Jak w banalny sposób ograniczyliśmy marnowanie warzyw i wędlin w naszym domu

Macie czasem tak, że klepiecie się w czoło i sami siebie pytacie: matko, dlaczego ja na to wcześniej nie wpadłam?! Ja tak miałam właśnie ograniczając marnowanie warzyw i wędlin w naszym domu. Pomysł banalny, widziany przeze mnie mnóstwo razy w domu mojej babci, jednak on nie dotyczył marnowania żywności, a dogadzania gościom.

Brzmi ciekawie, prawda?

Jak w banalny sposób ograniczyliśmy marnowanie warzyw i wędlin w naszym domu

Największą naszą bolączką było, mimo wszystko, marnowanie warzyw. Kupowanie papryk, pomidorów, ogórków, które miały posłużyć za składnik obiadu do pracy, a w rezultacie albo nie zostały wykorzystane, albo wykorzystane w połowie.
Mimo jedzenia śniadań, mimo obiadów w domu, mimo jedzenia kolacji – warzywa wciąż i wciąż zostawały w lodówce nietknięte.
Największa frustracja dopadała mnie wtedy, kiedy okazywało się, że nim się obejrzeliśmy a produkt był już popsuty.

 

Podobnie było z wędlinami, choć w trochę mniejszym stopniu.
Wędliny kupujemy najczęściej w mięsnym w całości, obwiązane sznurkiem wędliniarskim, niepokrojone w plasterki. Czasem, kiedy nie mieliśmy już ani siły, ani ochoty, kiedy byliśmy zbyt zmęczeni by dać z siebie minimum kulinarne – zostawiało się wędliny i sięgało po coś, czego nie trzeba było kroić, co dało się rozsmarować. Sięgaliśmy po coś na szybko, po lini najmniejszego oporu.

 

Aby jednak ograniczyć wyrzucanie warzyw i wędlin, a co za tym idzie – aby też nie wyrzucać pieniędzy i nie generować śmieci, bezsensownego odpadu, który przecież można uniknąć – wpadliśmy na genialny, fantastyczny pomysł!
Zaczęliśmy kroić!
Tak jest, kroić! Mając w lodówce już pokrojone na porcje ogórki, papryki, rzodkiewki czy wędliny – w chwilach ogromnego głodu czy jeszcze większego lenistwa – zaczęliśmy sięgać po to, co już było naszykowane.

I co ważne: nie kroimy wszystkiego codziennie, tylko co kilka dni, oszczędzając też nasz czas.

 

Czyż to nie jest banalnie prosty sposób na ograniczenie marnowania jedzenia?

W domu mojej babci tak szykowało się plasterki cytryny do herbaty. Kiedy bym do babci nie pojechała, na kuchennym blacie zawsze leżało kilka plasterków cytryny na małym, szklanym spodeczku. Kto chciał – podchodził i brał sobie cytrynę do herbaty, zamiast za każdym razem wyciągać cytrynę z lodówki, sięgać po deskę do krojenia, kroić cytrynę i myć deskę i nóż.
Takie proste!

A tak między nami mówiąc – dla mnie jest to też jakiś sposób na przemycanie warzyw na kanapkach 🙂

(Visited 3 times, 1 visits today)