Choinkowe trendy – jak i czym ozdobić choinkę, którą wszyscy zapamiętają

Kiedy w tym roku ruszyły promocje z okazji czarnego piątku, w sklepach można było już dostać ozdoby świąteczne. Widząc promocje na kolorowe bombki, cienkie i grube łańcuchy, lampki o najróżniejszych kształtach i kolorach przez chwilę zastanawialiśmy się, czy nie skorzystać z promocji i już w listopadzie nie skusić się na ozdoby świąteczne.

W tym roku nasza choinka miała być szczególna. To miała być nasza pierwsza choinka na swoim – musiała wyrywać z butów! To miała być choinka, którą wszyscy zapamiętają… .
Tylko skąd mieliśmy wiedzieć, jak ona ma wyglądać?

Choinkowe trendy – jak i czym ozdobić choinkę, którą wszyscy zapamiętają

Pamiętacie te czasy, w których wygląd choinki nie miał znaczenia?

Pamiętam jak kiedyś wyglądały Święta Bożego Narodzenia u mojej babci. Kiedyś, jeszcze na samym początku moich wspomnień, choinka stała w pokoju po lewej. Ach, pamiętam to jakby było wczoraj. Pod oknem stała ogromna, wielka choinka z mnóstwem kolorowych ozdób. Były bombki podłużne, okrągłe jak bombka, i takie niby okrągłe, ale z jednej strony wklęsłe z takim wzorkiem. Były też bombki, które wyglądały jak bączki czy grzybki, i takie, które przypominały matrioszki. Wszystkie były szalenie kolorowe!
Na choince znajdowały się też różne lampki – kolorowe, całe żółte, przypominające żarówki, migające i grające. I łańcuchy. Były też łańcuchy. Takie mega grube.

Pod tą choinką była góra prezentów! Nigdy w życiu nie widziałam pod choinką tylu prezentów. Nawet gumka do ścierania imitująca arbuza była zapakowana w oddzielny papier. Szaleństwo!
Dostałam też taką lalkę większą ode mnie.

 

Następne Święta jakie pamiętam u tej babci, były z choinką w pokoju po prawej. Ach, pamiętam to jakby było wczoraj. Pod oknem stała ogromna, wielka choinka z mnóstwem kolorowych ozdób. Były bombki podłużne, okrągłe jak bombka, i takie niby okrągłe, ale z jednej strony wklęsłe z takim wzorkiem. Były też bombki, które wyglądały jak bączki czy grzybki, i takie, które przypominały matrioszki. Wszystkie były szalenie kolorowe!
A przed choinką stał stół. Z siankiem pod obrusem.

 

Pamiętam jak kiedyś wyglądały Święta Bożego Narodzenia u mnie w domu. Pamiętam, jak mama sadzała mnie i Brata na przeciwko siebie, taki specjalny krzesło-stolik mieliśmy, i razem robiliśmy łańcuchy.
Jedne łańcuch był z pasków z papieru kolorowego, z których tworzyło się przeplatane kółeczka; a drugi był z krepiny – łączyło się w poprzek dwa długie krepinowe paski i przerzucało je raz na jedną, raz na drugą stronę… . Robiliśmy je w moim pokoju.

 

Pamiętam jak całkiem niedawno wyglądały Święta Bożego Narodzenia u moich rodziców. Przestaliśmy kupować już duże choinki po tym, jak pies prosto z dworu wbiegł do salonu mając na sobie smycz – obiegł choinkę i przewrócił ją.
Cały salon był w igłach. Podłoga wyglądała jakbyśmy mieli zielony dywan z igieł.
Od tamtej pory rodzice kupują małe choinki, które można postawić na komodzie.
Co roku na choince rodziców znajdują się małe, śliczne, niebieskie bombki, czerwone kokardki i ten okropny, kolorowy łańcuch lampeczek. Te lampki wyjątkowo mi się nie podobają. I wyjątkowo nie wyobrażam sobie bez nich świątecznego drzewka u moich rodziców.

Co roku ludzie googlują choinkowe trendy. Kiedy wpiszecie tę frazę w google wyskoczą Wam pozycje takie jak “choinkowe trendy 2017”, “choinkowe trendy 2018”. Ale żaden wujek google, żadna inspiracja ani realizacja nie sprawią, że Wasza choinka zostanie uznana za najpiękniejszą, zostanie zapamiętana na zawsze – jeśli nie będzie budzić miłych wspomnień.

Nie ma sensu szukać HOT trendów na kolor bombek – błękitne, złote czy srebrne. Nie ma sensu kłócić się co lepsze na czubek choinki i czy anielskie włosy są nadal w modzie.

 

Najpiękniejsza choinka to ta, która jednoczy ludzi i przywołuje wspomnienia.

 

 

Wesołych Świąt moje kochane!

Buraczki do mielonych – przepis na buraczki do spiżarki

Są takie potrawy, które kojarzą mi się z pewnymi osobami i okresami w życiu. I tak, na przykład, na naszych obrączkach znajduje się grawer nawiązujący do kebaba. Dawid ma baraninę na ostro, a ja, obowiązkowo, falafela w bułce – choć tego falafela nie pochwala blok ekipa.
Gdyby zapytać mnie, jakie potrawy kojarzą mi się z dziadkami – byłaby to zdecydowanie szarlotka i bitki. A z moimi rodzicami – mielone z buraczkami. I mizeria… .

Buraczki do mielonych – przepis na buraczki do spiżarki

W naszej spiżarce zawsze znajdują się jakieś zapasy. To są marynowane papryki i cukinia, które dostaliśmy od teścia. To są sosy słodko-kwaśne na wypadek, gdyby szalenie nie chciało nam się robić nic do jedzenia. To także puszki z brzoskwiniami.
I zawsze mamy zapas w postaci dwóch słoiczków tartych buraczków.

Przepis:

4 kg buraków
2 papryki czerwone
2 cebule
1 szklanka oleju
1 szklanka cukru
1 szklanka octu 6%
1 łyżka soli

 

Przygotowanie:

1. Ugotować buraki (razem ze skórą) – około 1-1,5 godziny
2. Obrać buraki ze skórki i zetrzeć na tarce o grubych oczkach
3. Przygotować zalewę: zagotować olej, cukier, ocet i sól
4. Do zalewy wrzucić pokrojone w kostkę paprykę i cebule i gotować 15 minut (aż cebula będzie miękka)
5. Do punktu 4 dodać starte buraki – ważne aby często mieszać
6. Po zagotowaniu się punktu 5 poprzekładać buraczki do słoików i odstawić je wieczkiem do dołu.

 

 

Smacznego :)

Ofiara czy zwycięzca swojej własnej kampanii?

Ofiara czy zwycięzca swojej własnej kampanii?

Koniec maja. Rodziną wstrząsnęła informacja, że u kogoś bliskiego wykryto raka szyjki macicy. Jak to możliwe?! U niej?! – wszyscy się dziwili. Jak to możliwe? 

Dla mnie to była wstrząsająca wiadomość. To był mój pierwszy kontakt z nowotworem. Z osobą, która miała nowotwór. Wiedziałam, że kiedyś w rodzinie były nowotwory, ale ja tych ludzi nie znałam. Nie wyjeżdżałam z nimi na wakacje, nie siedziałam przy jednym wigilijnym stole i nie wymieniałam się prezentami.
Ten nowotwór, rak szyjki macicy, ta bliska osoba… – wystraszyłam się.

To był bodziec do zorganizowania wśród blogerów kampanii Nie wstydzę się być kobietą, która miała na celu przybliżenie informacji o raku szyjki macicy, która miała przypomnieć jak ważne są regularne badania i jak dużo dzięki nim można zyskać – dalsze życie.

Ideą kampanii było zaproszenie bliskiej sercu kobiety, mamy, przyjaciółki, siostry na badania.

I żeby nie być hipokrytką – ja też się na takie badanie wybrałam… 

 

Diagnoza: nowotwór

Pierwsza wizyta u ginekologa – pobranie cytologii. Wyniki wyszły bardzo dobre – zresztą – jak zawsze. Chyba nikt idąc na badania, zwłaszcza rutynowe, bo trzeba – nie zakłada, że będzie źle. Może to kwestia strachu, ale ja nie bałam się o wynik. Wiedziałam, że musi być dobrze!

Następne badanie u ginekologa, dla mnie to mniej przyjemne – USG.
Rok 2017 ponoć w ogóle był rokiem walki z rakiem szyjki macicy. Bardzo dużo mówiło się o nim w telewizji, było mnóstwo kampanii reklamowych choćby te z aktorkami z serialu Przyjaciółki. Jednak o USG za dużo się nie mówiło. I nie mówiło się też, że cytologia nie wykryje zmian nowotworowych jajnika. Ona dotyczy tylko szyjki macicy.

3 lipca 2017 – termin badania USG.
I to zdanie, że widzi zmianę, ale nic mi nie powie, mam się zapisać do ginekologa.
Stres jakich mało! Noż co za baran, mówiłam, choć w myślach gorsze przekleństwa wybrzmiewały. 

Konsultacja ginekologiczna.
Ginekolog już chciała kłaść mnie na stół operacyjny. Najlepiej już w poniedziałek.
O nie, nie! Nawet nie ma takiej opcji!

Wyniki skonsultowałam z innym lekarzem. Tym samym co operował bliską mi osobę na raka szyjki macicy.

Popatrzył na USG, zrobił swoje badanie – zaprosił za rok. Mówił, że teraz zmiana jest za mała. Że każda operacja niesie ze sobą ryzyko. Mówił też, że przy tak małej zmianie istnieje prawdopodobieństwo, że będzie musiał jej “szukać” uszkadzając niepotrzebnie jajnik.

 

Minął rok. Nowotwór powiększył się. Wyznaczono termin operacji.

 

Przez ten rok wydarzyło się dużo. 

Zobaczyłam, jakie chuje potrafią pracować w prywatnej klinice. To był gość co robił mi po roku USG. Na moje “tak, wiem co mi dolega” odpowiedział “i pani zwleka?! gratuluje, teraz będzie miała pani usunięty jajnik”. Popłakałam się  gdy tylko opuściłam mury kliniki. Na pewno nie taki słów spodziewałam się po gościu, który (tylko) robi USG.

Przez ten rok zobaczyłam też, że można trafić na lekarza, który jest zajebistym facetem! Który nie tylko uspokoi, ale i pełen pasji do zawodu opowie co będzie robił, jak, i że na stówę wszystko będzie dobrze. Który przez tą całą drogę poprowadzi mnie za rękę jak małe dziecko.
100 procent zaufania i milion procent bezpieczeństwa.

Przez ten rok zobaczyłam też, ile znaczy nasze małżeństwo. Miałam od Dawida wsparcie od samego początku. Od samego początku mogłam mu płakać w ramię. Mogłam witać go po powrocie z pracy rzucając mu się z płaczem na szyję. W ciągu tego roku rozmawialiśmy co by było gdybym się nie obudziła. W ciągu tego roku musiałam załatwić wszystkie formalne sprawy – chociażby zrobić go upoważnionym do kont.
W ciągu ostatniej doby mogłam na niego liczyć w każdej chwili, w każdej czynności.

A najbardziej jestem wdzięczna za to, że mimo, że on też się cholernie bał, pozwalał mi się bać. Nie mówił mi, że wszystko będzie dobrze. Mówił, że nie dopuszcza do siebie myśli, że mogłoby coś pójść nie tak. I że życia sobie beze mnie nie wyobraża.

I wiecie co? Żyjąc dla kogoś takiego nie ma opcji by coś poszło nie tak.

Szybka metamorfoza naszych mebli w salonie

W naszym mieszkaniu są dwa rodzaje mebli. Białe i ciemnoszare. W salonie przy białych ścianach stoją białe meble. Na białych meblach białe doniczki. Przed szarą kanapą stoi biały stolik kawowy, a przed szarą wyspą kuchenną biały stół. I dywan – on też niegdyś był nibybiały. Niegdyś – nim przygarnęliśmy psa, który po spacerze nie wyciera łap.
Mamy granatowo-białą narzutę na kanapę, a za nią białe żaluzje.

Kiedy mówiłam komuś o naszym biało na białym mieszkaniu, ten sobie kpił i mówił, że on by tak nie mógł. Że sterylnie, że bez koloru to jak to tak żyć?

Kiedy dziś patrzę na nasze biało na białym mieszkanie wiem, że lepiej zrobić nie mogliśmy. Razem z nami to wnętrze nabierało koloru, i tak jak my zmieniało się w czasie. Dojrzewaliśmy razem.

Szybka metamorfoza naszych mebli w salonie

Za trzy miesiące minął dwa lata jak mieszkamy na swoim. W tym czasie spokojnie dojrzewaliśmy do kolorów. Zaczęło się od roślin, które ożywiły nasz salon. Od nieszczęsnego benjamina, który z początku tak uparcie gubił liście, a teraz jest najlepiej kwitnącą u nas rośliną. Od palmy areki, która z początku miała zapełnić pustą białą ścianę, a później rozrosła się do tego stopnia, że nie wiedzieliśmy gdzie ją postawić aby nie przeszkadzała. Ta roślina jest zaskakująca.

Później przyszły brązy. Szyszki i korki od wina. Jutowe sznurki zdobiące osłonki na rośliny. I nagle poczuliśmy, że brakuje koloru. Brakuje nas. Brakuje energii. Chaosu. Za spokojnie jest. Zgubiliśmy równowagę. Czas na kolejną zmianę.

 

Do naszego salonu dodaliśmy fuksję. Kolor, który kocham miłością najszczerszą. Sekretarzyk wzbogacił się o dwa fuksjowe paski. Szafka pod telewizorem nabrała warszawskiego orientu. A regał na książki i szpargały – on też nie będzie przecież gorszy.

 

Jak to zrobiliśmy:

Malowanie białych mebli było dość ryzykownym pomysłem. Gdy znudzą nam się kolorowe meble, trudno będzie odzyskać tą ikeowską żółtą biel. Och, czasem żałuję, że życie nie jest jak photoshop czy inne simsy. Zaznaczenie koloru, położenie tapety za pomocą shifta w trzy sekundy… .

Użyliśmy:
– akrylowej farby ze sklepu papierniczego
– gąbki
– taśmy malarskiej
– odtłuszczacza
patyczka do uszu i wacika

 

Odtłuszczacz 
Miejsca, które miały zostać pomalowane farbą najpierw odtłuściliśmy. W tym celu użyliśmy użyć płynu do mycia naczyń.

Taśma malarska
Taśmą malarską zakleiliśmy miejsca, które nie miały zostać pomalowane/ubrudzone farbą. Ponieważ mebel stoi na podłodze, dookoła niego na panelach także nakleiliśmy taśmę.
Naklejenie taśmy malarskiej zajmie Wam chwileczkę, a pozwoli zaoszczędzić nerwów i mycia.

Co ważne:
1. taśmę należy odkleić zanim farba wyschnie
2. najlepiej malować mebel ruchami od taśmy do mebla – dzięki temu mniej farby dostanie się pod taśmę
3. należy mocno docisnąć taśmę do mebla

Gąbka i farba akrylowa
Meble malowaliśmy za pomocą fragmentu gąbki do mycia naczyń. Zwykłą gąbkę przecięłam na wysokości 1/3 długości. Małą gąbką jest po prostu wygodniej malować i zapobiega to ubrudzeniu farbą wszystkiego dookoła.

Przed malowaniem farbę “wylałam” na podstawkę i brudząc w niej gąbkę nanosiłam farbę na mebel tapując.

Tapując – nie użyliśmy pędzla, który na meblu pozostawiłby podłużne ślady, tylko użyliśmy gąbki “uderzając” ją o mebel robiąc tap, tap, tap.

 

Po wyschnięciu farby już jej nie lakierowaliśmy z tego względu, że te powierzchnie nie są przez nas często używane, pełnią jedynie funkcję estetyczną. Nie dotykamy ich. A w razie gdyby fuksja nam się odwidziała – tak będzie też łatwiej pozbyć się koloru.

 

Patyczek do uszu i wacik
Miejsca, które miały nie zostać pomalowane farbą a zostały – zmywaliśmy nasączonym wodą wacikiem/patyczkiem do uszu – w zależności od wielkości powierzchni. Jeśli farba dostała się pod taśmę, płynnym ruchem ręki i wacika zdemiecie nadmiar farby.
Możecie także w ten sposób “wykończyć” miejsce, w którym kończy się farba. Efekt będzie bardziej estetyczniejszy.

 

Kosz takiej zabawy to tak naprawdę koszt samej farby. Pozostałe rzeczy zazwyczaj ma się w domu.

Jakbyście chcieli trwale i zgodnie ze sztuką odnowić meble, przed malowaniem należy zmatowić powierzchnię, którą będziecie malować za pomocą bardzo drobnoziarnistego papieru ściernego.
Następnie, gdy naniesiecie już farbę i ona wyschnie – taką powierzchnię dobrze jest zabezpieczyć lakierem jachtowym. Ja zazwyczaj używam lakieru matowego lub półmat.
Lakier jachtowy odporny jest na wodę, co pomaga w utrzymaniu mebla w dobrym stanie.

Lakierując warto:
1. najpierw nanieść jedną warstwę lakieru
2. odczekać aż lakier bardzo dobrze wyschnie
3. za pomocą papieru ściernego wyrównać powierzchnię lakieru
4. usunąć pyłek, który powstał po wyrównywaniu
5. ponownie zalakierować mebel

To bardzo ważne, aby odczekać z nakładaniem drugiej warstwy lakieru, aż pierwsza warstwa porządnie wyschnie. W innym wypadku będziecie mieć wrażenie, że lakier jest “miękki”, wiecznie “lepki”.

 

Miłej zabawy :)

Wszystko dzieli się przez dwa. Ludzie też.

Zawsze śmiejemy się z Dawidem, że umiemy liczyć do dwóch. Za każdym razem gdy przekomarzamy się kto ma wyjść wieczorem z psem na spacer, Dawid głosem dzieciaczka mówi “wczoraj ja byłem dwa razy, to dzisiaj Twoja kolej. Umiem liczyć do dwóch. Tyle to jest dwa” – i na paluszkach pokazuje ile to jest dwa.

Bo tak się dzieli świat. Na dwa. I ludzie też się dzielą na dwa.

 

Wszystko dzieli się przez dwa. Ludzie też.

Świat się dzieli na dwa. Na dobre i złe, na białe i czarne, na zimę i lato, na wiosnę i jesień. Wszystko dzieli się na dwa. Ludzie też.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy próbujemy rozmawiać. Ileż to razy przyglądałam się rozmowom niby na ten sam temat, a jednak nie. Każdy mówi swoje, jeden niby słucha, niby odpowiada ale tylko niby w temacie. Słowa dla słów, nie dla treści.

Kobiety lubią jak jest parzyście. Jak są zaręczyny i jest ślub. Jak jest dziecko to jest i matka, jak ojciec – to i kara. Kobiety lubią jak jest parzyście – jak jest jedna ona i jeden on. Jak ich będzie dwóch też będzie dobrze – w końcu ich dwóch to też parzyście, nawet, gdy ona jedna.

Kobiety lubią jak jest parzyście, ale nie lubią stereotypów. Nie lubią, że jak blondynka to głupia. Taka głupia para – kolor włosów blond, i myślenia błąd.

Kobiety lubią jak jest parzyście. Jak jest kobieta i jest mężczyzna, ale nie koniecznie razem.  

Bo jak kobieta – to piękna, mądra, zgrabna i zaradna. A jak facet – to toksyczny.

I tak dzieli się wszystko przez dwa. Ludzie też. Na piękne, mądre i zaradne panie i toksycznych panów. Świat nie zna toksycznych pań. Nie zna przystojnych, mądrych i zaradnych panów. Podział może być tylko jeden – na dwa.

 

Matematyka w świecie kobiet jest bardzo toksyczna. Dzieli na dobre wyniki i złe przyczyny. Ostatnie zdanie zawsze należy do kobiety, a wszystko co po drodze złe to jego wina.

 

I w tym wszystkim jestem ja. Magister inżynier po kierunku, na którym tylko jeden semestr to była matematyka. Obserwuje te dzielenia, te na dwa, i widzę, że kobieta to taka wartość bezwzględna, która nawet jak ma minus to będzie dodatnia. Bo tego minusa to się jakby nie uwzględnia.
I w tym wszystkim jestem ja. Obserwuje te dzielenia, te na dwa i widzę, że kobiety też dzielą się na dwa. Na te toksyczne, o których się nie mówi, bo przecież minusa wartość bezwzględna nie uznaje, i te drugie, których się nie słyszy, bo sensacji nie ma.

 

I ja też podzieliłam sobie świat na dwa. Na kobiety toksyczne i mądre. Na księżniczki i zaradne. Na leniwe i szczęśliwe.

 

I tak się zastanawiam, czytając te wszystkie historie z kubkiem już dawno wystygniętej kawy…
Ile jeszcze Wisły musi upłynąć, aby zacząć dzielić świat na dwa? Nim zacznie się mówić, że w związku mężczyzna też może być ofiarą toksycznej kobiety?

Ile jeszcze czasu musi minąć, nim przestaniemy śmiać się z mężczyzn, że pantofel – a zaczniemy dostrzegać niepokój w jego oczach?
Ile jeszcze czasu musi minąć, nim przestaniemy podziwiać kobiety silne psychicznie – a zaczniemy dostrzegać ich bezwzględność wobec mężczyzny?

Świat powinien nosić okulary. Może zobaczyłby wtedy, że to, co raz zostało podzielone, można podzielić przez dwa jeszcze kilka razy… . Bo diabeł tkwi w szczególe.

Gdybym z Tobą nie była mogłabym tak wiele

Związek, związany, związać. Jesteśmy w związku, jesteśmy związani. Jesteśmy związani niewidzialną linią niczym osadzeni idący na do pracy na pole. Jeden za drugim, skazani jak gęsi, kajdankami związane stopy, prawa, lewa, prawa, lewa – zachowaj rytm. Ręce związane kajdankami, lewa ręka trzyma sznur. Jeden za drugim, skazani jak gęsi, w lewej ręce trzymają szur tworząc uroczystą girlandę.
Tylko opleść ją zielonym świerkiem, zaczepić bombki, wydziergane na szydełku gwiazdki i lampki. Koniecznie lampki.

gdybym z nim nie była mogłabym więcej, girlanda świerkowa,Gdybym z Tobą nie była mogłabym tak wiele

Zastanawiałyście się kiedyś jak wyglądałoby Wasze życie gdybyście były same? Gdybyście budziły się rano i same zaczynały dzień? Włączały brzęczyk telewizor, albo na pobudzenie muzykę. Zakładały ciepłe kapcie i na ekspresie do kawy wciskały “espresso” wcześniej zaprogramowane tak, aby napełniał się nim 300 ml kubek. Taki żart kawosza, puszczenie figlarnego oczka światu. U siebie jestem. Mogę.

Rzuciłybyście piżamę na krzesło w salonie. Na blacie kuchennym zostawiły produkty po śniadaniu – okruchy po przekrojeniu bułki pszennej, pasztet podlaski z mięso odkostnionego mechanicznie i niezamknięty keczup z dodatkiem skrobi ziemniaczanej, którym wcześniej na kanapce zrobiłyście buźkę, kwiatka i serduszko. Tak jak robiła nam to mama w dzieciństwie.

Po pracy wróciłybyście szczęśliwe do swojego mieszkania. I co dalej?
Spotkanie z koleżanką? Fitness? Siłownia? Zajęcia z języka obcego? Zajęcia taneczne lub z gry na perkusji. Ach, zawsze chciałam nauczyć się grać na perkusji. Ale nie dla dźwięku, nie dla brzmienia. Dla tych pałeczek, uderzania o bęben w rytm. Mój rytm. Rytm mojego życia. Ten rytm, który wybija się będąc tak bardzo szczęśliwym.

 

Gdybym nie była z nim czytałabym książki. Miałabym ich cały dom! Siedziałabym na sofie, a nie na narożniku który wybrałeś, i schowana pod kocyk z grzańcem w prawej ręce – czytałabym książki. Nad oknem miałabym zawieszone lampeczki, nad telewizorem girlandę ze świerku – obowiązkowo z bombkami.

Gdybym nie była z nim – inaczej bym się ubierała i miałabym konto na Netflixie. I gdybym z nim nie była – mój sekretarzyk nie byłby cały biały – a miał różowe paski. Dość już mam tej bieli. Chcę koloru!

Gdybym z nim nie była – jadłabym też inne rzeczy na obiad. Gdybym z nim nie była – sama musiałabym gotować. A może chodziłabym do restauracji?
Sama?

 

Co byś robiła gdybyś była sama?

 

Ja nie jestem sama.

Mam męża, który siedzi w pokoju obok. Właściwie, to siedzi tu gdzie ja tylko za ścianą. Ja się patrzę w komputer i on też. Do dziś nie śmiałam się z tego, że siedzimy gęsiego.
Siedzę w domu – choć mogłam być teraz na siłowni. Siedzę w domu i oglądam serial – choć mogłam czytać książkę; pod kocykiem i z grzańcem w prawej ręce.

Siedzę w domu i dość już mam tej bieli. Mój sekretarzyk ma teraz dwa różowe paski. Sama je namalowałam, gdy on siedział na komputerze. Chyba szukał wtedy opom zimowych.
Siedzę w domu na narożniku, bo on tak chciał. I miał rację – teraz mam gdzie trzymać koce, pod którymi mogę czytać książkę z grzańcem w ręce, a jak najdzie mnie ochota to w ciepełku, pod kocem na wyciągnięcie ręki oglądać serial, który właśnie wynalazł.
A nade mną wiszą lampeczki, które zamontowałam jak pojechał na zakupy, a o których istnieniu nie wiedział. To była niespodzianka. I nad telewizorem zawiesiłam świerkową girlandę obowiązkowo z bombkami. Bombki od mamy wzięłam.

metamorfoza-mebli

Gdybym z nim nie była, tak po cichu cieszyłabym się z mojego dzieła. Ale jestem z nim – i łzy napływają mi do oczu widząc jego uśmiech z zaskoczenia.

Gdybym z nim nie była szczęśliwa, miałabym do niego żal. Mogłabym tak wiele a siedzę w domu. Byłabym w związku, związana.

Ale dobrze mi z nim. Dzięki niemu wiem, że mogę tak wiele. Mogę być sobą i mogę sama. Mogę po swojemu i mogę dla nas.
Gdybym z nim nie była mogłabym wiele. Ale jestem z nim – razem możemy jeszcze więcej!

Jak oszczędzamy pieniądze – wydatki i zachcianki

Niektórzy mówią, że jest moda na minimalizm i posiadanie mniej. Dla mnie to nie jest moda. Dla mnie to jest zmęczenie tym co było – zmęczenie zbieractwem, zmęczenie przepełnionymi szafkami wszelkimi przydasiami. To zmęczenie bibelotami na półkach i ściąganiem ich podczas wycieraniu kurzu.
To rzeczozmęczenie sprawiło, że staliśmy się bardziej rozsądni. Nie musimy już kolekcjonować przedmiotów. Nie musimy martwić się o przyszłość, o przydatność przedmiotów w przyszłości. My nie musimy myśleć o przyszłości – wszystko mamy w zasięgu ręki.

I ta filozofia sprawia, że kupujemy mniej. Nie ze skąpstwa – a z braku potrzeby. Nim kupimy jakiś przedmiot, jakąś elektronikę, bibelot, kolejną solniczko-pieprzniczkę – zadajemy sobie kilka pytań… .

jak oszczedzamy pieniadze na zachciankach2

Jak oszczędzamy pieniądze – wydatki i zachcianki

 

Uczciwie przed sobą

Czy ja naprawdę tego potrzebuję? Czy to tylko kaprys? Czy zakup tego naprawdę sprawi mi przyjemność, a może to będzie coś w stylu “wydam bo wydam”?
Za każdym razem gdy mamy kupić coś dla siebie, coś do domu – uczciwie zastanawiamy się czy ja naprawdę tego potrzebuję. Czy faktycznie to spełnia jakąś większą funkcję niż “jest ładne”, “jest fajne”, “jest śmieszne”, “jest w kaktusy”? Uczciwie przed sobą staramy się ocenić przydatność danej rzeczy. Jeśli dana rzecz – jak gipsowe kaktusy – faktycznie jest ładna, widzę w wyobraźni, że one będą pasować do naszego mieszkania – to biorę je! Ale jeśli mam wątpliwość, jeśli nie jestem przekonana, nie jestem na 100 procent pewna, że tak, będą pasować – nie biorę. Nie chcę zagracać mieszkania, nie chcę kupować rzeczy, które później przeleżą w kartonie większość czasu. To by była strata pieniędzy.

 

Rozsądnie

Do zakupów staramy się podchodzić rozsądnie. Nie chcemy uprawiać zbieractwa. W domu mamy po 2 komplety ręczników plus dodatkowy komplet dla gości. Pościeli mamy 3 komplety, choć ten trzeci naprawdę jest zbędny. Staramy się nie ulegać emocjom, nie ulegać chwili, a przede wszystkim nie ulegać promocjom bo “zobacz jakie słodkie”. Dwa komplety ręczników w zupełności nam wystarczą. Jeden dajemy do prania – drugi używamy. Z pościelą tak samo.
Są rzeczy, których w naszym odczuciu nie musimy mieć nie wiadomo jak dużo. To są rzeczy, których zadaniem jest po prostu pełnić swoją funkcję i nic więcej. Jednak, mimo wszystko, staramy się by te przedmioty były estetyczne.

 

 Porządek

Zanim kupimy coś do domu staramy się przemyśleć gdzie będziemy daną rzecz trzymać? Czy mamy na nią miejsce? Czy nie zagraci nam przestrzeni? Jeśli dochodzimy do wniosku, że dana rzecz będzie bardzo rzadko używana, że będzie nam zawadzać – nie bierzemy jej.
Nie chcemy z mieszkania zrobić rupieciarni. Nie chcemy wyciągać z szafek wszystkich klamotów w poszukiwaniu tego jednego przedmiotu. W domu chcemy mieć porządek.
Dom ma być dla nas tym miejscem, w którym będziemy odpoczywać. Które będzie nas uspokajać, a nie powodować zdenerwowanie bałaganem i potykaniem się o niepotrzebne rzeczy.

 

Promocje

Jeśli wiemy, że czegoś będziemy potrzebować, jeśli teraz ta rzecz nie jest nam niezbędna – czekamy z zakupem na promocje. Tak kupujemy większość cyklicznie używanych rzeczy do domu, jak kostki do zmywarki, proszek do prania, itp. Dzięki prowadzeniu budżetu domowego wiemy z jaką częstotliwością otwieramy nowe opakowanie kawy, kostek do zmywarki, papieru toaletowego, mleka, itd. – i te przedmioty kupujemy najczęściej w większej ilości gdy są w promocji.
Jeśli wiemy, że chcemy sobie sprawić jakąś większą przyjemność, kupić coś droższego – czekamy z tym na przeceny, promocje.
Dzięki temu, że kontrolujemy swój budżet, robimy plany większych wydatków to praktycznie nie ulegamy spontanicznym zakupom. Kupujemy to, co naprawdę chcemy, co zostało przez nas przemyślane.

Opłaty

Nie lubimy wyrzucania pieniędzy w błoto, dlatego staramy się zwracać uwagę na to co robimy. O tym jak oszczędzamy na rachunkach za wodę pisałam tutaj. Te czynności nie wymagają od nas żadnego wysiłku – a jednak pieniądze zostają w naszej kieszeni.
Podobnie z rachunkami za prąd, o czym pisałam w poście jak zmniejszyć rachunki za prąd.

 

 

Wiecie, że odkąd zaczęliśmy kontrolować nasze wydatki i analizować nasz tryb życia przestaliśmy się kompletnie martwić o pieniądze? Wiemy już ile kosztuje nasze życie. Wiemy, ile na co wydajemy, wiemy na co możemy sobie pozwolić w najbliższym czasie, dlatego ta sfera życia, która przed wspólnym zamieszkaniem bardzo nas przerażała – dziś stała się… – niezauważalna.
Baliśmy się tego co nieznane, a teraz, gdy znamy już nasze zwyczaje – jesteśmy spokojni.
To zdecydowanie jeden z większych ciężarów jaki spadł nam z serca po wspólnym zamieszkaniu.

 

Ps.

Od grudnia do pobrania będą zapiski z budżetu domowego w totalnie nowej odsłonie!
Wczoraj na instastory mówiłam Wam dlaczego nie wydamy plannera w tym roku i jakie mamy względem niego plany. Dajcie znać w grudniu jak przypadła Wam do gustu nowa szata graficzna, bo w takim stylu będziemy chcieli stworzyć planner książkowy do druku na przyszły rok. Kiedy on się ukaże? Nie wiemy jeszcze. Albo w połowie roku albo pod jego koniec.

Przerwa w związku jest jak równanie matematyczne z deltą

Odkąd pamiętam bardzo lubiłam matematykę i szalenie jej nie lubiłam. Nie lubiłam jej bo nie była kreatywna. Tu nie mogłam zatrzymać czasu, nie mogłam pozwolić sobie na ekstrawagancję i łamanie wszelkich zasad. Nie było mowy o przecinku w złym miejscu, choć w matematyce, co niektórzy woleli nazywać go koma. Pięć koma siedem, trzy koma dziewięć. Tak dorośle to brzmiało. Koma.
Nie lubiłam matematyki za zasady. Za prawa równa się lewej. Za wszystkie pogubione iksy i te igreki równe zero. Ach, i zapomniałabym – miejsce zerowe to nie punkt – to argument. To taki argument, dla którego wartość funkcji jest równa zero – jak amen w pacierzu!

A później przyszła delta.

Przerwa w związku jest jak równanie matematyczne z deltą

A później przyszła delta. Przyszły trudniejsze zadania i bardziej czasochłonne. Zadania, które wymagały wysiłku, zastanowienia się, pomyślenia. I kiedy ja się poddawałam, kiedy miałam już dość i miałam ochotę rzucić tym zeszytem o ścianę – przychodził mój tata. 194 cm człowieka siadało na moim łóżku i spokojnie mówiło:
– Asia, pokaż brudnopis. Pokaż jak rozwiązywałaś.
I ja wtedy dawałam mu te pomiętolone strzępki kartek wygrzebane z kosza i spod biurka. Wraki moich nieudolnych starań.

Siedzieliśmy tak razem na łóżku, bo na łóżku z podkulonymi nogami najlepiej rozwiązywało się trudności, i jak w związku w czasie kłótni przewracałam oczami, gdy ten tłumaczył mi krok po kroku zadanie. Niby to wszystko wiedziałam, ale stres – bo to praca domowa na jutro była, ale zmęczenie i czas robiły swoje. Każda moja próba rozwiązania tego samego zadania kończyła się tym samym niezauważanym przeze mnie błędem.

Później polubiłam matematykę. Polubiłam ją za czujność i dokładność. Za porządek. Za logikę i brak miejsca na emocje. Polubiłam ją za zasady i te ciche podpowiedzi jakie mi dawała. Wystarczyło tylko dobrze to rozegrać… . Zadać kilka pytań, coś sprawdzić na boku. I w sumie wiadome już było czy miejsc zerowych będzie jedno, czy dwa.

Mój zeszyt od matematyki nie był już tak chaotyczny. Wszystkie turkusowe liczby stały gęsiego, jedna pod drugą. Każdy minus, każdy plus brały liczby na dystans. Już żadna jedynka nie zamieniała się w czwórkę, a i tak się zdarzało – gdy ten nieszczęsny minus trochę jakby za blisko był.

Przerwa w związku jest jak równanie matematyczne z deltą. Kiedy zadanie nam nie wychodzi, kiedy ciągle i ciągle otrzymujemy zły wynik – czasem dobrze jest pieprznąć tym wszystkim o ścianę i krzyknąć “w dupie to mam, najwyżej dostanę jedynkę”, i pójść zająć się sobą.
A później wrócić do zadania i zacząć na nowo. Z czystą kartką, z nabitym turkusowym tuszem piórem. I zmywaczem do pióra – obowiązkowo! Bo na pewne rzeczy lepiej jest czasem przymknąć oko.
I na nowo przeanalizować co poszło nie tak. Bez mocji sięgnąć do zasad. Sprawdzić, czy coś nie było za blisko, niedokładnie, coś nam się nie wydawało.

A jak już się załapie o co chodzi, jak człowiek zapamięta, że raz jest minus przed pierwiastkiem z delty a raz plus, i że iks jeden może być równy minus trzy, a iks dwa i sto (!), i jak zapamięta, że te iksy wcale nie muszą być identyczne, i że wcale nie są żadnymi swoimi połówkami, i mają prawo do bycia sobą o ile trzymają się zasad – wtedy już jesteśmy w domu.
A nie ma lepszego miejsca jak dom.

Czy masz w sobie dość odwagi na słowa?

Usłyszałyście kiedyś takie słowa, które Was odmieniły? Jedno słowo, jedno zdanie rzucone na wiatr w rozmowie, mimochodem, bez znaczenia, może dla żartu, a może dla dodania odwagi, a które odmieniło całe Wasze życie? Ja kiedyś usłyszałam takie słowa. Powiedział je wtedy mój kolega, znajomy, dziś, mój najlepszy przyjaciel. Osoba, która miała jeden z największych wpływów na to kim dziś jestem. Miała wpływ na moje wartości, zasady, światopogląd.

Ale przecież nie o tym miało być… .

dosc odwagi na slowa

Czy masz w sobie dość odwagi na słowa?

Warszawa, Stare Miasto, Kolumna Zygmunta. To tam się zawsze umawialiśmy na spotkania. Miałam wtedy chyba 14 lat, on 19. Było lato. Zadał mi pytanie, nie pamiętam jakie. Ale pamiętam, że nie chciałam na nie odpowiedzieć. Wstydziłam się. Rodzice zawsze powtarzali mi, że dziewczynka musi być skromna, a on? On, chcąc zachęcić mnie do rozmowy, do odpowiedzi, powiedział: hej, jeśli to jest coś dobrego to trzeba mówić! Trzeba się chwalić!
On nie wiedział wtedy, że ten z pozoru głupi tekst, który miał tylko dodać mi tylko odwagi – zmieni całe moje życie… .

Dziś nie mam problemu z komplementami. Nie sprawia mi trudności powiedzenie komuś, że jest dobry, robi coś wspaniale, że doceniam, podziwiam i zrobił na mnie wrażenie. Nie mam oporów, przed chwaleniem kogoś, mówieniem o jego zaletach, mówieniem mu komplementu.

Ludzie umniejszają swoje zalety i swoje zasługi. Mówią “e, to nic”, mówią “coś ty, przestań, to miłe, ale”. Ludzie nie przywykli do komplementów. Nie przywykli do chwalenia. Nie wiedzą jak zareagować na słowa podziwu. I czasami stawiają cię w takiej dziwnej sytuacji… – czy ty aby na pewno jesteś normalny? Pochwaliłeś mnie? Powiedziałeś mi coś miłego? Wszystko ok?
Tak! Wszystko jest bardzo ok!

 

Wybuchnij!

Jeśli to jest coś dobrego to trzeba mówić! Zauważyliście, kiedy najczęściej mówi się miłe słowa o ludziach? Wierzę, że tak. Wierzę, że właśnie przyszła Wam na myśl sytuacja, zdarzenie, kiedy najczęściej mówicie o kimś coś miłego. Czy zauważyłyście, że najczęściej jest to ten moment, kiedy rozmawiacie o kimś, kto zmarł…?

Kiedy dowiedzieliśmy się, że zmarła Anna Przybylska – wszyscy nagle zaczęli mówić jaka była z niej cudowna osoba. Kiedy zmarł Zbigniew Wodecki (jeden z moich ukochanych piosenkarzy! Ach, “zacznij od Bacha” – kocham!) wszyscy nagle zaczęli doceniać go i mówić o jego wybitności.

 

Dlaczego nie mówić o tym od razu? Dlaczego nie chwalimy ludzi, póki jeszcze mogą to usłyszeć?

 

Dziewczyny, wybuchnijcie! Tak na jedną chwilę zamieńcie się w paczkę czipsów, która pod wpływem ściskania coraz mocniej i mocniej wybucha i wszystkie czipsy rozsypują się!
Macie odwagę by mówić o tym co dobre? By mówić ludziom miłe rzeczy? Do bycia miłą? Macie odwagę powiedzieć koleżance w pracy, że ładnie dziś wygląda i że ma śliczną sukienkę? Powiedzieć komuś, że jest wspaniałym rodzicem, siostrą lub wujkiem? Powiedzieć mężowi, że lepszego byście nie mogły mieć? Może spróbujcie powiedzieć koleżance, że jesteście z niej dumne?

Mówcie. Mówcie, póki możecie. Póki ta osoba może to usłyszeć. Póki może zrobić jej się miło. Póki jest. Nie mówmy miło o ludziach. Mówmy miło ludzim.

Często narzekamy, że w pracy nas szefostwo nie docenia. Że się staramy, i choćbyśmy stanęli na rzęsach to i tak nikt nie zauważy naszego wysiłku. Ale czy my sami potrafimy doceniać? Potrafimy okazać wdzięczność? Potrafimy powiedzieć, że zauważamy? Widzimy to. Widzimy kim jesteś i co robisz.

Zastanawiałyście się kiedykolwiek jak bardzo na plus może zmienić się Wasze życie, kiedy zdobędziecie się na odwagę aby mówić głośno? Kiedy zdobędziecie się na ten wysiłek powiedzenia koleżance “dobra robota!”, “ale ładnie wyglądasz”, “uwielbiam twój optymizm”?

Macie w sobie dość odwagi?