Dobre związki nie potrzebują szczerych rozmów

Dobre związki nie potrzebują szczerych rozmów

Zastanawialiście się czasem czy dobrze wybrałyście faceta, z którym spędzicie resztę życia?
Czy tego chcemy czy nie, nieważne jak bardzo byśmy kochały, czasem potrafią człowieka dopaść wątpliwości. Wtedy zazwyczaj wchodzimy w media społecznościowe i pytamy obcych ludzi: co jest przyczyną rozpadu związków?
I za każdym razem przeczytamy: brak takiej szczerej rozmowy.

Kiedyś strasznie denerwowała mnie ta odpowiedź. Bo co to jest „taka prawdziwa szczera rozmowa”? O czym ona ma być? O problemach? O powiedzeniu co nam się nie podoba i przyjęcie tych informacji do wiadomości przez drugą osobę? A może powiedzenie jej o tym i oczekiwanie, że teraz ona zmieni swoje zachowanie bo my tak czujemy?

Dziś już wiem, że dobre związki nie potrzebują żadnych szczerych rozmów.

Jeden spacer dziennie dla lepszej relacji

Temat prawdziwej, szczerej rozmowy chodzi za mną już od trzech lat, kiedy na naukach przedmałżeńskich pani z poradni rodzinnej powiedziała nam, że każdego dnia powinniśmy usiąść z naszym mężem/żoną i zrobić podsumowanie dnia. Powiedzieć, co nam się dziś podobało, co nie.
Strasznie ten pomysł mi się nie spodobał! Nie tylko wydawało mi się to sztuczne, ale i takie „nie w czasie”.
Nie byłam w stanie wyobrazić sobie sytuacji, w której po ciężkim dniu proszę mojego męża, aby usiadł ze mną na kanapie i zrobił podsumowanie dnia. Brzmiało to dla mnie jak dodatkowe zadanie, kolejny obowiązek. A przecież po całym dniu ja nie chcę mieć już żadnych obowiązków!
To czego chcę po całym dniu, to czego potrzebuję – to odpoczynek. Relaks. Spokój. Wyciszenie się!

A najlepiej się odpoczywa – zmieniając na chwilę otoczenie. Odrywając się od codzienności, od przyzwyczajeń, od bodźców i od nawyków.

Choć każde z nas, i ja, i mój mąż, potrafimy zrelaksować się będąc w swoim mieszkaniu, choć każde z nas potrafi znaleźć sobie odprężające zajęcie, to czasem potrzebujemy z tego domu wyjść. Przewietrzyć umysł, poruszać się, popatrzeć na zieleń. Potrzebujemy zostawić telefony komórkowe w domu i wyjść z tego domu bez żadnego bycia czujnym na dźwięk smsa, telefonu, powiadomienia. Bez „czekaj sprawdzę co chce”.
Zauważyliśmy, że w dzisiejszych czasach coraz trudniej jest nam skupić się na sobie. Poświęcić sobie całą uwagę. Sto procent uwagi, bez jakiegokolwiek „czekaj”.

Od kilku miesięcy spacerujemy.
Tak z nudów wychodzimy z naszego mieszkania, w którym czujemy się fantastycznie i spacerujemy. Spacerujemy – aby poczuć się lepiej. Aby móc poświęcić sobie pełną uwagę. Aby móc porozmawiać.

Kiedy jesteśmy z Dawidem na wsi, to mnie bardzo bawi, ale mamy takie swoje punkty rozmów.
Kiedy Dawid widzi, że ja siadam na huśtawce – przysiada się do mnie i zaczynamy rozmowę. Siedzimy tak sobie razem, odpychamy się delikatnie nogami i rozmawiamy skupiając wzrok na przestrzeni, na niczym, na tych śladach naszych stóp.
Kiedy widzę jak Dawid idzie do ogniska zapalić – siadam wtedy obok niego i patrząc się na ten popiół, który został tu po poprzednim ognisku – rozmawiamy.
Nasze rozmowy raz są snuciem planów, totalnie nierealnych! A czasem rozmawiamy o poważnych sprawach. Mówimy o tym, z czym sobie obecnie nie radzimy, co nas trapi. Czasem po prostu mówimy sobie jak bardzo jest nam dobrze razem.

Będąc w Warszawie, siedząc w domu, trudno o takie rozmowy. Trudno jest przysiąść się do kogoś we własnym mieszkaniu, zwłaszcza, gdy tak jak nasze życie toczy się na jednej przestrzeni, i tak po prostu z nim porozmawiać. Zagaić. Poświęcić uwagę. To jest trudne bo co, czego my oczekujemy? Że ktoś kto teraz gra na komputerze nagle przestanie to robić? Bo ktoś, kto obecnie pracuje – przestanie pracować? A może przestanie oglądać film, w który się wciągnął?
Ciężko jest będąc we własnym domu tak po prostu znaleźć chwilę, aby móc ją w pełni poświęcić drugiej osobie. W pełni – bez wymownego wypuszczania powietrza nosem, ściskania warg, przewracania oczami i rzucenia pod nosem bardziej lub mniej głośno „no dobrze”.

Ale kiedy już pójdziemy na spacer, kiedy zostawimy nasze telefony w domu, kiedy oderwiemy się od rzeczy zawsze ważniejszych – wtedy rozmawiamy.
Opowiadamy sobie o tym, co teraz siedzi nam w głowach, na czym się skupiamy i jak to widzimy. Przeprowadzamy wtedy burze mózgów i szukamy wtedy najlepszej dla nas opcji. Inspirujemy się. Nakręcamy! Dodajemy sobie skrzydeł.
Jesteśmy my i przestrzeń. Możemy gestykulować. Możemy popatrzeć w niebo i w zieleń, i na ten krzywy chodnik, który teraz jest cały w mirabelkach. Nic nas nie ogranicza. Kompletnie nic. Żaden fotel, żadna kanapa, żadne ściany.

I choć mogłabym zakończyć już ten post, gdzieś tak z tyłu głowy czuję na sobie podmuch kpiny.
Zmęczona po robocie a ma siłę na spacer.
Ale nikt nie mówi o spacerze na trzy godziny. Czasem, po prostu wystarczy przejść się razem do piekarni, do sklepu osiedlowego, dać sobie 15 minut…
I wierzcie mi – nic nie daje takiego ukojenia, jak obcowanie z przyrodą. Także tą miejską.

Jak Ty tak możesz? Ja bym nie mogła!

Jak Ty tak możesz? Ja bym nie mogła!

Zdarzyło Wam się kiedyś usłyszeć od kogoś słowa „ja bym tak nie mogła!” albo „nie wyobrażam sobie takiego życia”?

Mi zdarzyło się usłyszeć te słowa.
I choć walczę ze sobą, aby nie przytoczyć Wam historii tego zdarzenia, aby trzymać się sedna i skupić się na przekazaniu głównej myśli – nie jest mi lekko. To jednak są emocje.

Ale każda negatywna emocja, negatywne doświadczenie – czegoś nas uczą. I mnie też nauczyły.

Kiedy Twoje zdanie jest (nie) ważne

Świat jest tak skonstruowany, że bez względu na to, czy tego chcemy czy nie – musimy przebywać wśród ludzi. Czasem przebywamy z nimi w jednym pomieszczeniu, w jednym biurze, budynku, firmie, sklepie… a czasem przebywamy z nimi online. Bez względu, w którym miejscu i świecie byśmy się znajdowali – zawsze obok nas będą jacyś ludzie. Zawsze będziemy świadkami jakiejś rozmowy. I bardzo możliwe – że sami będziemy w tej rozmowie uczestniczyć.

Moje „ja bym tak nie mogła” usłyszałam w chwili, w której moja rozmówczyni cieszyła się, że mieszka w domu, a nie w bloku. „Jak ty możesz żyć w bloku?” pytała mnie.
I na nic były moje tłumaczenia, że taki był nasz wybór, taka była nasza decyzja.
Moja rozmówczyni z całych sił chciała pokazać, jak bardzo jest jej mnie żal, nie zwracając uwagi na moje argumenty skąd ten wybór, dlaczego podjęliśmy taką decyzję.

Zirytowało mnie to.
Choć wiedziałam dlaczego ta osoba próbowała pochwalić się czymś, co było osiągnięciem tylko w jej oczach, to zaczęłam zastanawiać się – kiedy my, jako obcy ludzie, mamy prawo powiedzieć drugiej osobie: jest mi cię żal, ja bym tak nie mogła…

Mieszkanie w bloku to była nasza decyzja. Mając kilka opcji do wyboru – zdecydowaliśmy się właśnie na tą, dla nas najlepszą.
Dlaczego więc miałoby być komuś mnie żal? Żal, że wybrałam coś, co w tej chwili daje mi szczęście?

I wtedy uświadomiłam sobie jedną rzecz – różnica między troską i własnym zdaniem a złośliwością i poniżeniem występuje w zaimku osobowym.

Jeśli ktoś będzie chciał dla nas dobrze, to powie: Ty nie możesz tak żyć! Musisz o siebie zawalczyć!
Ktoś, kto będzie chciał sprawić nam przykrość i pokazać, że jesteśmy gorsi, powie: Ja bym tak nie mogła. Biedna jesteś.

Czy to znaczy, że nie możemy mówić ludziom co myślimy? Nie możemy powiedzieć, że my po prostu wolimy inaczej?

Ależ skąd! Mówmy!
Mówmy, tylko pamiętajmy o granicach. Pamiętajmy, gdzie kończy się nasze życie, a zaczyna się życie drugiej osoby. Pamiętajmy, że każdy z nas ma prawo do własnych powodów i własnych wyborów.

Mówmy ludziom co myślimy, aby ich lepiej poznać, a nie (siebie) ośmieszyć. Bo czy nie wychodzi się na głupca w chwili, w której ktoś tłumaczy ci pewne zjawisko, a ty jak mantrę powtarzasz swoje, będąc głuchym na argumenty?

Każdy z nas codziennie zmaga się z wyborami.
Jedne wybory będą lepsze, inne okażą się totalną porażką. Ale te wybory zawsze zweryfikuje przyszłość. Na chwilę obecną, podejmując taką decyzję, czując się szczęśliwym… – nie odbierajmy ludziom tego uczucia. Możemy się z nimi nie zgadzać, możemy tych powodów nie rozumieć, możemy ich nawet nie znać – ale nie odbierajmy tym ludziom szczęścia, które teraz czują.

I kiedy tak sobie myślę o tym, przypomniała mi się historia z czasów liceum, kiedy to rozmawiałam z koleżanką, która przed chwilą rozstała się ze swoim chłopakiem. Koleżanka mówiła jak bardzo żałuje tego związku i dziwiła się, jak mogła z kimś takim być.
Wywiązała się wtedy między nami fajna rozmowa, czy czas spędzony z byłym jest czasem zmarnowanym i czy jest sens go żałować. I doszłyśmy do wniosku, że nie! Bo na tamte chwile, te wszystkie randki, smsy i telefony – było się najszczęśliwszym na świecie! Doświadczyłyśmy cudownego uczucie i dla tych wszystkich uczuć warto było z tą osobą być! A to, że później nasze życie tak się potoczyło… – tak już bywa.
Ale dopóki jesteśmy szczęśliwi, dopóki jest nam dobrze – nikt nie ma prawa nam tego szczęścia burzyć.
A do każdej (innej) decyzji – trzeba dojrzeć samemu.

A może się okaże, że obecny stan jest tym idealnym i nic już nie trzeba w życiu zmieniać?

My, ludzie, lubimy mówić co myślimy. Lubimy powiedzieć mądrość, kiedy uważamy, że zachowanie drugiej osoby jest złe, niewłaściwe. Jej poglądy i założenia są błędne.
Lubimy to robić zwłaszcza w internecie, gdzie każdy mówi jak powinno być, a nie jak sam robi. I lubimy to robić w chwili, w której wydaje nam się, że możemy czymś zaimponować.
Jednak prawda jest taka, że jeśli Twoja wypowiedź jest złośliwa – to nie ma najmniejszego znaczenia.
Jeśli Twoja wypowiedź ni jak się ma do rzeczywistości – to nie ma najmniejszego znaczenia.
Jeśli Twoja wypowiedź nie ma na celu pomóc – to wciąż nie ma najmniejszego znaczenia…

A jeśli celem Twojej wypowiedzi jest sprawienie drugiej osobie przykrości – to Twoja osoba też nie masz najmniejszego znaczenia.

Nie potrzebujemy kawy. Potrzebujemy ciszy.

Nie potrzebujemy kawy. Potrzebujemy ciszy.

Kawa? – To słowo zawsze padało z ust moich, lub mojego kolegi z pracy. Po kilku godzinach wysilania umysłu, po kilku godzinach bycia bombardowanym dźwiękami telefonów, rozmów, krzyków, stuków – dopadało nas znużenie. Kawa wydawała się być lekarstwem na nasz spadek formy.
Udawaliśmy się więc do kuchni, tylko we dwoje, i czekając aż ekspres napełni nasze kubeczki kawą, rozmawialiśmy na spokojne tematy.
Wtedy nie wiedziałam, że to czego najbardziej wtedy potrzebowaliśmy, to była cisza.

Ile wokół Ciebie jest dźwięków?

Zastanawiałyście się kiedyś nad ilością otaczających nas dźwięków?
Dźwięk ekspresu do kawy, mielenia kawy, gwizdka od buchającego parą czajnika. Dźwięk stawianego na blacie kubka i dźwięk zamykanej szafki kuchennej. Dźwięk uderzającego noża o talerz, otwieranej i zamykanej lodówki. Dźwięk zsuwających się sztućców z talerza i dźwięk uderzających sztućców o komorę zlewu.
Dźwięk telewizora, szum komputera i klimatyzacji w tle. Dźwięk klaksonów, silnika i hamulców kilka piętek pod nami mieszający się z dźwięk krzyczących dzieci, z pobliskiego placu zabaw.
Ktoś by powiedział, że to są dźwięki życia. Miasto żyje! Miasto tętni życiem, ulice tętnią życiem i place zabaw też!
Tylko nie my.

Dookoła nas jest szalenie ogromna ilość bodźców. Pomijając otaczające nas dźwięki, jesteśmy jeszcze my i nasza praca. Ciągłe skupienie, reagowanie na bodźce, komunikaty.
– Hej, możesz to zrobić?
– A widziałaś to?
– Trzeba pilnie skontaktować się z tym.

Oderwane myśli, wytrącenie z uwagi, zgubiony wątek. Wdech i wydech.

A później zmieniłam pracę na zdalną. Wyjechałam na wieś, gdzie jedynymi dźwiękami był ptasi trel i szczekanie moich psów. Bez szumu klimatyzacji, bez dzwoniących wokół telefonów, bez głośnych rozmów i kłótni. Wyjechałam na wieś, gdzie ilość bodźców i otaczających mnie dźwięków została znacząco ograniczona.
Po kilku godzinach pracy – zamykałam komputer i nie czułam znużenia.
Siedziałam przez kilka godzin pracując i nie czułam potrzeby oderwania się od stołu aby zaparzyć kawę…

A później wróciłam do Warszawy.
Do klaksonów cztery piętra niżej. Do warkotu rozpędzającego się samochodu i motocykla, i do pisku opon w czasie gwałtownego hamowania, bo po południu ludzie zapominają, że tu ten z prawej ma pierwszeństwo.
Wróciłam do miejsca, w którym ciężko jest uciec od bodźców. Od nienaturalnych dźwięków. Od szumów.

I wtedy zdałam sobie sprawę, że to, czego tak bardzo potrzebowałam na etacie to nie była kawa. To nie była kofeina, która miała mnie pobudzić i wydobyć ze mnie resztki energii na ostatnie godziny. To była cisza. Ucieczka od hałasu.

 

 



odbierz #miniporadnik
Jak żyć wolniej na co dzień?

Właśnie zapisałaś się do naszego newslettera. Szalenie się cieszę! Zaraz dostaniesz od nas pierwszego maila :)

Zauważyłam, że wielu z nas po powrocie z pracy potrzebuje wyciszenia. Jedni zaparzą kawę i wypiją ją w ciszy, w samotności. Inni – pójdą na balkon i zapalą papierosa. Ktoś inny – weźmie gorącą kąpiel… 
Może nam się wydawać, że te czynności to nasze rytuały. Sposób zostawienia obowiązków za drzwiami naszego domu i umysłu. Ale dla nas to jest przede wszystkim sposób na wyciszenie się. Choć na chwilę na ograniczenie bodźców.

Spróbujcie, któregoś razu, wrócić do domu i położyć się. W ciszy. Bez przeglądania telefonu. Bez scrollowania facebooka. Dajcie sobie 5 minut bez bodźców. 
Bez zwracania uwagi na cokolwiek. Bez myślenia i bez przetwarzania.

I kiedy tak myślę o tych wszystkich hałasach, szumach i informacjach, które do nas docierają, zastanawiam się – jak my, ludzie, mamy niereagować agresywnie na to co się wokół nas dzieje? Jak my, ludzie, mamy zachowywać się racjonalnie, kiedy nasze umysły są już tak bardzo zmęczone…? 
Może ta agresja dorosłych, to po prostu ich wołanie o spokój, o ciszę? Tak jak małe dziecko, które płacze, bo dookoła jest tak głośno, a ono jest tak bardzo zmęczone…

I wiecie, kiedy tak się zastanawiam, to nie słyszałam jeszcze aby uczucie spokoju wywołało u kogoś przemoc. Ale niejednokrotnie widziałam, jak człowiek odarty z sił reaguje agresją. Bo człowiek czasem więcej nie potrafi znieść.Buntuje się przeciwko nowemu, bo nie radzi sobie ze starym. 
A będąc na skraju wytrzymania – człowiek sam nie jest w stanie zatrzymać się i powiedzieć „dla mnie to za dużo”. To już jest wir, pułapka i tylko bardzo bliska nam osoba jest w stanie wtedy powiedzieć: potrzebujesz ciszy…

SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS?

SKOMENTUJ GO I UDOSTĘPNIJ
pokaż innym co jest dla Ciebie ważne

Jak przygotowywałam się do odejścia z etatu

Jak przygotowywałam się do odejścia z etatu

Odejście z etatu wymagało ode mnie przede wszystkim jednej rzeczy: zabezpieczenia się.
Choć żyjemy z mężem razem, choć razem prowadzimy dom, choć decyzja o odejściu z etatu była podjęta wspólnie – czułam na sobie odpowiedzialność za wykonanie kroku, które wpłynie na życie nas obojga.

Zabezpieczenie finansowe

W życiu prywatnym jak i zawodowym, to, co cenię sobie najbardziej to spokój. Nie lubię uczucia poddenerwowania, stresu, presji. Jak tylko mogę, staram się z mojego życia wyrzucać wszelkie negatywne i toksyczne emocje, które nie tylko wyniszczają człowieka od środka, ale także niszczą relacje z ludźmi dookoła. A strach związany z brakiem pieniędzy i niepewność względem przyszłości – są dla mnie jednym z gorszych uczuć. Postanowiłam, że jeśli już podejmę decyzję o porzuceniu etatu, to zrobię wszystko, aby mieć na tyle stabilną sytuację finansową, na tyle duże zabezpieczenie finansowe, że moja decyzja w żaden sposób nie wpłynie na nastrój w naszym domu i, przede wszystkim, na relacje moim męża.

OSZCZĘDNOŚCI Z PENSJI

Pierwszą rzeczą, o którą postanowiłam zadbać, były oszczędności. Choć nie założyłam sobie żadnej konkretnej kwoty, którą chcę uzbierać, to postanowiłam, że będę starała się oszczędzać regularnie i regularnie będę zwiększała kwotę, którą przelewam na konto oszczędnościowe.

Jednak aby móc zacząć oszczędzać pieniądze – musiałam wiedzieć ile pieniędzy potrzebuję na przeżycie i na opłaty stałe.
W tym celu prowadziłam zapisy z budżetu domowego i miesiąc po miesiącu poznawałam siebie, swój dom, swoje wydatki i swoje potrzeby.

zobacz nasz ebook o oszczędzaniu pieniędzy!


kupuję!

Dzięki temu wiedziałam ile mogę zaoszczędzić pieniędzy w skali miesiąca i przede wszystkim mogłam wyznaczyć sobie stałą kwotę, od której zacznę oszczędzanie, bez poczucia wyrzeczenia czy skąpstwa. Wiedziałam, że przelewając tę konkretną kwotę, nie odczuję znacząco jej braku na koncie. Wraz z upływem miesięcy i wzrostem mojego poczucia bezpieczeństwa z ilością pieniędzy, która zostawała mi na koncie ogólnym – zwiększałam kwotę stałych przelewów na konto oszczędnościowe.

Z czasem, kiedy decyzja o odejściu z pracy robiła się już poważna i coraz bardziej realna – na konto oszczędnościowe przelewałam już prawie wszystkie pieniądze z wypłaty. Zostawiałam sobie tylko tyle, by mieć na opłaty (czynsz, prąd, telefon, itp…) i jedzenie.

INNE ŹRÓDŁA DOCHODU

Praca na etacie, praca w różnych firmach pokazała mi, że umowa zawarta z pracodawcą tak naprawdę nic nie znaczy. Jeśli ktoś będzie chciał cię zwolnić z dnia na dzień – zrobi to! I nie ma znaczenia twój okres wypowiedzenia. 
To było strasznie przykre widząc, jak człowiek potrafi nieludzko potraktować drugiego człowieka, jak z dnia na dzień ktoś traci pracę i zostaje z niczym. Dlatego postanowiłam, że zawsze będę mieć plan B. Postanowiłam, że zrobię wszystko co w mojej mocy, aby mieć inne, stałe źródło dochodu. Nawet, jeśli nie teraz, nawet, jeśli teraz miałabym nie otrzymywać pieniędzy regularnie, to zrobię wszystko co w mojej mocy, aby na starość – takie zabezpieczenie finansowe mieć.

Sklep wolno wolniej

Postanowiłam otworzyć sklep wolno wolniej. Sklep okazał się być dużo twardszym orzechem do zgryzienia, niż przypuszczałam. Promocja sklepu, produktów, ciągłe szukanie lepszych materiałów i podwykonawców, dbanie o satysfakcję kupującego a to wszystko – działając w zgodzie ze sobą i swoimi przekonaniami okazało się być szalenie trudne. Tym bardziej – gdy dużą część dnia wypełniał etat. 
Jednak ze sklepu nie chciałam robić swojego głównego źródła utrzymania, dlatego bez presji, bez nacisku – powolutku go sobie rozwijałam.

Dziś w sklepie wolno wolniej znajduje się aż pięć różnych kategorii produktów! I ze wszystkich – jestem szalenie dumna! To niesamowite uczucie wymyślić coś, stworzyć, a później przeczytać jak bardzo Wam się te rzeczy podobają.



mydło rozmarynowe

świeczki naturalne wosk rzepakowy olejki naturalne

świeczka #lepiejmi



wielorazowe płatki

Praca dodatkowa

Znalezienie pracy dodatkowej było dla mnie najtrudniejszym wyzwaniem, które w pewnym momencie odbiło się także na naszym domu. Równocześnie do etatu i prac nad sklepem, postanowiłam znaleźć pracę dodatkową. Postanowiłam, że tę resztkę czasu, która zostanie mi w ciągu dnia – przeznaczę na pracę dla innych. 
W tym celu zaczęłam od najprostszej rzeczy – od ogłoszenia na prywatnym profilu na facebooku, że szukam pracy: zdalnej, na kilka godzin. Napisałam co umiem robić i co chciałabym robić. 
I odezwali się! Napisali do mnie znajomi, którzy nie tylko wsparli dobrym słowem, co bardzo podbudowało moją pewność siebie i wiarę w moje umiejętności, ale też powiedzieli na czym stoją i co mogą zaoferować. 
I choć z początku bardzo źle się czułam pisząc takie ogłoszenie… – okazało się być strzałem w dziesiątkę! I nie tylko dlatego, że w ten sposób nawiązałam współpracę, ale przede wszystkim przekonałam się, ilu jest serdecznych ludzi wokół mnie i jak bardzo myliłam się, patrząc na siebie tak bardzo krytycznym okiem.

Finansowe przygotowanie się do odejścia z pracy nie było łatwe. Kosztowało mnie mnóstwo nerwów, zwątpień, analiz, czasu. Cały czas liczyłam, na jak długo wystarczą nam pieniądze, które do tej pory zaoszczędziłam i jak bardzo muszę zmienić swoje zachowanie związane z wydawaniem pieniędzy. 
W pewnym momencie tak wiele na siebie wzięłam zobowiązań, że po powrocie z etatu, tuż po wyjściu z psem – od razu siadałam do komputera i wykonywałam pracę dla innych, zostawiając życie gdzieś z boku. I męża też…

Wiedziałam jednak, że ten etap jest tylko chwilowy, tylko przejściowy i jeśli teraz dam z siebie wszystko, jeśli teraz wycisnę z siebie wszystkie soki – później będzie już tylko lepiej…

SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS?

SKOMENTUJ GO I UDOSTĘPNIJ
pokaż innym co jest dla Ciebie ważne

Czy naprawdę potrzebujesz mieć w życiu mentora?

Czy naprawdę potrzebujesz mieć w życiu mentora?

To już nie pierwszy post, w którym powiem, że moda stanowi dla mnie problem. Ale z modą chyba tak jest – pojawia się coś nowego, jakiś trend dotąd niewystępujący, który stanowi dla nas zakłopotanie. Próbujemy włożyć go do odpowiedniej przegródki naszych przekonań, tylko z początku nie wiemy jakie mieć o niem zdanie: czy ten trend jest dobry? Czy slogan powielony wiele razy mówi prawdę? Czy jest on wartościowy?

Kiedy się zagubiliśmy, zaczął panować chaos w naszych głowach, świat zaczął zmieniać się tak bardzo szybko, że zaczęliśmy potrzebować pomocy – pojawili się coatch’e z motywującymi tekstami. Trenerzy, którzy pomagali odnaleźć siebie prywatnie i zawodowo.

Kiedy coatching zaczął być nacechowany negatywnie, ludzie zaczęli mieć dość słuchania „dasz radę”, „uwierz w siebie”, „zaakceptuj”, „wykorzystaj potencjał” – pojawili się mentorzy.

Tylko czy nie przybrało to wszystko złego obrotu?

Mentor – osoba odbierająca osobowość?

Kiedy zaczynałam pisać blog, jak chyba każdy, starałam się szukać osób, które powiedzą mi jak to robić dobrze. Jak pisać, aby chcieli mnie czytać? Śledziłam tych „wyżej” i starałam się ich naśladować, chciałam być jak oni. Odnieść sukces – jak oni odnieśli.
Jednak bardzo szybko zorientowałam się, że wiele z tych porad jest dla mnie zła, bo jest nieadekwatna do mojej sytuacji. Ktoś mówi mi „to jest złe”, a ja myślę sobie: hej, jesteśmy na kompletnie różnych poziomach! To może być złe dla ciebie, ale dla mnie – takie rozwiązanie jest super! Ono daje mi doświadczenie!

Po kilku latach obserwowania różnych ludzi, ich firm, sposobu budowania biznesu zauważyłam, że ludzie sprzedają marzenia. Sprzedają to, czego nam tak bardzo brak: pewności siebie, akceptacji, wiary.

Niedawno natknęłam się na dziewczynę, która określa się mianem mentorki, przewodniczki po lepszym życiu, w którym to „ja” jestem najważniejsza. I miałam problem z treściami, które zamieszcza. To jest jedno z tych odczuć, które czujesz czytając jak osoba bogata mówi, że pieniądze nie są w życiu najważniejsze.
Nie lubię, i mam z tym problem, kiedy ktoś mówi „akceptuj siebie, akceptuj swój wygląd”. Kiedy mówi „przez lata nie akceptowałam swojego wyglądu, ale teraz akceptuję, to jest dobre, akceptuj siebie”. Jak? Jak mam akceptować siebie skoro czuję się ze sobą źle? Czy mówienie „akceptuj siebie” nie jest hamowaniem nas przed wprowadzeniem zmian, które mogą dać nam lepsze samopoczucie?

Bycie mentorem to szalenie ogromna odpowiedzialność.
To branie na siebie każdej złości, każdej przykrości, każdego nieszczęścia, które spotka naszego odbiorę w wyniku zastosowania się do naszych słów, zrobienia czegoś zgodnie z naszymi radami. Tu nie ma miejsca na „każdy robi jak chce, ja nikogo nie zmuszam”. Jeśli nazywasz się czyimś mentorem – jesteś odpowiedzialny za to co się dzieje.

 

#miniporadnik
Jak żyć wolniej na co dzień?

Właśnie zapisałaś się do naszego newslettera. Szalenie się cieszę! Zaraz dostaniesz od nas pierwszego maila :)

I tak się zastanawiam – ilu samozwańczych mentorów jest w stanie wziąć na siebie tę odpowiedzialność?

Nie ma w życiu większej wartości od możliwości bycia sobą. Od możliwości bycia sobą wśród innych ludzi, obcych ludzi, przyjaciół, znajomych. 
Ale żeby być sobą – musimy się dowiedzieć – jacy jesteśmy. Z czym czujemy się dobrze, a z czym czujemy się źle. Co jest zgodne z naszymi zasadami, a co jest z nimi sprzeczne. Gdzie kończy się granica, która odbiera nam możliwość krytykowania kogoś za jego wybory?

Nie jest łatwo być sobą. 
Ale zdecydowanie lepiej być niedoskonałym, koślawo stawiać kroki w swoim tańcu, niż próbować być kimś, próbować zachowywać się jak ktoś i wyznawać wartości kogoś, kogo życie szalenie odbiega od naszego.

Czy bogaty ma prawo mówić biednemu, że minimalizm to świetna sprawa? 
Czy mając pieniądze możemy mówić, że pieniądze nie dają szczęścia? Jeśli odetną ci prąd, bo nie będziesz mieć z czego opłacić rachunku, też powiesz, że pieniądze nie dają szczęścia?

Każdy z nas ma inną historię i inne doświadczenia. Każdy z nas ma inną sytuację rodzinną i finansową. Każdy z nas ma inną wrażliwość, inne talenty, inny charakter i umiejętności. 
Czerpmy z innych ludzi inspirację. Podpatrujmy co robią, oglądajmy kulisy ich pracy. Ale nigdy nie róbmy z obcego człowieka własnego mentora. Po prostu nie da się przejść cudzą ścieżką. Nie da się poznać kogoś i nagle wejść w jego buty. 
Tak się po prostu nie da…

Więc jeśli szukasz mentora, prawdziwego przewodnika, kogoś, kto pokaże Ci jak żyć – najpierw dowiedz się kim jesteś. A później staraj się być najlepszą wersją siebie. 
Lepszego mentora od nas samych nie znajdziemy.

SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS?

SKOMENTUJ GO I UDOSTĘPNIJ
pokaż innym co jest dla Ciebie ważne