One little world – podsumowanie starego roku i słówko na 2022

One little world – podsumowanie starego roku i słówko na 2022

Powoli kończy się już styczeń, pierwszy miesiąc roku. Miesiąc, w którym staramy się przypomnieć sobie wszystkie sukcesy i nieliczne porażki ostatnich dwunastu miesięcy. W końcu, jak w tym roku coś nam się nie udało, to zrobimy to w przyszłym, prawda? Opracujemy nową strategię, stworzymy plan działania i damy radę.
Ale jest coś, co planu działania nie wymaga. Wystarczy trzymać się tylko tego jednego małego słowa…

One little word

 Jeśli słuchaliście mojego wystąpienia w podcaście Wojtka Górka Jak żyć lepiej, wiecie już, że do zabawy One little word podchodziłam już wiele razy, a co za tym idzie – wiele lat! Jednakże zawsze efekt końcowy był taki sam – już na początku roku zapominałam, co za słowo wybrałam.

Moim słówkiem 2021 było: ja.

Po ciężkim okresie na etacie, pracowania od lat w tej samej branży, doszłam do wniosku, że czas w końcu zastanowić się: kim jestem? Co jest moją opinią, moim upodobaniem, a co jest narzucone przez społeczeństwo?

W tym roku chciałam poznać siebie. 

Czym jest one little word

W 2006 roku Ali Edward, mając 31 lat, stworzyła zabawę, którą nazwała One little word. One little word miało być takim jednym małym słówkiem, które “może mieć potężną moc”! Miało prowadzić nas przez następne 365 dni, być odpowiedzią na każdą rozterkę, wybraną ścieżką, kiedy zawahamy się, w którą stronę pójść.

Wierzę, że dopiero znając siebie, wiedząc kim jesteśmy, co jest dla nas ważne – dopiero wtedy jesteśmy w stanie osiągnąć wewnętrzny spokój i żyć w zgodzie ze sobą.

Aby móc lepiej poznać siebie – 2021 rok spędziłam w dużej mierze na wsi. Uciekłam z miasta pełnego opinii i standardów, aby móc dowiedzieć się co mi daje radość? Czego mi na co dzień brakuje i sprawia, że czasem czuję się nieszczęśliwa?

Skupiając się w 2021 roku na sobie, udało mi się wypracować “wewnętrzny mechanizm”, który teraz bardzo sprawnie stawia wielkie grube krechy przed uczuciem zazdrości. Po tym roku jestem dużo bardziej świadoma tego co mam, dlaczego otaczam się akurat takimi przedmiotami, dlaczego moja codzienność, mój styl życia wygląda właśnie w taki sposób.

Dziś, obserwując osiągnięcia innych ludzi, widząc ich zdjęcia w mediach społecznościowych – nie czuję zazdrości, nie porównuję się. Teraz patrzę na swoje życie i pamiętam o celu, który jest dla mnie najważniejszy, o upodobaniach, które są moje, a które są tak zupełnie odmienne od osoby, której urywek życia właśnie mam możliwość podejrzeć.

One little word 2022 

Zazwyczaj, kiedy starałam się znaleźć słowo, które będzie tym przewodnim słowem na przyszły rok – szukałam go trochę po omacku. Zastanawiałam się co jest dla mnie ważne, w czym potrzebuję wsparcia i jakoś je wybierałam. Jak już wiesz – szybko o tych słowach zapominałam. W tym roku podeszłam do temu inaczej.

Dużo bardziej świadoma siebie, silniejsza w konfrontacji z rzeczywistością – słowo roku postanowiłam wybrać po zajrzeniu w głąb siebie i wyznaczeniu tego kawałka w moim życiu, które jest dla mnie ważne, a z którego jestem najmniej zadowolona.

Kiedy wybierałam to słowo, uśmiechnęłam się do siebie, bo sama czynność skojarzyła mi się z łataniem dziur, które powstawały i powiększały się przez te wszystkie lata ignorancji.

Robiąc koło satysfakcji okazało się, że najmniej jestem zadowolona z jakości relacji z innymi. Zauważyłam, że nie tylko przestałam inicjować spotkania z ważnymi dla mnie osobami, ale także mając możliwość spotkania się – wolałam skupić się na pasji, pracy, swoim życiu. Przekładane spotkanie już siódmy raz, wcale nie sprawiało, że czułam się z tym źle.

I choć nie chce się biczować z tego powodu, wiem czym spowodowana była moja niechęć do spotkań (zwyczajnie potrzebowałam spokoju, dojść do siebie, wyciszyć się), to nie chcę też, aby ten stan “izolacji” nadal trwał. W tym roku chcę otworzyć ramiona na przyjaciół, znajomych i zadbać o te relacje.

Bo z relacjami jest jak z porządkiem w domu – potrzeba wysiłku i systematycznej pracy, dbania o ten dom, aby panował w nim porządek i harmonia. A wystarczy raptem chwila nieuwagi, aby cały dotychczasowy wysiłek poszedł na marne…

A czy Ty wyznaczyłaś swoje one little word na ten rok? Jeśli tak, podziel się nim w komentarzu. A może masz ochotę opowiedzieć mi, dlaczego wybrałaś akurat to słowo?

Jak skutecznie podsumować rok i wyznaczyć nowe cele

Jak skutecznie podsumować rok i wyznaczyć nowe cele

Grudzień jest niesamowitym miesiącem. Zaczyna się zdumieniem i refleksją – dopiero co był listopad, odwiedzaliśmy groby bliskich, aby zaraz powiedzieć “i mamy grudzień, jak ten czas szybko mija”. Później, zaczynają się przygotowania do Świąt. Zastanawianie się co komu kupić pod choinkę, do kogo w który dzień pojechać, co przygotować. Dla niektórych ten czas jest szalony, wpadają w wir Świątecznych przygotowań i pieczenia ciast, robienia makiełek, a inni, jak my, wyruszają w trasę, jadą na drugi koniec Polski, aby spotkać się z najbliższą rodziną.
A później opada świąteczny kurz. Wracamy na chwilę do pracy i przygotowujemy się na nadejście nowego roku. I nierzadko dopada nas refleksja: jaki był ten rok? Co się wydarzyło w ciągu tych 365 dni?
I nie ma co ukrywać – każdy z nas chciałby, aby przyszły rok – był lepszy od poprzedniego.
Tylko w czym?

Jak skutecznie podsumować rok i wyznaczyć nowe cele

Czy zastanawiałaś się kiedyś, ile jest obszarów w Twoim życiu? Zazwyczaj, kiedy robimy podsumowanie roku lub mówimy komuś co jest dla nas ważne: mówimy o tym, co nas na co dzień spotyka, czym wypełniona jest nasza codzienność. I zazwyczaj: używamy przy tym ogólników. Mówimy: rodzina, praca, przyjaciele, pasje.

Kiedy robimy swoje własne podsumowanie roku, zadajemy sobie pytanie: czy jestem zadowolona z ilości pieniędzy jaką mam? Czy jestem zadowolona z mojej pracy? Czy moje relacje z rodziną, przyjaciółmi są dobre? I może przypomni nam się kilka sytuacji, w których coś poszło nie tak, mogliśmy inaczej się zachować, może najdzie nas refleksja, że za mało (lub za dużo) czasu poświęciliśmy. Ale w ostatecznym rozrachunku powiemy: jest dobrze.
I tyle.

Jak więc mamy poprawić coś w swoim życiu, jak ma się ono zmienić – skoro ogólnie – jest dobrze? Skoro nie mamy żadnego punktu odniesienia, nie mamy żadnego celu? Skoro nie potrafimy sprecyzować – co powinno się zmienić?

Aby skutecznie przeprowadzić podsumowanie roku, możemy skorzystać z koła satysfakcji.

1. Każda część koła powinna odpowiadać innej, dokładnie sprecyzowanej wartości.

2. Następnie, powinniśmy sprecyzować: jak bardzo jesteśmy z tej sfery naszego życia zadowoleni.

Środek koła oznacza, że kompletnie nie jesteśmy zadowoleni, a brzeg – że nie trzeba tu nic poprawiać.

A jak dowiedzieć się, które obszary naszego życia są dla nas ważne, z czego tak naprawdę składa się nasze życie? 

Do tego celu możesz użyć symboliki kolorów. Każdy kolor, który nas otacza, symbolizuje pewną wartość naszego życia: bogactwo, miłość do siebie, do bliskich, relacje te – rodzinne jak i służbowe, determinację czy nastawienie na realizację celu. Zastanów się, co jest dla Ciebie w życiu ważne, w których obszarach swojego życia czujesz gorycz i zapisz je w swoim kole satysfakcji. 

KURS: ZNACZENIE I SYMBOLIKA KOLORÓW

Poznaj symbolikę 10 najpopularniejszych kolorów i za pomocą kart pracy, które dla Ciebie przygotowałam, dowiedz się czy ten obszar, Twojego życia jest w harmonii i równowadze.

Z kursu dowiesz się również, jak możesz wpłynąć na te obszary swojego życia wykorzystując znaczenie i symbolikę kolorów.

229,00 

4. Kiedy już zaznaczysz na kole satysfakcji swoje odpowiedzi, zrób krótki rachunek sumienia i wybierz te obszary swojego życia, nad którymi chciałabyś popracować, skupić się, poświęcić im najwięcej czasu. 

Tak przeprowadzone podsumowanie minionego roku, pozwoli Ci uczciwe zajrzeć w głąb siebie i wsłuchać się w swoje emocje dzięki czemu – spojrzysz na swoje życie z lotu ptaka.

A główny obszar, który wybierzesz nad którym chcesz popracować w przyszłym roku – może stać się Twoim one little word na nadchodzący nowy rok. 

Co oznacza kolor roku Very Peri według Pantone?

Co oznacza kolor roku Very Peri według Pantone?

Każdego roku miliony projektantów oraz miłośników grafiki na całym świecie, z ekscytacją czeka na tę jedną wiadomość – jaki kolor przyszłego roku ogłosi Pantone! 

Kolory, które wybiera Pantone, bardzo często mają odzwierciedlenia w tym, czym danego roku żył cały świat!
Pod koniec 2020 roku, kolorami roku był duet szarości i żółci. Jak tłumaczył ten wybór Pantone – te kolory miały symbolizować  siłę i pozytywność; obietnicę lepszego jutra. 

W 1963 roku firma Panton zrewolucjonizowała świat designu tworząc system, który odzwierciedliłby kolory na różnych polach ich użytkowania. Szczególne znaczenie ma tu odzwierciedlenie koloru cyfrowego – w wersji drukowanej!

A jak jest w tym roku?

Kilka dni temu Pantone ogłosił, że kolorem roku 2022 będzie fiolet wpadający delikatnie w niebieski, z nutką czerwieni. Nazwał go kolorem Very peri. Jak podaje Pantone, ten kolor ma być odpowiedzią na długotrwająca pandemię. Very pari to kolor zmian, przemian, wyjścia z izolacji, a także kolor beztroskiej pewności siebie oraz ciekawości.

W swojej argumentacji Pantone kierował się również zmianami jakie zaszły w społeczeństwie w ciągu ostatnich lat, a dokładniej – wejściem wielu firm do świata online.

KURS: ZNACZENIE I SYMBOLIKA KOLORÓW

Poznaj symbolikę 10 najpopularniejszych kolorów i za pomocą kart pracy, które dla Ciebie przygotowałam, dowiedz się czy ten obszar, Twojego życia jest w harmonii i równowadze.

Z kursu dowiesz się również, jak możesz wpłynąć na te obszary swojego życia wykorzystując znaczenie i symbolikę kolorów.

229,00 

Ciekawostka o kolorze fioletowym

Założenia Pantone dotyczące nowego koloru roku sa bardzo bliskie temu, co symbolizuje sam kolor purpurowy!

Na początku XX wieku fiolet był również symbolem zmian społecznych. W Wielkiej Brytani i Stanach Zjednoczonych Ameryki fiolet można było zauważyć wśród sufrażystek walczących o prawa wyborcze kobiet; co, podobnie jak w przypadku argumentacji Pantone, miało symbolizować nadchodzące zmiany w społeczeństwie.

Czeska Praga – za czym tęskniłam tyle lat!

Czeska Praga – za czym tęskniłam tyle lat!

Choć wśród Polaków ostatnio turystycznie popularne są ciepłe, egzotyczne kraje, Zanzibary i inne Zakynthosy, mój wewnętrzny, cichy podróżnik ciągnął mnie w zupełnie inne miejsce. Miejsce, w którym poniekąd dorastałam, w którym spędzałam każde wakacje, z którym wiąże się wachlarz niesamowitych wspomnień – do Czeskiej Pragi.

W tym roku, już nie jako dziecko czy nastolatka, udało mi się wyskoczyć na kilka dni do Pragi. I powiem Wam: było fantastycznie!

Zobaczcie Pragę moimi wspomnieniami…

Praga, Czechy – gdzie się piło, gdzie jadło i gdzie się było

Knajpy

Nie da się ukryć, Praga zmieniła się przez te wszystkie lata! I nie mam tu na myśli zabytków, ale sposób życia i pracy Czechów. Jeszcze te 10 lat temu, w knajpach obsługiwali nas pijani Czesi, ilość wypitych piw zaznaczała na papierowych świstkach rzuconych niechlujnie na stół klienta. To miało swój ogromny urok!
Kiedy jesteśmy w Pradze, staramy się odwiedzać knajpy lokalne, do których nie wchodzą turyści. Panuje w nich zupełnie inny klimat! I co tu dużo mówić, ceny też są inne.

 

Knajpa U niedźwiadków
Jedna z najstarszych knajp w centrum. Na ścianie lokalu wisi zdjęcie, jak któregoś razu naprawdę wprowadzili do lokalu niedźwiadki!
Obsługiwał nas genialny kelner! Pełen luzu, świetnego poczucia humoru! Wygłupiał się z nami, śmieszkował a przy tym był profesjonalny. Zamówiliśmy tradycyjny zapiekany ser z frytkami a do tego becherowka i rzezane (dwuwarstwowe, połączenie jasnego i ciemnego) piwo. A później kupiliśmy tam małe kufle do piwa.

Knajpa Plzeňka Nový Svět
W wolnym tłumaczeniu: Piwko na Nowym Świecie.
Przyszliśmy zanim nastał w knajpie ruch. Miejsce jest niby turystyczne, ale bardziej na uboczu. To, co nas zaskoczyło wśród tych kelnerów, to świetna pamięć do zamówień! Żaden z nich nie nosił notesu, nawet wtedy, gdy przy stoliku siedziało osiem osób!
Kelner, który nas obsługiwał był bardzo profesjonalny, wykonywał bardzo eleganckie ruchy podając nam becherowkę i posiłki, a przy tym śmieszkował z nami.
Szalenie lubię ten ich luz i brak nadęcia!

Restauracja Luwr
Połączenie niesamowitej elegancji i luzu. Wchodząc do restauracji naszym oczom ukazuje się kartka z napisem “usiądź gdzie chcesz :)”. Wnętrze jest szalenie eleganckie, różowo-białe, zdobione wielkimi lustrami. Natomiast miejsca na dworze są wsród ścian bloku, w którym znajduje się restauracja. Panuje tam typowy miejski klimat. Coś niesamowitego!
Choć całe życie jadło się u nas w domu czeskie knedliki z gulaszem, tu podali je ze śmietaną! Nie sądziłam, że tak podane knedliki mogą być tak błędnie pyszne!

Pub Hostinec U Černého vola
To tu te 14 lat temu obsługiwał nas pijany kelner, stoły były mokre od zimnego piwa w kuflach a na stół rzucało się świstki z ilością zakupionych piw!
I choć od tamtego czasu wystrój praktycznie się nie zmienił (przenieśli bar pod ścianę obok), to kelnerzy już trzymali pion ;).

Restauracja Havelská Koruna
Restauracja, która swojej aranżacji nie zmieniła od lat! Serwują tu tradycyjne czeskie knedle z owocami, posypane serem białym i cukrem pudrem i bułką tartą, i oblane masłem. Szalenie słodka bomba, ale bardzo pyszna!
W tej restauracji, na wejściu dostaje się karteczkę, bierze się tacę i… obchodzi wszystkie lady prosząc o nałożenie tego, co chce się zjeść. Obsługa zapisuje na karteczce nasze zamówienie i płaci się tuż przy wyjściu dając pani z okienka karteczkę.
A co się stanie gdy zgubi się karteczkę? Płaci się srogą karę.
Choć sam lokal za piękny nie jest, oddaje stary klimat Pragi, i choćby po to warto tam pójść.

Sklep z degustacją win
Blisko miejsca, w którym mieszkaliśmy, znajdował się sklep z winami, w którym można było sobie usiąść i podegustować różne wina. Był to bardzo mały lokal z trzema stolikami, obok którego znajdowała się piekarnia.
Coś niesamowitego!
Ludzie przychodzili tu na lampkę wina, chwilę sobie rozmawiali i… szli dalej.

Oczywiście nie musze mówić, że lokalne wino przywieźliśmy do Polski? :)

Kawiarnia Dobra trafika
Miejsce, które zrobiło na mnie ogromne wrażenie! Patrząc z ulicy wydaje się, jakby lokal był swojego rodzaju kioskiem lub księgarnią. Ale gdy przejdzie się dalej – wychodzi się na patio, w którym można napić się kofoli, kawy, zjeść ciastko… – coś niesamowitego! Jak tajemne przejście do innego, cudownego świata pełnego spokoju. A to wszystko – w centrum Pragi!
Nie wiem jak jest teraz, ale te kilka lat temu na półce leżały gry, które można było sobie brać i w nie grać :).

To, co urzeka mnie w Czechach, to że Czechy knajpą stoją!
Tam jest zupełnie inna kultura picia piwa. Piwa są niskoprocentowe, ludzie wychodzą na piwo aby wspólnie posiedzieć, pogadać, spędzić razem czas, pograć w karty. Nie piją dla upicia się i gwaru.

Atrakcje i legendy

Dziwny performance
W jednym z osiedli, tuż przy głównej drodze, znajdował się bardzo dziwny performance. O dziwo karteczka przy rzeźbach była w języku angielskim, a nie czeskim. Z tabliczki wynikało, że są to rzeźby pokazujące akt współżycia, który może szokować, choć nie powinien (!), bowiem seks jest dla wszystkich i nikogo nie powinna jego kolej rzeczy dziwić.
Ale dla mnie rzeźby były dość osobliwe…

Sikacze na Pragę, Rzeźba Davida Czernego, 
Rzeźby na turystycznym szlaku w dzielnicy Malá Strana. Ukazują dwóch mężczyzn sikających do basenu w kształcie granic Czech. Rzeźba powstała w chwili wejścia Czech do UE. Jak mówił autor rzeźby: sikanie jest czynnością równie miłą i przyjemną, jak wejście do UE.
Jednak interpretacje tej rzeźby są dwie:
Jedni uważają, że ukazuje luźny stosunek Czechów do życia i symboliki. A drudzy – że rzeźba ukazuje stosunek polityków do własnego kraju i obywateli.
Jako ciekawostkę powiem Wam, że jeszcze jakiś czas temu figury mężczyzn były ruchome (biodra i penisy). Można było nimi kierować za pomocą smsów. Jak jest teraz? Nie wiem. Przy nas się nie ruszały :).

Uschnięta ręka w bazylice św. Jakuba
To prawdziwa legenda prosto z Czeskich świątyń!
Legenda głosi, że w 13/14 wieku, w bazylice, na samym ołtarzu, znajdował się posąg Marii Panny, któremu Czesi oddawali cześć i składali swoje dary.
Pewnej nocy, jeden ze złodziejaszków, postanowił poczekać aż wszyscy wyjdą z bazyliki, zamknąć się w niej i wykraść podarki składane Marii. Wtem, posąg Marii Panny złapał złodzieja za rękę i nie puścił aż do świtu, do pojawienia się pierwszych duchownych.
Duchowni zapytali posąg Marii Panny, co mają zrobić ze złodziejaszkiem. Czy mają uciąć mu rękę ku przestrodze?
Na te słowa posąg miał puścić złodziejaszka a jego ręka do dziś, ku przestrodze, wisi wewnątrz bazyliki.

Zmyślona legenda
Któregoś razu jak byliśmy w Moskwie, zwiedzaliśmy miejsce, studnię, według legendy której wrzucano do niej niewierne żony. Dziś mijając takie studnie śmiejemy się, że na pewno jest to studnia na niewierne żony!
Taka pół żartem, pół serio przestroga od mojego taty…

Przejażdżka starą koleją trasą widokową
I powiem Wam – szczerze nie polecam! Choć sama kolej i stacja robią wrażenie, to trasa widokowa jest bardzo zaniedbana. Piękny widok na Pragę zasłaniają wysokie drzewa i krzewy a sam maszynista pędzi tak, że na niczym nie da się zawiesić wzroku.

Pomnik i dom Kafki
Czytaliście kiedyś Proces Kafki? To właśnie tego Kafki pomnik oraz dom znajduje się w Pradze. Co ciekawe, po śmierci Kafki jego mieszkanie przypadło jego siostrze. I choć jego siostra nie zrobiła z niego muzeum, to jeszcze kilka lat temu można było zadzwonić do siostry Kafki i zapytać, czy można by było zwiedzić jego mieszkanie i to za darmo! Siostra zazwyczaj zgadzała się na małe, kilku osobowe grupki.
Ponoć mieszkanie robiło niesamowite wrażenie! Było po prostu takie, w jakim mieszkał Kafka.

Wyrzeźbiona dziewczynka na murze
Praga jest pełna dziwnych rzeźb, a ta potrafi naprawdę zaskoczyć! Zwłaszcza, gdy jest się osobą, która często buja w obłokach!
Przechadzając się uliczkami Pragi, można zobaczyć rzeźbę dziewczynki siedzącą na murku biblioteki, która puszcza samolot.
Rzeźba jest autorstwa Polki, Magdaleny Popławskiej.
Miała w tym miejscu być na chwilę, ale tak się spodobała turystom i lokalnej społeczności, że została na zawsze :).

Choć to jest raptem zalążek tego, co zachwyca mnie w Pradze, w tym roku nie było dane nam wejść do knajpy, której ściany sąsiadują z kościołem, zobaczyć tunelu z książek czy jeźdźca na odwróconym do góry nogami koniu i innych ważnych dla mnie miejsc – szalenie ciesze się z tego wyjazdu! Był on dla mnie bardzo sentymentalny. Przechadzając się tymi samymi uliczkami co te 14 lat temu, mogłam zastanowić się i porównać sobie siebie obecną i siebie sprzed lat.
Tęskniłam. Za Czechami i sobą sprzed lat.

Dziś już wiem, że to będzie miejsce, do którego będę wracać co rok. Choćby na chwilę.

Tydzień samotności – czym jest i jak mi upłynął

Tydzień samotności – czym jest i jak mi upłynął

Któregoś razu będąc we Wrocławiu, spotkałam się tam z koleżanką. Gdy zapytała nas co porabialiśmy, jak nam się podoba jej rodzinne miasto, powiedzieliśmy, że właśnie wróciliśmy z rejsu po rzece. Moją koleżankę szalenie zaskoczyła ta odpowiedź.
– A wiesz, że my nigdy nie płynęliśmy tu statkiem? – Skomentowała.

Zaśmiałam się. My też mieszkając w Warszawie nigdy nie zwiedzaliśmy miasta z tej perspektywy. Bo tak to już często jest, że mając coś na wyciągnięcie ręki, traktując coś jak oczywiste – po prostu się z tego nie korzysta, nie wpada się na taki pomysł.

Dlaczego nigdy nie spędziłam na wsi tygodnia w samotności? Nie mam pojęcia. Ale to był dla mnie szalenie wyjątkowy czas!

Tydzień samotności – lekcje i wnioski

Czy zdażyło Wam się zostać we własnym domu na tydzień samemu? Z pewnością tak. Wiele z nas doświadczyło wyprowadzki od rodziców czy wyprowadzki na studia, w czasie którym mieszkała sama. Ale to coś innego. Inaczej spędza się czas we własnym mieszkaniu, miejscu, które przesiąknięte jest naszą codziennością, obowiązkami, bezpieczeństwem.

Ten tydzień spędziłam na wsi. W sobotę z rana zrobiłam zakupy na cały tydzień, aby później nie musieć jechać do miasta. Ba! Żeby nawet nie musieć iść do pobliskiego, wiejskiego sklepu.
Przez cały tydzień byłam tylko ja i nasze trzy psy. Żadnych sąsiadów, żadnych przyjaciół, rodziny. Tylko ja.
I muszę Wam powiedzieć: dawno nie spędziłam tak cudownego czasu!

Proza dnia

W tym tygodniu miałam bardzo mały pracy, więc postanowiłam to wykorzystać na zajrzenie w głąb siebie i przypatrzeniu się potrzebom mojego ciała i myśli. Nie miałam na ten tydzień żadnych konkretnych planów, żadnego harmonogramu. Nic nie zakładałam. Pozwoliłam, by natura wzięła nade mną górę i pokazała mi – na co jest teraz kolej.

Świt

Dzień zaczynałam koło 7-8 rano, choć pierwsze przebudzenie było około 4 nad ranem. To wtedy ptaki zaczynały swoje poranne świergoty, które przy otwartym balkonie zwyczajnie mnie budziło. Ale tak jak nie ma nic lepszego od przebudzenia się i zorientowania, że można dalej spać, tak nie ma nic wspanialszego od naturalnego budzika – śpiewu ptaków. To ponowne zaśnięcie odbywało się w niesamowitej aurze.

 

Ranek

Moja poranna rutyna była o tyle inna, od tej miejskiej. Po zejściu z piętra, pierwsze co robiłam to wypuszczałam psy na dwór i brałam się za ogarnięcie siebie i zrobienie sobie śniadania. W tym tygodniu postanowiłam, że nie będę jeść na śniadanie pieczywa. Chciałam, aby te poranki były inne niż w mieście. Spokojniejsze. Bliższe natury. W moim odczuciu – bardziej wiejskie.

Na śniadanie jadłam jajka na miękko, omleta bez mąki, za to z płatkami owsianymi i bananem, omleta z warzywami czy musli z maślanką.

W zupełnej ciszy, jadłam śniadanie w samotności. Siadałam w fotelu skierowanym na ogród i przygotowywałam się na resztę dnia.
Po śniadaniu brałam wszystkie psy ze sobą i szłam na spacer wśród pól i łąk.

Południe

Około godziny 11-12 kończyłam czytanie książki lub pracę. Robiłam się też powoli głodna, więc zaparzałam świeżo mielonej kawy, a z lodówki wyciągałam kawałek ciasta.
Siadałam na kanapie na tarasie, wystawiałam nogi ku słońcu i w ciszy delektowałam się smakami.

Uwielbiam wyroby mojej mamy. Pleśniak jest moim ulubionym ciastem, które mogę jeść bez końca. Idealne połączenie kwaśnego i słodkiego.

O czym wtedy myślałam? O niczym. To był mój czas. Moje wolniej.

 

Popołudnie

Około godziny 13:30 brałam się za robienie obiadu. Jadłam lekko i prosto. Makaron z serem białym polanym świeżo zmiksowanymi truskawkami, kalafior z fasolką i jajkiem sadzonym, a czasem, zamiast fasolki kroiłam zwykłego pomidora.

Och, cóż to były za obiady!

Naturalne smaki. Prostota smaków. Sama natura.
Bez przypraw, bez soli, czysty smak.

Po obiedzie znów zabierałam psy na spacer. Czasem chodziliśmy nad rzekę, aby psy mogły się przekąpać i troszkę schłodzić.

Do wieczora czytałam książkę i troszkę pracowałam.

 

Wieczór

Kiedy robiło się już ciemno lub komary za bardzo dawały o sobie znać, chowałam się do domu.

Czy doskwierała mi samotność? O dziwo nie.
Choć z początku trudno mi było znaleźć sobie zajęcie już w domu.

Wieczór to był dziwny czas. Za oknem jeszcze było “jasno”, można by było siedzieć, ale naturalne światło nie pozwalało już na czytanie. A co można robić o tej porze samemu jak nie czytać książki?

Pod wieczór, będąc już w domu, włączałam telewizor – oglądałam Milionerów albo Kuchenne Rewolucje. To był też czas na kolację i pójście spać.

Przez pierwsze dni dokańczałam pasztet pieczony i ser biały z czosnkiem od lokalnego obwoźnika. Czasem, dla urozmaicenia sięgałam po bób.

I szłam na piętro spać przy otwartym balkonie w akompaniamencie ptaków.

Ten tydzień był dla mnie bardzo dziwny. Jeszcze nigdy nie miałam tyle niezakłóconego czasu dla siebie. Czasu, w którym nie musiałabym dostosowywać się do kogoś. Bo jednak życie we dwoje, przebywanie z kimś, to zawsze jest jakieś uzależnienie się, zwracanie uwagi na cudze potrzeby, branie pod uwagę cudzych potrzeb.
Teraz tego nie było.

Jednak zauważyłam, że potrzebuję planu dnia. Potrzebuję, choćby elastycznych, ale ram czasowych i jasno postawionych zadań, które w tym czasie będę realizować. Potrzebowałam narzucić na siebie konkret: czy do godziny dwunastej będę pracować, uczyć się czy czytać książkę? Czy po obiedzie siadam do pracy, książki, czy sprzątania?

Potrzebowałam celu. Zadania.

Któregoś razu, na kilka tygodni przed samotnym pobytem na wsi, rozmawiałam z przyjaciółką o porankach i intuicji.

Przyjaciółka powiedziała mi, że codziennie rano zapisuje w specjalnym zeszycie myśli, z którymi wstała. Przemyślenia, które pojawiają się w jej głowie z samego rana, kiedy myśli nie są jeszcze wzburzone codziennością.

Pomyślałam, że ten tydzień będzie świetną okazją, aby spróbować przyjrzeć się swoim myślom i swojej intuicji. I ze zdumieniem zauważyłam, że rano działam bardzo zadaniowo. Czuję, że moim obowiązkiem jest wypuszczenie psów na dwór, aby mogły się załatwić i nie jestem w stanie ot tak sobie poleżeć wsłuchując się w siebie, dopuszczając swoją intuicję do głosu.

Po tym tygodniu z goryczą stwierdzam, że oddaliłam się od siebie.
Coraz rzadziej wsłuchuję się w potrzeby swojego ciała i ducha, a coraz więcej czasu poświęcam zadaniom i myślom: co muszę teraz zrobić, co powinnam teraz zrobić.

Ale mimo wszystko – przez ten tydzień byłam bardzo szczęśliwa! 

Zauważyłam jak bardzo miasto zaburza nasz naturalny rytm życia, zakłóca kontakt z samym sobą, sprawia, że gubimy się między tym co jest dla nas ważne, a tym – co nam wmówiono.

Ten tydzień był wyjątkowy. Dowiedziałam się o sobie bardzo dużo rzeczy. I dziś już wiem – że takie samotne tygodnie będę praktykować częściej. A sposób odżywiania i część porannych rytuałów – z pewnością przeniosę do miasta. Aby naturę czuć każdym zmysłem.

Ile razy można zaczynać od nowa?

Ile razy można zaczynać od nowa?

Ile razy można zaczynać od nowa? Ile firm wpisać w CV, żeby nie odstraszyć pracodawcy? Ile kierunków studiów można zacząć i nigdy nie skończyć, aby nie usłyszeć, że wyolbrzymiasz, nie doceniasz, wypominając równocześnie Twój wiek? Ile razy można się przeprowadzać, ilu mieć facetów przed powiedzeniem tak? Ile mostów można spalić, aby wciąż mieć dokąd wrócić? 

W poszukiwaniu siebie od nowa

Niedawno skończyłam 30 lat. Będąc na obiedzie u rodziców, zadano mi pytanie, czy nie czuję kryzysu wieku. W końcu „30” to taka pierwsza, poważna liczba! Dorosłość. Kiedyś uważaliśmy, że osoby mające 30 lat, mają już poukładane życie, stabilną pracę, dzieci, dom i żadnych niespodzianek przed sobą.
I wtedy zdałam sobie sprawę, że… nie mogę mieć kryzysu, bo przecież w moim życiu, poza mężem i rodziną, nie ma nic pewnego. 

Co chwilę zaczynam coś od nowa.
Nawiązuję nowe znajomości i relacje.
Tworzę nowe zapachy świeczek i nowy, pierwszy kurs o życiu wolniej.
Zmieniam wygląd bloga, instagrama i mojej szafy też.
I pierwszy raz wyjechałam z kimś na wieś, aby pracować wśród natury, a nie dźwięków silników odbijających się od ścian wieżowców.

Wypracowuję nowe rytuały. Poznaję nowe smaki.
Odrzucam dotąd znane mi idee, aby tworzyć swoje własne.

Wolno wolniej – to nurt, którego główną ideą jest życie w spokoju, bez eskalowania problemów i otaczania się negatywnymi emocjami. Łączy w sobie zamiłowanie do natury, życia w zgodzie ze sobą i umiaru.

Odcinam się od minimalizmu. Odcinam się grubymi krechami od zero waste i less też. Odchylam głowę ku słońcu i z dumą mówię: zaczynam życie jeszcze raz, od nowa. 

Od nowa – ale także z nową wiedzą, nowym doświadczeniem i już dokładniej zarysowanym celem. 

Zaczynając od nowa nie zaczynamy od zera. Od nowa nie znaczy odbijając się od dna.
To znaczy zgnieść kartkę z zadaniem domowym, które nam nie wyszło, z którego nie byliśmy zadowoleni i z nową wiedzą spróbować raz jeszcze. 

Zacząć od nowa to zrobić krok w przód.

Wszak trudno jest poznać siebie i odkryć to, co daje nam poczucie spokoju i bezpieczeństwa, jeśli nie podejmiemy kilku błędnych decyzji. To właśnie one, te błędne decyzje, najdokładniej mówią nam, od czego chcemy się strzec i jak chcemy spędzić resztę dni. 

30 lat i ani jednego punktu na liście TO DO

30 lat i ani jednego punktu na liście TO DO

Kiedy byłam małą dziewczynką, wydawało mi się, że osoby, które mają 30 lat, prowadzą już uporządkowane stateczne życie. Mają stabilną pracę, rodzinę… Kiedy patrzyłam na te osoby, wydawało mi się, że wiele się już nie zmieni. Że tak wygląda życie. Tak wygląda dorosłość.

Teraz i ja osiągnęłam ten wiek. I muszę przyznać, nie sądziłam, że w wieku 30 lat moje życie będzie tak diametralnie inne od tego, jak niegdyś o nim myślałam.

30 lat. Oczekiwania vs rzeczywistość

Przez ostatnie lata mojego życia, próbowałam poznać siebie. Oddzielić ziarno od plew, wartości te wewnętrzne, skryte, moje – od norm, którym podporządkowane jest społeczeństwo i społeczny ład. Obserwowałam nie tylko otoczenie, to, co dzieje się dookoła mnie, ale zaczęłam większa uwagę zwracać na emocje, które w tej sytuacji mi towarzyszyły.

Czy dobrze się z tym czułam?
Czy godzę się na takie zachowanie?
Czy czyjaś reakcja, słowa, gesty były zgodne z moimi wartościami?
Czy dla mnie to było ważne?

Możliwość poznawania siebie dała mi ogromną siłę. Rosnąca samoświadomość sprawiła, że zaczęłam oddzielać swoje reakcje i emocje od cudzych słów. Pojawiła się we mnie też odwaga do reagowania, gdy czułam się przez kogoś źle.

Nauczyłam się stawiać granice i mówić o nich.

Niektórzy zbliżający się do 30., tworzą listy marzeń i celów, które chcieliby do tego czasu zrealizować.
Kiedy składano mi życzenia urodzinowe zrozumiałam, że ja takiej listy nie mam. Czuję spokój i radość na myśl o mężu i rodzicach. Jestem zadowolona z mojego miejsca na Ziemi. Nauczyłam się doceniać to co mam i odnajdywać szczęście w rzeczach, które z pieniędzmi nie mają nic wspólnego.

Spokojny spacer do celu, na umówioną godzinę.
Głaskanie szorstkiej sierści psa.
Śniadanie zjedzone bez spoglądania na zegarek.
Dźwięki, które rezonują z myślami.
Książka czytana w promieniach słońca wpadających przez okno.

W wieku 30 lat nie mam stabilnej sytuacji. Moje myśli wciąż zaprzątają obowiązki i zobowiązania. Ale czuję się spełniona, czuję się bezpiecznie i spokojnie. Mam w sobie odwagę, aby żyć po swojemu i podejmować decyzje, czy godzę się na tych ludzi, emocje i zdarzenia w moim życiu, czy nie.

W wieku 30 lat nauczyłam się troszczyć o swoje dobre samopoczucie i emocje.
Stałam się człowiekiem, który decyduje o swoim losie.

Jednodniowy płynny detoks? Pewnie!

Jednodniowy płynny detoks? Pewnie!

Kiedy niedawno przeczytałam w Internecie, że właśnie mija rok odkąd żyjemy otoczeni pandemią, doznałam szoku. To już?! Chyba nie… – mówiłam sama do siebie niedowierzając artykułom. Aż w końcu moja mama powiedziała mi: Asia, w tym roku chyba też spędzimy Wielkanoc na wsi. I dopiero to zdanie uzmysłowiło mi, jak wiele zmieniło się w moim życiu. Wszak mija już rok!

Dopiero to zdanie uzmysłowiło mi, że przez ostatnie miesiące moja codzienność to dom. Obiad w domu, praca w domu, do tego wszystkiego zima i pandemia, które sprawiały, że wyjścia z domu ograniczałam do… – krótkiego spaceru z psem. I to by było na tyle z mojej aktywności fizycznej. Dom: stół-kanapa-łóżko. 50 metrów kwadratowych. 1000 kroków dziennie. Śniadanie, drugie śniadanie, czekoladka do kawy, obiad i kolacja- rytuał od lat nieprzerwany w mojej codzienności.
Od lat – a ostatni rok spędzam nieustannie siedząc w domu.

 

Ty też w pandemii czujesz się ze sobą źle?

Po ponad pół roku pracy z domu, ograniczając swoją aktywność fizyczną i jakikolwiek pobyt na świeżym powietrzu do minimum – zaczęłam coraz częściej czuć się ze sobą źle. Moje ciało zmieniło się. Mięśnie przestały być już zarysowane, brzuch stał się miękki, a ja stałam się jeszcze bardziej leniwa. Przestałam już mieć nadzieję, że siłownie i kluby fitness otworzą się.

Chandra spowodowana niezadowoleniem ze swojego ciała sprawiła, że zaczęłam zastanawiać się – co mogę zrobić, jak mogę zmienić swoją dietę jednocześnie nie ingerując w dietę męża? Gotowanie dwóch różnych obiadów byłoby marnotrawstwem jedzenia. A co ze śniadaniami? Co z kolacją? Patrząc na to jak bardzo ja nie lubię gotować, nagłe szukanie przepisów lekkostrawnych mijało się z celem. Już na samą myśl odechciewało mi się… zadbać o siebie. Dwie lewe kuchenne ręce, strata czasu i niepotrzebne nerwy – to nie miało najmniejszego sensu. 

Wiedziałam, że bez względu jak (nie)wielkiego kroku bym nie podjęła, to się nie uda. Nie na dłuższą metę. Wszak wielkie rewolucje nigdy nie trwają długo.

Musiałam znaleźć rozwiązanie, które nie będzie powodowało we mnie frustracji i będzie trwałe.

Postanowiłam wypróbować  coś, o czym usłyszałam na studiach, a co wtedy wydawało mi się szalenie dziwne – dietę lekkostrawną, półpłynną.

Postanowiłam raz w tygodniu robić sobie dzień odciążający organizm. Moja dieta składała się wtedy z soków, kefirów, maślanek, jogurtów i zupy.

Nie chcąc zrażać się do mojego pomysłu, w jednym z supermarketów znalazłam różne soki wieloowocowe i wielowarzywne. Zaczęłam wypijać dziennie 800 ml (4 buteleczki) soków. W chwili, w której odczuwałam większy głód – sięgałam dodatkowo po kefir lub maślankę.  Na obiad jadłam samą zupę, bez drugiego dania.

Taki płynny detoks postanowiłam uprawiać raz w tygodniu, nie więcej. To miał być jeden oczyszczający organizm, nadający lekkości ciału dzień. Bez presji, bez celu schudnięcia. Jeden dzień diety lekkostrawnej, półpłynnej.

Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że taka dieta wcale nie powoduje, że czuję się bardziej głodna. Uczucie “coś bym zjadła” niwelowałam gęstszymi płynami, typu maślanka, czasem dorzucając do niej owoce lub ziarna. 

 Chciałam zmienić swoją dietę, ale nie chciałam rewolucji.

Choć może kupne soki nie brzmią niewiarygodnie zdrowo, dla mnie były pierwszym krokiem ku zadbaniu o siebie i wprowadzenie trwałych zmian żywieniowych. Okazało się, że jeden dzień na takiej diecie nie jest dla mnie uciążliwy. 
Gotowe soki były bardzo wygodne. Wystarczyło po nie sięgnąć i już. Bez bałaganu i bez robocizny. Małe pojemności soków pozwoliły mi się też oswoić z niektórymi smakami. 

Dziś niektóre soki robię sama. 
Nie narzucam na siebie presji zdrowego odżywiania każdego dnia. Ale raz w tygodniu wyciągam z szafki sokowirówkę i działam. I mam z tego ogromną frajdę! 

Tylko takie zmiany w naszym życiu mają sens – takie, które nie są dla nas ciężarem.

A jak jest u Was? Czy pandemia zweryfikowała i zmieniła w jakiś sposób Wasz styl odżywiania się?

Jak przestałam być więźniem swojego telefonu

Jak przestałam być więźniem swojego telefonu

Zdarzyło Wam się kiedyś oddzwonić do kogoś, a może zbyt późno odebrać połączenie, i na dzień dobry usłyszeć w słuchawce telefonu: co nie odbierasz?! Mi się zdarzyło.  I o ile za pierwszym razem byłam po prostu zaskoczona tą pretensją, tak przy kolejnych razach zaczęłam czuć już złość słysząc takie słowa. Przecież to, że ktoś dzwoni, nie znaczy, że muszę mieć czas lub chęci na rozmowę. Przecież mogę być akurat zajęta.
I niby każdy z nas to wie, że ma swoje życie, że czasem jest zajęty a czasem nie słyszy telefonu, a jednak denerwujemy się, kiedyś ktoś od nas nie odbiera.
Zaczęłam zastanawiać się – dlaczego tak się dzieje?
Czy aż tak bardzo jesteśmy uzależnieni od swoich telefonów, że zawsze mamy je przy sobie?
Jak to możliwe, że jeszcze kilka lat temu telefon był tylko na kablu, a teraz złościmy się, że ktoś odebrał telefon dopiero po trzecim sygnale?

Tak nie będzie! – powiedziałam sobie i postanowiłam przypatrzeć się swoim zachowaniom.

Telefon nie będzie miał nade mną władzy!

Czy to zdanie “telefon nie będzie miał nade mną władzy” nie brzmi Wam dziwnie? Dla mnie brzmi bardzo dziwnie i przerażająco.  A jednak! Kiedy przyjrzałam się swoim nawykom, okazało się, że telefon mam cały czas przy sobie. Bez względu czy idę z psem na spacer, oglądam z mężem film, leżę w łóżku – cały czas mam przy sobie telefon z włączonym internetem. Co kilka minut podnoszę klapkę mojego telefonu i sprawdzam powiadomienia, jakie wyświetlają się na jego ekranie. I za każdym razem dochodziłam do wniosku, że to nic ważnego.
Nic ważnego – a jednak sprawiało, że sprawdzałam co to.

Telefon miałam zawsze tak bardzo przy sobie, że dzwoniący lub piszący do mnie ludzie przyzwyczaili się do tego, że w przeciągu chwili odbiorę połączenie lub odpiszę na wiadomość.

Przyglądając się temu, jak bardzo przywiązaliśmy się do posiadania blisko siebie telefonu, postanowiłam, że czas uwolnić się z jego niepozornych szponów. Doszłam do wniosku, że nie chcę, aby ktoś miał do mnie pretensje za to, że jestem zajęta, że skupiam się w tym momencie na czymś innym, choćby tym czymś było oddawanie się przyjemnościom.
Stopniowo zaczęłam ograniczać moje przywiązanie do telefonu.

 

Idąc spać – wyłączałam internet.
Każdy dźwięk powiadomienia na telefonie sprawiał, że przekręcałam się na drugi bok, aby sięgnąć po telefon i zobaczyć kto napisał. Czułam się w jakimś dziwnym obowiązku napisać tej osobie, że już śpię i porozmawiamy jutro.
Skąd ten obowiązek? Przecież jest późno, mam prawo spać! – Zastanawiałam się.

 

Wychodząc z psem na spacer – wyłączałam internet.
Kiedy Lupo była mała, lubiłam mieć przy sobie telefon. Nigdy nie wiedziałam, czy nie będę potrzebowała ściągnąć Dawida na dwór, aby pomógł mi z psem. Czułam się bezpieczniej wiedząc, że mam przy sobie narzędzie, które pozwoli mi się szybko skontaktować z mężem.

 

Będąc na zakupach – wyłączałam interent.
Pamiętam, jak często będąc na zakupach spożywczych, ja reagowałam na każdy dźwięk telefonu – odpisywałam na wiadomości i wszelkie powiadomienia. Jeśli ktoś właśnie dzwonił – nie było problemu, odbierałam. Raz miałam połączenie w sprawie e-booka: Oszczędzaj dzięki uważności i życiu wolniej. Pół godziny snułam się po sklepie za moim mężem, prowadząc rozmowę.
Tego dnia, na tych zakupach – byłam całkowicie zbędna!

 

Uzmysłowiwszy sobie jak bardzo telefon stał się nieodłączną częścią mojej codzienności, doszłam do wniosku, że tak nie może być! Nie mogę nosić go wszędzie ze sobą w obawie, że stanie się “coś strasznego” i nie odpiszę na jakąś wiadomość lub nie odbiorę połączenia.
I nie może być tak, że w telefonie będę miała tak bardzo ważne rzeczy, że będę bała się je utracić!

Stopniowo zaczęłam eliminować telefon z mojej codzienności.

Idąc spać – już nie wyłączałam internetu – zostawiałam telefon w salonie, pozwalając sobie odpocząć od niego, od świata, od bodźców i przygotować się do snu.

Jadąc na zakupy czy wychodząc z psem na spacer – zostawiałam telefon w domu. Tych kilka minut poza zasięgiem nie mogły przecież negatywnie wpłynąć na mój świat.

Aż doszło do tego, że spędzając czas sama ze sobą – zaczęłam świadomie, z miłości do siebie wyłączać internet.

To był mój czas dla mnie. Mój czas na książkę, na przemyślenia, na spokój i relaks. To był mój czas z książką, i to ja podjęłam decyzję, czy chcę, aby w tym momencie mi przeszkadzano, czy nie. Nie los ją podjął, tylko ja.

Nareszcie to ja zaczęłam decydować, czy chcę aby mi przeszkadzano, czy nie. Czy chcę teraz rozmawiać, czy nie.

Aż pewnego dnia zgrałam wszystkie zdjęcia na dysk zewnętrzny i zresetowałam ustawienia telefonu.

Straciłam wszystkie wiadomości i aplikacje.

Zaczęłam od zera.

 

Telefon to tylko narzędzie.

Przedmiot.

Rzecz, która daje możliwość.

Daje możliwość.

Nic więcej,

Odkąd telefon przestał być dla mnie najważniejszy, odkąd przestałam go nosić wszędzie ze sobą, zyskałam przestrzeń.

Zyskałam przestrzeń do pracy, kontemplacji, szaleństwa. Zaczęłam dostrzegać więcej rzeczy wokół mnie i wewnątrz mnie. Przestałam mieć wyrzuty sumienia na widok niedobranego połączenia czy nieodczytanej wiadomości.