Jak oszczędzamy pieniądze – co się dzieje z naszymi pieniędzmi

Łatwo jest oszczędzać pieniądze, kiedy się je ma i kiedy ma się wszystko. Kiedy nie trzeba pod koniec miesiąca codziennie sprawdzać salda konta bankowego i zastanawiać się czy możemy sobie w tym miesiącu pozwolić na (i tak nieuniknioną) wizytę u dentysty. Kiedy nie trzeba planować jakichkolwiek wydatków… .

Idąc na swoje bardzo się bałam jak to będzie. Wiele nocy zastanawiałam się czy sobie poradzimy, czy damy radę z tymi wszystkimi opłatami, rachunkami? Przecież tego jest tak dużo (!) a my? – bez niczego, na początku kariery zawodowej ze śmieszną pensją.
W ciągu jednego miesiąca potrafiliśmy wiele razy pytać się na wzajem: zostało ci coś jeszcze z wypłaty? kiedy masz wypłatę? masz jakieś wydatki w tym miesiącu bo musimy kupić…? Na co poszła cała wypłata?!

Jak spragniony wody tak bardzo chciałam to zmienić! Chciałam spokoju, chciałam bez zmartwień. Chciałam byśmy żyli! Byśmy nie dokonywali wyborów między jedną a drugą potrzebną rzeczą, tylko między przyjemnościami!
Po kilku miesiącach frustracji udało nam się – udało nam się w końcu zacząć oszczędzać i poza finansowymi zobowiązaniami – czerpać przyjemności.

Teraz jesteśmy już spokojni… .

jak oszczedzac pieniadzeJak oszczędzamy pieniądze – nasza droga do oszczędzania

Na co wydajemy

Żeby w ogóle móc zacząć oszczędzać musieliśmy w końcu dowiedzieć się – na co wydajemy pieniądze. A raczej – na co je przepuszczamy. Dopiero widząc czarno na białym wydane kwoty mogliśmy podjąć jakiekolwiek kroki. Prowadzenie zapisów z budżetu domowego było dla nas pierwszym krokiem do poznania nas i poznania naszych zwyczajów, nawyków.

Darmowe zapiski z budżetu domowego macie co miesiąc do pobrania za darmo na naszej stronie :) Są dokładnie takie same jakie my prowadzimy. [ plik do pobrania ]

To czego byliśmy pewni – za dużo pieniędzy ucieka nam na żywność. Nie kupowaliśmy dużo jedzenia – ale dużo marnowaliśmy. To były produkty z serii “a nuż będę mieć ochotę”. Prowadząc zapisy z budżetu domowego zaczęliśmy równocześnie kupować częściej ale mniej. Po kilku miesiącach całkowicie przestaliśmy wyrzucać jakiekolwiek jedzenie (pieniądze).

 

Drobne

Zazwyczaj płacimy kartą. Jeśli mamy jakieś drobne – wrzucamy je do słoika. Nie ma tego za dużo, wrzucamy zazwyczaj nominały od jednego grosza do złotówki, ale to się zbiera. Kiedy mamy ochotę zamówić kebab (a jak wiesz z tego postu jesteśmy jego miłośnikami) zawsze płacimy za niego pieniędzmi ze słoika. Nie nadszarpujemy budżetu – bo liczą się dla nas pieniądze na koncie – a sprawiamy sobie małą przyjemność.

 

Grube

Jeśli zostają nam po zakupach drobne grube – 10 lub 20 zł – wrzucamy je do drugiego słoika. To są takie pieniądze na przyjemności ale na “czarną” godzinę, kiedy np. przyjedzie kurier, kiedy na szybko potrzebujemy drobnej grubej gotówki. To są pieniądze, które przyoszczędziliśmy, ale których nie jest nam “szkoda” wydać. Choć – jeśli nie musimy – nie ruszamy jej aż uzbiera się większa kwota.

 

Zaskórniaki – konto oszczędnościowe

Każde z nas ma miejsce, do którego systematycznie odkłada pieniądze. Tu już mówimy o “poważnych” pieniądzach i większej logistyce.
Dawid co miesiąc z pensji odkłada odpowiednią kwotę, której stara się nie ruszać do następnej wypłaty.
Ja – odkładam pewną kwotę z wypłaty w gotówce, a 100 zł przelewam na kontro oszczędnościowe. Gotówką nie płacę praktycznie nigdy, więc są to dla mnie totalnie bezpieczne pieniądze, natomiast 100 zł z konta nie odczuwam aż tak bardzo. W skali roku to wszystko daje razem ładną kwotę.
Jeśli nie chcecie trzymać gotówki w domu – możecie założyć drugie konto czy podkonto, na które będziecie regularnie (zlecenie stałe) przelewać pewną kwotę nie do ruszenia.

 

Wypłata

Staram się nie wydawać więcej niż wynosi wypłata. Jeśli w dniu wypłaty z poprzedniej wypłaty zostało mi X zł – przelewam ten X zł na konto oszczędnościowe. To jest moja nadprogramowa, dodatkowa oszczędność.
Na koncie do którego mam “podpiętą” kartę płatniczą staram się nie mieć zbyt dużej ilości gotówki, staram się jej tam nie gromadzić żeby nie kusiło mnie jej wydanie w czasie wędrówki po sklepach.

 

 

* * *

Ten wpis jest jednym z kilku, które pojawią się na MyNaSwoim.pl i będą dotyczyć tego jak my gospodarujemy pieniędzmi. W tym poście chciałam przedstawić Wam naszą drogę do oszczędzania, jak to się stało, że zaczęliśmy oszczędzać i jak to robimy na “żywym” pieniądzu. 
W następnych postach powiem Wam jak oszczędzamy na przykładzie robienia zakupów, decydowaniu o zakupie danego produktu. 

* * *

 

 

Jeśli macie jakiś nietypowy sposób na oszczędzanie pieniędzy – koniecznie dajcie znać w komentarzach!
Nasze sposoby może są troszkę pokrętne, jak się okazuje oszczędzamy na różnych płaszczyznach – ale najważniejsze, że te sposoby działają i odpowiadają naszym potrzebom.

DIY: odżywcze kule do kąpieli

Lubicie kreatywnie spędzać czas? Ja szalenie tak! Uwielbiam ten kreatywny bałagan wokół mnie, to “ojej, rozsypało się na dywan, to nic – odkurzy się”. Kocham tą beztroskę, to wymyślanie, łączenie, wąchanie, dopasowywanie.

A jeszcze bardziej uwielbiam ten czas. Wieczór, spotkanie z koleżanką, z mamą. Butelka białego wina i butelka grzańca. Gorąca herbata bo dopiero co z dworu przyszłyśmy. I tabliczka czekolady. Dużej czekolady z dużymi orzechami. Och, jak ja kocham czekoladę z orzechami laskowymi! A do tego jeszcze rodzynki…. – proszę mi teraz nie przeszkadzać. Nie ma mnie.

Mijają dwie godziny. Zapasy kul, choć kula to nazwa umowna, porobione. Zaraz wrócę do swojego mieszkania aby je wypróbować. Zacznę… – od tej śliwkowej. Nie wiem czemu ale zapach kojarzy mi się z mieszkaniem teściów. Tak, zdecydowanie to zapach ich domu w grudniu.

Od 10 lat wszystkie Święta Bożego Narodzenia spędzałam tam. Jako dzieci. Jako zaręczeni. Jako małżeństwo.

musujace kule do kapieliDIY: odżywcze kule do kąpieli

Przeglądając przepisy na kule do kąpieli przegapiłyśmy w naszych przygotowaniach jedno – każdy przepis kazał odstawić masę na 24 godziny w celu odparowania wody (?). No nie. Nie mogłyśmy sobie na to pozwolić. Na stole w salonie wszystko już porozkładane, składniki kupione, my gotowe a do tego zziębnięte – nie ma mowy! Poradzimy sobie inaczej – stwierdziłyśmy. I lepiej zrobić nie mogłyśmy… .

 

Baza do kul musujących

  • soda oczyszczona
  • kwasek cytrynowy w proszku (połowę mniej niż sody)
  • masło shea lub kakaowe
  • silikonowa foremka

[wc_row]

[wc_column size=”two-third” position=”first”]

Moje dodatkowe składniki:

Użyte barwniki:
– herbata matcha – kolor zielony
– maślanka w proszku – biały/lekko żółty – zmniejszał intensywność innych kolorów
– ekstrakt z bananów – delikatny pomarańcz
– ekstrakt z czerwonego wina – fiolet
– ekstrakt z truskawek – jasny róż
– niebieska glinka – zielony, podobny do herbaty
– fusy mielonej kawy – brąz

[/wc_column]

[wc_column size=”one-third” position=”last”]

 

Użyte aromaty:
– pomarańcza
– piernik
– śliwka
– kokos
– biała herbata
– zielona herbata
– tropikalny – bardzo intensywny (!)

[/wc_column]

[/wc_row]

 

Przygotowanie

    1. Sodę oczyszczoną mieszamy z kwaskiem cytrynowym.
    My zmieszałyśmy od razu pół kilo sody z kwaskiem cytrynowym co nie było najlepszym pomysłem. Pod koniec przygotowań (po 2-3 godzinach) sól i kwasek dość bardzo chłonęły wilgoć tworząc gumową bryłę. Zdecydowanie lepiej kilka razy zmieszać mniejsze porcje.
    2. Do suchej miseczki sypałyśmy po 2-3 łyżki mieszanki, dodając kilka kropel aromatu i barwnika.
    Wystarczy dosłownie kilka kropelek (3-5) na porcję. Może się wydawać, że to niewiele, jednak po wrzuceniu kuli do wanny zapach będzie dużo bardziej intensywny.Barwnika także należy dodawać malutko, tym bardziej gdy jest to barwnik sztuczny. Jak się przesadzi z niebieskim barwnikiem – trzeba później myć wannę i porządnie się wytrzeć :)
    3. Masło należy rozpuścić w kąpieli wodnej.
    Aby scalić masę dodałyśmy jedną niepełną łyżkę rozpuszczonego masła. W temperaturze pokojowej ma on konsystencję stałą – dzięki czemu kula nie rozpadnie się w dłoniach. Jednak w zależności od masła – należy dodać go troszkę mniej lub więcej. Masła kakaowego – mniej niż shea.Z ilością masła nie ma co przesadzać, aby później nie kąpać się w wannie pełnej oleistych oczek niczym w rosole.
    4. Całość mieszanki przekładamy do foremek sylikonowych na muffinki, pralinki, lizaki.
    Zdecydowanie lepiej sprawdzają się tu foremki, które w jednej formie mają kilka foremek, niż takie foremki pojedyncze – w sztywniejszej/stabilniejszej formie dużo łatwiej jest mieszankę ubić, a później wyjąć ją bez uszczerbku.
    Plastikowe foremki są nieelastyczne, jeśli weźmiecie inny kształt niż półkula – popsujecie kulę wyjmując ją.

odżywcze kule do kąpieliJak zabrakło nam foremek z muffin – wzięłyśmy foremki do wykrawania pierników. Sprawdziły się te, które były jednolite, jak serduszko, jajko, znak zapytania – te, których ciasto można było łatwo wypchnąć z formy.

 

My użyłyśmy takich składników, jakich właściwości odpowiadały naszej skórze, jej potrzebom.
Glinka niebieska – ma właściwości detoksykacyjne, zalecana jest do cery trądzikowej, z podrażnieniami, tłustej.
Matcha – zawiera antyoksydanty, działa antybakteryjnie i przeciwwirusowo.

Warto poczytać co dla Was będzie odpowiednie – jaka glinka jeśli chcecie, jaki olej, jakie dodatki.

 

Dajcie znać czy lubicie hand made kosmetyki, czy zamieszczać więcej takich przepisów :)

Dla mnie to było wspaniała przygoda, rewelacyjne doświadczenie. Coś wspaniałego! Trzy godziny minęły nam w chwilę. Nie zauważyłyśmy jak pół kilo sody zniknęło z naszej miski. Wspaniale było spędzić wieczór tak kreatywnie, a przy tym rozmawiać, śmiać się, wygłupiać i wzruszać.
Taki powrót do dzieciństwa.

 

Na śniadanie kawa z mlekiem i kilka wzruszeń – moja codzienność

Znacie to uczucie tajemnicy? Tylko nie takiej, w której koleżanka mówi ci, byś nikomu nie mówiła bo będzie wiadomo kto wygadał. Nie takiej, w której niechcący dowiedziałyście się czegoś, co ktoś skrupulatnie stara się ukryć przed światem. Nie tajemnicy, która obnaża i zawstydza.

Znacie to uczucie tajemnicy? Dreszczyk podniecenia, uśmiech do świata. Macie sekret – ty i świat.
Co się wydarzyło? Jeszcze tego nie wiecie. Ale czujesz, że to taka magiczna chwila – tylko ty i świat i nikt więcej. Wszystko poza Tobą, poza tym naciśnięciem guzika od ekspresu z podwójnym espresso i otworzeniem nowego opakowania mleka wyciągniętego z głębi szafki – przestaje mieć znaczenie.

Na śniadanie kawa z mlekiem. I kilka wzruszeń.

Na śniadanie kawa z mlekiem i kilka wzruszeń – moja codzienność

Lubię poranki. Tak dziecinnie i banalnie lubię poranki. Lubię to, że wstaję o 4:30.
Kilka minut przed budzikiem wkrada się do sypialni pies i kładzie swój pysk obok mojej poduszki. “Miziaj mnie”. Wspaniały pies.
Kocham te poranki. Kiedy siadam na łóżku, przecieram twarz, zastanawiam się gdzie odłożyłam wieczorem okulary, a on kładzie pysk na moich kolanach i “miziaj mnie”.

Lubię poranki. Tak dziecinnie i banalnie lubię poranki. Lubię to, że wstaję o 4:30.
Zaspana myję zęby siedząc na wannie.
Idę do kuchni, wyciągam szary kubek szafki i najuważniej jak tylko mogę wciskam guzika od ekspresu z podwójnym espresso. Uważnie – jakby od tego miały zależeć losy świata, a przynajmniej reszta dnia. Kawa się mieli, a ja już wlewam mleko do kubka – taki psikus, taki figiel. Spoglądam przez okno i widzę jak bardzo jest ciemno. Jeszcze wszyscy śpią, a kawa już gotowa.
Lubię poranki. Lubię ten spokój, to po swojemu i to, że nikt nie patrzy. Lubię, kiedy nikt nie patrzy. Kiedy jestem tylko ja i świat. Mamy tajemnicę.

 

A później włączam film, filmik, teledysk. Oglądam obrazy, słucham dźwięków, chłonę słowa, emocje. Czuję się wtedy jak w filmie. Jak wtedy, kiedy aktorzy siedzą na przeciwko siebie a kamera wiruje wokół nich. Tylko oni – reszta nie istnieje.

 

Lubię samotne poranki. I pies o piątej rano już śpi. Lubię to sączenie kawy, która nim skończą się dźwięki jest już zimna. Koniec audycji, koniec wywiadu, koniec wzruszenia – czas się ubierać. Czas zacząć dzień.

Lubię poranki z odrobiną wzruszenia. Lubię ten spokój, to po swojemu i to, że nikt nie patrzy. Lubię, kiedy nikt nie patrzy. Kiedy jestem tylko ja i świat. Kiedy jesteśmy sobą. Możemy przeżywać i doznawać. Wrócić do tego kim jestem, i pewna siebie zacząć dzień. Bez zbroi i maski, bez miecza i tarczy. Bez walki.

A później wychodzę do pracy.
Na dworze jest jeszcze ciemno. Jadę samochodem i obserwuję. O, jest ta para co zawsze razem wychodzą z psem na spacer – też mają wilczura. Latarnie coś się nie palą. Pusta droga. W głowie błąka się jeszcze echo wcześniej zasłyszanych słów.
Siadam za biurkiem i włączam słowa. Jeszcze kilka wzruszeń niż dobrze wstanie dzień.

Sms: Dzień dobry, Kochanie

Zaczynamy dzień.
To będzie już dobry dzień.

 

A później wrócę do domu i poczekam na Ciebie.
Tęskniłam.
Ja też.

Za każdym toksycznym facetem stoi toksyczna kobieta

Pytanie czy stwierdzenie? Wstyd powiedzieć wymijająco “sama nie wiem, nie mam zdania” a strach przyznać, że stwierdzam. Zewsząd wyskakują pop-upy “solidarność kobiet”, “solidarność jajników”. Transparenty o równości kobiet i mężczyzn w przypadku pensji za tę samą pracę i machnięcie ręką gdy wchodząc do restauracji w długiej wieczorowej sukni, z wdzięcznością przez prawe ramię skinieniem głowy, dziękujemy za przepuszczenie w drzwiach. Dżentelmen. Tacy powinni być mężczyźni. Taki jest prawdziwy mężczyzna. Taki mężczyzno dla mnie musisz być.

Za każdym toksycznym facetem stoi toksyczna kobieta

Zasady, zasady, zasady. Pierwsza zasada, druga zasada i trzecia. Dopiero w gimnazjum (klasa 7) dowiedziałam się, że zasada to coś więcej niż “należy”. Należy podziękować, należy przepuścić, należy się uśmiechnąć, należy zapytać i przeprowadzić przez pasy.
Z zasady powstanie nowa zasada i z zasady powstanie nowa sól. Z zasady wypada i z zasady nie należy. Z zasady – jako kobieta – musisz.

 

Oddech, spokojnie. 

 

Za każdym toksycznym facetem stoi toksyczna kobieta. Kobieta buntowniczka. Buntowniczka przeciw wszystkim zasadom, a zasad jest od groma!

 

Za każdym toksycznym facetem stoi toksyczna kobieta. Kobieta, zagubiona. Zagubiona między zasadami, których jest od groma, zagubiona między tym co nauczyła ją babcia, zwracając uwagę na to jak siedzi, że skromniej trzeba, że jak dama. Zagubiona między zjedz mięsko, zostaw ziemniaczki i zjedz wszystko bo panna, bo biust, bo siły, bo kto to widział taki niejadek, a biedne dzieci nie mają co jeść, a ty wstydu nie masz. Zagubiona między słowami mamy o dawaniu przykładu i świeceniu przykładem. Nie tak cię wychowałam. Tak nie wolno. Musisz tak – bo takie są zasady.
Mocne słowa. Bezpośrednio. Chłodno. Zimno. Prosto z mostu.

 

Za każdym toksycznym facetem stoi toksyczna kobieta. Kobieta z zasadami. Kobieta, której babka wpoiła ideał kobiety i wpędziła w kompleksy. Za chuda jesteś – jedz. Przytyło ci się – lubisz pojeść, co? Kobieta, której matka wpoiła zasady – tak nie wolno, musisz tak – bo takie są zasady. Tak cię wychowałam. W moim domu jesteś. W tym domu.

 

Za każdym toksycznym facetem stoi toksyczna kobieta. Powiela zasady, których się nie nauczyła, których nie lubiła, przez które tyle razy płakała. I tonem surowej matki wymaga tych zasad od faceta. Tak nie wolno. Musisz tak – bo takie są zasady. Co ludzie powiedzą na litość Boską? Czy ty w ogóle myślisz?
Mocne słowa. Bezpośrednio. Chłodno. Zimno. Prosto z mostu.
Złość, buzująca krew, drżenie rąk i zaciśnięte usta. Płytkie wdechy, głębokie oddechy.

Za każdym toksycznym facetem stoi toksyczna kobieta. Kobieta, która nie umie we wdech i wydech. Nie umie w spokój. Nie potrafi w ciszej. Kobieta buntowniczka, kobieta zagubiona, z zasadami. Która tak bardzo jak ten chłopak chciałaby wolności. Po swojemu. Bez zasad. Bez wypada i co ludzie powiedzą. Która, jak ten toksyczny facet, chciałaby wyjść z domu i nie słuchać, że damie nie wypada się szlajać. Która, jak ten toksyczny facet, chciałaby się śmiać wniebogłosy i nie nie słuchać, że damie to wypada co najwyżej subtelny chichot. Kobieta, która chciałaby zwinąć włosy w niechlujny kok, założyć spodnie dresowe, biały t-shirt i podrzuciwszy kapelusz słomkowy do góry krzyknąć “ahoj przygodo! witaj wolności!”

 

Za każdym toksycznym facetem stoi idealna kobieta. Kobieta, która zna zasady i nie zna wolności. Która nie rozumie, że można inaczej – bo inaczej nie wypada. Tak nie wolno. Bo tak powiedziałam.

 

Za każdym wolnym facetem stoi kobiet, która nie zna wolności. I nie wie, że można po swojemu. I tak też jest dobrze.

Poznajmy się. Cześć, jestem Asia. A to jest 5 rzeczy, które lubię

Do szkoły, do podstawówki, gimnazjum czy liceum – zawsze jeździłam z tego samego przystanku autobusowego. Czekając na autobus linii 123 zawsze przyglądałam się ludziom. Choć wiele osób słuchało muzyki – mnie muzyka jakoś męczyła. Zagłuszała myśli. A myśli miałam ogrom!
Zastanawiałam się gdzie jest ten wysoki chłopak – przecież zaraz będzie jego autobus. Śmiałam się widząc kolejkę pań ustawioną do second handu. Właścicielka zawsze się spóźniała. Raz 5 minut, raz 11… – a te panie zawsze na nią czekały. I zawsze, bez względu na pogodę śmiały się do siebie.
Do szkoły, do podstawówki, gimnazjum czy liceum – zawsze jeździłam z tego samego przystanku autobusowego. Czekając na autobus linii 123 zawsze przyglądałam się ludziom. I tak poznałam moją pierwszą przyjaciółkę.

powstrzymuje przed zmiana pracy, salon botanicznyPoznajmy się. Cześć, jestem Asia. A to jest 5 rzeczy, które lubię

Lubię we dwoje

Lubię we dwoje spędzać czas. Lubię wyjechać we dwoje na wieś, wziąć dwa kieliszki wina i dwie butelki wina – tak na zaś. Lubię usiąść we dwoje na skarpie i we dwoje rozmawiać. Zastanawiać się, ile jeszcze wody musi upłynąć aby skarpa zapadła się.
Lubię umówić się na miasto we dwoje i we dwoje, albo w dwie pary, udać się do restauracji. Faceci sobie, a my sobie – tak lubię, we dwoje i dwie pary. Czasem trzy.
I we dwoje lubię spędzać wieczory. Gdy nasze dwie stópki spotykają się pod kocykiem. I gdy możemy obejrzeć serial, który ma przynajmniej dwa sezony. Jeden to zdecydowanie za mało. Choć czasem dwa też – jak Belfer miał czy Dark… .

 

Lubię pytania

Lubię rozmowy. Lubię kiedy jest kameralnie, kiedy możemy poznać najskrytsze myśli. Dowiedzieć się o sobie rzeczy innych niż tych grzecznościowych, niewiele wnoszących. Lubię tworzyć więzi, a bez pytań nie ma więzi. Lubię pytania “co myślisz” kiedy nie znam odpowiedzi i “dlaczego tak” kiedy nie znam przyczyny. Lubię kiedy ludzie pytają, zastanawiają się i nie oceniają pochopnie.
Kontekst – tak, on zawsze jest najważniejszy.

I więź się lepsza tworzy, kiedy ludzie kończą zdania znakami zapytania. Ileż może być kropek i zdań zaczynających się od “ja”?

 

Lubię po cichu

Lubię muzykę w tle, telewizję w tle. Lubię ptaki w tle. Lubię jak spokojnie i powoli, bez pośpiechu. Lubię wstać na tyle wcześnie rano aby móc obejrzeć jeszcze telewizję po cichu, ale bez kawy – rano ekspres zbyt głośno chodzi. Zdecydowanie zbyt głośno jak na tak wczesną porę.
I lubię kiedy siedzimy razem i rozmawiamy po cichu. Ależ ja to szalenie lubię! Ognisko, my, pokulone nogi – jak dzieci. Tajemnice. Znów tworzenie więzi. Nasz mały świat – po cichu. I tylko ptaki w tle. I muzyka z głośnika.
Lubię też, kiedy z oddali słychać głośną muzykę. Ktoś tam dalej imprezuje, a my w chowamy się w naszym świecie po cichu.
Starość czy zakochanie? Dobrze, że mamy siebie.

Lubię pieszo

Lubię spacery. Spacerować mogłabym cały dzień bez uczucia zmęczenia. Ach, tęsknie czasem za tym czasem, gdy wychodziliśmy rano na miasto, tak po śniadaniu, wcześnie było – a wracaliśmy na kolację, a czasem już po kolacji. Chodziliśmy, zwiedzaliśmy, jeździliśmy. Dużo rozmawialiśmy. Bo co można robić na spacerze we dwoje?
Chodziliśmy po działkach miejskich, mówiliśmy ludziom “dzień dobry” i snuliśmy plany. Plany? A może to był nierealny scenariusz co by było gdyby? Na pewno pobudzaliśmy naszą fantazję! Ach, ten dreszcz emocji. I liczenie kotów, które przestraszone uciekają do swojego domku. 5 ich było. Wariaty. Rozrabiały na opuszczonym ganku, za takim dużym pniem. Łobuzy.

A kiedy ani razu nie wyjdę z domu, czuję, że mam stracony dzień. Muszę choć wyjść na jeden spacer w konkretnym celu. Wyjście z psem to nie cel. I nie spacer.
Nie umiem też pływać. Możemy tylko pieszo.

Lubię z szacunkiem

Tak po prostu. Lubię, kiedy będąc na imprezie jest nas tłum, każdy z innej parafii, każdy z innej grupy społecznej, zawodowej, z innymi pasjami i przeżyciami – innym strojem – zwraca się do siebie z szacunkiem. Lubię ten brak barier, brak etykietek.
Etykietki, to ja lubię tylko na żywności. Lubię znać skład, procentową zawartość mięsa i czy jest skrobia w keczupie. Etykietki lubię też w kuchni – inaczej nie wiedziałabym jak długo gotować ten ryż, makaron i kaszę. Po inne “jak długo” dzwonię do mamy.

Lubię, kiedy ludzie potrafią ze sobą rozmawiać. Kiedy na pytanie “dlaczego” nie odpowiada się z pretensją, wyższością ani wykrzyknikiem. Kiedy niewiedza nie jest niczym złym. Kiedy ludzie nie boją się pytać ani mieć wątpliwości. Kiedy nie boją się być sobą w obawie przed wyśmianiem. Lubię z szacunkiem. Z szacunkiem do siebie, do innych i do wyboru – także złego. Z szacunkiem i prawem do gorszego dnia.

Lubię, kiedy można być po prostu sobą.

 

 

To jak, poznamy się lepiej?

Co lubicie?

Nie będę kochać mniej przez słowa

Kolejny jesienny wieczór, kolejny odcinek serialu, kolejny wspólny wieczór. Kolejny raz proszę go o wyjęcie kocyka, bo coś jakby zimniej w naszym domu. Kolejny raz on pyta co zrobimy z palmą, która stoi na grzejniku podłogowym, a ja kolejny raz zbywam go, będziemy martwić się później, jak zaczniemy grzać w salonie.

– Dawid…
– Tak, kochanie?
– Może załącz grzanie?

Nie będę kochać mniej przez słowa

Kolejny jesienny wieczór, kolejny odcinek serialu, kolejny wspólny wieczór. Kolejny raz przytulam się do niego. Kolejny raz on narzeka jak mu teraz ciężko, że łokieć w żebra wbijam, że nogą przygniatam, a w ogóle to oddechu! Kolejny raz odsuwam się od niego, kolejny raz udaję, że strzelam focha (w końcu jestem żoną, więc mogę) i kolejny raz on mówi już się nie bocz, chodź do mnie.
I kolejny raz znów jest dobrze.
Oglądamy kolejny odcinek serialu.

Kolejny jesienny wieczór. Rozmawiamy o rzeczach bardziej i mniej istotnych. Nagle mąż mówi, że za dużo czasu spędza na komputerze i źle mu z tym, tęskni. Mówi też, że jest tak bardzo zmęczony… – że dalej przy nim siedzi. I choćby chciał, a raczej nie chciał, to i tak siedzi, i źle mu z tym.
A ja się śmieję.
Słowa. Ach, te słowa. Słowa nie czyny, czyny nie słowa. Często powtarzane – słowa na wagę słowa – złoto czy tombak?

 

Lubię te nasze coraz liczniejsze dni z coraz mniejszą ilością czasu przy komputerze. Świadomie odcinamy się od świata. Odcinamy się od ludzi, którzy mówią wykrzyknikami. Odcinamy się od ludzi, którzy w pracy szukają romansu, otwierają się na nowe, ciekawsze znajomości gdy mąż to już tylko mąż, człowiek, do którego trzeba mówić wykrzyknikami. Którego niby o coś prosisz, ale wszyscy widzą, że żądasz, wymagasz i jesteś ewidentnie lepsza ale tylko w swoich oczach.

Lubię te nasze coraz liczniejsze dni z coraz mniejszą ilością czasu przy komputerze. Świadomie odcinamy się od świata. Odcinamy się od ludzi, którzy mówią frazesami. A mówią je często, jak refren między dłuższymi wypowiedziami.

Często powtarzane traci na wartości. Moje najbardziej ulubione ze wszystkich znienawidzonych.

Kocham Cię, jedź ostrożnie – mówi mój maż gdy wychodzę do pracy. Ale my wiemy, że nie chodzi tu o kilometry. To takie, kocham cię – miłego dnia, kocham cię – życzę ci spokojnej pracy, kocham cię – obyś szczęśliwie dojechała, kocham cię – nie chcę by coś złego ci się przytrafiło.

Kocham Cię, dobranoc – mówi mój mąż gdy odwraca się do mnie plecami. Ale my wiemy, że tu nie o sen chodzi. To takie, kocham cię – słodkich snów, kocham cię – czuj się bezpiecznie, kocham cię – nie dam cię skrzywdzić. To takie, kocham cię – do zobaczenia nad ranem i kocham cię – pamiętaj, jakbym miał się jutro nie obudzić.

Kocham Cię, wiesz? – mówi mój maż, gdy razem oglądamy serial. Ale my wiemy, że to nie o scenę z filmu chodzi. To takie, kocham cię – jestem z tobą szczęśliwy, kocham cię – nawet nie wiesz jak mi z tobą dobrze, kocham cię – jesteś całym moim życiem i kocham cię – życia sobie bez ciebie nie wyobrażam.

I codziennie będąc w pracy dostaję od niego smsa – kocham cię. Tak po prostu. Bez żadnych przecinków, żadnych dodatkowych słów. To takie, kocham cię – niedługo do domu, kocham cię – tęsknie, kocham cię – będzie dobrze, kocham cię – nie denerwuj się, kocham cię – tylko to jest naprawdę ważne, kocham cię – właśnie dojechałem bezpiecznie do pracy.

 

Lubię te nasze coraz liczniejsze dni z coraz mniejszą ilością czasu przy komputerze. Świadomie odcinamy się od świata. Odcinamy się od ludzi, którzy mówią wykrzyknikami. Odcinamy się od ludzi, którzy są nieszczęśliwi i na przekór starają się przekonać nas, że nie słowa się liczą, a często powtarzane tracą na wartości.

W ciągu dnia kilka razy mówimy sobie “kocham cię”. I żadne z tych samych dwóch słów nie znaczy tego samego. Kocham cię z rana to nie to samo kocham co po południu, wieczorem czy w nocy. “Spokojnej drogi” to nie to samo co “śpij dobrze”, wszak za kierownicą to lepiej nie zasypiać w ogóle! A przecież powiedział kocham cię.

Lubię te nasze coraz liczniejsze dni z coraz mniejszą ilością czasu przy komputerze. Świadomie odcinamy się od świata. Odcinamy się od ludzi, którzy próbują wmówić innym, że miłość nie istnieje, a kocham cię to tylko nic nie znaczące słowa.

Te słowa znaczą bardzo dużo. A ja nie będę przez nie kochać mniej. Choćby nie wiem jak często były powtarzane.

To nie słowa tracą na wartości.

 

Świadomie odcinamy się od świata. Odcinamy się od ludzi, którzy mówią wykrzyknikami. Odcinamy się od ludzi, którzy w pracy szukają romansu, otwierają się na nowe, ciekawsze znajomości, gdy mąż to już tylko mąż, człowiek, do którego trzeba mówić wykrzyknikami. Którego niby o coś prosisz, ale wszyscy widzą, że żądasz, wymagasz i jesteś ewidentnie lepsza – ale tylko w swoich oczach.

Piękniejszego bym sobie nie wymarzyła

Mówi się, że nasza wyobraźnia jest nieograniczona. Mówi się, że możemy marzyć o wszystkim! Że dobrze jest mieć marzenia, bo ta nasza rzeczywistość… – szkoda gadać. A marzenia? Wyobraź sobie siebie w idealnym dla Ciebie domu, z idealnym wnętrzem, z bogactwem roślin, pięknym psem, wspaniałym mężem, którego zazdrości Ci każda kobieta a i nie jeden mąż chciałby taki być. Taki zaradny, przystojny, wzbudzać zazdrość.
Wyobraź sobie swoje idealne życie – te podróże, te zakupy, to żyje się tylko raz.

A teraz otwórz oczy, rozejrzyj się i pomyśl, jak bardzo jesteś nieszczęśliwa. Jak bardzo Twoje życie odbiega od marzeń… .

Piękniejszego bym sobie nie wymarzyła

3 lata temu
Mieszkamy razem, choć o wspólnym zamieszkaniu nigdy tak nie rozmawialiśmy. Dawid przyjeżdżał do mnie, widywaliśmy się raz na jakiś czas. Jak odległość pozwoliła, jak obowiązki pozwoliły. Raz zostawił u nas swoją bluzę – mieszkałam w wówczas z rodzicami. W koszu na brudne ubrania zostawił koszulkę. Miał do nas przyjechać za dwa tygodnie – zostawił więc szczoteczkę do zębów.
Któregoś razu przyjechał z komputerem. I już nie wyjechał.
Nigdy nie rozmawialiśmy z moimi rodzicami o tym czy Dawid może się do nas wprowadzić. Nie rozmawialiśmy jak to pogodzić, jak to zrobić, jak rozwiązać. Spać razem czy oddzielnie? Tradycyjnie czy nowocześnie? Co planujemy? Czy mamy w ogóle plany?

2 lata temu
Kupiliśmy mieszkanie. Z nudów chodziliśmy oglądać jak się buduje nasze mieszkanie. Nie wierzymy. Nie tak to sobie wyobrażaliśmy. Czy w ogóle człowiek wyobraża sobie takie decyzje? Czy człowiek wyobraża sobie ten proces, ten czas, etap?
Po prostu nastał czas.

2 lata temu Dawid zabrał mnie na spacer. Z nudów chodziliśmy oglądać jak się buduje nasze mieszkanie. Była jesień. Wiał wiatr.
– Dawid wracajmy już, zimno jest… .

Następnego dnia siedzę przy komputerze w szlafroku i turbanie na głowie. Po kąpieli byłam. Dawid kuca obok mnie i mówi jak bardzo mnie kocha. Jak bardzo jestem dla niego ważna. Długo mówił, aż łzy mi poleciały.
– Nie wygłupiaj się! Co to za oświadczyny? Ja w turbanie, szlafroku – to nie jest romantyczne.
– Masz rację –
powiedział i wstał.

Następnego dnia siedzę przy stole. Po obiedzie byliśmy. Dawid ugotował rybę. W całym domu był zapach ryby… . Podszedł do mnie i zapytał czy zostanę jego żoną.
– Pewnie, że tak… . – Odpowiadam dalej patrząc w telewizor. Przytulam go wciąż siedząc na krześle.

Dawid wyszedł z pokoju. Za chwilę wrócił z pierścionkiem.
Przez myśl mi nie przeszło, że ten chciał się oświadczyć. Nie tak wyobrażałam sobie zaręczyny.

 

Drugi listopada dwa tysiące osiemnastego roku

Siedzimy na łóżku w naszym mieszkaniu. Dokładnie w tym, które tak chodziliśmy oglądać z nudów. Jak dwa lata temu wiał wiatr i zbierało się na deszcz. Jak nigdy, przed trzema laty, siedzimy w pokoju pełnym roślin. Pełnym nas.
Choć nie ma tu naszych fotografii, widać nas. To wspólnie namalowany obraz, to litery z drewna z naszymi imionami. Jego imię jest sklejone – raz nam upadło na podłogę. Ale nie widać tego.
Siedzimy na łóżku w naszym mieszkaniu. Oglądamy film, który polecili nam przyjaciele. Fajny serial. Niby luźny, niby nie.

– Dawid, przyniesiesz mi pierścionek? Jakoś tak pusto mi na palcu. – Proszę go.
Poprzedniej nocy spadł mi z palca pierścionek zaręczynowy. Zauważyłam to dopiero w pracy. Taki dziwny nawyk mam, że jak się nad czymś zastanawiam, bardziej się skupiam, to bawię się kamieniem z pierścionka. Tak sobie nim kręcę jakbym pięciozłotówkę przez wszystkie palce chciała przepuścić. Dawid znalazł go rano pijąc kawę.

Przyniósł go. Wyciągnęłam rękę po pierścionek, ale nie dał mi go. Mąż kucnął przede mną z pierścionkiem. Jak on się tu zmieścił między łóżkiem a stolikiem? – Zdziwiłam się. Przecież ledwo pies się tu mieści. Śmieszne. Oglądam film dalej.

Drugiego listopada Dawid oświadczył mi się drugi raz. Nie kucał. Uklęknął. Trzymając pierścionek, który codziennie noszę na palcu, mówił jak bardzo jestem dla niego ważna. Jak kocha. Jak dużo i bardzo. Jak na zawsze. Jak nigdy osobno. Jak jest szczęśliwy. Spokojny. Jak lepiej nie mógł sobie wymarzyć.
Popłakałam się. Jak zwykle. Jak zawsze.

 

 

Potrafię wyobrazić sobie różne rzeczy. Potrafię wyobrazić sobie mój duży dom, choć nie wiem po co mi duży dom. Potrafię wyobrazić sobie, że mam dom z basenem, choć ja nawet nie umiem pływać. Potrafię wyobrazić sobie jak podróżujemy po świecie – choć dłużej niż 4 dni w jednym miejscu zaczynają nas nudzić. A najlepiej – to jest nam na wsi. Na spacerze. Na huśtawce. Na skarpie nad wodą, na tym okropnie różowym kocyku niepasującym do niczego, prócz do siedzenia na skarpie.

Potrafię wyobrazić sobie wiele imponujących i przesadnych rzeczy. Ale swojego życia – piękniejszego bym sobie nie wymarzyła.

Czasem słyszę pomysły kobiet o odnowieniu przysięgi małżeńskiej. Słyszę, jak chciałyby tą uroczystość zorganizować. Najlepiej na wyspie. Najlepiej w altanie. Ze słowami napisanymi przez siebie. Byłyby zdjęcia i zazdrość, i drinki bezalkoholowe – bo to też jest teraz modne… .

A my drugiego listopada siedzimy w naszym mieszkaniu. Dokładnie w tym, które tak chodziliśmy oglądać z nudów. Siedząc w szarych dresach oglądamy film, który polecili nam przyjaciele. Fajny serial. Niby luźny, niby nie. I odnowiliśmy przysięgę. Piękniejszego życia nie mogłam sobie wyobrazić.

 

Popełniłam w życiu wiele błędów

Popełniłam w życiu wiele błędów. Przez niektóre ludzie się śmiali, przez inne drwili. Różne błędy popełniałam. Raz na wyplutej przez siebie gumie usiadłam. Jak to się stało? Nie wiem. Nie widziałam jej.
Staliśmy na szkolnym ganku choć był weekend. Wyplułam gumę gdzieś w bok. W końcu doszliśmy do wniosku, że nigdzie nie idziemy – lato było, a tu był cień i chłód kamiennych schodów. Zostajemy – postanowiliśmy.
I tak usiadłam na wyplutej przeze mnie gumie.

Popełniłam w życiu wiele błędów

Popełniłam w życiu wiele błędów. Przez niektóre ludzie się śmiali, przez inne drwili. Różne błędy popełniałam. Niektórym błędom musiałam stawić czoła. Jak wtedy gdy trzeba było schować dumę w kieszeń i zrobić co należy – przeprosić.
Tylko czy dziś ktoś o tym pamięta? Jak jadąc autobusem linii 135 z placu Hallera dzwoniłam kuląc pod sobą ogon? Siedziałam tuż za kierowcą, była jesień… . Okres matematyki na studiach.

Ale wtedy byłam mała. To się nie liczy.

Popełniłam w życiu wiele błędów. Niektóre z nich zostaną między nami. Mamy tajemnicę, prawda?
Kurtuazyjnie wymienimy kilka zdań. Nie będziemy udawać, że się nie znamy – jesteśmy przecież dorośli. Ty powiesz “dzień dobry”, a ja uśmiechnę jak do każdej innej osoby i rzucę “hej”. Ale nie zapytam już co słychać.Hej, hej, hej. Życie toczy się dalej. Nie mówimy o tym co było, bo dziś jest zupełnie inaczej. Nasze życie zakręciło się o 180, 360, 720 i 1440 stopni. Piruety kręciliśmy.

Dziś jesteśmy w innym miejscu; już dorośli.

 

Popełniłam w życiu wiele błędów. Tak mam, czasem się nakręcę, czasem zakręcę a czasem zapomnę. Czasem mam dość oczekiwań z każdej strony. Mam dość tego tańca – co wypada, czy już czas, och, przejdźmy już do sedna!
Nigdy nie byłam cierpliwa. Nigdy nie lubiłam roztrząsać – czy to już czas, czy już mogę być sobą, czy jeszcze będziemy udawać? Ile musi minąć czasu od pierwszej randki do pierwszego przewrócenia oczami? Ile czasu musi minąć od podjęcia złej decyzji do umilknięcia tych wszystkich “a nie mówiłem” i “po co ci to było?”

Popełniłam w życiu wiele błędów. Przez niektóre ludzie się śmiali, przez inne drwili. Różne błędy popełniałam. Najbardziej żałuję tych, w których zabrakło mi odwagi. Bałam się rzucić wszystko, raz kozie śmierć, założyć koło ratunkowe, rękawki i wejść do kałuży – bo i tak bywało, choć nie dosłownie.

Ale nie żałuję żadnego błędu, w którym byłam sobą. Czasem w lepszym, a czasem w gorszym okresie życia, ale zawsze sobą. A popełnione błędy – zrzucam je na barki młodości. Choćby ta młodość była tydzień temu.
Czego mam się bać? Że ktoś o mnie źle pomyśli? Że pod nosem powie “głupia jest”? Może i byłam – ale zagubiona. Ale wtedy tak musiało być. Tak musiało być by dziś było dobrze.
Bym dziś mogła śmiać się z gumy do żucia, mieć tajemnice i kilka odrobionych lekcji. Bym dziś mogła w końcu być szczęśliwa – będąc sobą.
To miłe kiedyś ktoś kocha Cię taką jaka jesteś – kiedy Ty jesteś w swoim świecie. Po swojemu.

Psyt.
Popełniłam w życiu wiele błędów. Na szczęście – to nie one mnie definiują. 

Gdy kobieta płacze mężczyzna powinien

Znacie te kadry z filmów, w których ona płacze, biegiem ucieka z domu nie oglądając się za siebie, a ten, nie wiadomo skąd pojawia się z kwiatami. Nagle jakby czas się zatrzymał, świat dookoła wiruje, a oni stoją – pośród tłumu. On wyciąga zza siebie kwiaty i przeprasza ją najpiękniejszymi słowami. Przyznaje, że przegiął, miała rację, jest mu przykro, nie powinien. Ona na to nie zasługuje. Kocha. Docenia.
Nagle następuje oddalenie kamery, spojrzenie na aktorów  z lotu ptaka, kadr na niebo i ta wesoła muzyka symbolizująca, że jest już dobrze, już się pogodzili, są szczęśliwi.

Tak powinno być – pytam, może stwierdzam.

Gdy kobieta płacze mężczyzna powinien

Są dni kiedy płaczę. Czasem płaczę bo coś sobie przypomniałam. Czasem płaczę bo się boję. Czasem płaczę też bo coś na czym mi zależało zostało popsute. Jak wtedy gdy skręcaliśmy sekretarzyk w nocy i Dawid trochę umyślnie, trochę nie zbyt mocno skręcił dwie deski doprowadzając do jednej pęknięcia… . Popłakałam się. Przecież od zawsze o nim marzyłam. Tyle miesięcy stał w kartonie w moim pokoju czekając na własne mieszkanie, własny kąt.

Przytulił. Przeprosił. Już dobrze. Powinien być ostrożniejszy.
Nie gniewam się. Składamy dalej.

Czasem płaczę też gdy tęsknię. Wiem, że płacz nic nie zmieni, ale płaczę. Wtulam się wtedy tak mocno jak tylko mogę i zasypiam z wyczerpania. Czasem podchodzę do niego i zarzucam na siebie jego ramiona.
– Co się stało?
– Nic – mówię najchłodniej jak umiem. – To samo – dodaję rozsypana w drobny mak.

 

Są powody, przez które płaczę. To taki cichy płacz. Ja sobie po prostu popłaczę, a ty nie zwracaj na mnie uwagi. – Zawsze zwraca – choćbym się broniła.
I w takich chwilach, choć nie chcę, to bardzo go potrzebuję. On to czuje, a ja szalenie doceniam.
Choć nie wygląda to jak scena z filmu, oboje w dresie, bluzie, ubraniach po domu, to choć świat wiruje dla nas czas się zatrzymał.
Szalenie tak bardzo!

 

Ale ja nigdy nie płaczę. Nie płaczę by zwrócić uwagę. Nie płaczę by wymusić gest. Nie płaczę demonstracyjnie, spoglądając zza dłoni jednym okiem, czy idzie do już do mnie przeprosić, czy nie? Nie płaczę by udowodnić, że miałam racę. Nie płaczę by zobaczyć dowód miłości. By moje było na wierzchu.
Nie płaczę wybiegając z domu w nadziei, że zaraz złapie mnie za rękę, ja się odwrócę i zobaczę jego –  z kwiatami. Z wielkim bukietem kwiatów. Przepraszającego.

 

Są dni kiedy płaczę. Czasem płaczę bo coś sobie przypomniałam. Czasem płaczę bo się boję. A czasem bo tęsknię. Ale ja nigdy nie płaczę by osiągnąć jakiś cel. Udowodnić sobie i jemu. Nie płaczę by osiągnąć cel.

 

Gdy kobieta płacze facet wcale nie powinien przytulić. Wcale nie powinien mrugnąć okiem, kiwnąć palcem w bucie i rzucić wszystko i choć się całować. Jeśli kobieta płacze bo sprawdza, bo chce manipulować nim jak dziecko rodzicem – jedyne co facet musi to być mądrzejszy. Dobrze gdy on stawia granice.
A kiedy kobieta płacze z bezradności, braku sił, gdy jedyne czego teraz chce to schować się przed światem i zapaść w sen zimowy – dobrze gdy facet jest, choć nie musi być.
Miło jest czuć się bezpiecznie, kiedy nie trzeba udawać, że jest się silną.