Niby zaręczyny…

…czyli jak to się stało, że zaczęliśmy myśleć o ślubie.

Rok temu, w 2014 roku, postanowiłam wyjechać do Krakowa na 2 miesiące. Pożyć w innym mieście,  innym życiem, odpocząć od biegu Warszawy, spróbować samodzielności. Na wiadomość, że spędzę aż tyle czasu niedaleko niego dostał skrzydeł! “Co weekend będę u Ciebie! – zapewniał – a ja się śmiałam. Bo czy jedzie mi tu czołg? Niby z Zabrza do Krakowa aż tak daleko nie jest ale jednak swoje kosztuje – i czasu, i pieniędzy i zmęczenia.
I… jechał mi tu czołg. W każdy piątek był u mnie – choćby o 2 w nocy tuż po pracy.
Pewnego dnia postanowiliśmy wyrwać się rutynie, nie iść setny raz na Rynek, nad Wisłę i wyskoczyć na jeden dzień do Zakopanego.

I tak, piękny słoneczny dzień. Weekend. Tłum ludzi na ulicach. Mnóstwo i jeszcze więcej sklepików z ciupagami, oscypkami i kapciami z wełny. I wtem ja (w przeciwieństwie do niego) niepoprawna romantyczka zachwycam się:
– Zobacz jaki słodki kubraczek z wełny! Taki dla maluszka! 
– Jak będziemy mieć dziecko to taki mu kupimy.
– My? Dziecko?
– No wiesz.. Ja bym chciał być młodym tatą by mieć siłę na zabawę z synem. Jak zamieszkamy razem chciałbym szybko mieć dzieci.

– Zamieszkamy razem? Chcesz mieć ze mną dzieci?!
– No!

No głupota ale… – popłakałam się jak na Królu Lwie. Staliśmy na boku dróżki przytuleni do siebie a ja ze wzruszenia płakałam i płakałam.
Gdy po tym złapaliśmy się za ręce już nie było tak samo. Te Kropówki  wyglądały już inaczej. Człowiek taki szczęśliwszy był. Zrobiliśmy krok na przód!
Nie wiedzieliśmy tylko jak duży był to krok..

(Visited 11 times, 1 visits today)