W zero waste nie chodzi o planetę i ratowanie całego świata

Któregoś razu mój tata opowiedział mi o pewnej audycji w radio, którą usłyszał tego dnia. To było wtedy, kiedy w Warszawie poziom Wisły był tak wysoki, że groziło zalaniem całej prawej strony Warszawy. Pamiętam poruszenie, jakie panowało wtedy u nas w domu – chowanie dokumentów w reklamówkę, kompletowanie toreb podróżnych na wypadek, gdyby Wisła wylała. Pamiętam jak cieszyłam się wtedy, że mój chłopak mieszka w Zabrzu a nie w Warszawie. Gdyby zalało Warszawę – mogłabym uciec na Śląsk :).

W tej audycji dziennikarka zwróciła uwagę, że aby obniżyć poziom wody, każdy Warszawiak musiałby wypić jeden kubek wody Wiślanej dziennie. Ale Polacy są tacy, że jakby powiedzieć im „musisz to zrobić dla dobra wszystkich, także swojego” pierwszego dnia wszyscy Warszawiacy ruszyli by z kubkami nad Wisłę, drugiego już 90 procent osób, a trzeciego – 70 procent, aż w końcu… – nikt by tego nie robił. Lecz gdyby powiedzieć im, że byłoby dobrze, powinno się, to na pewno nie zostałoby niezauważone, i że ten jeden kubek ma ogromny sens – Polacy byliby dużo bardziej zmobilizowani do tego, aby ten jeden kubek wody z Wisły wypijać. Bo czuliby, że są częścią czegoś większego. Czuli by, że z własnej woli, a nie z przymusu – robią coś dobrego… .
Mając wybór – zjednoczylibyśmy się.

W zero waste nie chodzi o planetę i ratowanie całego świata

Nikt nie lubi być do czegoś zmuszany. Gdyby ktoś mi powiedział, że powinnam dla środowiska robić to i to – pewnie zachowałabym się jak dziecko, które na złość mamie odmrozi sobie uszy. Nie lubię władczego tonu i nie lubię sztywnych nakazów. Nie lubię ich tym bardziej, jeśli godzą w moje poglądy, moją estetykę, moje poczucie bezpieczeństwa. Bo wypicie szklanki wody z Wisły… – na pewno do najzdrowszych nie należy.

Ale gdyby ktoś mi powiedział: “nie musisz tego robić, broń Boże nie, ale jakbyś jednak chciała – zapraszamy do naszej drużyny” – chętniej rozważyłabym tą propozycję. Fajnie jest zrobić razem coś dobrego. Być częścią czegoś większego… .

 

Podobnie negatywne odczucia mam wtedy, gdy ktoś mówi, że powinniśmy żyć w zgodzie z zero waste, ponieważ musimy ratować planetę. Kiedy mówi, że nie mamy już czasu na LESS waste – musi być ZERO.

I podobnie negatywne odczucia mam, kiedy ktoś mówi, że musimy to robić dla dobra planety, która jest tak okrutnie zaśmiecona. Planety – wszystkich kontynentów, oceanów… .
Ja wiem, że nasze polskie śmieci trafiają na inne kontynenty, ja wiem, że wody przenoszą śmieci. Ale litości – ja nawet nigdy nie byłam w Ameryce! Ja nawet nigdy nie byłam na innym kontynencie, a ktoś mówi mi o ratowaniu wszystkich siedmiu kontynentów? Mówi to mi – dziewczynie, która najlepiej czuje się na wsi godzinę drogi od Warszawy?
Jak ja mama ratować cały świat, jak moje decyzje mają wpływać na cały świat, kiedy moje codzienne życie (!) ma promień 60 km (i to też naciągając)…?

Nie, zero waste nie polega na ratowaniu planety!

Moje zero waste nie polega na ratowaniu planety.

Moje zero waste polega na „odśmieceniu” mojego życia. To ja nie chcę mieć zbyt wielu śmieci u siebie w mieszkaniu. To ja nie chcę biegać codziennie do osiedlowego śmietnika. To ja nie chcę generować śmieci, otaczać się śmieciami, otaczać się jednorazówkami.

To mi serce pęka na myśl, że przeze mnie, mój wybór, mój śmieć – jakieś zwierze zrobiło sobie krzywdę.
To ja się czuję źle z tym, że wyrzucam pieniądze, które ciężko zarabiam będąc na etacie. Bo to ja kupuję produkty, których później część (lub całość) ląduje w koszu.

Wiecie jak zaczęło boleć mnie to, że kupuję jednorazowe płatki kosmetyczne? Po przetarciu twarzy jednym płatkiem – ten ląduje od razu w koszu. I tak codziennie kilka razy dziennie… .
Czy to nie absurd wydawać pieniądze na coś, co używa się krócej niż minutę? 
Czy to nie absurd generować taki śmieć…?

Nie chcę w swoim domu mieć śmieci, bo kocham przyrodę. Kocham wieś, kocham przyjeżdżać na wieś, aby odpocząć od miejskiego szybkiego trybu, od miejskiego niechlujstwa i butności.
Kocham wieś, kocham ten zapach, który wydobywa się za każdym razem, kiedy otwieram drzwiczki drewnianego kredensu.
Kocham dźwięk świerszczy o dwudziestej pierwszej, i kocham porę obiadową ptaków o dziewiętnastej.
I jak można nie kochać zapachu lasu?

Jak można nie czuć tej radości z przemoczonych od porannej rosy butów, kiedy idziesz zerwać sałatę i pomidorki koktailowe na śniadanie?

Moje zero waste nie jest po to, aby dbać o planetę. Nie jest po to, aby pingwiny, foki, wieloryby i żółwie morskie miały się dobrze. Boli mnie ich krzywda – ale nie dla nich to robię.

Moje zero waste jest po to, abym egoistycznie to ja mogła cieszyć się przyrodą. Abym egoistycznie to ja mogła czerpać radość z przyrody i z natury. Abym to ja miała czyste sumienie, że nie stwarzam zagrożenia dla zwierząt i przyrody.Nie przyczyniam się do cierpienia tych, którzy dają mi radość.
Moje zero waste jest po to, abym mogła przechadzać się po Parku Skaryszewskim bez widoku wysypujących się z koszy śmieci.
Moje zero waste jest po to, bym mogła odpoczywać otaczając się przyrodą i całym dobrem jakie oferuje. Abym wychodząc na spacer mogła spotkać sarnę… .

 

Nie oszukujemy – jedna osoba świata nie zmieni.
Ale swój najbliższy świat, swoje otoczenie – TAK! Tak, tak, tak!

 

Nie skupiajmy się na tym, aby być radykalnym zero wasteowiczem. Nie chodźmy sfrustrowani, bo czegoś nie kupiliśmy bo było plastiku. Bądźmy szczęśliwi, że udało nam się plastik ograniczyć. Cieszmy się, że MY daliśmy radę. Udało się! Celebrujmy małe osiągnięcia i stawiajmy nowe cele.

Szalenie cieszę się, kiedy widzę efekty mojej pracy w naszym domu. Kiedy widzę jak mało śmieci wyrzucamy. Może kiedy zorganizujemy się lepiej – będziemy śmieci generować jeszcze mniej, kto wie? Ale na chwilę obecną – i tak zrobiliśmy mega postęp. I to właśnie czuję – ogromny postęp i dumę. Satysfakcję.

 

Nie robimy tego, nie ograniczamy śmieci aby ratować świat. Robimy to aby być szczęśliwym. Aby nie mieć wyrzutów sumienia. Aby móc cieszyć się świeżym powietrzem i czystym trawnikiem.

Nie chcę aby zero waste kazało ludziom wypijać szklankę wody dziennie pod niewypowiedzianą groźbą szykanowania.
Chcę, aby zero waste jednoczyło ludzi i dawało szczęście w wypijaniu wspólnie jednej szklanki Wisły dziennie.

Zero waste nie jest po to by zmieniać cały świat.
Zero waste jest po to aby zmieniać swój świat. A to i tak szalenie dużo.

 

Bądźmy lepszą wersją siebie. Stawiajmy sobie cele. Rywalizujmy zdrowo sami ze sobą. Starajmy się. Czerpmy radość z małych osiągnięć. Po prostu. To i tak będzie dużo.

 

Śmieję się, kiedy słyszę, że powinniśmy ograniczyć wyrzucanie śmieci dla ratowania planety. Jeden człowiek – świata nie zmieni – sorry. Ale jeden człowiek – może zapisać się w kartach historii jako ten, co zmienił swój świat. Nawet – jeśli ograniczał się do 60 km.

Jeden człowiek świata nie zmieni – ale może zmienić sposób myślenia najbliższego otoczenia. A potem – to już zachodzi reakcja łańcuchowa.

Czy komuś z Was też przypomniał się właśnie film „Podaj dalej”? Pamiętacie jak Haley Joel Osment mówił: “„Znajdź trzy osoby, którym możesz pomóc w zrobieniu czegoś, czego sami nie mogliby zrobić. W zamian niech oni pomogą trzem następnym osobom, które pomogą kolejnym trzem… – powstanie wówczas piramida dobra…”?

Tak powinno działać zero waste.
Nie zmieniajmy świata – zmieniajmy swoje otoczenie.
Inspirujmy. Rozmawiajmy. Zmieniajmy świat – bez hejtu i krytyki.

Zmieniajmy świat miłością.
Takie – dbam bo kocham.

(Visited 12 times, 1 visits today)