Wspólne zamieszkanie było błędem!

Związek na odległość ma to do siebie, że widujecie się rzadziej niż normalna para, ale za to na dłużej. Mieszkacie razem przez tydzień lub dwa i jest cudownie! Obłędnie, bezbłędnie cudownie!
Kładziecie się razem do łóżka. Przed zaśnięciem oglądacie film, przytulacie się. Rano budzicie się i zabieracie za robienie wspólnego śniadania. On robi kanapki, Ty zaparzasz kawę, herbatę. Później idziesz się kąpać: zabierasz ze sobą ciuchy, a brudne albo chowasz do torby, albo wrzucasz do prania u niego.
Ostatni rok naszego związku na odległość, Dawid mieszkał sam. Swoje brudne ciuchy od razu wrzucał do pralki lub, jeśli to była jakaś bluza czy spodnie, wieszał w szafie. W kuchni – wszystko na bieżąco mył. Gdy do niego przyjeżdżałam, czuliśmy się jakbyśmy mieli swoje mieszkanko. Ja też bardziej angażowałam się w dbanie o porządek. W końcu jesteśmy sami, prawie na swoim i chce się mieć w tym mieszkanku ładnie!

MyNaSwoim

Ale trzeba było powiedzieć KONIEC Z TYM! Czas zamieszkać razem!
Dawid przeprowadził się do mnie i moich rodziców. Musiałam przeorganizować część pokoju. To było trochę frustrujące. Wyobraź sobie, że nagle, do swojego przestronnego pokoju, musisz wnieść 125×75 cm biurko, a do tego jeszcze krzesło. Uhh! No dobra. Ale przecież Dawid też ma ciuchy i jakieś tam swoje graty, które, chciał-nie-chciał, trzeba pochować. Musiałam opróżnić komodę, zrobić trochę miejsca w szafie – brzmi błaho, ale łatwo nie było.
Przez pierwsze tygodnie musieliśmy wypracować nowy system przechowywania rzeczy. Każde z nas miało przecież swoje, inne przyzwyczajenia, i różne pierdoły_kurzo_łapacze.

No dobra, ale mieszkamy już razem. On w MOIM pokoju. W domu z MOIMI rodzicami. Głupio tak zostawić go w tym pokoju, a samej pójść do salonu pogadać z rodzicami. Skoro już go tu ściągnęłam, porzucił dla mnie dotychczasowe życie, przyjaciół, rodzinę, znajomych – powinnam spędzać z nim czas. No to kisimy się w tych 15 m2.
Spotkałabym się też z koleżankami na jakieś ploty. Ale on tu nikogo nie zna. To nie byłoby w porządku zostawić go w domu, a samej pójść się bawić. Odmawiam koleżankom. Siedzimy w domu. W pokoju. Razem.

Zaczęłam się coraz bardziej irytować. Non-stop-on! Chciałam, pewnie, że chciałam z nim zamieszkać, ale oddechu! Brakuje mi oddechu! Powoli czuję się uwięziona. Brakuje mi wyjść z domu, kontaktu z innymi ludźmi. Moje wyjścia ograniczają się tylko do uczelni i ewentualnie pubu po szkole. Ale nie długo – bo Dawid czeka.

Moja cierpliwość sięgnęła zenitu, gdy Dawid rzucił swój sweter na ziemię! Po prostu rzucił! Wziął i rzucił! No szlag mnie trafił!
– Co Ty robisz?!?!?! 
– No co, Ty też tak rzucasz.
– Tak! Ale ja rzucam rzeczy, które idą do prania!

Żałowałam. Byłam tak zła, że zamieszkaliśmy razem! Nie umiałam ani się zorganizować, ani psychicznie odpocząć.

Najtrudniejsze, w takiej zmianie życia, wspólnym zamieszkaniu po 9 latach związku na odległość, było zrozumienie, że mimo wszystko każde z nas ma swoje życie.  Ja musiałam odpuścić taką troskę o samopoczucie Dawida, i nauczyć się bycia małą egoistką. W osiągnięciu spokoju pomogła nam niby zwykła, ale trudna rozmowa. To była chyba nasza pierwsza poważna rozmowa w nowej sytuacji. Powiedzieliśmy sobie czego NIE oczekujemy od siebie, co nam nie przeszkadza. Każde wyraziło, jak wyobraża sobie wspólne mieszkanie i spędzanie wolnego czasu.
I to był klucz do naszego szczęścia na 15 m2.
Nie ma już “mój pokój”. Teraz jest nasz.

(Visited 35 times, 1 visits today)