Jak mój mąż nauczył mnie mieć mniej

Nasz związek z Dawidem rozpoczął się jak byliśmy nastolatkami, mieliśmy po 15-17 lat. Dawid mieszkał wtedy w Zabrzu, a ja w Warszawie, każde z nas jeszcze na rodzinnym garnuszku. I choć wtedy byliśmy tylko dziećmi, już można było zobaczyć, jak bardzo różnimy się w ilości posiadanych przez nas przedmiotów i podejściu do nich.
Kiedy Dawid przyjeżdżał do mnie do Warszawy, miał ze sobą małą torbę/plecak z ubraniami. Natomiast, kiedy to ja jechałam do niego – miałam dwa razy więcej bluzek niż potrzebowałam, dodatkowe spodnie, spódnicę, kosmetyków co nie miara a moja torba wyglądała, jakbym przyjechała do niego na dwa tygodnie, a nie trzy dni.

Za każdym razem, kiedy się widzieliśmy – byłam zaskoczona tą dysproporcją.

I nie inaczej było, kiedy zamieszkaliśmy już razem na swoim…

 

 

Jak mój mąż zmienił moje podejście do rzeczy

Jesteście w stanie sobie wyobrazić, że… moje ubrania znajdują się w trzydrzwiowej szafie, a Dawida w trzech szufladach komody? Uwierzycie w to, że moje rzeczy potrafią się wysypywać z szafy w tym samym momencie, w którym Dawida szuflady są w połowie puste?

Kiedy zamieszkaliśmy razem, mała ilość ubrań mojego męża, przerażała mnie. Czułam wyrzuty sumienia, że on ma tak mało ubrań. A z drugiej strony zachodziłam w głowę i zastanawiałam się: jakim cudem on zawsze tak dobrze wygląda? Jak można mieć tak mało, a wyglądać, jakby miało się tak wiele?

Różnica w ilości posiadanych przez nas ubrań była dla mnie tak niezrozumiała, że zaczęłam przyglądać się Dawida zachowaniom. Zwracałam uwagę na to kiedy i co na siebie zakłada.

 Moje pierwsze wnioski były… żadne. Dawid codziennie ma na sobie czyste, świeże ubranie. Tak jak ja.

Koniec wniosku.

O co więc chodzi?! – Zastanawiałam się. Skąd ta różnica? I przede wszystkim: dlaczego ja nigdy nie mam w co się ubrać, a on ma zawsze?!

Wierzcie lub nie, ale w pewnym momencie odkrycie tej tajemnicy stało się dla mnie zadaniem numer jeden. Było dla mnie priorytetem!

Zaczęłam więc przyglądać się praniu, które składałam i rozdzielałam do szafek.

W końcu – obserwowanie naszych zwyczajów mogło mnie zawieść, ale namacalne dowody – nie. Znając moje zwyczaje związane z ubiorem, chciałam zobaczyć, przekonać się, o ile więcej pranych jest moich ubrań.

I ku mojemu zaskoczeniu, różnica wcale nie była duża. Odkryłam za to coś zupełnie innego!

Odkryłam, że przeważnie piorę te same ubrania.

Problem nie leżał w ubraniach, w których chodziłam, a w tych, których nie używałam.

Zamiast przyglądać się co nosi Dawid, zaczęłam większą uwagę skupiać na tym, co ja noszę. Po które ubrania sięgam i dlaczego? Zaczęłam też zwracać uwagę na to, jak często sięgam po te ubrania „z tyłu”?

I wtedy zrozumiałam:

  1. Mam tyle samo ubrań (w których chodzę) co mój mąż.
  2. Mam znacznie więcej ubrań, w których nigdy nie chodzę, niż mój maż.
  3. Mój mąż ma mało ubrań, ponieważ więcej nie potrzebuje. Ja mam dużo ubrań – bo boję się mieć mniej.

Zrozumiałam, że boję się pozbyć z mojej szafy ubrań, w których nie chodzę. Czego się bałam? Nie wiem. Może, że wydarzy się coś takiego, że zabraknie mi tych ubrań? Może chciałam mieć ubrania na czarną godzinę? Może gdzieś tam żyłam w przekonaniu, że dziewczyna powinna mieć dużo ubrań, że to jest normalne? A może było mi szkoda się ich pozbyć bo… kiedyś za nie zapłaciłam i to byłoby wyrzucenie pieniędzy?

Ponownie wróciłam do obserwowania mojego męża.

Tym razem chciałam zobaczyć jak fizycznie mała ilość ubrań, przekłada się na jakość jego życia i ilość prania. Czy mając mniej ubrań musimy częściej robić pranie? Czy mała ilość ubrań w jakiś sposób wymusza na nas większą ilość czynności z tym związaną?

I wiecie co?

Nie.

Prania robię tyle samo, co robiłam.

Problem nie leżał w ubraniach, w których chodziłam, a w tych, których nie używałam.

Obserwowanie jak mój mąż funkcjonuje z tak małą ilością ubrań sprawiła, że zaczęłam nabierać przekonania, że da się żyć z małą ilością ubrań. Może to brzmi śmiesznie, ale dla kogoś, kto zawsze miał tych ubrań dużo, akceptacja takiej nowości stanowiła ogromną zmianę.

Z czasem zaczęłam nabierać sił i odwagi do tego, aby przejrzeć całą swoją garderobę i zrobić w niej porządek. Aby odgracić przestrzeń, na której widok czułam osłabienie i odzyskać wolność także w tym obszarze mojego życia.

I choć mój maż nie jest typem człowieka, który żyje według jakichś ideologii, nauczył mnie minimalizmu w najlepszy sposób, w jaki tylko mógł.

Nie narzekał na ilość ubrań w mojej szafie, nie marudził, kiedy wracałam ze sklepu z kolejną parą spodni. Nie komentował moich konsumenckich wyborów. On zrobił coś znacznie lepszego – dał mi przykład. Pokazał, że się da. Że to nic złego. Że tak jest dobrze.

Pokazał.

A ja mu w tym zaufałam.

3 komentarze

  1. Lazurowe Niebo

    Fajny tekst. Kiedy zaczynałam swoją przygodę z minimalizmem podobnie się przyglądałam, ale… blogerom, bo od nich poznałam to narzędzie. Ja znowu gdy patrzę na swoje nienoszone ubrania strasznie jestem zła. Jakoś mnie irytują, dlatego często puszczam je dalej w obieg chociażby za bezcen :)

    Odpowiedz
  2. Ula H.

    Dobry przykład ! Chyba zdecydowana większość kobiet to posiadaczki dużej ilości ubrań, których wcale nie używają. Do tego przywiązujemy się do tych szmat, jakby to były niezwykle wartościowe rzeczy. Też mam za dużo, ale pozbywam się ich sukcesywnie, bo tak ” mniej boli”. Ciągle walczę. Pozdrawiam serdecznie :)

    Odpowiedz
    • WolnoWolniej.pl

      Dokładnie „tak mniej boli” , choć cóż to musiałby być za oszałamiający efekt, zrobić to raz, a dobrze! :)

      Odpowiedz

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Odbierz prezent

Darmowy e-book: Miniporadnik jak żyć wolniej na co dzień