Dlaczego warto pozbyć się starych ubrań z szafy

Dlaczego warto pozbyć się starych ubrań z szafy

Czy wiesz ile masz ubrań, w których naprawdę chodzisz? Wbrew pozorom to bardzo ciekawa sprawa!
Ilości ubrań w mojej szafie zaczęłam przyglądać się w momencie, w którym dostrzegłam, że mój maż ma… raptem kilka ubrań. I to dosłownie – kilka. Cały swój odzieżowy majdan trzyma w trzech, może czterech szufladach. Natomiast ja – ja mam do dyspozycji trzydrzwiową szafę! Ale czy we wszystkich ubraniach chodzę? Nie. Więc po co je trzymam?

Dlaczego warto pozbyć się starych ubrań

W mojej szafie znajdowały się najróżniejsze ubrania. Ubrania, które pamiętały moje pierwsze szkolne miłości, nastolatkowy bunt, studenckie stresy związane z zaliczaniem ćwiczeń a także biurową elegancję, w której miałam przyjemność przemierzać korporacyjne alejki. Cały wachlarz ubrań, w każdym możliwym rozmiarze! Od spodni XS po bluzy XL – z tego samego okresu! I choć pogodziłam się z tym, że już nie schudnę do tego rozmiaru spodni, a nawet jakbym schudła, to nie wejdę już w te t-shirty, bo zwyczajnie z nich wyrosłam, zmieniła się moja sylwetka, stała się bardziej kobieca – trudno było mi się ich pozbyć. To były dobre ubrania! Niezniszczone. Ładne. Niektóre – nigdy nie noszone… To były też setki wydanych pieniędzy.

Więc trzymałam te rzeczy.

Co o bałaganie mówi zen

Bałagan w szafie, chaos panujący wśród torebek, butów i ubrań są dowodem na brak kontroli emocjonalnej.
Jeśli bałagan dotyczy miejsca, w którym śpimy, oznacza to, że mamy nierozwiązane sprawy, które należy doprowadzić o końca.

Pozbywanie się dobrych, choć już nienoszonych ubrań nie jest łatwe. Nie tylko jest to wynikiem emocjonalnego przywiązania się do przedmiotów, ale także gdzieś tam z tyłu głowy krąży nam myśl, że to się kiedyś przyda. A może będę w tym chodzić po domu, żeby nie niszczyć dobrym, codziennych ubrań? A może schudnę i wtedy będę je nosić? A może wydarzy się coś, jeszcze nie wiem co i okaże się, że te ubrania będą jak znalazł?!

Przywiązujemy się do ubrań, które kiedyś sprawiały nam radość, były elementem własnej terapii zapominając chociażby o tym, że zmieniamy się. Zmienia się nasz styl i nasze wartości.

Co o trzymaniu starych przedmiotów mówi  zen

Gromadzenie przedmiotów, których już nie będziemy używać, świadczy o życiu w przeszłości, nagromadzonych lękach i obawach. Trzymając je – pozwalamy przeszłości i strachom przejąć nad nami kontrolę. Natomiast pozbywając się ich – dajemy sobie szansę na nowe możliwości, nowe myśli – przestrzeń dla nowej energii.

Pozbycie się ubrań, w których już nie chodzę, nie było łatwe. Kiedy wyciągnęłam wszystkie nienoszone przeze mnie ubrania na łóżko, wiedziałam, że wszystkich się nie pozbędę. Było tego za dużo. Świadomość, że pozbywam się tylu dobrych ubrań była dla mnie straszna.

Postanowiłam, że ubrania uniwersalne – zachowam. Są to rzeczy ponadczasowe, niezależne od stylu. I choć dziś w nich nie chodzę, wiem, że się przydadzą. Te ubrania poskładałam i dałam na górę szafy.
Natomiast wszelkiego rodzaju bluzy, sukienki, bluzki i spodnie, które nie były już w moim stylu – bez skrupułów rzucałam na podłogę!

Ale wiedziałam, że robię to dla siebie – dla mojego lepszego samopoczucia. Dla przestrzeni – nie tylko tej w szafie, ale i tej w mojej głowie, duchu, sercu.

Nie mój styl – to podejście okazało się kluczem do mojego sukcesu w odgracaniu szafy.

Zmieniłam się.
Nie było sensu trzymać czegoś, w czym wstydziłabym się wyjść lub czułabym się niekomfortowo

A moja szafa? Odetchnęła świeżym powietrzem.
Zrobiło się w niej miejsce na ładnie ułożone ręczniki, a nie jak było do tej pory – poukładane na ścisk. Znalazło się także miejsce dla kartonów, w których wysyłam do Was świeczki :). I choć nie jest to może spektakularna zmiana w życiu – czuję, że jest mi lepiej.

Czuję się wolniejsza.
Miło jest nie trzymać się kurczowo przeszłości i dać sobie szansę na życie teraźniejszością i akceptację siebie.

Dlaczego tak ważny stał się dla mnie porządek w domu

Dlaczego tak ważny stał się dla mnie porządek w domu

Lubicie preteksty? Ja bardzo lubię! Preteksty sprawiają, że z większą łatwością przychodzi nam zrobienie tego, czego się boimy, obawiamy, albo zwyczajnie nam się nie chce i odkładamy to na później.
Już od dawna chodziło mi po głowie wysprzątanie naszego mieszkania. I nie mam tu na myśli codziennych porządków, a wysprzątanie go na błysk – razem z praniem dywanów, myciem okien i żaluzji. Święta Wielkanocne były do tego idealnym pretekstem! I nie dlatego, że bez sensu sprzątam i myję okna  dla Jezuska. Moje sprzątanie zbiegło się z naszą ludową, świecką tradycją, która nie tylko jest głęboko zakorzeniona w nas samych, ale wynika z mojej potrzeby i miłości. Zresztą, mówiłam Wam już o naszym rytuale, który polega na sprzątaniu mieszkania przed każdym wyjazdem.

Teraz, w dobie pandemii, pracy w domu i rozkochaniu się w spokoju – czyste wnętrza nabrały dla mnie nowego znaczenia.

Wpływ porządku na naszą energię i samopoczucie

Z porządkiem w domu jest jak z uprawą roślin – zapomnij o nich na chwilę, a zwiędną nim się obrócisz. W przypadku porządku wystarczy chwila nieuwagi, a półki z książkami już okraszone są drobinkami kurzu, okna są pełne smug, a w kątach pokoju kotłują się ze sobą kłębki sierści psa. O kurzu na kuchennych lampkach nawet nie będę mówić, bo to aż wstyd. A żaluzje? Bez komentarza.

Ale kiedy to wszystko się ogarnie, kiedy poświęci się dzień (dwa…) na takie porządne, solidne posprzątanie domu, na umycie podług, pościąganie bibelotów i książek z półek, kiedy wymieni się zeszłoroczną ziemię w roślinkach i umyje okna z tymi nieszczęsnymi żaluzjami – efekt zapiera dech!

Całe mieszkanie jest nagle o 15kg lżejsze, pokój jakiś jaki jaśniejszy, nagle chce się tu żyć! Człowiek jeszcze bardziej docenia ten swój kąt, odkrywa na nowo jak bardzo jest przytulny i taki jego, i… – czuć w nim po prostu radość. Widać, że są to cztery ściany szczęśliwych ludzi. Że mieszka tu miłość i dobra energia.

Nie wiem czy wyjątkowość tego efektu tkwi w spokojniejszym stylu życia, nowych nawykach, które już udało nam się wypracować czy w zmianie sposobu myślenia o sprzątaniu i czystym mieszkaniu. Ale jedno wiem na pewno: chcę, aby to uczucie spokoju, harmonii i lekkości, które czuliśmy patrząc na nasz wolny od zaniedbania dom – gościło u nas jak najczęściej!

Dzięki porządkom udało nam się:

  • wpuścić więcej słońca do pokoju,
  • sprawiliśmy, że promienie słońca pięknie odbijały się od podłóg i mebli tworząc zjawiskowy efekt,
  • wyeksponowaliśmy rośliny na półkach, zwłaszcza tych czarnych,
  • dodaliśmy wnętrzom wizualnej lekkości,
  • sprawiliśmy, że przepływ powietrza stał się swobodniejszy,
  • tkaniny zmieniliśmy na lżejsze w teksturze i kolorze,
  • pochowaliśmy powodujące chaos przedmioty,
  • wprowadziliśmy zapach do wnętrz używając wosków do kominka,
  • pozbyliśmy się niepotrzebnych przedmiotów,
  • ograniczyliśmy ilość przedmiotów, która zaburzała nasze uczucie spokoju.

Niektórzy mogą powiedzieć, że na punkcie sprzątania mamy jakiegoś bzika, że to chore i strata czasu. Ale dla nas – w czystym, skąpanym słońcem i zapachem mieszkaniu – po prostu żyje się przyjemniej. Zwłaszcza energia pochodząca od słońca stała się dla nas bardzo ważna. Urzeka nas jego przemijanie i zmiana kolorów w zależności od pory dnia. Rano budzące się do życia promienie są delikatne, blade, pastelowe. Ospale, jeszcze niezdarnie próbują dostać się do naszej sypialni. W ciągu dnia promienie słońca stają się szalenie intensywne,  bez krępacji podkreślając biel naszych mebli, aby wieczorem przybrać kojącej myśli, ciepłej, pomarańczowej barwy.

WPROWADŹ NATURĘ DO SWOJEGO DOMU

zobacz nasze świeczki pełne leśnych zapachów

Choć dbając o wygląd, a za razem czystość naszego mieszkania, jesteśmy w stanie wprowadzić do niego naturalne światło, kolory, zapach i życie, poprzez kwitnące rośliny, to tak naprawdę co innego jest dla nas ważne.

Harmonia i spokój, które są wtedy w naszym domu – przekładają się na nasze samopoczucie.

Sprawiają, że nie tylko stajemy się lepsi dla siebie, naszej małej, dwuosobowej rodziny, ale także stajemy się bardziej wyrozumiali względem innych. Na co dzień nie zdajemy sobie sprawy, jak działa na nasz organizm naturalne światło, otaczanie się naturą i jak bardzo potrafią koić nasze zmysły barwy, zapachy i tkaniny. Wpuszczając naturę do naszego domu, choćby poprzez możliwość przebicia się przez umyte okna, kwitnięcie roślin i otulanie mieszkania zapachem ziemi – dajemy sobie szansę na wyciszenie naszych myśli, spokój i równowagę.

To nie chęć posiadania czystego mieszkania sprawia, że porządek w domu stał się dla nas ważny. Jest to chęć życia bez negatywnych, toksycznych emocji. Spokój i harmonia wokół nas sprawia, że  problemy, które napotykamy każdego dnia, są łatwiejsze do pokonania. Nic nie rozprasza naszej energii i nie dokłada zbędnego balastu. 

Wszak trudno jest się denerwować i szarpać nerwy, kiedy dookoła nas spokój i piękno samej natury.

Nie uważasz?

O co naprawdę chodzi z myciem okien dla Jezuska

O co naprawdę chodzi z myciem okien dla Jezuska

Wielkimi krokami zbliża się do nas Wielkanoc, a wraz z nią pojawiają się pierwsze krokusy, ptaki powoli szykują się do lęgu a wśród ludzi daje się już usłyszeć drwiące słowa, przypominające powitalny uścisk cioteczki – niby serdeczny, niby pełen uśmiechu, ale karykaturalnie mocny, przesadny, taki trochę na złość – bo przecież każdy wie, że tak witanym nikt nie lubi być.
A jednak za każdym, gdy cioteczka nas odwiedza – odprawia ten swój rytuał myśląc, że ten groteskowy uścisk bawi nas tak samo jak ją.

Tylko czy sednem spotkania z ciocią jest jej powitanie?
Czy Jezusek też mył okna tuż przed swoim zmartwychwstaniem?

 

Nie myję okien dla Jezuska!

Kiedy jesteśmy dziećmi i mieszkamy z rodzicami, nasze wspomnienia wyglądają mniej więcej tak: tuż przed Świętami rodzice biorą się za wielkie sprzątanie! Poświęcają cały weekend na porządki. Tata ściąga firanki, bo jest wysoki i dosięga do karnisza. A mama bierze te firanki i leci z nimi do łazienki, aby zaraz wrzucić załadować nimi pralkę. I upewnia się tylko, czy aby na pewno program został ustawiony na delikatne i bez wirowania. A kiedy nic już nie utrudnia dostępu do okien, dochodzi ciebie krzyk: chcesz umyć okna?
Pewnie, w końcu co innego mam do roboty – odpowiadasz, biorąc jednocześnie głęboki wdech.

I choć jesteś zła, bo właśnie oderwano Cię od przyjemnego nic nierobienia, to gdzieś tam czujesz ulgę, że trafiło Ci się mycie okien a nie podłóg.

Ale z każdym ruchem szmatki po zakurzonych oknach, myślisz sobie: po co? Po co na Wielkanoc myć okna? Jaki to ma sens? No ok, Jezus zmartwychwstał, ale jak nie umyję okien to historia się nie zmieni.

A później dorastasz.
Wyprowadzasz się z rodzinnego domu.
Znów po zimie przychodzi wiosna. I znów przychodzi Wielkanoc.

A Ty? Co to oznacza dla Ciebie?

Dla mnie Wielkanoc jest swojego rodzaju testem dojrzałości.
Daje nam znać, czy wciąż żyjemy przeszłością chowając urazę do rodziców za zmuszanie nas do sprzątania, czy może dojrzeliśmy na tyle, aby zrozumieć, że to nie z miłości do Jezuska było to całe sprzątanie. 

Czy zwróciłyście uwagę na to, że porządku wielkanocne przypadają na ten okres, w którym możemy już pożegnać się z zimowymi temperaturami, schować w najdalszy kąt szafy puchowe kurtki, a na dworze zaczyna być już coraz cieplnej?

Tylko butów w przedpokoju jakoś tak przybywa – nie wiadomo, czy zostawić tylko te wiosenne czy zimowe, więc trzymamy wszystkie pary pod ręką.

 

Wielkanoc przypada na początek wiosny. Czasu, w którym przyroda zaczyna budzić się do życia i odradzać się z zimowego snu. Brązowe, nijakie gałęzie drzew powolutku obrastają w pąki. Ptaki zaczynają obczyszczać swoje gniazda i budować nowe szykując się do pierwszego w tym roku lęgu. I my – oczyszczamy nasz dom z ciężkiej, ospałej zimowej energii wprowadzając do niego światło, lekkość i świeże powietrze.

Kiedy sprzątam nasze mieszkanie pod koniec marca – nie robię tego z okazji zbliżających się świąt Wielkanocnych i nie robię tego dla Jezuska. Robię to dla siebie i dla mojego męża, którego bardzo kocham. Robię to dla nas, aby to nam żyło się w tym naszym mieszkaniu przyjemniej. Chcę wprowadzić do niego i do naszego życia nową energię, wiosenną radość i młodzieńczą miłość, która gdzieś tam już powoli zaczyna krążyć w powietrzu.

Po prostu – kocham, więc chcę dla nas jak najlepiej. Chcę dla nas miło. Na nowo. Jeszcze raz.

Czy to coś złego, że moją miłość okazuję poprzez stworzenie przyjemnych warunków do wspólnie spędzanego czasu?
Czy to coś złego, że z miłości umyję okna, żaluzje i firanki?
Czy to coś złego, że zrobię to z miłości do męża?
Czy to coś złego, że zrobię to z miłości do siebie?

A czy to coś złego, że zrobię to z miłości do Jezusa?

Czy to jest naprawdę powód do drwin, robić w swoim domu coś z miłości?

Jak mój mąż nauczył mnie mieć mniej

Jak mój mąż nauczył mnie mieć mniej

Nasz związek z Dawidem rozpoczął się jak byliśmy nastolatkami, mieliśmy po 15-17 lat. Dawid mieszkał wtedy w Zabrzu, a ja w Warszawie, każde z nas jeszcze na rodzinnym garnuszku. I choć wtedy byliśmy tylko dziećmi, już można było zobaczyć, jak bardzo różnimy się w ilości posiadanych przez nas przedmiotów i podejściu do nich.
Kiedy Dawid przyjeżdżał do mnie do Warszawy, miał ze sobą małą torbę/plecak z ubraniami. Natomiast, kiedy to ja jechałam do niego – miałam dwa razy więcej bluzek niż potrzebowałam, dodatkowe spodnie, spódnicę, kosmetyków co nie miara a moja torba wyglądała, jakbym przyjechała do niego na dwa tygodnie, a nie trzy dni.

Za każdym razem, kiedy się widzieliśmy – byłam zaskoczona tą dysproporcją.

I nie inaczej było, kiedy zamieszkaliśmy już razem na swoim…

 

 

Jak mój mąż zmienił moje podejście do rzeczy

Jesteście w stanie sobie wyobrazić, że… moje ubrania znajdują się w trzydrzwiowej szafie, a Dawida w trzech szufladach komody? Uwierzycie w to, że moje rzeczy potrafią się wysypywać z szafy w tym samym momencie, w którym Dawida szuflady są w połowie puste?

Kiedy zamieszkaliśmy razem, mała ilość ubrań mojego męża, przerażała mnie. Czułam wyrzuty sumienia, że on ma tak mało ubrań. A z drugiej strony zachodziłam w głowę i zastanawiałam się: jakim cudem on zawsze tak dobrze wygląda? Jak można mieć tak mało, a wyglądać, jakby miało się tak wiele?

Różnica w ilości posiadanych przez nas ubrań była dla mnie tak niezrozumiała, że zaczęłam przyglądać się Dawida zachowaniom. Zwracałam uwagę na to kiedy i co na siebie zakłada.

 Moje pierwsze wnioski były… żadne. Dawid codziennie ma na sobie czyste, świeże ubranie. Tak jak ja.

Koniec wniosku.

O co więc chodzi?! – Zastanawiałam się. Skąd ta różnica? I przede wszystkim: dlaczego ja nigdy nie mam w co się ubrać, a on ma zawsze?!

Wierzcie lub nie, ale w pewnym momencie odkrycie tej tajemnicy stało się dla mnie zadaniem numer jeden. Było dla mnie priorytetem!

Zaczęłam więc przyglądać się praniu, które składałam i rozdzielałam do szafek.

W końcu – obserwowanie naszych zwyczajów mogło mnie zawieść, ale namacalne dowody – nie. Znając moje zwyczaje związane z ubiorem, chciałam zobaczyć, przekonać się, o ile więcej pranych jest moich ubrań.

I ku mojemu zaskoczeniu, różnica wcale nie była duża. Odkryłam za to coś zupełnie innego!

Odkryłam, że przeważnie piorę te same ubrania.

Problem nie leżał w ubraniach, w których chodziłam, a w tych, których nie używałam.

Zamiast przyglądać się co nosi Dawid, zaczęłam większą uwagę skupiać na tym, co ja noszę. Po które ubrania sięgam i dlaczego? Zaczęłam też zwracać uwagę na to, jak często sięgam po te ubrania „z tyłu”?

I wtedy zrozumiałam:

  1. Mam tyle samo ubrań (w których chodzę) co mój mąż.
  2. Mam znacznie więcej ubrań, w których nigdy nie chodzę, niż mój maż.
  3. Mój mąż ma mało ubrań, ponieważ więcej nie potrzebuje. Ja mam dużo ubrań – bo boję się mieć mniej.

Zrozumiałam, że boję się pozbyć z mojej szafy ubrań, w których nie chodzę. Czego się bałam? Nie wiem. Może, że wydarzy się coś takiego, że zabraknie mi tych ubrań? Może chciałam mieć ubrania na czarną godzinę? Może gdzieś tam żyłam w przekonaniu, że dziewczyna powinna mieć dużo ubrań, że to jest normalne? A może było mi szkoda się ich pozbyć bo… kiedyś za nie zapłaciłam i to byłoby wyrzucenie pieniędzy?

Ponownie wróciłam do obserwowania mojego męża.

Tym razem chciałam zobaczyć jak fizycznie mała ilość ubrań, przekłada się na jakość jego życia i ilość prania. Czy mając mniej ubrań musimy częściej robić pranie? Czy mała ilość ubrań w jakiś sposób wymusza na nas większą ilość czynności z tym związaną?

I wiecie co?

Nie.

Prania robię tyle samo, co robiłam.

Problem nie leżał w ubraniach, w których chodziłam, a w tych, których nie używałam.

Obserwowanie jak mój mąż funkcjonuje z tak małą ilością ubrań sprawiła, że zaczęłam nabierać przekonania, że da się żyć z małą ilością ubrań. Może to brzmi śmiesznie, ale dla kogoś, kto zawsze miał tych ubrań dużo, akceptacja takiej nowości stanowiła ogromną zmianę.

Z czasem zaczęłam nabierać sił i odwagi do tego, aby przejrzeć całą swoją garderobę i zrobić w niej porządek. Aby odgracić przestrzeń, na której widok czułam osłabienie i odzyskać wolność także w tym obszarze mojego życia.

I choć mój maż nie jest typem człowieka, który żyje według jakichś ideologii, nauczył mnie minimalizmu w najlepszy sposób, w jaki tylko mógł.

Nie narzekał na ilość ubrań w mojej szafie, nie marudził, kiedy wracałam ze sklepu z kolejną parą spodni. Nie komentował moich konsumenckich wyborów. On zrobił coś znacznie lepszego – dał mi przykład. Pokazał, że się da. Że to nic złego. Że tak jest dobrze.

Pokazał.

A ja mu w tym zaufałam.

Minimalizm – przestrzeń dla myśli [pobierz checklistę]

Minimalizm – przestrzeń dla myśli [pobierz checklistę]

Z minimalizmem, jak i z innymi głośnymi modami, mam problem. Może jest to spowodowane moją wysoko wrażliwą osobowością, ale tak samo jak było w przypadku mody na zero waste, mam poczucie, że i minimalizm przybiera niewłaściwy tor. Coś, co miało dać nam przestrzeń i oduczyć nas konsumpcjonizmu zmieniło się w kolejne wyzwanie i wyścig w bezrefleksyjne posiadanie jak najmniejszej ilości rzeczy.

Bo czy nie macie wrażenia, że od pozbycia się 100 rzeczy ważniejsze zrozumienie, dlaczego właśnie teraz chcemy pozbyć się akurat tych przedmiotów?

 

Minimalizm – przystanek w poznawaniu siebie

Odkąd pamiętam nie lubiłam wyrzucać rzeczy. Gdzieś tam z tyłu głowy zawsze miałam: może kiedyś ci się to przyda? Lepiej zostawić. Tym sposobem w rodzinnym domu dokupowałam kolejne meble i pojemniki, aby mieć gdzie te wszystkie przydasie przetrzymywać.
Kiedy przeprowadziliśmy się na swoje, powiedziałam: koniec z tym! Nowe mieszkanie możemy urządzić uważnie. Teraz jest najlepszy moment, aby mieć w nim tylko to, co jest nam naprawdę potrzebne, bez zagracania go.
Po czterech latach życia na swoim… – dorobiliśmy się całkiem ładnej kolekcji rzeczy niepotrzebnych.

I choć rozsądek nawet już nie podpowiadał mi, on krzyczał do mnie, abym pozbyła się tych przedmiotów – ja groziłam mu palcem wiedząc lepiej. Wiedząc, że kiedyś te rzeczy na pewno mi się przydadzą. Te rzeczy – spodenki od wf’u z liceum…

Jednak, mimo tego, że od dawna nosiłam się z zamiarem uporządkowania swojej przestrzeni – bałam się to zrobić. Bałam się wyrzucić coś, za co dużo zapłaciłam, co było dla mnie ważne, choć było bezużyteczne lub niefunkcjonalne.

Czego się bałam? Chciałabym powiedzieć, że nie wiem.
– Może bałam się oceny innych osób?
– Może wypadało coś mieć?
– Może bałam się, że mała ilość rzeczy sprawi, że w tym domu nie będzie czuć mnie, będę bezosobowa? 

Przez strach zmierzenia się z własnymi lękami, trzymałam te wszystkie moje obawy i wspomnienia, jednocześnie próbując odnaleźć obecną siebie.

Czy to nie brzmi dla Was absurdalnie – jak emocje związane z przedmiotami nie pozwalają nam rozprzestrzenić własnych skrzydeł?

Dziś jestem już po pierwszym kroku odgracania mojej przestrzeni i zrywania z demonami przeszłości.

Wyrzucając przeszłość, pozbywając się przedmiotów, do których miałam sentyment, ale z którymi już się nie identyfikuję i „to nie jestem już ja” – poczułam, że rośnie moja akceptacja obecnej siebie. Czułam, że daję sobie miejsce na nowe i na zmianę. Coś, co powodowało mój niepokój i lęk – zostało wyrzucone, a miejsce po tym – uporządkowane.

Teraz mogę podjąć nową decyzję: czy chcę to miejsce zostawić puste czy zapełnić?
A jeśli chcę zapełnić: to  czym? Jaką sobą?

Kiedy wybierałam swoje słowo roku, nie wiedziałam czego się spodziewać. Wiedziałam, jaki cel chcę osiągnąć, wiedziałam, że chcę lepiej poznać siebie. Ale nie wiedziałam, jaką to wszystko obierze drogę. 

Dziś już wiem, że poznanie siebie wymaga od nas ogromnej odwagi.
Nagle nie uczymy innych jak mają żyć, nie mówimy innym jak powinni postąpić. Nagle skupiamy się na sobie stając się jednocześnie uczniem i nauczycielem. Ta postawa wymaga od nas ogromnej uważności i równowagi między byciem dla siebie surowym a pobłażliwym.

W (moim) minimalizmie nie chodzi o to, aby bezrefleksyjnie pozbyć się wszystkiego, czego mamy w nadmiarze lub co budzi nasze emocje – działając wbrew sobie.
Chodzi o to, aby uwolnić się od toksycznej siły przyciągania przedmiotów i strachu przed opinią innych, dając sobie szansę na poznanie siebie i skupienie się na tym, co dla nas jest naprawdę ważne i zgodne z nami.

Na sam koniec przygotowałam dla Was check-listę, która pomogła mi w poznaniu, które z miejsc w naszym domu wymagają uporządkowania.

Dajcie znać z czym mieliście największe problemy robiąc przestrzeń dla lepszego poznania siebie.

Minimalizm – ile to jest przedmiotów?

Minimalizm – ile to jest przedmiotów?

Minimalizm. Druga filozofia, która zaraz po „zero waste”, wzbudza we mnie ogrom mieszanych emocji. Lubię powiedzenia, które mówią, że coś nie jest modą lub ideą, ale jest stylem życia, np. minimalizm to nie moda, to styl życia. To powiedzenie choć ma trochę żartobliwy wydźwięk, to w dosadny sposób pokazuje, w jak bardzo zły sposób podchodzimy do różnych idei, trendów, poglądów.

Bo czym się różni styl życia od mody?

 

 

Minimalizm nie zna liczb

 

Pamiętam moment, w którym pierwszy raz zaczęłam zwracać uwagę na ilość posiadanych rzeczy.
Po wprowadzeniu się do naszego mieszkania, w sypialni mieliśmy (i wciąż mamy) komodę z sześcioma szufladami oraz szafę z trzema drzwiami. Szafa – w połowie (jak nie więcej) wypełniona jest moimi rzeczami: tymi, w których chodzę obecnie oraz tymi, których nie miałam na sobie już bardzo długi czas, ale są zbyt dobrej jakości, żeby je wyrzucić. Nie ma w niej ani jednej rzeczy mojego męża.
Natomiast w komodzie – w jednej szufladzie znajdują się moje perfumy, w innej – pościel. Pozostałe cztery szuflady, do połowy puste, należą do mojego męża. Tylko tam.

To był dla mnie fenomen. Jak można mieć tak mało ubrań?!

Zaczęłam przyglądać się jego stylowi i zachowaniu. Co ubiera, jak często zmienia. Czy w ogóle wystarcza mu tych ubrań?
Okazało się, że tak.

Zaczęłam więc przyglądać się sobie.
Uważnie przyglądałam się swoim wyborom. Analizowałam po jakie koszulki z długim i krótkim rękawem sięgam najczęściej. Które skarpetki, majtki i spodnie są moimi ulubionymi, i w nich chodzę najczęściej. W których bluzach lub swetrach chodzę cały czas, a które po prostu leżą nieużywane.
W tym całym szaleństwie zaczęłam też zwracać uwagę na to, jak często puszczam pranie białych i czarnych/kolorowych rzeczy. Czy to możliwe, aby mając tak niewiele i robiąc pranie raz w tygodniu – wystarczało nam ubrań?!

Cholera jasna, okazało się, że tak!
Nie wiem jak to możliwe, ale okazało się, że tak!

Od tamtej pory zaczęłam redukować ilość posiadanych przeze mnie przedmiotów.

W międzyczasie przeglądałam różne grupy o minimalizmie i co i raz widziałam hasła typu:

  • 1000 rzeczy
  • codziennie jedna rzecz mniej
  • codziennie o jedną rzecz więcej – mniej (czyli dziś pozbywam się jednej rzeczy, jutro dwóch, pojutrze trzech…)

 

Czujecie tę presję? 

Gdybyście miały wyrzucić dziś do śmieci jedną rzecz – co by to było?
A za miesiąc? Gdybyście miały wyrzucić dziś 30 przedmiotów (pozbywając się do tej pory aż 435 (!!)) – co byście wyrzuciły?

Później czytałam posty ludzi, którzy pisali: kocham książki, książki to moja pasja, mam ich mnóstwo, mam się ich pozbyć? Nie chcę. 

I taką myśl miałam, że coś, co miało nas odciążyć, sprawić, że będzie nam lżej, uwolnimy się od władzy przedmiotów nad nami, sprawiło, że jest się tym minimalizmem przytłoczonym, że chęć bycia minimalistą sprawia kłopoty, powoduje zmartwienia, rozterki, frustrację. Powoduje walkę ze swoimi pasjami, czymś, co daje nam radość!

 

Ile więc trzeba mieć, aby nazywać się minimalistą? 

Śledząc różne fora, oglądając wywiady i konfrontując te wszystkie informacje z rzeczywistością, zdałam sobie sprawę, że minimalistą jest się wtedy, kiedy posiada się tylko te rzeczy, które dają nam radość. Które ułatwiają nam życie. Z którymi czujemy się dobrze.
Minimalizm nie ma liczb. Inną ilość sztućców będzie posiadała osoba, która mieszka sama, a inną ilość ta, która ma zmywarkę. A już zupełnie inną – para, rodzina z dwójką dzieci…
Nie można powiedzieć, że minimalizm, to posiadanie 7 par majtek, kiedy pranie puszcza się raz na dwa tygodnie.

Minimalizm to korzystanie z każdej rzeczy, którą się ma.
Cieszenia się z posiadania każdej rzeczy, którą się ma.
To posiadanie ani mniej, ani więcej.
Nic wbrew sobie, ale za to szalenie w zgodzie ze sobą.
To bycie szczęśliwym, że ma się tylko tyle i aż tyle.
Ma się w sam raz.

Żyjemy w czasach dostatku.
Możemy mieć praktycznie wszystko, co tylko chcemy, choć niekoniecznie – jakiej jakości chcemy. Ale jak by nie wyglądało nasze życie – możemy mieć wszystko! Tylko czy to „wszystko” jest nam naprawdę potrzebne?

Zobacz post: Co świadczy o wartości rzeczy.

Minimalizm, wbrew pozorom, nie dotyczy ilości rzeczy, jaką mamy.
Minimalizm dotyczy naszych potrzeb. Naszego poczucia własnej wartości w chwili, w której dla osoby postronnej – mamy niewiele, ale dla nas – wystarczająco.

 

A rzeczy, które nie dają mi już radości – do kupienia znajdziesz tu: second hand wolno wolniej.

wolnowolniej
secondhande

Nie znaleziono żadnych wyników

Nie znaleziono szukanej strony. Proszę spróbować innej definicji wyszukiwania lub zlokalizować wpis przy użyciu nawigacji powyżej.

Metoda trzech zadań, aby nie zmarnować dnia

Metoda trzech zadań, aby nie zmarnować dnia

Macie czasem takie dni, które przepływają Wam przez palce? Wiecie, że dziś coś robiliście, ale czujecie, że ten dzień jest zmarnowany? Jesteście zmęczone, załatwiłyście kilka spraw, ale… – kiedy przychodzi wieczór, kiedy zjecie już kolację, kiedy myślicie o minionym dniu – rozkładacie ręce. On minął. Na niczym. Niczym dla siebie, bo cały dzień tak naprawdę skończył się w chwili wyłączenia komputera w pracy.

Ja miałam ten problem, że choćbym wysprzątała całe mieszkanie, choćbym pomyła podłogi, okna i meble, choćbym napracowała się jak dziki osioł – w mojej głowie – wciąż nie zrobiłam nic.
I nie dlatego, że byłam nad wyraz ambitna, a moim celem było być alfą i omegą w nieistniejącym klubie najlepszych żon. Po prostu… – posprzątałam mieszkanie. Ot tak.

Ale dziś – na te same czynności patrzę z goła inaczej.

Cele mogą śmieszne, ale wynik zawsze ma wartość

Jeśli coś jest głupie, ale działa, to nie jest głupie, prawda?
Sama się uśmiałam jak zdałam sobie sprawę z tego, jak ważne jest docenianie swojej pracy. Bez względu czy mówimy o odkurzeniu mieszkania, wypastowaniu butów czy pozmywaniu naczyń. Te czynności mogą wydawać się śmieszne, oczywiste, może nawet nieistotne, bo przecież – każdy z nas te czynności musi wykonywać, ale… – to właśnie te rutyny, monotonia, codzienność tworzą nasze życie. Dlaczego więc nie uczynić go pełnym sukcesów?

Wraz z końcem lipca 2020 – zmieniło się moje życie. Rzuciłam pracę na etacie dla pracy w domu. Dla pacy, która zajmuje mi nie więcej niż 4 godziny dziennie. Z początku lamentowałam mężowi mówiąc, że dziś właściwie nic poza pracą nie robiłam. A to trochę poodkurzałam, a to pranie puściłam, a to naczynia w zlewie pozmywałam i blat przetarłam. Ach, i łazienkę umyłam – z kurzu przetarłam. Nic takiego – mówiłam.
Aż w końcu okazało się, że nasz dom jest po prostu najcudowniejszy na świecie! Mój maż codziennie ma czyste pojemniczki na obiad do pracy, w domu jest posprzątane a ubrania – czyste. Nasza codzienność, nie wiedzieć kiedy, stała się uporządkowana i dużo bardziej harmonijna.
Niby nic nie robiłam, ale nasze życie zmieniło się o 180 stopni. I choć wiem, że to głupota, to… – gdyby matematyka nie istniała, powiedziałabym, że nasze życie zmieniło się o 360 stopni. A nawet i o milion!

Odkąd zdaliśmy sobie sprawę ze zmiany, jaka zaszła w naszym życiu, nie patrzę już na moją codzienność jak na nudną, przepływającą przez palce. Dziś postrzegam ją w formie krótkiej, bo raptem trzypunktowej check listy. Każdego dnia wyznaczam sobie trzy zadania, jakie muszę zrobić. Trzy małe wyczyny.

Najczęściej, tymi wyczynami są rzeczy, które zawsze chciałam zrobić, ale brakowało mi na nie czasu, lub czynności, które wymagają więcej wysiłku.

  • porządek w dokumentach domowych,
  • wypastowanie butów,
  • pozmywanie naczyń tak, aby przed przyjściem męża z pracy zlew był pusty, 
  • odkurzenie mieszkania,
  • ogarnięcie łazienki z kurzu, 
  • przygotowanie zdjęć,
  • przesadzenie roślin,
  • umycie szafek, 
  • przeanalizowanie budżetu domowego,
  • wypranie szalików i czapek zimowych.

Drobnostki, które sprawiają, że nasza codzienność staje się… – przyjemniejsza. Milsza. Przytulniejsza. Czynności, dzięki którym czujemy się lepiej.

I niby to są rzeczy, które czy chciał, czy nie – muszą być zrobione, bo przecież obojgu nam zależy, aby żyć w czystym domku, to jednak te drobnostki są bardzo ważne! To one wpływają na nasze samopoczucie, atmosferę, nastawienie do siebie.

Więc kiedy dzień mam taki byle jaki, który nie wiedzieć kiedy przeminął, nie mówię już, że ten dzień był zmarnowany. Nie mówię, że włóczyłam się po domu coś tam ogarniając, lub, co gorsza, nie robiąc nic. Teraz mówię, że bardzo dobrze ten dzień wykorzystałam! I zaczynam wymieniać następujące po sobie punkty z mojej check listy. Moje małe sukcesy.

Miłość.
Można ją wyrazić naprawdę na milion sposobów.

3 domowe specyfiki aby nie zachorować

3 domowe specyfiki aby nie zachorować

Pamiętacie z dzieciństwa takie domowe lekarstwa robione przez rodziców lub dziadków? Och, ja nie dość, że pamiętam, to w naszym domu te lekarstwa cały czas się praktykuje!
Czosnek, pigwa, cebula… – coś Wam to mówi :)?

 

Naturalne lekarstwa, które w czasie jesieni każdy z nas ma w domu

Jak byłam malutka, pewne lekarstwo zawsze stało w kuchni na lodówce. Było przepyzsne! Przesłodkie, troszkę ostre. Z Bratem mówiliśmy na to „syropek”. W sezonie jesiennym, profilaktycznie, Tata zawsze go nam przyrządzał. 
Dziś, kiedy jesień weszła do naszego życia z butami, choć ja swoich jesiennych butów jeszcze z szafy nie wyjęłam, ten właśnie syropek już zagościł w naszym domu. 
Profilaktycznie.

Przepis na syropek z cebuli

  • Cebulę poszarkować i wsypać do słoiczka.
  • Całość solidnie posypać cukrem.
  • Zamknąć słoiczek.
  • Potrząsać słoiczkiem aż cukier wymiesza się z cebulą.
  • Odstawić w ciepłe miejsce. 
  • Poczekać aż cebula puści sok.

Rodzice zawsze nam wydzielali syrop z cebuli, choć my za każdym razem mieliśmy ochotę wypić cały na raz! 

Minuta roboty i noc czekania. A smak – och, niesamowity! 

A teraz coś dla dorosłych!

Kto z Was lubi pigwówkę? :) Aż strach pisać, ale odkąd pamiętam, rodzice zawsze dawali nam nalewkę z pigwy, kiedy brało nas przeziębienie. Dziś, za takie rzeczy, pewnie groziłby sąd rodzinny, ale dla działało cuda!
W okresie jesiennym, jak tylko już kwitnie nam pigwa w ogrodzie, zbieramy ją i robimy nalewkę.

 

Przepis na pigwówkę:

  • Pigwę kroimy na ćwiartki i wyciągamy z niej pestki. Ćwiartki można jeszcze przekroić na pół, dla zwiększenia powierzchni puszczania soku.
  • Wrzucamy oczyszczoną w ten sposób pigwę do słoika (na wysokość około 2 cm) i zasypujemy cukrem.
  • Dosypujemy kolejne kawałki pigwy i zasypujemy ponownie cukrem.

Celem takiego warstwowego zasypywania cukrem pigwy jest to, aby cukier dosięgnął każdy kawałeczek i przyspieszył proces puszczania soku.

  • Słoik z pigwą przykrywamy przykrywką i czekamy kilka dni (4-5) aż pigwa puści sok.
  • Dolewamy spirytus nalewkowy i odstawiamy na 2 dni.
  • Dolewamy wódkę i odstawiamy na kilka dni, aby wszystko się ze sobą przegryzło.

 

Wbrew pozorom nalewka z pigwy wcale nie jest taka mocna, jak mogłoby się wydawać. Ale za to jest szalenie rozgrzewająca!
Jeden kieliszek po powrocie zziębniętym z dworu potrafi naprawdę porządnie rozgrzać.

 

A pigwę z nalewki można dodać do herbaty. Może nie będzie to „wzmocniona” herbata, ale za to będziesz szalenie aromatyczna!

Ach, i na końcu coś, co w dzieciństwie sprawiało, że krzywiłam się jak tylko można było! Ale o dziwo – zjadałam ze smakiem. Choć uprzedzam – nie należy brać dużych kęsów, bo uczucie palenia w żołądku jest okropne.

A mówię tu o… – kanapce z czosnkiem!

 

Sposób przygotowania:

  • Kromkę chleba smarujemy masłem. Nie muskamy kromki, tylko jednak to masło na chlebie zostawiamy. To ono m.in załagodzi smak czosnku.
  • Obieramy dwa ząbki czosnku i wyciskamy je na kromkę równomiernie rozsmarowując. Lepiej żeby czosnku z jakimś miejscu było mniej, niż więcej.
  • Całość posypujemy solą lub wegetą.
  • Jemy małe kęsy :).

 

Wiem, że wegeta i inne tego typu dodatki, to nic innego jak glutaminian sodu. Ale to jest mój smak dzieciństwa – kanapka z czosnkiem posypana wegetą/kucharkiem! I właśnie mój smak z dzieciństwa chciałam Wam przedstawić.

Nie powiem Wam, że te metody leczenia są lepsze od leków z apteki, bo nie jestm farmaceutką i nie jestem lekarzem. Za to szalenie kocham naturę i to co ona oferuje! Po cichu życzę sobie i światu, aby wróciła medycyna naturalna, abyśmy nie tylko sięgali, ale przede wszystkim znali właściwości lecznicze tak łatwo dostępnych produktów jak cebula, czosnek, pigwa… 

Mam wrażenie, jakbyśmy zafascynowali się nowoczesną farmakologią, tabletkami, pigułkami zapominając, że przecież żywność też może być lekarstwem. 
A w niektórych przypadkach – bardzo pysznym lekarstwem! :)

 

Jeśli pamiętacie jakieś przepisy na domowe lekarstwa z Waszego dzieciństwa – koniecznie podzielcie się przepisem! 

 

Rzeczy, których nie potrzebujesz

Rzeczy, których nie potrzebujesz

 

Czy macie w swoim domu szufladę, w której znajduje się wszystko to, co może kiedyś się przyda? Kolorowe tasiemki, którymi na Boże Narodzenie będzie można obwiązać prezent, spinacze do kartek, które wystarczyłyby dla całego przedszkola! Macie szufladę pełną pięknych kolorowych karteczek i notesów, które kupiliście bo były ładne, ale właściwie to nie macie co w nich pisać? A może macie szufladę pełną starych rachunków z osiedlowego sklepu, baterii i sznurówek, które zostały dołączone w zapasie do nowych butów? I nie zdziwiłabym się, gdyby w tej szufladzie znalazł się imbus i klej.

Wiecie, że niektórzy nazywają takie szuflady szufladami wstydu?

Ciężar posiadania

Od kilku tygodni zastanawiam się, jak by wyglądało nasze życie, gdybyśmy faktycznie porzucili Warszawę i wyprowadzili się na wieś.
Wyobrażam sobie nasz dom i zastanawiam się, jak chciałabym go urządzić. Kiedy dziś ciśnienie za oknem szaleje, moje samopoczucie skacze gwałtownie niczym mała piłeczka kauczukowa rzucona z całej siły o ziemię, rozglądam się po naszym mieszkaniu i patrzę co bym chciała przenieść do nowego domu. Dla których przedmiotów musiałabym zrobić miejsce.

Spoglądam na kredens, w którym za szklanymi drzwiami znajdują się sentymenty. Stare aparaty fotograficzne mojego taty, ramka ze zdjęciami kolegów i koleżanek z poprzedniej pracy, które dostałam od nich ostatniego dnia. Fotografie bliskich mi osób, których już z nami nie ma, ale ja chcę o nich pamiętać… A pod szkłem? A pod szkłem są szuflady pełne bibelotów. Pełne spinaczy, które wystarczyłyby dla małego biura, stos samoprzylepnych karteczek i tasiemek, które może kiedyś wykorzystam dając komuś prezent. 

Nic ważnego.

Wodzę wzrokiem dalej i spoglądam na kolejne meble.
W środku szuflady znajdują się leki. W drugiej – lakiery do paznokci. W trzeciej – kable.
Nic ważnego. 

Po co nam właściwie te meble? Po co nam te rzeczy? – Zaczęłam się w końcu zastanawiać. Ileż miejsca moglibyśmy tu mieć, gdyby nie one? Wszak i tak nie korzystamy z nich na codzień… Wystarczyłoby wrzucić wszystko w trzy pudełka.

 Aż w końcu zdałam sobie sprawę, że od dziecka uczono nas, że zbieranie daje korzyść. 

Zbieraliśmy karteczki i naklejki, aby móc wymienić się na te większe, ładniejsze. Zbieraliśmy kolorowe kropki naklejki i stempelki z uśmieszkami od nauczycielek, aby później „wymienić je” na lepszą ocenę z zachowania.
Zbieraliśmy też dyplomy, medale i puchary, które miały świadczyć o naszych osiągnięciach. Miały pokazać nam, rodzinie i obcym ludziom jak wspaniali jesteśmy! I pokazywały – do czasu, aż nie zaczęło nas denerwować sprzątanie kurzu z tych pucharów. Aż nie zaczęło brakować nam miejsca, a mama nie oznajmiła, że czas powiesić drugą półkę, bo na tej trofea się już nie mieszczą.

 Nauczono nas podporządkowywać się rzeczom. 

Kupować nowe, gdy brakuje już miejsca, zamiast pozbywać się rzeczy dbając o przestrzeń. Nauczono nas mówić, że przedmioty nie dają szczęścia, równocześnie ucząc nas, że to jednak przedmioty o nas świadczą. Więc powinniśmy mieć – większy dom, lepszy samochód, nowsze meble. Powinniśmy pracować więcej i ciężej, aby nas było stać na rzeczy. Zaciskać zęby gdy jest źle, bo pensja jest dobra.
Nikt nam tylko nie powiedział, że poświęcamy siebie, swój czas, swoje zdrowie i relacje z ukochanymi – dla rzeczy.
Bo czy naprawdę to ma takie znaczenie, na ile uroczystości przyjdziemy w tej samej sukience?

 A później myślimy o przeprowadzce. 

Rozglądamy się dookoła i zdajemy sobie sprawę, że tak naprawdę my tego wszystkiego nie potrzebujemy. I na nic nam była ta nauka gromadzenia i zmarnowany czas, i zszargane nerwy przez pracę.


Tylko co my z tym wszystkim teraz zrobimy?

Zabrać nie ma po co, bo tylko miejsce zabrane.
Wyrzucić szkoda, bo to przecież nasze pieniądze.

Przedmioty, choć ich nie widać, choć mogą być ukryte w szufladzie lub za drzwiami komody – one są. I choć nie myślimy o nich codziennie, to codziennie zabierają nam przestrzeń i energię. Gracą miejsce, sprawiają kłopot, a czasem powodują kłótnie i złość. Każą się sprzątać i błąkają się nudno w oczekiwaniu na swój czas. 
Rzeczy nieużywane – nasz największy balast.