzie stał – nie zrobi tak dobrze jak powinien.

 

Świat nigdy nie zrezygnują z plastiku. Możemy zrezygnować z kupowania go za dużo. Możemy kupić warzywa i owoce luzem, zamiast każdą rzecz wkładać do oddzielnej torebki. Możemy kupić proszek do prania w kartonie, zamiast folii. To jest wybór, który zadowoli obie strony.

Ale konsument, wbrew temu co by chciał, co mówi, nigdy nie zgodzi się płacić więcej. I producenci to wiedzą. Jest część ludzi, których na to stać. Ale wielu nie stać.

 

Jedyny wybór jaki my konsumenci mamy chcąc bardziej dbać o planetę – to nie iść tak na łatwiznę. Możemy kupić mandarynki do obrania, a te obrane zostawić osobom, które z samodzielnym obraniem mają problem. Możemy zrezygnować ze słomek – i zostawić je tym, którzy nie są w stanie napić się ze szklanki, po prostu. Możemy zamówić kawę do własnego kubka – czemu nie, super pomysł! My nie zbiedniejemy a świat będzie piękniejszy. Ale nie popadajmy w skrajności. Nie wymuszajmy na wszystkich takich samych rozwiązań. Nie jesteśmy na tym samym poziomie finansowym i nie żyjemy w takich samych warunkach. 

Włos mi się jeży na głowie gdy słyszę pomysły, aby zrezygnować z podpasek jednorazowych. Z pieluch jednorazowych.
Nie wyobrażam sobie, aby dziewczynki w szkole myły swoje kubeczki menstruacyjne, tym bardziej w wodzie zanieczyszczonej bakteriami – o czym ostatnio słychać w radio. Nie wyobrażam sobie nosić 10 godzin w torebce kilka zużytych podpasek (obok niezjedzonych kanapek), bo i takie głosy się pojawiają – by zrezygnować z podpasek jednorazowych.

Korzystajmy z rozwiązań jakie daje nam współczesność. Ułatwiajmy sobie życie.
Podrzucajmy pomysły marnowania mniej tym, którzy może nigdy nie słyszeli o innych możliwościach.
Ale nie cofajmy się do jaskini. Nie dzielmy jeszcze bardziej społeczeństwa na biednych i bogatych.
Uświadamiajmy spokojnie, komunikujmy, dajmy wybór. Ludzkie zachowania same zweryfikują pewne sprawy. Ale nie narzucajmy rozwiązań, na które nie jesteśmy gotowi. Nie wylewajmy dziecka z kąpielą. Nie wymuszajmy nie mając wiedzy.

 

 

Ps. Czy zauważyliście, albo czy pamiętacie, że jak byliście w szkole mama wkładała Wam zeszyty w przezroczyste, plastikowe okładki, aby się nie poniszczyły, rogi nie zaginały? Czy etui na nasze smartfony nie są z plastiku? Czy nie kupujemy ich po to, aby chroniły to co dla nas jest ważne i drogie? Czy telewizory, które mamy, elektronika – nie są z plastiku? Nikt się nie burzy, że kupuje ziemię do roślin w folii. I nikt nie wymusza na producentach zmian! Nikt nie marudzi, że psie kupy zbieramy do foliowego worka, że osłonki kwiatków są w plastiku, że plecaki dzieci są plastikowe a w firmach siedzimy na plastikowych (a nie jak kiedyś było) metalowo-drewnianych krzesłach. Nikt się nie burzy, że farbujemy włosy, że obrazy wieszamy w plastikowe ramki, a samochody – to jeden wielki plastik! Nikt się nie burzy… . Kontenery na śmieci są plastikowe, parasolki i kalosze, i konewki. Wózki inwalidzkie i te dziecięce też. Gniazdka w domu, kable i przybory kuchenne. 

 

Czy to nie absurd? Czepiać się żywności, czepiać się środków higieny, bojkotować jeden czy dwa sektory codziennego życia – a na co dzień nie wyobrażać sobie funkcjonowania bez plastiku? Czy jest sens wymuszać na ludziach zmiany (podpaski), wymuszać na producentach zmiany, które znacząco wpłyną na nasze wydatki (żywność bez plastiku) a ignorować to co ładne i wygodne? Czy komuś przeszkadza latem plastikowa klimatyzacja w biurze?

Świat nie zrezygnuje z plastiku.

Budżet domowy – pierwszy taki planner!

Zdarzyło Wam się kiedyś zastanawiać “na co poszła cała wypłata?” Nam to się zdarzyło kilka razy – a właściwie zdarzało nam się to co miesiąc… . Za każdym razem staraliśmy się przypomnieć sobie jakie mieliśmy wydatki? Co żeśmy znów takiego dużego kupili, że po raz kolejny miesiąc zakończyliśmy wielkim zerem?

Te zagwozdki okazały się dla nas przełomowym momentem! Postanowiliśmy zacząć prowadzić zapisy całego naszego budżetu domowego. Zapisywaliśmy każdy najmniejszy wydatek – choćby to było opakowanie chusteczek higienicznych za 10 groszy – musiało znaleźć się w naszym budżecie.  Gdzieś nam kasa uciekała a my musieliśmy dowiedzieć się gdzie!

Pół roku prowadzenia zapisów zaowocowało. Stworzyliśmy idealny, jedyny taki planner wydatków!

planner kontrola budżetu domowego

Budżet domowy – pierwszy taki planner!

 

Śmiało mogę Wam powiedzieć, że z końcem roku ruszamy ze sprzedażą naszego pierwszego produktu! Będzie to planner, który nie tylko pozwoli Wam kontrolować wydatki, nie tylko poznacie swój dom od strony wydatków, ale także udowodni Wam, że Wasze życie wcale nie jest nudne! Że mimo etatu, mimo praca-dom te dni są naprawdę wspaniałe :)

 

Planner budżetu domowego będzie zawierał:

  • uniwersalny kalendarz – będziecie mogli zacząć go prowadzić w dowolnym miesiącu!
  • zapisy budżetu domowego – które co miesiąc możecie pobierać z mynaswoim
  • rejestr największych wydatków
  • harmonogram wydatków – poznacie swoje zakupowe zwyczaje
  • jadłospis – pomoże Wam tak zaplanować posiłki, aby ograniczyć marnowanie jedzenia (!) Ja szczególnie wykorzystuję go do planowania posiłków do pracy
  • notes – został tak zaprojektowany, że będzie mógł posłużyć za planner danego dnia, check listę ale i notatnik. To będzie Wasza prawa ręka organizacji i spokoju umysłu

 

[wc_box color=”primary” text_align=”left” margin_top=”” margin_bottom=”” class=””]

Planner wydatków to konkretny, nastawiony na cel organizer. Dzięki niemu będziecie mogli prowadzić swój dom jak swoją firmę. 
Kiedy byłam dzieckiem, rodzice zawsze powtarzali mi, że powinnam mieć jakieś odłożone pieniądze na czarną godzinę. Planner nauczy Was, tak jak nauczył mnie, oszczędzania i planowania wydatków. 
To, co udało nam się dzięki niemu osiągnąć, to przestaliśmy martwić się czy ta suma na koncie wystarczy nam do pierwszego. Wiemy już ile wydajemy, wiemy co musimy jeszcze kupić, czy musimy jeszcze coś opłacić. Odkąd skrupulatnie prowadzimy nasz budżet – o finanse przestaliśmy się martwić. 

[/wc_box]

Projekt planneru powstawał przez pół roku! W tym czasie cały czas go modyfikowaliśmy tak, aby był jak najbardziej funkcjonalny i intuicyjny. Aby sam się wypełniał i służył w 100% bez pominięcia choćby jednej kartki.

Z czasem kontrolując swoje wydatki zauważycie, że będziecie mieć coraz więcej pytań dotyczących  Waszego domu. To normalne – im dalej w las, tym i my byliśmy bardziej ciekawi naszych nawyków oraz zwyczajów. Wszystko co zrodzi się w Waszych głowach – znajdziecie już w naszym plannerze :)

 

 

[eltdf_button size=”” type=”” text=”zapisz mnie do newslettera” custom_class=”” icon_pack=”font-elegant” fe_icon=”” link=”https://landing.mailerlite.com/webforms/landing/y4c6a8″ target=”_blank” color=”” hover_color=”” background_color=”” hover_background_color=”” border_color=”” hover_border_color=”” font_size=”18px” font_weight=”600″ margin=””]

 

Jeśli tak jak ja nie możecie się doczekać aż będziecie trzymać go w swoich łapkach – zapiszcie się do budżetowego newslettera na swoim, w którym zostaniecie jako pierwsi poinformowani o jego przedsprzedaży, a także będziecie mogli zobaczyć jak powstaje :).

 

Co Wy na to? Zainteresowałam Was :)?

Podział obowiązków, gdy ona siedzi cały dzień w domu!

Bardzo często dostawałam od Was pytania o to jak w dobrej relacji małżeńskiej powinien wyglądać podział obowiązków, podział prac domowych, gdy ona nie chodzi do pracy tylko zajmuje się dzieckiem – w domyśle – ciągle w tym domu jest!
Nie mogłam się do tego ustosunkować, ponieważ my oboje pracujemy na etacie. Dlatego postanowiłam oddać temat Karolinie, autorce bloga Kinka.com.pl, która na co dzień inspiruje do życia z uśmiechem.

Podział obowiązków, gdy ona siedzi cały dzień w domu!

W naszym domu nie ma podziału obowiązków. Zwyczajnie. Nie robimy grafiku, nie kłócimy się wieczorem o to, kto zrobił więcej a kto mniej. Nie robimy obiadów na zasadzie dzisiaj ja, jutro Ty. A jednak wszystko jest zrobione, obiad ciepły na stole, dziecko szczęśliwe, wieczorem oboje mamy czas dla siebie. Jak nazywa się sposób, dzięki któremu to wszystko nam się udaje? PARTNERSTWO.

Nasz dom funckjonuje bez równego podziału obowiązków od 12 lat, bo tyle ze sobą mieszkamy. Nie ma tutaj szefa, który zleca innym wykonywanie poleceń, nie ma osób pomagających w pracach domowych, w końcu nie licytujemy się, kto ile zrobił w ciągu dnia i czy czasem jedno z nas nie wykonało za mało, bo tabelka się nie zgadza. A jednak wszystko funckjonuje dobrze. Jesteśmy związkiem dwojga dorosłych ludzi, którym zależy na sobie, na wspólnym dbaniu o ogniosko domowe, o tworzenie dobrych relacji. Zanim jednak opowiem Wam, jak podnosimy z mężem haniebne statystyki polskich rodzin, gdzie to zdecydowanie częściej kobieta gotuje i zmywa podłogi, opowiem Wam historię.


Czekaliśmy na gości. Byłam z młodym w kuchni i chyba piekłam ciasto, nie pamiętam. Może szykowałam już stół? Nieważne. W pewnej chwili do kuchni wszedł mój mąż i powiedział:
Poodkurzałem już na górze.
– Dziękuję – powiedziałam.
– Za co mi dziękujesz? – zapytał zdziwiony.
– Za to, że poodkurzałeś – powiedziałam zgodnie z prawdą.
– Przecież ja też tu mieszkam i też mogę coś zrobić – uśmiechnął się- Nie masz mi za co dziękować.

To kto zajmuje się domem? Głównie ja. Odkąd urodziłam dziecko, zrezygnowałam z pracy w korporacji, pracuję zza domowego biurka. I nie ułatwia to zadania – kto jest na swoim, ten wie o czym piszę :) W każdym razie – ja gotuję obiady i ogarniam pranie, prasowanie i odkurzanie. Przeważnie. Kiedy jesteśmy razem w domu, szybko robimy wszystko razem. I jeśli chodzi o nieformalny podział, to ja robię to co w domu, a mąż to co na podwórku, czyli auto, remonty, drzewo, śmieci. Po prostu. Nigdy jakoś nie siadaliśmy i nie spisywaliśmy tych zasad – tak wyszło. Nie dzielimy się obowiązkami pół na pół, to naszym zdaniem do niczego dobrego nie prowadzi. Związek to związek, a nie układ.

Najważniejsze jest jednak coś innego. Podział obowiązków to wierzchołek góry lodowej. Problem wcale nie tkwi tutaj. Problem tkwi w nas, w naszej komunikacji, w rozmowie, w komuikowaniu o swoich potrzebach, w rozumieniu się. Mówi się, że w dobrych związkach naczynia i kible zmywają się same. I coś w tym jest. Mój mąż zawsze kiedy wraca z pracy, zajmuje się dzieckiem, żebym ja mogła odpocząć, zająć się swoimi sprawami. Teraz, kiedy młody chodzi do przedszkola jest łatwiej. Ja nigdy nie robiłam problemu z tego, że ogarnę dom, skoro i tak w nim jestem, że pozbieram te skarpetki z podłogi. A on nigdy nie robił problemu wtedy, kiedy nic nie ugotowałam, bo dziecko było cały dzień marudne. Zjedliśmy kanapki albo w drodze z pracy przywiózł pizzę. Dogadanie się, wzajemne rozumienie i szacunek dla drugiej osoby. Wzajemna wdzięczność za to, co robi się dla siebie, dla domu. Kiedy szykujemy się na wyjazd, mąż ogarnia samochód, tankowanie i formalności, ja robię kanapki, zakupy i szykuję walizki, które potem on zaniesie do samochodu i spakuje. To efekt dogadania się. Czy zazdroszczę koleżankom, których mężowie gotują? Nie, bo ja kocham gotować. Partnerstwo polega na dogadaniu się tak, żeby każdy był zadowolony.


Zanim zaczniecie wyrzucać sobie nawzajem i wyliczać, kto ile robi w domu, kto ile pracuje, zastanówcie się, skąd to się bierze? Może jesteś cały dzień z dzieckiem w domu, jesteś strustrowana? Masz do tego prawo, jak najbardziej! Każdy to przechodzi. Ale zamiast wyżywać się na partnerze, powiedz mu o tym. Jasno koumnikuj swoje potrzeby, on może nie widzieć problemu. Wiesz ile razy ja mam ochotę walnąć fochem i wycedzić przez zęby “Domyśl się człowieku”? Wiesz czemu tego nie robię? Bo wiem, że on serio nie wie, o co mi chodzi. Problemem jest też sytuacja, kiedy jedno z patnerów robi wszystko, a drugie nic. Praca w domu jest tak samo ważna jak praca zawodowa. Problem jest wtedy, kiedy ktoś tego nie rozumie. I to jest to, o czym tutaj piszę – problem zaczyna się w związku, tutaj trzeba zacząć pracę. Od porządków w Waszej relacji, nie w kuchni. Bo partnerstwo polega na tym, że ludzie ze sobą rozmawiają, nie muszą sobie wzajemnie tłumaczyć, że to co robią, jest ważne. Oni to rozumieją.

Jesteśmy razem 12 lat i mimo młodego wieku, mamy za sobą więcej trudnych doświadczeń, niż niejeden związek z dłuższym stażem. Rozmawiamy, szanujemy się, mówimy o swoich potrzebach. Jak dobrzy partnerzy. I kochamy razem spędzać czas. Choć wcześniej to ja ugotuje kolacje, a on porąbie drzewo do kominka.

Szanujmy się.